Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zakorkowani. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zakorkowani. Pokaż wszystkie posty

Blog Roku 2014


Ponownie biorę udział w konkursie na Bloga Roku, tym razem w kategorii "Lifestyle". 

Rok 2014 był raczej pracowity, ponieważ oprócz bloga "W Korei i nie tylko" rozpoczęłam współpracę z Leszkiem Moniuszko nad audycją o Korei "Zakorkowani".  Oboje z Leszkiem zdecydowaliśmy, żeby owoc naszych pogadanek również do konkursu zgłosić.

Wasze głosy, w formie głosowania sms, będą dla mnie nagrodą za pracę włożoną w "odkorkowywanie" koreańskiej rzeczywistości. Koszt jednego sms to 1,23zł.

Całkowity dochód zostanie przekazany łódzkiej fundacji "Dzieci Niczyje", która pomaga dzieciom doświadczającym przemocy, co samo w sobie powinno zachęcić do uczestnictwa.

Głosować można do 10 lutego!









W tym roku portal Blog.pl w ramach konkursu "Blog Roku 2014" zaproponował również nową kategorię - "Tekst roku". Początkowo zgłosiłam swoje opowiadanie "Jeden dzień. Polska, jaką pamiętam", które zostało zawarte w antologii pod tym samym tytułem. Niestety mój wniosek został odrzucony, ponieważ tekst był za długi. 

Za drugim podejściem wybrałam jeden z najpopularniejszych wpisów na moim blogu - wywiad z Jun Hyungiem, moim byłym studentem języka polskiego. Jun Hyung przebywa obecnie w Korei, pełniąc służbę wojskową w Siłach Powietrznych. Ostatnio dzwonił do mnie z bazy chwaląc się, że został kapralem oraz opowiadając najzabawniejsze historie z wojska - wszystkie zapisuje w języku polskim, żeby później wydać je w formie książki! Bardzo ucieszył się, że jego wywiad będzie brał udział w konkursie. Zapraszam więc do lektury i głosowania!





Z góry dziękuję za wszystkie głosy!



[Zakorkowani] Koreańska sauna


Po wnętrzu chybotliwej hali dokazuje mroźny wiatr. Na sobie mam jedynie bordowy kitel, ale wcale nie jest mi zimno. Siedzę w kucki, tyłem do czeluści, której środek przypomina najbardziej rozżarzone wyobrażenia o piekle. Jęzory gorąca wylewają się z jamy i pieczołowicie liżą moje lędźwie i grzbiet. Myślę sobie, że to prawie jak u babci za piecem.




Jest drugi stycznia. Razem z grupką przypadkowych Koreańczyków poddajemy się noworocznym zabiegom zdrowotnym w sutkama (숯가마), czyli saunie, w której ciepło wytwarzane jest przez spalanie bal drewna. Gorzejące kłody żyją własnym życiem, rytmicznie emanując kolorem i falami żaru niczym wściekle bulgocząca lawa najaktywniejszych wulkanów. To widok, od którego nie można oderwać wzroku. Hipnotyzuje jak mało wylewny, ale najpotężniejszy autorytet. Wpatrujemy się w pulsujące drewno jak zauroczeni, rozmyślając, co by się z nami stało te kilkanaście kroków bliżej. Dziura odpowiada wysypując na jęzorach gorąca iskry wzburzonego ognia. Zgromadzeni jak przed ołtarzem ludzie odskakują w popłochu, żeby po chwili na powrót wymościć sobie najlepsze możliwe stanowisko.




Samozwańczy lider naszej grupy donośnym głosem dowodzi, że w dawnych czasach rak piersi, czy kobiecych narządów rodnych w ogóle nie występowały. Kobiety całe dnie spędzały w kuchni przy piecu, który był częścią podpodłogowego systemu ogrzewczego, zwanego ondol (온돌). W kuckach, z rozwartymi kolanami i klatką piersiową wystawionymi na działanie "specjalnego promieniowania" spędzały większość swojego dnia, co chronić miało je od wszelkiego rodzaju choróbsk. Teraz już rozumiem niewyszukane pozy kobiet zebranych w półkolu wokół wejścia do jamy: rozwarte nogi w powietrzu, jak na krześle ginekologicznym i wystawione do ciepła, zadarte do góry półdupki.





Żeby dotrzeć do ustawionego po środku hali piecyka muszę założyć któreś z zabłoconych klapków. Człapię po betonowej, brudnej powierzchni w kierunku naszych pieczonych ziemniaków. Mamy tylko słodkie, ale nawet do nich się już przekonałam. Układamy się z PWY na podwyższeniu, żeby co nieco przekąsić i przygotować się do wizyty w jamie, która mimo całkowitego wygaszenia ciągle emanuje gorącem. Do wyboru są różne stopnie zaawansowania. Do najgorętszej nawet się nie zapuszczam mając w pamięci oparzeniowy bąbel na środku nosa po kilku sekundach podobnego doświadczenia lata temu. Z dala obserwuję tylko poopatulanych workami jutowymi śmiałków, którzy w drewniakach, zlani potem, ale szczęśliwi, co chwila wyskakują (chciałoby się rzec "jak oparzeni") z wnętrza inferno.

Zastanawiam się, czy piekłu faktycznie aż tak daleko od nieba.

Więcej o koreańskiej saunie w audycji "Zakorkowani" do odsłuchania poniżej:




Wspomóż moją twórczość nabywając książki mojego autorstwa:



 


Jeżeli wybierasz się do Seulu zatrzymaj się w Seoul BLISS'Inn - naprawdę warto!

