Fantastycznie i naukowo


Sobota, 17 lipca 2004 (Z plecakiem przez Azję)
Hong Kong


Dzisiejszy dzień był wyśmienity. A rozpoczął się od wizyty w Space Museum. Jednego z lepszych muzeuów, jakie kiedykolwiek widziałam. Wszelkiego rodzaju wyjaśnienia podparte zostały ciekawym zastosowaniem multimediów. I tak można było zasmakować kręciołków w wieloosiowym krześle (zawieszonym w kilku niezależnie poruszających się kołach), księżycowego kroku przy 1/6 ziemskiej grawitacji (naprawde ciężko się chodzi mając ok. 10kg), wirtualnego lotu paralotnią (kiedy wstałam mój mózg ciągle był w powietrzu – nie mogłam ustać na nogach)... poza tym można było kierować satelitami, badać mechanizm powstawania kraterów, obserwować gwiazdy, właściwości poczerwieni i mnóstwo innych rzeczy. Zdecydowana rewelacja.

Przypomniało mi się, jak dawno temu oglądałam niebo przez teleskopy obserwatorium w Toruniu. Pamiętam tą ekscytację przekonaniem, że to jest właśnie to, co chciałabym robić (najpierw było dziennikarstwo). Od kiedy sięgnę pamięcią zawsze zaczytywałam się literaturą s-f. To była moja pasja, próba zrozumienia nieskończoności, początku, końca, może nawet Boga... Na mat-fizie okazało się jednak, że nie mam niezbędnego polotu do fizyki. Że nie jestem geniuszem. I tak, skoro nie mogłam być szczerze dobra, zainteresowanie kosmosem pozostało w sferze pasji.Tak czy owak kosmos powoduje, że się ekscytuję jak małe dziecko. Bardzo małe... Kosmos oferuje bowiem niekskończoną liczbę zagadek, tajemnic, niewyjaśnionych i niewyobrażalnych zjawisk. Gdzie jest jego koniec? Gdzie początek? Gdzie czas? Kiedy nawiążemy pierwszy kontakt? Jakiego rodzaju to kontakt będzie? Jednym z moich marzeń jest podróż na inna planetę, albo chociaż księżyc. Mam nadzieję, że tego dożyję.

Tymczasem w Space Museum tworzę własnego ufoludka na wybranej planecie. Układ oddechowy, korpus i kończyny w porządku. Pomyliłam się jedynie co do głowy. Z moim wyborem nie miałby szans przeżycia.

Potem była Star Ferry do Wan Chai na Hong Kong Island i długi spacer w kierunku najdłuższych na świecie schodów ruchomych. Schody prowadzą stromo 800 metrów do zabudowań na górach wyspy. Po drodze minęłam Reunification Monument upamiętniający przyłączenie Hong Kongu do Chin w 1997 roku. Zwykły pal. Nic ciekawego. Potem znowu popełniłam mnóstwo zdjęć wieżowców. Po prostu uwielbiam je fotografować. Ożywiać. Uwydatniać ich charakter. 

Zatrważające blokowiska, które rosną niczym pnie drzew na zboczach gór.

 Kilkukilometrowe schody ruchome.

Różne oblicza Hong Kongu - tym razem te mniej spektakularne.

W kilku miejscah między wieżowcami wybudowano pomosty dla przechodniów. Wygląda to niesamowicie. Po ulicach jeżdżą dwupiętrowe autobusy i takie same, bardzo atmosferyczne, skrzypiące tramwaje. Kiedy zagłębiam się w mniejsze uliczki, ogarnia mnie znajome środowisko darmowych, chińskich restauracyjek z plastykowymi krzesełkami dla dzieci, zupą w wielkim garncu i obdrapanymi ścianami. Hong Kong jest zdecydowanie państwem-miastem z charakterem.

Gmatwanina malutkich uliczek.

Wszystko poupychane - nawet Budda.

