Proste życie w Muang Khua


Środa, 23 czerwca 2004 (Z plecakiem przez Azję)
Muang Khua / Laos


Skoro swit udalam sie na "dworzec autobusowy". Zapakowano mnie na nieco wiekszy "autobus" razem z 30 innymi ludzmi. Mialam szczescie zdazyc na miejsce siedzace. To znaczy byly tez inne miejsca siedzace, ale na podlodze wsrod tobolow i kurczakow. Co jest malo przyjemne na zdecydowanie zbyt kretej dla blednika drodze. I dla pupy tez.

Ruszylismy. Nauczona doswiadczeniem podlozylam sobie pod krzyz sweter i zaopatrzylam w chusteczke na twarz. Poczatkowo drga byla asfaltowa ale ja to mowia "wszsytko, co dobre szybko sie konczy". Po pol godzinie rozpoczely sie piaszczyste i kamieniste wertepy. Kamienie lataly wokolo a za nami unosila sie ogromna chmura pylu. Za kazdym razem, gdy zatrzymywalismy sie, kurz "jechal" dalej i wypelnial cala przyczepe. Wszyscy unisono zamykali oczy i przystawiali chusty lub rece do nosow. Ja rowniez. I nie powiem... w koncu poczulam sie uprzywilejowana z powodu noszonych przeze mnie okularow.

Po drodze mijalismy wioseczki z malenkich chatek, przewaznie bambusowych, stojacych na okolo 1,5-metrowych palach. Ludzie przemieszczali sie z jednej wioseczki do drugiej z workami ryzu, tytoniu (?), jakas niezidentyfikowana roslinnoscia, slimakami... Wiekszosc Laotanczykow jest zbyt chuda, z czasem przerazajaca grzybica paznokci i prochnica na resztkach zebow. Wszyscy jednak sa niezmiernie mili - nawet jezeli opowiadaja mi historie w swoim wlasnym jezyku. Czuje sie tutaj o wiele bezpieczniej niz w Indonezji. Nawet nie widzac ani jednej bladej twarzy.

W pewnym momencie "autobus" gwaltownie zahamowal. Malo co nie wjechalismy w inny pojazd. Za calego zamieszania wszyscy wyszli bez szwanku z wyjatkiem kola - trzeba bylo zmienic. 

Złapaliśmy gumę - ludzie zniknęli w pobliskich
krzaczkach co by sobie ulżyć


Kilka razy mialam dusze na ramieniu. Na zakretach, przy niesamowitych przepasciach, "autobus" mial tendencje zdecydowanego przechylu. Zbyt duzego na moje nerwy. Czasem bylo lepiej niz rollercoaster, bo zycie mozna bylo faktycznie stracic.

W koncu dotarlam do Muang Khua, malenkiej miesciny na polnocy Laosu. Udalo mi sie znalezc zakamuflowany guesthouse polecony mi przez Jules'a z Kanady. Bo w przewodniku nie ma zbyt wiele o tej miejscowosci. Ludzie mieszkaja tutaj bardziej niz skromnie. Mostu brak wiec co chwila z jednego brzegu na drugi przeprawia sie lodka z kilkoma ludzmi. Wokolo majestatyczne, tryskajace zielenia gory w nisko zawieszonych chmurach deszczowych. Czasem delikatnie pokropi. Dzieciaki pluskaja sie radosnie w rzece. Matki myja corki i synow, psa tez przy okazji, a mezczyzni swoje pojazdy. Cykady donosnie bzycza (i bzykaja ;). Gekony wydaja charakterystyczne odglosy. Do tego dolaczaja sie koguty. Pachnie...

Muang Khua

Robie zdjecia. Dwie panie zafascynowane patrza w ekranik. Jedna z nich pokazuje mi swoj dowod osobisty i wskazuje druga. Rozumiem, ze chca, zebym zrobila zdjecie legitymacyjne. I im je ofiarowala. Udaje, ze nie wiem, o co chodzi. Nie chce, zeby myslaly, ze nie chce im pomoc. No bo jak mam wytlumaczyc skomplikowany proces wywolywania zdjec skoro nawet slowa nie mowia po angielsku?

Panie chcą zdjęcie do swoich ID

Elektrycznosc i ciepla woda sa od 18.00 do 22.00. Dla turystow, bo tutejsze kobiety zaczynaja sie pod wieczor kapac w rzece. Wychodza z chatek w specjalnych plachtach materialu zszytych w owal. Sciagaja bielizne i zaciskaja material na ciele w zaleznosci od tuszy. Wchodza do wody, kucaja, przepieraja bielizne i myja sie. Czasem nawet z nagimi piersiami. Nastepnie mokra tkanine zamieniaja na taka sama tyle ze sucha. Bardzo kobieco i bez zbednego wstydu. Obok mezczyzni zarzucaja sieci. Kolacja.



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...