W Kamerunie


Przy bramie wejściowej widoczne poruszenie. Kilku mężczyzn żywiołowo dyskutuje na temat mojego ubioru. Wykonują telefony, gestykulują przyciszoną francuszczyzną, wzrokiem szukają wsparcia u równie bezradnych kolegów. Kto by pomyślał, że dla kobiety kluczem do wejścia do jednej z największych firm w Kamerunie będzie akurat spódnica... A ja spódnic nie noszę. Są mało praktyczne. Na tylnym siedzieniu jeepa robi się gorąco. Spoglądam w lewo. Niedaleko od samochodu dobrodusznie wyglądający mężczyzna sika prężnym łukiem w pobliski rów, drugą ręką przyjaźnie do mnie machając w szczodrym, błyskającym bielą uśmiechu. Odpowiadam tym samym z lekko uniesioną zdziwieniem brwią. Po jakimś czasie siusiający na każdym kroku mężczyźni nie będą robili na mnie już większego wrażenia – nawet ci oddający mocz frontem do jezdni. Odwracam głowę w prawo i napotykam na błędny wzrok innego Kameruńczyka. Wpatruje się we mnie intensywnie nic nie widzącymi oczyma. Ma wyraźnie zwiotczałe mięśnie żuchwy, co powoduje, że szczęka wymyka mu się spod kontroli opadając bezładnie ku ziemi. Kilkumetrowa perspektywa pozwala mi zrozumieć powód nagłego zamarcia mężczyzny w pełnym napięcia bezruchu. Jego widocznie nabrzmiałe już części intymne zupełnie wzięły go w swoje posiadanie zmuszając dłoń do ich jeszcze bardziej żywiołowego miętoszenia. Uśmiech i machanie w pozdrowieniu na nic chyba w tym przypadku nie zdałoby się. Koncentruję się więc na wydarzeniach przy bramie. Tak samo jak mężczyźni opróżniający swoje pęcherze gdzie popadnie, tak samo i mężczyźni publicznie stymulujący swą krew do biegu nie będą już wkrótce zaprzątali mojego umysłu. Kwestia szybkiej adaptacji. Po kilkunastu minutach w drodze wyjątku otrzymuję przepustkę. Na odejście mój rozmówca niby żartem rzuca, żebym następnym razem przyszła bardziej po kobiecu – „taki jest tutaj dress code”. Na następną wizytę kupuję kostium. Dzięki pomocy zaprzyjaźnionego Kameruńczyka z 230Euro schodzimy do 150. Przez chwilę rozważam zakup typowego stroju afrykańskiego – takiego z turbanem we włosach i długiej sukni o ostrych kolorach, tak pięknie przecież podkreślającego obfite, cudowne kształty tutejszych kobiet. Jestem jednak, jak zwykle zresztą, w towarzystwie samych mężczyzn (może stąd to skrzywienie w moim wyczuciu mody?), którzy okazują mało zrozumienia dla tego rodzaju rozterek. Z ciężkim sercem wydaję więc pieniądze na poliesterowy, obcisły kaftanik, którym pewnie oblekać będę się jedynie podczas wizyt w Kamerunie. Mój szef aż chce sobie zrobić ze mną pamiątkowe zdjęcie, kiedy kilka dni później wyłaniam się w nim z windy. Podstępem udaje mi się odwieść go od tego zamiaru.