Seoul BLISS'Inn (CENTER/INSADONG) in Jongno-gu

Apartment in Jongno-gu, South Korea. Seoul BLISS'Inn is UNIQUE and here is why: ***** FREE portable Wi-Fi: our Guests can take the Wi-Fi device outside (it is very light!) to use it on the go while staying at Seoul BLISS'Inn!!! ***** Located in the very heart of Seoul in proximity... View all listings in Jongno-gu



Boże Narodzenie i Nowy Rok



Tym razem Wigilię spędziłam, podobnie zresztą jak i w zeszłym roku, według polskiej tradycji u znajomych. Jadłam własnoręcznie przyrządzone (tyle że dłońmi innych zacnych niewiast) pierogi z barszczem, cudowny bigos, prawdziwy chleb na zakwasie, susz nazwany przez sprawczynię „winter drink” i tak wypichcone ciasta, że mi oko, a nawet oba zbielały. Zdjęć zdążyć nie zrobiłam – tak szamaliśmy zaaferowani – i teraz muszę żyć jedynie wspomnieniami. Wszyscy byliśmy w Korei grzeczni to i również Mikołaj do nas był wpadł – dowód zewidencjonowany poniżej (uff).


Święty Mikołaj z Frankiem i Antkiem, Micah i Milo oraz dystyngowaną jak na jedyną kobietę w towarzystwie przystało, Mia.

Wigilia u Moniki.


W Korei Święta Bożego Narodzenia tak naprawdę nie mają większego znaczenia – to święto bez rodzimej tradycji, skopiowane z Zachodu, a w szczególności z USA, co przejawia się jego mocno komercyjnym charakterem. Koreańskie miasta z Seulem na czele przepięknie przystrojone są wymyślnymi błyskotkami, a domy handlowe kuszą w tym okresie rabatami, przed którymi nie idzie się bronić – lepiej zostać już w domu. Samo świętowanie zwykle obraca się wokół wychodnego 24 grudnia, kiedy to po pracy pary udają się do knajpy na piwo. 25 grudnia wszyscy mają wolne i jest to dzień jak każdy inny – jedni śpią przed telewizorem, inni idą z dziećmi do parku. Niektórzy koreańscy katolicy (ok. 11% społeczeństwa) uczestniczą w bożonarodzeniowej mszy, ale o dziwo nie jest to jakieś obowiązkowy punkt programu, o czym mogłam przekonać się dzięki mojej teściowej – w tym roku, mimo swojej religijnej gorliwości, w tego rodzaju uroczystości uczestniczyła po raz pierwszy i to tak tylko z ciekawości.

Ja w tym roku na Święta postanowiłam wziąć wolne i uciec poza miasto. Zrobiłam to w sposób typowo koreański, czyli połączyłam pracę nad ciałem z pracą nad duszą – udałam się na cały dzień do spa (wstęp w ramach nagrody za mój ostatni występ pansori), a następnie do, według mnie, jednej z najbardziej uroczych świątyń buddyjskich w Korei. 


Jinan Red Ginseng Spa w okolicach Maisan, prowincja Jeolla Północna.


Moczenie się w naturalnych gorących źródłach oraz spa z najróżniejszymi masażami wodnymi i zabiegami to w Korei bardzo popularny sposób na odetchnięcie od codzienności – w czasie dłuższych weekendów najczęściej odwiedzanymi miejscami tego rodzaju są okolice Sokcho (속초) na wschodzie kraju. Na co dzień wystarcza uprawianie sportów, właściwe odżywianie się, dbanie o higienę osobistą oraz wygrzewanie się w osiedlowej saunie – to wszystko stanowi dla Koreańczyków panaceum na tryb życia w rytmie „ppalli, ppalli” („szybko, szybko"), ciągłe współzawodnictwo, a także ogromne ilości spożywanego alkoholu. Wizyta w saunie to też niepisany zwyczaj praktykowany w szczególności 31 grudnia. Na powitanie Nowego Roku, co w Korei wiąże się z oglądaniem pierwszego wschodu słońca, warto mianowicie stawić się czystym. Oczywiście to ma zastosowanie do osób niepracujących lub takich, które biorą tego dnia wolne – reszta, tak jak ja, wybiera wcześniejsze ablucje lub odwiedziny w saunie tuż po Nowym Roku. O swoich doświadczeniach w jjimjilbang (찜질방), czyli w koreańskiej saunie, szeroko pisałam w swojej pierwszej książce „W Korei”, a Czytelników, którzy nie mieli jeszcze okazji jej przeczytać odsyłam do odcinka audcyji „Zakorkowani” na ten właśnie temat:




Tymczasem w drugi dzień Świąt udałam się do świątyni Tapsa (탑사), która znajduje się pomiędzy dwoma wzgórzami Maisan (마이산), czyli Górami Końskich Uszu (według mnie to uszy kocie, ale niech już będzie, bo pewnie jestem w tym zakresie odrobinę skrzywiona). Spodziewałam się kolejnej identycznie wyglądającej budowli i zostałam niezwykle miło zaskoczona. Po pierwsze same „uszy” wydały mi się magiczne – mówi się, że to w Korei najbardziej naładowane energią życiową Qi (lub Chi) miejsce – sople lodu w czarach z zamarzniętą wodą kierują się ku górze pod pewnym kątem, (jak się potem okazało jest na to naukowe wyjaśnienie). Sycąc oczy niesamowitymi kształtami, urwiskami i naturalnie wydrążonymi jamami odniosłam to samo wrażenie, którego doświadczyłam spacerując wokół Ayers Rock 10 lat temu. Te dwie ogromne skały, wyrastające pionowo ku niebu na skądinąd delikatnie falującym pagórkami terenie, emanują majestatem, jakąś tajemnicą nie do zgłębienia dla ludzkiego umysłu. Sama świątynia jest również przepiękna z niezliczonymi pagodami z malejących ku górze kamieni, które ustawił jej założyciel, pustelnik Yi Gap-Yong (1860-1957). Miałam dużo szczęścia, że zwiedzać mogłam w ciszy, bez nawoływania i gorączkowego biegania koreańskich turystów, co pewnie również zintensyfikowało moje wrażenia.



Wierzchołki Maisan oraz świątynia Tapsa.



