Rykszą po Ho Chi Minh


Seul – Wietnam – Kambodża – Wietnam – Seul – opowieści część 1

Trochę czasu już minęło ale na szczęście pozostały wrażenia, które skrupulatnie zapisywałam w swoim notatniku.

Gwoli przypomnienia eksploracja południowego Wietnamu i Kambodży miała miejsce w dniach 19 grudnia 2003 - 3 stycznia 2004.


19 grudnia 2003 - piątek: Seul-Inchon (Korea)

O 14.00 miałam egzamin ze statystyki, który kończył się o godzinie 17.00. Zważywszy, że dojazd do lotniska zabiera ok. dwóch godzin a wylot był o godzinie 19.30 musiałam skończyć szybko. Sytuacja była o tyle poważna, że jakoś nie było czasu studiować. ;) Ponadto jeszcze przed wyjazdem musiałam wyprowadzić się do innego akademika z powodu remontu instalacji grzewczej. Żeby nie było za łatwo w ogóle prawie nie spałam kończąc którąś tam z prac poprzedniej nocy. Do tej pory jest dla mnie tajemnicą jak ja to zrobiłam. Prawdopodobnie udało mi się to z dużą pomocą mojej Współlokatorki. Dziękuję ;).

Rano do Seulu przyleciał Facet Współlokatorki. Po egzaminie (no dobra, spisałam hehe) wyruszyliśmy we trójkę na lotnisko. Mieliśmy nawet dobry czas. Po drodze jednak Facet Współlokatorki zgubił w autobusie swoje okulary. Podczas gdy ja stałam w ogromnej kolejce do check-in’u oni poszukiwali ich z zacięciem. Potem przyszli (okulary zniknęły – może dlatego że nie miały oprawek ;) i tak sobie staliśmy jak osły... Wszyscy wykończeni ostatnimi wydarzeniami (on - podróż, my - przeprowadzka, egzaminy, brak snu) no i jakoś tak nie zauważyliśmy, że czas jednak PŁYNIE (!!!). I tak właśnie zamknęli nam bramkę przed nosem. Tłumaczyliśmy, prosiliśmy, groziliśmy... Na próżno. No ale przynajmniej dostaliśmy bilet na rano. Zapakowaliśmy się więc do autobusu, zakupiliśmy odpowiednią ilość niezbędnego trunku i tak spędziliśmy noc w hotelu, w którym to dokładnie opisałam ten właśnie falstart (patrz notka z 19 grudnia 2003).


20 grudnia 2003 - sobota: Ho Chi Minh/Sajgon (Wietnam)

Dolecieliśmy po południu do Ho Chi Minh. Nie mieliśmy większych problemów z odprawą chociaż i tutaj stempelek i tam ankietka i jeszcze jeden karteluszek do wypełnienia i absolutnie „niedozgubienia”. ;) 

Gdy wyszliśmy z lotniska buchnęła na nas fala wilgotnego ciepła, co było bardzo miłym akcentem po zimie w Korei. Od razu truchtem podbiegło do nas kilku taksówkarzy czyhających na dobry zarobek. Zostawiliśmy na dwa tygodnie jedną torbę z niepotrzebnymi kurtkami, szalikami etc. w przechowalni (budka na zewnątrz lotniska, gdzie bagaże trzyma się pod stołkiem), po czym wyruszyliśmy z taksówkarzem, który zaproponował nam najtańszą cenę za dojazd do De Tham, ulicy bardzo popularnej wśród backpackerów.

Pierwsze wrażenia? Rozbolała mnie głowa od zanieczyszczenia. W Ho Chi Minh nie ma wielu samochodów. Za to od cholery jest przestarzałych motocyklów, które kopcą i przeraźliwie hałasują. Mało zawału nie dostaliśmy, kiedy te motocykle mijały się na skrzyżowaniach z całym pędem. Światła są, a jakże, ale delikatnie mówiąc nie mają zastosowania w praktyce. Hehe. Motocykle i samochody wymijają się jak chcą i kiedy chcą. W lewo, w prawo, pod prąd, chodnikiem... I wszyscy robią to z lekką zwinnością, brakiem jakiegokolwiek stresu, powiedziałabym, że nawet z lekkim zabawowym roztargnieniem. Niczym do muzyki... Nawet smukłe, delikatne Wietnamki, siedzące prościutko w obcasikach i sukieneczkach (często w cudownych tradycyjnych) oraz w ochronnych maskach na twarzy... Dzień jak co dzień. Spodobało mi się bardziej niż bardzo. ;)

Dojechaliśmy do De Tham, które wygląda tak:

Ulica De Tham/Pham Ngu Lao 
 
Znaleźliśmy tani hotel przy pomocy kilku nachalnych pań naganiaczy. I wyruszyliśmy. Najpierw coś do zjedzenia. Wietnamskie jedzenie okazało się c-u-d-o-w-n-e. Po prostu. Tradycyjna pooh (zupa), spring rolls, wietnamskie piwo Sajgon (trochę mocniejsze od koreańskiego lurowatego Hite lub OB)... Żyć nie umierać. Podczas posiłku podchodziły do nas kobiety sprzedające papierosy, obrazki, hamaki, książki, przewodniki Lonely Planet po śmiesznie niskiej cenie (wyglądają tak samo ale są „sprawnymi” kopiami). Naprawdę ciężko o prywatność...

Po jedzeniu poszliśmy do jednego z mnóstwa stoisk oferujących najróżniejsze wycieczki po okolicy. Kupiliśmy trzydniową wycieczkę po delcie Mekongu i dalej rzeką do Phnom Penh w Kambodży. Zostawiliśmy paszporty w celu otrzymania wizy (wydało się to nam niebezpieczne no ale cóż... nie mieliśmy wyboru) i wyruszyliśmy na miasto. Właściwie było już ciemnawo (dziwnym się to nam wydało o godzinie ok. 18.00) więc zdecydowaliśmy się na szybki rzut okiem po mieście z wygodnego punktu siedzenia – rykszy. I znowu konieczne negocjacje... i w drogę... Mieliśmy naprawdę niezłego cykora, który mieszał się z atakiem spazmatycznego, histerycznego, niedowierzającego śmiechu, kiedy to ryksze z nami na pokładzie pędziły pod prąd, kiedy skręcały tuż pod koła motocyklów nie bacząc na nic i na nikogo. Było wesoło i niebezpiecznie. Wyglądało to mniej więcej tak:

Tłum motocyklistów wokół ogromnego marketu Ben Thanh 

Po wyprawie weszliśmy do najzwyklejszej knajpy, do której chadzają zwykli Wietnamczycy po pracy... na degustację kolejnego piwka. Pani przyniosła nam kufle z wielką bryłą lodu w środku i piwem na dokładkę. Takie przynajmniej odniosłam wrażenie... Zwyczajna knajpa to stoły i krzesła, jak u nas w komunistycznej stołówce szkolnej.

Zmęczeni zdecydowaliśmy się wrócić do hotelu. Po drodze oglądaliśmy podejrzane budynki w opłakanym stanie, rykszarzy śpiących na swoich rowerach ustawionych gdzieś w zaciemnionym kącie, szczury biegające między nimi. Mimo biedy jednak czułam w tym jakąś taką zwyczajną zgodę na to, jak jest. Zgodę bez rezygnacji jednak. Bez żadnego zastanawiania się „dlaczego tak a nie inaczej”, „dlaczego ja a nie on”... Wietnamczycy wydali mi się ludźmi, którzy żyją daną chwilą... jakakolwiek ona by nie była. Pamiętam, że poczułam spokój.



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...