Yaounde z okna hotelu



Domy w Yaounde


Zupełnie nie wiem, czego się spodziewać. To moja pierwsza wizyta na Czarnym Lądzie. Już atmosfera w samolocie lecącym z Paryża różni się diametralnie od przykładnej i uporządkowanejambiance panującej podczas lotów liniami koreańskimi. Mnóstwo rozkrzyczanych dzieciaczków o długaśnych, zakręconych rzęsach, walających się ubrań, śmieci, intensywnego zapachu potu zmieszanego z mocnymi perfumami. No i te wymyślne fryzury kobiet! Od Grace Jones, przez Tinę Turner po wariacje w stylu Terence Trent D’arby. Nie mogę się napatrzeć. Ktoś mnie później oświeca, że okres prosperity przemysłu perukarskiego w Afryce nie ustaje. Tak jak i w samolocie, tak i na lotnisku panuje ogólne zamieszanie. Ci bardziej zżyci z tutejszymi władzami przechodzą przez urząd imigracyjny bez sprawdzania paszportów – po drugiej stronie kolekcjonuje je jeden z pracowników, żeby po pewnym czasie niepostrzeżenie podsunąć je pani w okienku do podstęplowania. Ja tymczasem stoję w ogonku, uchylając się przed niebezpieczną trajektorią lotu oszalałych w podobnym do mojego zagubieniu nietoperzy. Kolejne kilkadziesiąt minut spędzam na zbiórce bagażu pośród himalajskich gór walizek przywiezionych zza oceanu przez tutejszych globtroterów. Na sam koniec zgodność przynależności każdej paczki, pakunku, walizki i torby sprawdzona musi zostać przez kolejnego urzędnika. Trwa to wieki. A kiedy już wydostaję się na świeże powietrze okazuje się ku mojemu wielkiemu niepocieszeniu, że dostałam się w posiadanie krajobrazu do złudzenia przypominającego kraje Azji Południowo-Wschodniej (inna jest tylko ziemia: krwawo rdzawa). Takiego z gęstą dżunglą zamiast sawanny, rozłożystych bananowców zamiast pustyni i rozklekotanych samochodów zamiast żyrafy i słonia. Jedynym ukojeniem są moje ulubione baobaby, które udaje mi się wypatrzyć kilka dni później w południowo-zachodniej części kraju.



Friends in Yaounde


Raczej niełatwo jest zbić mnie z pantałyku. Kiedy jednak Minister Energii i Wody Kamerunu (przeuroczy pan swoją drogą) zwraca się do mnie płynną polszczyzną, zaczynam zastanawiać się w duchu, czy aby to nie pierwsze objawy malarii. W końcu jakiś tam komar mnie dopadł. Odpowiadam na wszelki wypadek po angielsku próbując jednocześnie zdiagnozować stan swojego zdrowia. Być może trzygodzinne oczekiwanie na spotkanie w zbyt schłodzonym (ta spódnica!), ciemnym pomieszczeniu wywołało u mnie gorączkę? Ponownie słyszę jednak język polski. Nie może być tutaj pomyłki. Okazuje się, że Minister lata osiemdziesiąte spędził studiując na Politechnice Warszawskiej. Podczas rozmowy (reszta mężczyzn wygląda na nieco zdezorientowanych) nie mogę powstrzymać się od ogromnych uśmiechów. Z moich pierwszych obserwacji wynika, że w ogóle Kameruńczycy to niezwykle ciepły, otwarty, prostoduszny (w dobrym tego słowa znaczeniu) naród. Swoją francuszczyzną na północy i angielskim na południu opowiadają o najbardziej osobistych sprawach już po kilku minutach od zapoznania. Są pełni energii, dużo się uśmiechają, mimo nie za spektakularnych warunków życia wyglądają jakby w ogóle nie mieli zmartwień. Idzie to w parze z moimi wrażeniami z krajów takich jak Laos czy Wietnam. Bardzo zdziwiła mnie liczba albinosów w Kamerunie. Już w samolocie zauważyłam małe dzieciątko ze śnieżną skórą i białymi, krótkimi warkoczykami w stylu afrykańskim, pociesznie odstającymi od główki. Potem od czasu do czasu w tłumie wyławiałam charakterystyczną sylwetkę Afrykanina ale o białej skórze, rzęsach, brwiach i włosach. Albinizm najczęściej występuje w Tanzanii (1:200 wobec standardowej proporcji 1:10000) i jest tam przeważnie uważany za klątwę. Dochodzi nawet do częstych morderstw zlecanych przez czarowników w celu pobrania poszczególnych części ciała i organów albinosa – mają one mieć cudowne własności. Z tego, co się dowiedziałam kameruńskie podejście do tego zjawiska jest niestety do pewnego stopnia bardzo podobne.