Tak właśnie, trochę niekonwencjonalnie, spędziłam moje Święta. Jutro Sylwester, pewnie przy lodach i lamce szampana, w ciepłej piżamie i z kotem na ramieniu, pojutrze kolejny Nowy Rok, a 19 lutego początek Roku Owcy (tzw. Seollal/설날) według kalendarza księżycowego. Tak jak w Roku Czarnego Smoka, czy Białego Tygrysa pary w pocie czoła pracowały nad poczęciem swoich dzieci wróżąc im z gwiazd świetlaną przyszłość, tak w roku 2015 przyszli rodzice wystrzegają się zajścia w ciążę jak ognia. Dzieci urodzone w tym roku mają być mianowicie nieudacznikami skazanymi na klęskę na polu prywatnym i zawodowym. Na szczęście przepowiednie te tym razem dotyczą tylko Chin – w Korei do owieczek nikt uprzedzeń nie wykazuje. 



Przygotowania do Sylwestra - to w pawilonie Bosingak w rytm uderzeń w ogromny dzwon  odliczone zostaną ostatnie sekundy roku 2014. To już jutro!



I tym akcentem życzę Wam puszystego i wdzięcznego jak owca z bajek

Nowego Roku 2015!




[Zakorkowani] Narodziny dziecka w Korei


Kobieta naprzeciw mnie robi duże oczy, zapowietrza się i ucieka wzrokiem w sufit. Siedzący obok niej mąż oraz nasz kolega z pracy na chwilę milkną, chowając spojrzenia we wnętrzu kufli z Heinekenem. Jesteśmy w Hadze, gdzie do swojego tymczasowego domu zaprosił nas wysłany za granicę współpracownik. 

Kobieta wraca na ziemię i odpowiada, że nigdy się nad tym tak naprawdę nie zastanawiała; że to była normalna kolej rzeczy po zamążpójściu, a na dodatek jej mąż jest najstarszym synem w rodzinie, więc nie za wiele miała do powiedzenia. Jest jej ciężko, czasem czuje się samotna, uwiązana, ale nie wyobraża sobie już życia bez swoich pociech.

To dosyć typowa odpowiedź Koreanek około czterdziestki na pytanie, dlaczego zdecydowały się na posiadanie dziecka.



[Zakorkowani] Co warto zobaczyć w Korei?


W 2012 roku aż 11,1 mln turystów odwiedziło Koreę Południową plasując ją na 20 miejscu najliczniej odwiedzanych krajów na świecie. Najwięcej turystów przybywa z Japonii, Chin, Hong Kongu, USA i Tajwanu. Popularność Korei ma znaczny związek z „hallyu”, czyli „koreańską falą”, która w ostatnich latach całkowicie zalała Azję, ale również i rozpowszechniła Koreę na Zachodzie. To właśnie dzięki kulturze masowej (K-pop, K-drama itp.) Korea urosła do miana jednego z  najbardziej turystycznie atrakcyjnych miejsc w Azji. 


[Zakorkowani] Koreańska opieka medyczna


„W Seulu funkcjonuje kilka wielkich szpitali. Najlepsze to placówki uniwersyteckie, z których każda przoduje w jakiejś konkretnej dziedzinie medycyny. Podobnie jak same uniwersytety, szpitale te to bezustannie rozprzestrzeniające się monstra gmaszysk, które swoją przytłaczającą strukturą i rozmiarem konfundują co poważniej chorych pacjentów. Wrażenie matni, kolejki i dosyć taśmowe podejście do zabiegów (wszystko załatwia się w trybie beztchowym „ppalli, ppalli” – „szybko, szybko”) odstraszają tych o słabszych nerwach. Ze szpitalami ogólnymi konkurują więc małe, specjalistyczne kliniki (ginekologia, dentystyka, dermatologia, kosmetyka plastyczna, choroby wewnętrzne, ortopedia, itd.), niekoniecznie droższe, usytuowane zazwyczaj na jednym lub dwóch piętrach ponuro wyglądających, kwadratowych budynków. Znajdzie się tam miejsce na przytulną recepcję, gabinet przyjęć, salkę operacyjną i kilka pokoi z łóżkami. Wszystkie potrzebne badania specjalistyczne, jak na przykład rezonans magnetyczny lub zdjęcia rentgenowskie, wykonuje się jednak w szpitalach ogólnych. Tam też odwozi się pacjenta w przypadku komplikacji. Wśród tego najbardziej zelektronizowanego i internetowo najaktywniejszego społeczeństwa na świecie opinie o klinikach rozchodzą się z porażającą szybkością błyskawicy. Wybór kilku najbardziej rekomendowanych jest dosyć prosty” (...)


[Zakorkowani] Technologia w życiu Koreańczyków



Złożyłam wniosek o lokatę. Zaskórniaki przelałam na podany przez bank numer konta, żeby po kilku godzinach otrzymać wiadomość, że pieniądze zostały odesłane, ponieważ przyszły z innego rachunku niż ten, który podałam we wniosku. Dwa dni minęły, a po pieniądzach ani widu, ani słychu. Zadzwoniłam na infolinię, gdzie po długich pertraktacjach poinformowano mnie, że środki przelane zostały na konto rozpoczynające się od cyfr "33". Problem w tym, że ja... nie posiadam żadnego konta, które rozpoczynałoby się od takich liczb. Złożyłam reklamację załączając potwierdzenie przelewu, po czym otrzymałam wiadomość, że moja sprawa zostanie rozpatrzona w ciągu najbliższych dwóch tygodni... Ponownie zadzwoniłam na infolinię i po kolejnej dawce wyjaśniania i negocjowania udało mi się ustalić, że pieniądze zostały zwrócone do pośrednika transakcji, ponieważ (głupia ja!) przelew wysłałam w trybie natychmiastowym. Rozgrzanym do czerwoności telefonem zadzwoniłam na kolejną infolinię, gdzie już z pamięci zarecytowałam opis całej sytuacji. Pośrednik transakcji poinformował mnie, że faktycznie pieniądze zostały zwrócone na jego konto (to rozpoczynające się od cyfr "33"), ale bank zmienił identyfikator przelewu, w zwiazku z czym nie ma podstaw do zwrotu pieniędzy na konto, którego właścicielką jestem ja. Dogadałam się, że pośrednik ponownie prześle pieniądze do banku, który to bank mam (ja!) poinformować o konieczności zachowania identycznego tytułu przelewu przy kolejnym już zwrocie środków do pośrednika. Bank odpowiedział, że ma czas na rozpatrzenie sprawy do 1 sierpnia... 