Po dojechaniu schodami do Conduit Road skierowałam się w kierunku ogrodów botanicznych. Bo należy też wspomnieć, że pomio swojej nowoczesności, w Hong Kong wrośnięte są drzewa, krzaki, korzenie i trawy. W naturalny, harmonijnie nieuporządkowany sposób. Zdarzył się też jaguar. Zwierzę, nie samochód.

Koty wszędzie są takie same. Lubią piedestały.


Szczyt Victoria osiągnęłam tradycyjnym brytyjskim tramwajem, który miał momenty ok. 30-stopniowego pochyłu. Przyjemnie było poczuć swój ciężar na plecach, wbijających się w oparcie siedzenia. Widoki, już na górze, również zaparły dech w piersiach. Cudownie.

Po drugiej stronie rzeki.

Potem musiałam się pospieszyć z powrotem do Kowloon na przedstawienie w planetarium „Exploring giant planets”. Mowa o Jupiterze, Saturnie, Uranie i Neptunie, które przeważnie składają się z wodoru i tlenu. 

Jupiter jest 1400 razy większy od Ziemi z masą przekraczającą sumę mas pozostałych 8 planet Układu Słonecznego. Jego satelita Io jest najbardziej wulkanicznie aktywnym ciałem niebieskim w Układzie – pył siarkowy wznosi się na wysokość 300km od jego powierzchni.

Do 1997 roku uważano, że jedynie Saturn posiada pierścienie. Okazało się jednak, że wszystkie cztery wyżej wymienione planety je posiadają. Pierścienie Saturna uformowane zostały z cząsteczek lodu, które bardzo dobrze odbijają światło – dlatego są tak dobrze widoczne. Miedzy 6 pierścieniami istnieje jedna dosyć duża przestrzeń zwana Cassini Division. Otóż dowiedziono istnienie tzw. „shepard satellites”, które są większe od krążących w danym pierścieniu cząsteczek (należy dodać, że w każdym pierścieniu cząsteczki mają zbliżoną wielkość i gęstość). Działają one na zasadzie owczarka, który swoją siłą odpychania trzyma w ryzach te cząsteczki, które z różnych powodów wybiegają ze swojej trasy. Poza tym gęstość Saturna jest mniejsza niż ta wody. A jego satelita Tytan składa się w 90% z azotu i metanu, co według naukowców przypomina historię formowania się ziemi 4,5 biliona lat temu. Właśnie w tym momencie (lipiec 2004) na Saturna dociera Cassini Spacecraft, który ma przed sobą 4-letnią misję badawczą. Wypuści on między innymi eksploratora w styczniu 2005, który ma badać powierzchnie Tytana.

Uran jest planetą, która obraca się prawie w pionie wokół własnej osi. Dlatego słońce wschodzi na jego biegunach przez całe dekady. Posiada on też jednego satelitę – Mirandę, który ma najbardziej pooraną powierzchnię w całym Układzie Słonecznym. Jego kaniony są 12 razy głębsze od ziemskiego Grand Canyon.

Neptun został odkryty dzięki Uranowi. Zaobserwowano mianowicie dziwne odchylenia orbity Urana, co zinterpretowano jako efekt oddziaływania kolejnej planety. Wyliczono, gdzie powinna się ona znajdować i w ten sposób zlokalizowano Neptuna. Na Neptunie mają miejsce największe sztormy w Układzie Słonecznym. Prędkość wiatru dochodzi do 2000km/h. 

Poza tym na Uranie i Neptunie deszcz spada w postaci najprawdziwszych diamentów!

Niesamowite, jak wiele jeszcze nie wiemy, nie rozumiemy, nie zdajemy sobie sprawy… No dobra, może już przestanę…^^

Wieczór spędziłam na Victoria Harbour wśród symfonii świateł pobłyskujących w takt „sail away, sail away, sail away…” (Enya) z wierzchołków wieżowców po przeciwnej stronie wybrzeża. Lekko otulała mnie bryza…

Wieczorem nad portem - Victoria Harbour.

W nocy nad zatoką.

Hong Kong nocą.



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...