Dream Land


Podczas mojej drugiej wizyty w Australii utwierdziłam się w przekonaniu, że jest to najwspanialsze miejsce na świecie. Kraj ten ma po po prostu wszystko to, co potrzebne mi jest do Szczęścia. 


Przepiękne, błękitne niebo z bajecznymi zachodami słońca, które, za dnia i niezależnie od pory roku, kładzie wszystko i wszystkich magicznym, wydłużonym cieniem. Ocean, który rozbija się wściekłymi falami o zapierające dech w piersiach widokiem klify. Wyludnione plaże z turkusową wodą. Parki i ogrody botaniczne w środku miasta, gdzie nie niepokojone urzędują najróżniejsze zwierzaki. Rozłożyste drzewa o niesamowicie grubych pniach, z gałęziami wijącymi się w niespodziewanych kierunkach. Możliwość żeglowania po przecudownych zatokach i nurkowania w głębinach oceanu. Pachnące czystością i oceanem powietrze. Dla lubiących wspinaczka po okolicznych górach. Z drugiej strony nowoczesna i ciekawa architektura miasta. Wysoki standard życia. Różnorodność kultur, a co za tym idzie restauracji i dobrego jedzenia. Wina o aksamitnym, głębokim smaku z jednych z najstraszych (jeżeli nie najstarszych) winnic na świecie. I to wszystko jedynie w okolicach Sydney

A jeżeli to się znudzi (nie wyobrażam sobie jednak takiej sytuacji) to zawsze można odwiedzić las deszczowy w okolicach Cairns, wdrapać się na pobliski szczyt, czy też ponurkować na Wielkiej Rafie Koralowej (prawie dwumetrowe żółwie, rekiny, wieloryby etc.). Po drodze warto wpaść na kilka wysepek o białym piasku i bolącej przezroczystością wodzie, zatoki gdzie figlarzą delfiny i z trudem reprodukują się wieloryby. Dalej można udać się na kilka dni do jednego z najbardziej nieskażonych ludzką ręką parku – Kakadu National Park, gdzie nie sposób nie natknąć się na złowrogie krokodyle, potężne orły, jadowite węże, rażące zielenią łąki i bardzo stare drzewa. Dalej to już tylko kaniony w okolicach Alice Springs z charakterystycznymi, wysuszonymi drzewami eukaliputsowymi, busz o krwawo czerwonej ziemi i sztuka Aborygenów, porażający intensywnością magii Ayers Rock lub Katja/Olgas, kopalnie opali do poszukiwaczy szczęścia i pustynia dla odważnych.

Nigdzie chyba nie ma takiej różnorodoności, takiej magii i piękna jak w Australii. I nieważne są cholernie wysokie podatki, drożyzna, beznadziejne lotnisko, i lokalizacja w tym zakątku świata, gdzie faktycznie chyba tylko diabeł mówi dobranoc. Ważne jest to, że zobaczyłam tam mojego pierwszego humbaka (długopłetwowiec; po ang. humpback whale), który ni stąd ni zowąd podpłynął do naszej samotnej łodzi gdzieś na środku oceanu. Który, widocznie ciekawy, okrążył ją w kilkukrotnych, masywnych, popisowych wynurzeniach. Który opadając plecami na powierzchnię wody, tworzył z rozpryskiwanych, drobniutkich kropelek ulotne tęcze. Który był tak blisko, że przy jednych z wyskoków mało co nie uderzył naszej łodzi (a był od niej większy~~). Który spowodował, że w zachwycie nie byłam w stanie powstrzymać napływających do oczu łez, nie wspominając już o zrobieniu jakiegokolwiek zdjęcia.

Australia jest po prostu miejscem, które swoją magią wyrywa się głęboko w najbardziej pierwotne poziomy duszy. A dla takiego uczucia warto i żyć i umrzeć.

Długopłetwowiec (Humpback whale) - zdjęcie zrobione przez jednego z współpodróżników.



Żółw zielony - zdjęcie zrobione przez jednego z współnurków.




Anemonki i ich domek - zdjęcie zrobione przez jednego z współnurków.


Gdzieś po drodze od Bondi do Coogie Beach.

Więcej zdjęć tutaj.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...