Takie sytuacje są w Korei nie do pomyślenia. Wszystkie przelewy realizowane są w trybie natychmiastowym niezależnie od pory dnia i nocy, czy typu banków, między którymi taka transakcja jest dokonywana. Nie trzeba przy tym wybierać żadnej dodatkowej opcji, nikt nawet nie pomyśli  o pobieraniu za tę usługę opłaty. Pieniędzmi można żonglować w czasie realnym przy użyciu telefonu, komputera, bankomatu - włączając w to przelewy zagraniczne. "Przelew oczekujący" to tutaj wywołujący śmiech oksymoron. Nie wiem, czy to jest kwestia technologii, czy zwykłej organizacji, ale wygoda w realizacji najprostszych czynności dnia codziennego jest jednym z tych elementów koreańskiej rzeczywistości, którą cenię najbardziej. Nie chodzi tylko o mnie. Przyjezdni aż przecierają oczy ze zdumienia, jak wiele rzeczy w Korei jest przemyślanych i stworzonych z myślą o człowieku. Osiadli tutaj obcokrajowcy, w tym i ja, tak przywykli do koreańskiego standardu życia, że trudno im sobie wyobrazić powrót do ospałego i biurokratycznego systemu w ich własnych krajach. Czekanie na podłączenie do internetu przez miesiąc? To w Korei czysta abstrakcja...

Kilka charakterystycznych cech Koreańczyków powoduje, że nowe technologie i wszelkiego rodzaju nowinki znajdują tutaj bardzo podatny grunt. Koreański konsument to przede wszystkim innowator i wczesny naśladowca: są to ludzie młodzi, wykształceni, popularni wśród swojego środowiska, liderzy opinii. Koreańczycy, nawet ci starszej daty, są bardzo ciekawi innowacyjnych rozwiązań i wykazują duży entuzjazm w stosunku do wszystkiego, co może im ułatwić życie – pod tym względem zupełnie nie obawiają się zmian. W rytm zasady „ppalli, ppalli” („szybko, szybko") dążą do ciągłej optymalizacji swojego czasu, a wszechobecna rywalizacja dalej ten wewnętrzny przymus podsyca. Technologia jest dla Koreańczyków ważnym narzędziem w pędzie po sprawniejsze funkcjonowanie w społeczeństwie. Posiadanie nowinek technologicznych to również kwestia statusu społecznego – Koreańczcy zmieniają swoje telefony jak zabawki, pokazują się z najnowszymi tabletami, czy (ostatnio) wielkimi słuchawkami, które mają gwarantować najczystszą jakość dźwięku. To wszystko powoduje, że Korea często traktowana jest jako pole testowe dla nowych technologii pod względem ich odbioru przez konsumenta.

Wszechobecność technologii widać przede wszystkim na ulicach miast. Czasem ma się wrażenie, że Koreańczycy nie są w stanie rozstać się ze swoim telefonem na dłużej niż jedną minutę. Nie chodzi tutaj jedynie o przeglądanie wpisów na portalach społecznościowych lub czytanie gazet, ale również o używanie smartfonu do przeprowadzania transakcji bankowych, robienia zakupów, planowania podróży po mieście, oglądania telewizji, używanie go jako środka płatniczego w sklepach, czy w transporcie publicznym. Koreańczycy chadzają ze swoimi smartfonami nawet do toalety, żeby uprzyjemnić sobie czas pokonując szczeble w kolejnej gierce, która akurat zdominowała ich umysły.

Takie uzależnienie to chyba uniwersalny i negatywny aspekt rozwoju technologii, ale są też takie, które faktycznie przyczyniają się do zwiększenia standardu życia w Korei. Za przykład wystarczy podać powszechność wysokiej klasy sprzętu medycznego w typowej opiece zdrowotnej, ale też i w dziedzinie chirurgii plastycznej, czy zapłodnień in vitro. Technologia ułatwia życie również w urzędach (w Korei kolejki są rzadkością), w sklepach (gotówka jest coraz rzadziej używanym środkiem płatniczym bez względu na wysokość sumy do zapłacenia), w wyszukiwaniu drogi dojazdu pod wskazany adres (koreańska nawigacja i informacje, które zawiera nie mają sobie równych na całym świecie), w autoryzacji dostępu do osobistych informacji (jeden elektroniczny certyfikat gwarantuje dostęp do urzędu skarbowego, zakładu ubezpieczeń, banków i wszelkich innych oficjalnych instytucji). Przykłady można mnożyć w nieskończoność.

Technologia to dla wymagającego koreańskiego klienta dobro oczywiste. Co ważniejsze nie jest to dobro elitarne, a dostępne powszechnie i za bardzo przystępną cenę - w tym przede wszystkim upatruję przewagę Korei nad innymi krajami. Każdy ma nie tylko możliwość skorzystania z najnowszych technologii, ale również i możność egzekwowania swoich praw w przypadku, gdy technologia ta nie spełnia swoich założeń. W Korei  nikt na pewno nie jest zmuszony, żeby na własną rękę szukać swoich pieniędzy po całym Internecie ... 



Poniżej załączam dwa odcinki audycji "Zakorkowani", które razem z Leszkiem Moniuszko poświęciliśmy powyższej tematyce. Zapraszam do odsłuchania i komentarzy!

[Zakorkowani] - "Technologia w życiu Koreańczyka cz.1"


[Zakorkowani] - "Technologia w życiu Koreańczyka cz.2"



[Zakorkowani] Ciekawostki z życia w Korei


Na fanpejdżu „Zakorkowanych" (dla niewtajemniczonych: audycja o Korei, którą prowadzę razem z Yellowinside), poprosiliśmy naszych Słuchaczy o zgłaszanie krótkich pytań dotyczących koreańskiej rzeczywistości. Okazało się, że wątpliwości i nurtujących naszych Słuchaczy spraw jest bez liku. Niektóre z poruszanych kwestii zdradzały duże zaawansowanie wiedzą o Korei, inne znowu nieco zaskakiwały...

