Deltą Mekongu: Ho Chi Minh - Mytho - Can Tho - Chau Doc


Seul – Wietnam – Kambodża – Wietnam – Seul – opowieści część 2

Opowieści ciąg dalszy...

21 grudnia 2003 (niedziela) – Delta Mekongu: Ho Chi Minh - Mytho - Can Tho (Wietnam)

Z samego rana w niedziele odwieziono nas na brzeg rzeki skąd odpłynęliśmy więcej niż podejrzaną szalupą w kierunku otchłani Mekongu, na powierzchni którego mieliśmy spędzić trzy dni. Tego dnia, na różnych odcinkach rzeki, zmienialiśmy łodzie trzy razy.

Tak naprawdę dopiero po tej wycieczce zrozumiałam, co dla ludzi oznacza rzeka. Wietnamczycy traktują ją jako podstawę egzystencji. Czerpią z niej niezbędną do życia wodę (często widzieliśmy kobiety i mężczyzn kąpiących się, myjących głowy – zawsze w ubraniach), łowią ryby, sprzedają na rzece pożywienie. Ich domy pobudowane są na wysokich balach, co wygląda tak:

Drewniane domy na brzegu Mekongu 
Ho Chi Minh różni się znacznie od poziomu życia tutaj na Mekongu. Dopiero tutaj można było zobaczyć jak biednie ludzie potrafią żyć. Tak czy owak nie oszczędzano nam pozdrowień, uśmiechów, ciekawych spojrzeń. Bardzo przyjaźnie nastawiony naród. Niestety niektórzy nie mieli nawet swoich ubogich drewnianych domków nad brzegiem. Ci musieli się zadowolić życiem na swoich domach – szalupach:

Domy – szalupy z całymi rodzinami na Mekongu 

Po drodze wstąpiliśmy na obiad do jednego z domków znajdujących się na suchej powierzchni, gdzie zaprezentowano nam ręczny sposób wyrobu drewnianych pałeczek, łyżek i innych przedmiotów codziennego użytku. Do obiadku zaśpiewała nam pani przy akompaniamencie tradycyjnych instrumentów wietnamskich. Następnie udaliśmy się łodzią do kolejnej osady. Tym razem było to miejsce, gdzie wyrabiano ręcznie cukierki. Od samego początku od samego końca wykorzystuje się każdą najmniejszą część kokosa – sok, miąższ oraz skorupki na podpałkę:

Przygotowywanie masy z miąższu i soku kokosa 

Przy stole siedzą panie, które w naprawdę zawrotnym tempie wyciągają długie pasma cukierków ze specjalnego piekarnika, tną je na kawałki, po czym zawijają we wcześniej przygotowane papierki. Przypomina się jakaś reklama? ;)

Ostatnia faza produkcji cukierków:
krajanie na kawałki i ręczne zawijanie
 

Przepłynęliśmy przez Mytho, zatrzymaliśmy się w Can Tho po czym dotarliśmy do wioski, gdzie mieliśmy się przespać. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłam biegające po pokojach jaszczurki, które zjadają z zapałem komary. Polubiłam je. Wtedy też, po raz pierwszy w życiu, zobaczyłam kolorowego motyla, który mierzył około 20 cm. Nie mogłam uwierzyć, że jest prawdziwy... Przed kolacją zdecydowaliśmy się na małe szaleństwo – jazdę motocyklami, które spokojnie można pożyczyć od zawsze zainteresowanych zarobkiem Wietnamczyków. Muszę powiedzieć, że nie wychodziło mi za pierwszym razem. Jakieś biegi, przełączniki, zapadnie... No cóż... Przemiły Wietnamczyk, widząc moje małe zdolności, stwierdził: „no dziewczyny hop na motocykl”. Tak więc wskoczyłyśmy na mały motocykl... ja i Kanadyjka. Przejażdżki nigdy nie zapomnę. Coś jako rollercoaster. ;) Wietnamczyk pruł z gracją między ludźmi, bryczkami, zwierzętami niczym szalony. Zachodziło słońce, pachniało pole, ludzie schodzili się do domów by wspólnie pooglądać na zewnątrz telewizor (jeden na całą wieś jak przypuszczam), wiatr zatykał dech w piersi... Czułam się jak wtedy, kiedy byłam mała i mieszkałam na wsi. Sama naturalność. Naprawdę czułam ukojenie... W ciągu rekordowego czasu dotarliśmy do drugiej osady, która nie wyglądała już tak dobrze jak resort, w którym mieszkaliśmy. W większości domów nie było elektryczności, wszędzie walały się śmieci, piszczała bieda. Płowowłosa Kanadyjka i ja zrobiłyśmy niesamowite wrażenie. W jednym momencie zleciało się do nas mnóstwo osób, które patrzyły na nas z niedowierzaniem. Było przemiło. Rozmawialiśmy na migi, śmialiśmy się... Czasem znajomość języka nie jest potrzebna.

