Wulkan Kawah Ratu



Poniedziałek, 17 maja 2004 (Z plecakiem przez Azję)
Okolice Bandung, góra Tangkuban Prahu (Jawa) / Indonezja  



Z samego rana, troche na wpechanego, przylaczam sie do dwoch Francuzow - Claire i Roman'a. Dokladnie tak jak ja chca zobaczyc dwa wulkany i wykapac sie w goracych zrodlach. Udajemy sie do miejsca, w ktorym skupia sie wiekszosc colt'ow. Juz w srodku czekamy az zgromadzi sie 15 osob - wymagane minimum. Na siedzeniach dla dwoch osob musi siedziec cztery ;). Ruszylismy. Ciasnota, lejacy sie pot, ludzie na dachu. Ale jest wesolo...

Po okolo godzienie docieramy do gory Tangkuban Prahu. Zeby zobaczyc wiekszy z wulkanow musimy przemierzyc 4,5km pod gore. Mnie to przeraza. Francuzow nie. Poniewaz ich dwoje a ja jedna zapada decyzja o marszu. Po 1,5km docieramy do odgalezienia prowadzacego do Kawah Domas - mniejszego ale ciagle aktywnego wulkanu. Spacer jest przyjemny, przez wilgotna zolc i zielen dzungli. Kiedy docieramy na miejsce, naszym oczom ukazuja sie zrodla parujacej cieczy, a do nosa dociera smrod siarki. Unoszaca sie w kilku miejscach para, przemieszczajaca sie ponad spopielonymi, zzielenialymi i pozolklymi kamieniami, robi wrazenie. Razem z napotkanymi Koreankami moczymy nogi w jednym ze zrodelek. Woda ma ok. 50 stopni, parzy i jest nasycona siarka. Doskonala podobno na choroby skory. W innym bulgoczacym zrodelku gotuja sie nam jajka. Pychota.

Wulkan Kawah Domas

Po odpoczynku decydujemy sie na ostra wspinaczke do wiekszego wulkanu - Kawah Ratu. Marsz pod gore okazuje sie dla mnie nielada wyzwaniem. Co chwila musze przystawac by zlapac oddech. Serce wali jak oszalale. Dochodzimy do chatki, w ktorej mieszka starsza kobieta z malym chlopcem i horda psow. Kobieta z desperacja probuje sprzedac nam jakies kubki, ciastka, wode... 

Chłopiec napotkany po drodze na Kawah Ratu

Potem kilka razy malo co nie poddaje sie maszerujac pod gore... Za kazdym razem mysle, ze to jest wlasnie moj limit. Za kazdym razem jednak cos kaze mi na nowo podjac wysilek. Gdy dochodze na szczyt malo nie padam z wrazenia - 1830m. Dla mnie to absolutny rekord. Jestem z siebie dumna. Kawah Ratu okazuje sie byc ogromnym wulkanem, ale ledwo podrygujacym. Ostatnia erupcja miala miejsce kilkadziesiat lat temu. Kilkadziesiat osob zginelo. 

Wulkan Kawah Ratu
Schodzimy na dol. Sledzi nas pies. Ciagle pozostaje w bezpiecznej odleglosci. To jeden z hordy kobiety z chatki. Kobieta z chatki krzyczac biegnie za nami przez kilkanascie minut. Miekne. Daje jej troche pieniedzy na jedzenie. Nie, nie potrzebuje kubeczka. Dziekuje. Dotyka mnie. W Kawah Domas ponownie jajeczka i stopy w siarczystej wodzie. ;)

Kobieta mieszkająca na zboczach wulkanu
Kawah Ratu i jej pies.

Chatka kobiety z dzieckiem na Kawah Ratu.

Do hot springs mamy 8km. Wlasciciel jaj mowi jednak, ze skrotem mozna dojsc do pol herabcianych w godzine i stamtad zlapac transport publiczny. Mowi, ze mozemy isc sami albo on nam pokaze droge. Wie doskonale, co robi, choc my sobie jeszcze z tego nie zdaljemy sprawy. Oswiadczamy, ze idziemy sami. Droga jest bardzo sliska. Padam. Leje sie krew. Po chwili nie mamy pojecia, gdzi isc. Bezradni wolamy wlasciciela jaj. Negocjaje. Nie, nie tedy. To za trudna droga i o wiele dluzsza. Prowadzi nas przez dzungle sciezka dla mnie malo widoczna. Tempo jest bardzo szybkie. Trzeba uwaznie patrzyc pod nogi i na zagradzajace droge chaszcze. Podoba sie nam. 

W koncu dochodzimy do plantacji herbaty. Wyglada to niesamowicie. Cale wzgorza pokryte sa intensywnie zielonymi krzakami o tej samej wysokosci. Miedzy nimi waskie przejscia dla plantatorow lub zbieraczy. Jest przepieknie.

Plantacja herbaty wokół Bandung.

Dochodzimy do drogi. Tam, krotki odpoczynek, herbatka w tego wlasnie pola, mila rozmowa. Minibusem dojezdzamy do goracych zrodel. Jest ich mnostwo wokolo. Wszystkie intensywnie paruja, splywajac gdzies z gor. Woda jest intensywnie slona i mocno napowietrzona. Kapiel niczym spozywanie pepsi. Taplamy sie, biczujemy pod wodospadem, wygrzewamy. Rewelacja. Moja rana zostaje zdezynfekowana. 

Ja w naturalnych gorących źródłach.

Wieczorem wracamy do Bandung. Znowu male klamstwa miejscowych. Nie, o tej porze nic juz do Bandung nie jedzie. Ja was moge zawiezc motocyklem... 

Dzien byl naprawde przedni, Francuzi okazali sie przeciwienstwem moich o nich stereotypow, a piwo po calodniowym wysilku mialo cudowny smak. 

Zdecydowanie odprezylam sie.



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...