Oto kilka przykładów tych, na które „Zakorkowani” odpowiadają w załączonej na końcu wpisu audycji:

  • Co jest z tym zawiązywaniem sznurówek dziewczynom przez chłopaków i z noszeniem przez nich torebek swych wybranek?
  • Jak w Korei wygląda sprawa powtórnego małżeństwa w przypadku osób rozwiedzionych bądź wdów i wdowców?
  • Czy możecie coś opowiedzieć o pracy np. w szpitalu? w księgarni? w kawiarni? Czy pracownicy niekorporacyjni też mają jakieś niezwykłe rzeczy do odbębnienia (hwesiki itd.)?
  • Czy imiona i nazwiska koreańczyków mają jakieś znaczenie?
  • Jakie największe i najciekawsze zmiany zauważyliście na przestrzeni ostatnich lat w Korei?
  • Ile o Polsce wie statystyczny Koreańczyk?
  • Jakie są dzienne, miesięczne wydatki na życie w Korei, żyjąc na średnim poziomie? Na co może sobie Koreańczyk pozwolić, a na co nie ze swoich zarobków?
  • Jakie jest podejście Koreańczyków do znaków zodiaku i grup krwi?
  • Czy Koreańczycy często się uśmiechają?
  • Czy Koreańczycy lubią czytać?
  • Czy Koreańczycy lubią Chińczyków?
  • Dlaczego wszyscy Koreańczycy śpią na podłodze skoro mają łóżka w domu? 
  • Koreanki - jak je poderwać?
  • Czy znacie kogoś kto nauczył się koreańskiego nie kończąc koreanistyki, kogoś kto nie wyjeżdżał do Korei, aby nauczyć się tego języka?
  • Czy w Korei po użyciu papieru toaletowego nie wolno go spuszczać w sedesie?
  • Czy to prawda że wielu Koreańczykow chce emigrować do Japonii? I jaki jest ich stosunek do Japończyków? 

Po odpowiedzi na powyższe i wiele innych interesujących pytań zapraszam do odsłuchania odcinka audycji „Krótkie pytania do Zakorkowanych”:




[Zakorkowani] Koreański showbiznes


Po wielu latach obserwowania i życia pośród Koreańczyków doszłam do wniosku, że współzawodnictwo to obecnie podstawa funkcjonowania tego społeczeństwa. Dla osiągnięcia określonego celu Koreańczycy zdolni są do niewyobrażalnych wyrzeczeń, walkę mają chyba we krwi. Trend ten zauważyć można na uczelniach, w korporacjach, w biznesie, ale też i na co dzień np. w kolejce do metra, kiedy Koreańczyk potrafi wykorzystać nawet sekundę zawahania, żeby tylko wepchnąć się przed innego pasażera. Niestety zdarza się, że cecha ta, stosowana automatycznie, bez żadnego pomyślunku, prowadzi do tragicznych konsekwencji – podczas katastrofy feralnego promu „Sewol” Ochrona Wybrzeża wstrzymała akcję ratunkową po to, żeby najpierw z pomocą mógł przyjść jej prywatny kontraktor i na tym oczywiście zarobić. Być może, gdyby dopuszczono do akcji akurat dostępne wtedy jednostki ratunkowe, udałoby się uratować większą liczbę ludzi...

Rywalizacja przyjmuje szczególnie zaciekłe oblicze w showbiznesie. W drodze do sukcesu młodzi Koreańczycy prawie że zaprzedają duszę diabłu, żeby zabłysnąć na firmamencie koreańskich gwiazd. Od małego ciężko trenują, poświęcając życie swojemu wyobrażeniu o sławie. W zamian za pięć minut rozgłosu rezygnują ze swojej osobowości dostosowując się do komercjalnych wymogów rynku, na których nieźle można zarobić – stąd w Korei raczej rzadko już można spotkać niezależnych artystów przez duże „A”. Moimi faworytami w tej grupie są „LeeSSang” (이쌍), Jung In (정인), Yoon Mi Rae (윤미래), czy „Jaurim” (자우림). Przepadam również za piosenką koreańską sprzed kilku dziesiątek lat – na przykład twórczością Kim Kwang Seok (김광석), a w szczególności jego popularnym utworem „Obudź się” („일어나”). Ogromną rolę w rozwoju koreańskiej sceny muzycznej odegrał też „Seo Taiji” (서태지), ale to już raczej nie moje fale. Mimo tych naprawdę godnych uwagi wyjątków, na współczesnej scenie artystycznej przeważają masowi celebryci, którzy od czubka głowy po końce palców u nóg wystrojeni są w pióra i słowa sprzedających dany wizerunek wytwórni. W ich twórczości nie ma żadnego przekazu, zresztą to, co robią trudno nazwać twórczością skoro ktoś inny pisze dla nich piosenki, przygotowuje oprawę muzyczną, uczy choreografii i stylizuje. To nie twórcy, a odtwórcy. To już nie show, tylko biznes właśnie. A zarabia się na ogłupionym, idącym na łatwiznę odbiorcy.

Presja pomiędzy potencjalnymi kandydatami na celebrytę jest ogromna, bo konkurencja o łaskę rządzących tym rynkiem jest naprawdę bardzo duża. Koreańczycy są niezwykle pracowici, ale też i ambitni, więc bardzo łatwo jedną osobę zastąpić drugą. Jest w czym przebierać, co powoduje, że pozycja negocjacyjna danego rekruta jest znikoma. Albo się dostosujesz, albo wypadasz z gry. Młodzi ludzie nie mają pojęcia, kiedy powiedzieć „dość” i sobie, i swoim opiekunom, co częściej niż na Zachodzie kończy się śmiercią samobójczą. Ludzie nie wytrzymują psychicznie rywalizacji, a nawet jeżeli osiągną już sukces i mają wszystko czego dusza zapragnie, nagle okazuje się, że nie wiedzą, kim naprawdę są, bo takie przeszli pranie mózgu. Ich życie definiowane jest wsparciem fanów i nakazami managerów. Ktoś napisze zły komentarz i przeżywają dramat życiowy. Manager znajdzie nową kandydatkę na celebrytkę i nie wiadomo, co ze sobą od tej pory zrobić – następuje kryzys tożsamości. Samobójstwa związane są nie tylko z problemami natury duchowej, ale też i z wszechobecnym i – co gorsze – zorganizowanym wykorzystywaniem seksualnym, znęcaniem psychicznym i fizyczną przemocą. Chyba można zaryzykować porównanie showbiznesu w Korei do niewolnictwa w jego nowoczesnej, bardziej zakamuflowanej formie. Przerażające jest to, że ludzie sami proszą się o swoje złote klatki i że my, jako beztrosko klaszcząca w rytm nowego klipu publiczność, na taki stan rzeczy przyzwalamy.