Po powrocie, na pokładzie bardzo fajnej łodzi, zaproponowano nam przednią kolację, po której odbyliśmy nocną przejażdżkę po rzece. Jeszcze tylko fenomenalny masaż, piwko, spacer po okolicznym małym zoo i w kimono. ;) 


22 grudnia 2003 (poniedziałek) – Delta Mekongu: Can Tho - Chau Doc (Wietnam)

Rano wpakowano nas w maleńkie wywrotne łódeczki, które zmierzały w kierunku tzw. „floating market”. Mogliśmy doświadczyć „prawdziwego”, nawodnego życia, jakie prowadzą tamtejsi Wietnamczycy. Każdego ranka mianowicie, w jednym miejscu spotyka się cała kupa łódek z owocami, pożywieniem i innego rodzaju towarami. Ludzie pływają między sobą, wymieniają, sprzedają lub kupują to i owo. Z większości łodzi wystają długie patyki z zawieszonymi na nich towarami, które się na danej szalupie sprzedaje. Od czasu do czasu przepływają łodzie z colą , innymi napojami, gumami do żucia...

Floating market na delcie Mekongu 

Następnie udaliśmy się w jedną z najpiękniejszych części podróży tą samą małą łódeczką, która zdawała się rozpadać. Oto pani, która przybija młoteczkiem jeden z wystających gwoździków. ;)

Rozpadająca się łódeczka i próby jej naprawy 

Wracając do najpiękniejszej części delty Mekongu... Zaczęło świecić piękne słońce kiedy wpłynęliśmy w wąskie, prawie nie zamieszkane kanały rzeki. Wokoło palmy, zielone jeszcze banany, kokosy, przemykające zwierzątka. Totalna dzika natura. Krokodylów tylko brakowało.

Bananowce z zielonymi jeszcze owocami 

Następnie udaliśmy się do jednej z wiosek, by zobaczyć produkcję „rice paper”. Nie będę się wdawała w szczegóły. Powiem tylko że ja wraz z moją Współlokatorką dosyć poważnie zgubiłyśmy się. Przeszłyśmy dobrych kilka kilometrów, zagłębiając się coraz bardziej i bardziej w nadrzeczną dżunglę. Nawet się cieszę, bo zobaczyłyśmy, to co chyba niewielu turystom zdarza się zobaczyć. ;) Niestety dostałyśmy niezłą burę od Faceta mojej Współlokatorki... Właściwie doszło do bardziej niż ostrej wymiany zdań między Nim a mną... No tak, zamieszanie było ogromne, panika, szukanie... No ale tak czy owak nic nas nie pożarło ani nie porwało. ;)

W ponurej atmosferze kontynuowaliśmy naszą podróż. W Long Xuyen odwiedziliśmy kilka świątyń oraz ogromną farmę krokodyli. Mało zawału nie dostałam jak jeden z nich rzucił się na moją Współlokatorkę, gdy ta przeskakiwała nad małym kanalikiem. Dobrze że była siatka. Nie należy lekceważyć tych zwierząt. One jedynie tak leniwie wyglądają... a ich oczy nie zdradzają zupełnie nic. I to jest najgorsze.

Farma krokodyli w Long Xuyen 

Krokodyle pakowane są do specjalnych drewnianych klatek i wysyłane na przeróbkę: kozaczki, torebki i takie tam... Brrr....

W końcu busikiem dojechaliśmy do Chau Doc, miasteczka graniczącego z Kambodżą, gdzie mieliśmy spędzić noc. Wieczorem przeszliśmy się po miasteczku. Po ulicach jeździli rowerami masażyści grzechocząc grzechotkami na znak oferowanych usług. Na ulicach inni ludzie innym ludziom stawiali bańki, jeszcze inni pili sobie spokojnie piwko.... 

Udaliśmy się na spoczynek.



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...