Uważam, że wielkie wytwórnie, takie jak w Korei, nie odpowiadają już na popyt, a raczej ten popyt tworzą – jednolity, masowy, skomasowany i niezywkle łatwy do kontroli. W Korei dopracowano to do perfekcji. Odbiorcy wtłacza się jeden słuszny schemat tak sprytnie, że ten cieszy się jak dziecko i podziwia podkładaną mu pod nos papkę (perfekcyjną, ale jednak papkę!), nawet jeżeli nie za bardzo dany jest mu jakikolwiek wybór. Istny biznesowy majstersztyk.

O szczegółach koreańskiego showbiznesu opowiadam z Leszkiem Moniuszko w audycji „Zakorkowani” – do odsłuchania poniżej:




[Zakorkowani] Służba wojskowa w Korei


Koreańska armia jest szóstą co do wielkości armią na świecie (640 tys. żołnierzy i 2,9 mln rezerwistów), a jej szeregi wspomagane są przez wojska amerykańskie stacjonujące w Korei na bazie wojskowego układu sprzymierzeniowego SOFA z 1967 r. W 2012 r. wydano niebagatelne 30 mld dolarów na modernizację koreańskich sił zbrojnych, włączając w to marynarkę wojenną, której okręty budowane są w lokalnych stoczniach. Najczęściej przytaczanymi argumentami za tego rodzaju inwestycjami jest bezpośrednie zagrożenie z Korei Północnej oraz konieczność przeciwstawiania się zapędom ze strony Chin i Japonii.

Służbę wojskową w Korei odbyć musi praktycznie każdy mężczyzna posiadający obywatelstwo tego kraju. To koszmar głównie z tego powodu, że są to prawie dwa lata kompletnie wyjęte z życia. PWY opowiada czasem o swoim czasie w koszarach jak o przymusowym zesłaniu, podczas którego człowiek uczy się bezwzględnego słuchania idiotycznych rozkazów oraz wykonywania bezproduktywnej pracy bez słowa skargi. Człowiek po wojsku wie, jak być robotem, co bardzo przydaje się w pracy dla największych koreańskich koncernów.

Oprócz solidnego treningu przed wstąpieniem w progi koreańskiej korporacji, plusem służby jest też to, że ma się później o czym opowiadać przy kieliszku soju – niekiedy są to faktycznie zatrważające historie. Ci, którzy nie odbyli służby wojskowej, lub których służba polegała na odpracowaniu kilku lat w korporacji lub w bazie amerykańskiej, traktowani są z pewnym pobłażaniem. Nie doświadczyli musztry, która z innych zrobiła „prawdziwych mężczyzn”.

Jakość służby wojskowej uzależniona jest od kilku czynników. Jednostki położone bliżej granicy z Koreą Północną pozostają w ciągłym stanie gotowości, co wiąże się z większą dyscypliną i zakresem obowiązków. Żołnierze z wyższym wykształceniem mogą liczyć na pracę biurową, a znajomość języka angielskiego może stać się przepustką do służby w bazach amerykańskich. Niestety co roku media podają informacje o różnego rodzaju incydentach, które mają miejsce w koszarach: od karygodnych nadużyć, przez samobójstwa, aż do morderstw w akcie zemsty.

Pobór do wojska ma miejsce w wieku 18-35 lat (w czasie wojny 18-45 lat), a od 2010 r. również kobiety otrzymały możliwość przystąpienia do tzw. Korpusu Szkolenia Oficerów Rezerwy (ROTC). Korea zajmuje 3 miejsce na świecie, jeżeli chodzi o długość służby wojskowej, tuż po Izraelu (3 lata) i Singapurze (22-24 miesiące). W przypadku wojsk lądowych i służb specjalnych jest to okres najkrótszy i wynosi 21 miesięcy. Najdłużej, bo od 26 do 36 miesięcy, trwa zawodowa służba cywilna lub służba zastępcza (praca w firmie lub administracji publicznej, w tym policji). Za uchylanie się od służby wojskowej grozi 3 lata więzienia, a w przypadku odmowy jej odbycia ze względu na przekonania religijne lub etyczne – 18 miesięcy (w latach 70 i 80-tych było to 7 lat!).

Podejście koreańskiego społeczeństwa do tak długiej służby wojskowej jest jednoznaczne – większość opowiada się za skróceniem jej trwania, a nawet zniesieniem obowiązkowego poboru. Z drugiej strony, po wielu skandalach związanych z próbami uniknięcia wojska przez dzieci bogaczy lub celebrytów, Koreańczycy są bardzo wyczuleni na jednakowe pod tym względem traktowanie każdego z obywateli.

W załączonej poniżej audycji „Zakorkowani”, czyli ja i Leszek Moniuszko, opowiadamy w szczegółach o służbie wojskowej w Korei, ale także o tym, jak wygląda dzień przeciętnego koreańskiego żołnierza. Zapraszamy do odsłuchania i komentowania.





[Zakorkowani] Ucieczka z Korei Północnej


Na przełomie maja i czerwca 2013 roku cały świat obiegła informacja o aresztowaniu w Laosie uciekinierów z Korei Północnej. Wydostali się oni z miejsca rodem z najgorszych koszmarów, ale los chciał, że zostali złapani w państwie pozostającym pod wpływami Chin, które sprzyjają reżimowi północnokoreańskiemu. Władze Laosu zadecydowały, że dziewięciu Koreańczyków z Północy zostanie deportowanych do kraju, z którego mieli nadzieję wydostać się raz na zawsze. Niektóre media donosiły, że uciekinierzy przekonani byli, że celem ich podróży jest Korea Południowa – wyjeżdżali więc z Laosu w przekonaniu, że w końcu uśmiechnęło się do nich szczęście. Rzeczywistość okazała się o wiele bardziej prozaiczna – wylądowali na terenie Korei Północnej. Jakiś czas potem można było zobaczyć młodych Koreańczyków (15 – 23 lata) w północnokoreańskiej telewizji, dziękujących swojemu liderowi za uratowanie z rąk wroga. Niektórzy z nich płakali. Obecny lost niedoszłych uchodźców jest nieznany. Istnieje obawa, że wykonana została na nich egzekucja. Aż trudno uwierzyć, że takie rzeczy mają miejsce kilkadziesiąt kilometrów od tętniącego życiem i nowoczesnością Seulu.





Nagminne łamanie praw człowieka w Korei Północnej nie jest żadną tajemnicą. Temat ten poruszany jest w mediach przy okazji kolejnych doniesień z Korei Północnej. Mówi się o wszechobecnym terrorze, zatrważających warunkach życia, głodzie, obozach koncentracyjnych, śmierci z rąk oprawców. Koreańczycy, którzy wydostali się z Korei Północnej udzielają wywiadów lub w inny sposób dają świadectwo północnokoreańskiej rzeczywistości np. wizualnie, w formie rysunków, jak robił to piętnastoletni Jang Gil Su w 1999 roku. Również opisują oni swoje doświadczenia w licznych książkach, z których przytoczyć można na przykład opowieść Kang Chol Hwanga „Aquariums of Pyeongyang: 10 years in North Korean Gulag”. Uciekinierzy ci to nie tylko „zwykli” obywatele, ale również artyści, naukowcy, a nawet wysoko postawieni urzędnicy i żołnierze, którzy w nowej ojczyźnie muszą korzystać z ochrony osobistej.





Na całym świecie, również i w Korei Południowej, istnieją organizacje, które monitorują sytuację w Korei Północnej, lobbują na rzecz uznania sytuacji w Korei Północnej za działania przeciwko ludzkości oraz aktywnie pomagają uciekinierom w przedostaniu się na przyjazne terytorium i w adaptacji do nowego sposobu życia. Organizacje te skupiają ludzi, którzy poświęcają swoje życie temu właśnie celowi.


Jedną z takich osób jest Joanna Hosaniak, Zastępca Dyrektora Generalnego przy Obywatelskim Sojuszu na rzecz Praw Człowieka w Korei Północnej (Citizens' Alliance for North Korean Human Rights). Joanna to nie tylko wspaniała kobieta, ale też i osoba powszechnie znana i szanowana w międzynarodowym środowisku osób i organizacji walczących o oficjalne rozpoznanie sytuacji łamania praw człowieka w Korei Północnej. To ekspert w dziedzinie, ale także i działacz aktywnie pomagający uciekinierom z Północy. Nasza rodaczka to również Honorowy Obywatel Seulu – tytuł, który otrzymała całkiem niedawno w uznaniu za swoje zasługi. Ostatnio Joanna została obwołana przez gazetę “Donga Ilbo” jedną ze 100 wpływowych osób, które “w najbliższej dziesięciolatce rozjaśnią Koreę” – po raz pierwszy w tym gronie zasiada obcokrajowiec.


Anna Sawińska i Joanna Hosaniak 
(Zastępca Dyrektora Generalnego 
w Obywatelskim Sojuszu
na Rzecz Praw Człowieka 

w Korei Północnej)

W ramach audycji “Zakorkowani” razem z Leszkiem Moniuszko poprosiłam Joannę o opowiedzenie nam o aktualnej sytuacji w Korei Północnej oraz o drodze, jaką Koreańczycy z Północy muszą przejść od momentu decyzji o ucieczce do czasu, kiedy jako pełnoprawni obywatale osiedlają się za granicą. W dwóch załączonych poniżej odcinkach wywiadu dowiedzieć się można o szczegółach organizacji ucieczek i przebiegu takich akcji, a także o tym, jakie formalności muszą spełnić uciekinierzy, żeby uzyskać pozwolenie na osiedlenie się na terytorium Korei Południowej. Joanna opowiada również o programach przystosowawczych dla Koreańczyków z Północy oraz o tym, jak radzą sobie oni żyjąc w zupełnie innej rzeczywistości. Naszą rozmówczynię poprosiłam również o podzielenie się z nami swoją opinią na temat możliwego scenariusza zjednoczenia obu Korei.


Zapraszam do odsłuchania wywiadów poniżej:








[Zakorkowani] Koreańska kultura korporacyjna


Na początku Korea była dla mnie źródłem niekończących się zdziwień. Były to zdziwienia niewinne; luźne obserwacje młodej dziewczyny, która odkrywała nowy świat bez większych konsekwencji dla własnego bytu. Żyłam w Korei, ale jakby obok niej, w ochronnym kokonie otrzymywanego stypendium, cudzoziemskości i słodkiej niewiedzy na temat prawdziwego oblicza tego kraju, opierając na tym wszystkim swój własny niezależny świat. To były dwa bardzo inspirujące, ale też i komfortowe lata.

Wszystko zmieniło się, kiedy po raz pierwszy przestąpiłam próg koreańskiej korporacji. Mimo że w Korei mieszkałam już od dłuższego czasu, to właśnie wtedy przeżyłam prawdziwy szok kulturowy. Z przyjaznego środowiska akademickiego przeniesiona zostałam nagle do świata żelaznej hierarchii i wszystkiego, co ona za sobą pociąga. Przeżyłam momenty ogromnej frustracji wywołanej męskim szowinizmem uznawanym za normę w relacjach damsko-męskich, koreańskim etnocentryzmem, trybem pracy w rytm konfucjonistycznych zasad czy w końcu absurdami, w które nikt przy zdrowych zmysłach nie byłby w stanie uwierzyć. Odnalezienie właściwego systemu nawigacji po tym niezwykle trudnym terenie zabrało mi trochę czasu. Większość z moich stypendialnych przyjaciół i kolegów nie wytrzymała już w przedbiegach i z westchnieniem ulgi powróciła do domu.

Po dziesięcicu latach doświadczenia w koreańskich jaebolach nieskromnie wydaje mi się, że radzę sobie całkiem dobrze. Pomógł mi chyba w tym przede wszystkim mój charakter, który w jakiś sposób współgra ze wstrzemięźliwością emocjonalną i prostolinijnością Koreańczyków. Dzięki pobytowi w Korei nauczyłam się też wstrzymywać się z szybkimi osądami i patrzeć na świat z dużym dystansem i przymrużeniem oka; z humorem i otwartością podchodzić do zachowań u nas traktowanych jako karygodne. Do wielu rzeczy na pewno po prostu przyzwyczaiłam się, ale też i bez dopasowywania się do tych, które wybitnie kłócą się z moją naturą. Na swojej drodze zawodowej spotkałam najwspanialszych Koreańczyków, ale też i tych najbardziej twardogłowych. Ze wszystkimi nauczyłam się bezkonfliktowo współpracować, rozumieć i do jakiegoś stopnia tolerować ich pobudki. Mam również duże szczęście w uzyskiwaniu zaufania Koreańczyków – wartości, którą obcokrajowców tak szczerze obdarowuje się bardzo rzadko. Mimo to praca w koreańskim jaebolu jest dosyć dużym wyzwaniem i nawet ja, po tylu latach, musiałam pozbyć się wielu złudzeń.

Wiele lat temu praktyczne informacje na temat korporacyjnej kultury Koreańczyków były raczej skąpe, ale osobiście nie żałuję, że musiałam doświadczać wszystkiego po raz pierwszy na własnej skórze. To była dla mnie ogromna szkoła charakteru. Na pewno jednak łatwiej jest już zawczasu zdawać sobie sprawę, czego można oczekiwać rzucając się w wir ścieżki zawodowej à la Korea i w niektórych przypadkach świadomie oszczędzić sobie straconego czasu.
      
W poniżej załączonych rozmowach nagranych w ramach audycji „Zakorkowani” razem z Leszkiem Moniuszko opowiadamy o naszych doświadczeniach w koreańskich korporacjach, które mają na celu pomóc świeżo upieczonemu rekrutowi w sprawniejszym poruszaniu się po korytarzach koreańskiego jaebola.


W Korei wizytówkę podaję się
przodem do rozmówcy podtrzymując
ją dwiema rękami.


Naszą rozmowę rozpoczynamy od ogólnych informacji dotyczących rekrutacji w koreańskich firmach. Następnie przechodzimy do opisu obozów przygotowawczych dla nowych pracowników. Tego rodzaju obozy, które trwają od kilku tygodni do kilku miesięcy, mogą okazać się decydujące w późniejszej karierze zawodowej – na podstawie swoich osiągnięć pracownik zostanie bowiem przydzielony do danego działu lub grupy w firmie. Obozy takie na pewno są też dosyć osobliwym doświadczeniem, ponieważ niektóre z nich swoją formą przypominają pranie mózgów w stylu Korei Północnej.

W naszej audycji rozmawiamy również o zagadnieniach praktycznych, takich jak punktualność, ubiór, ale też i omawiamy sposób komunikacji z koreańskimi biznesmenami. Podejście Koreańczyków do omawianych kwestii oraz biznesowy savoir-vivre bardzo różnią się od tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni na Zachodzie – warto więc przygotować się już wcześniej.


Na koniec pierwszej części naszej audycji poruszamy również niezmiernie ważną kwestię jaką jest odpowiednie zwracanie się do przełożonych oraz osób na niższym szczeblu korporacyjnej drabiny. To prawdziwa plątanina tytułów i form grzecznościowych w związku z czym dla ułatwienia przygotowaliśmy poniższe tabelki – ze szczegółami omawiamy je w audycji.









Audycja „Koreańska kultura korporacyjna (część 1)” od odsłuchania poniżej:




Mimo że koreańskie korporacje różnią się od siebie jeżeli chodzi o ich kulturę organizacyjną, w każdej z nich można zidentyfikować powtarzające się cechy wspólne. W drugiej części odcinka audycji o koreańskiej kulturze korporacyjnej rozmawiamy z Leszkiem o tym, czego można spodziewać się podczas oficjalnych spotkań oraz o tym, jak się z Koreańczykami negocjuje. Kontynuujemy również temat biznesowego savoir-vivre powszechnie praktykowanego wśród Koreańczyków.

Praca dla koreańskiego koncernu jest równoznaczna z przynależnością do firmowej rodziny. Koreańskie przedsiębiorstwa potrafią sponsorować edukację dzieci swoich pracowników, wspomagać finansowo ich pobyt w szpitalu, czy dostarczyć zbiorowego zastrzyku pieniężnego z okazji ślubu lub pogrzebu bliskich. Rolę, jaką odgrywa koreański jaebol w prywatnym życiu Koreańczyka jest również niezmiernie ciekawym aspektem, który poruszamy w odcinku „Zakorkowanych” załączonym poniżej.

Lwią część naszej audycji poświęcamy też firmowym kolacjom, zwanym „hoesik” (wym. „hłesik”). Ze szczegółami omawiamy zasady picia alkoholu; wyjaśniamy, co będzie dobrze widziane, a co może zostać uznane za duże faux pas. Kolacje tego rodzaju to osobliwa i niezmiernie ważna część biznesowej kultury charakterystycznej dla każdej koreańskiej firmy. Warto wiedzieć więc to i owo.

Na koniec oboje z Leszkiem dzielimy się naszymi osobistymi doświadczeniami z pracy w koreańskiej korporacji. Są to opisy problemów, z jakimi obcokrajowcy muszą się borykać współpracując z Koreańczykami, ale też i pikantne jak kimchi wycinki z codziennego dnia przy biurku.

Audycja „Koreańska kultura korporacyjna (część 2)” od odsłuchania poniżej:




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...