Wioska rybacka gdzieś pośród dżungli w okolicach Kribi

Czas na wyprawę. Z dosyć jednobarwnej stolicy Yaounde wyruszam w kierunku zachodnim. I już na wyjeździe mój poziom ekscytacji sięga szczytu. Wyprzedzanie w gęsiego lub na trzeciego, czasem też i na zakręcie, pobudza mnie do głębszych oddechów, wznosi w bezdechu brwi w sytuacjach bardziej kryzysowych, zaciska usta lub powoduje nerwowy śmieszek. Na poboczach w niemym ostrzeżeniu leżą wraki zdezolowanych pojazdów, na niemiłosiernie powyginanych barierkach kładą się jedną stroną kół tiry transportujące monstrualne kłody drzew z Afryki Środkowej, do złudzenia przypominając tym samym sikające pod drzewem psy. W jednej z mniejszych miejscowości na wspak ulicy ostaje się jedynie ołańcuchowany, przewrócony na bok kontener. Naturalnej wielkości, metalowe sylwetki ludzi zieją czernią z wypisanym numerem ofiar wypadków w danym miejscu. Ministerstwo Transportu proponuje zamknięcie drogi Yaounde – Douala dla ruchu nocnego z powodu ogromnej śmiertelności jej użytkowników. Od czasu do czasu mijamy policję. Gdy przedstawiciele władzy zachęcają do postoju w sposób dosyć jowialny nie zatrzymujemy się – prawdopodobnie chcą tylko łapówkę. Inna sprawa kiedy na drodze leży łańcuch najeżony szpikulcami, a umundurowani panowie podkreślają swoje uprawnienia dyndającymi u boku karabinami. Kilka razy płacimy też myto przy zaimprowizowanych po prędce posterunkach kupując przy okazji cudownie pachnące banany od ulicznych handlarzy. Oferują oni mnóstwo innych bliżej niezidentyfikowanych produktów, ale jakoś nie ulegam pokusie. 

Chatka rybacka wokół Kribi

W drodze do Douala odbijamy w kierunku nadmorskiego Kribi. Niekiedy w przedsionku mijanych miast gromadzą się ludzie, żeby pograć w piłkę nożną. Widać, że uwielbiają ten sport. W Edéa zatrzymujemy się na obiad. Za plecami mam potężną, błotnistą część rzeki Sanaga, z której to wyłowiono dla nas krewetki ze szczypcami jak u kraba, oraz ogołocone z liści drzewo, na którym siedzą ogromne wrony z białymi kołnierzami. Prawdopodobnie obserwują krzątające się wokół naszego stołu jaszczurki – ich potencjalny posiłek. Podczas gdy w Azji Południowo-Wschodniej przy stołach żebrzą koty, to w Kamerunie pożywienia dopraszają się słodko wyglądające jaszczurki. I tak jak koty w Azji są one bardzo wybredne – frytkę jedynie nadgryzą, za to na kawałek ryby zareagują przezabawnym, pełnym radości, hiphopowym ruchem głowy. Podobnie też jak koty fukają na siebie przepędzając na swoich palczastych odnogach co bardziej kompetentną konkurencję. 

Jaszczurka w restauracji w Edea

Rynek w Douala

Douala okazuje się chaosem nie do opisania. Wjeżdżamy od strony marketu Le Village de Douala, który kotłuje się większych rozmiarów motocyklami, ciężarówkami, samochodami i ludźmi sprzedającymi w ścisku i błocie (to pora deszczowa) dosłownie wszystko. Yaounde, miasto o wiele mniejsze, jest stolicą polityczną kraju – stąd jazda motocyklami jest tam niedozwolona. Douala natomiast to centrum ekonomiczne, gdzie wszystko aż burzy się w erupcji handlu miejscowego ale i tego zamorskiego usprawnianego usługami tutejszego portu. To właśnie w Douala mam okazję zakosztować naparstka kameruńskiego życia nocnego. W pierwszym lepszym pubie jazz jam na żywo. Jestem w niebie. Po kolei wkraczają lokalni artyści rozjątrzając moje rozstęsknione wnętrze pełnymi swobody aranżacjami. Moje zmysły rozbraja na części pierwotne kobieta wyrzucająca uczucia ognistym głosem, akcentując je szarżą jeszcze bardziej ognistymi piersiami. Dobija ona resztki racjonalnego myślenia dziką ekspresją ruchów, rozgrzewając do czerwoności nie tylko mnie, ale i całą publikę. Koncert kończy się szalonym tańcem, do którego zapraszana jest widownia. Kobieta za kobietą tańczy z piosenkarką w bardzo charakterystyczny sposób, przywodzący na myśl plemienne, ekstatyczne harce rdzennej Afryki. Pełno w nich jakiejś pierwotnej siły, magii, zapomnienia, seksapilu i prostego uniesienia życiem. Wszystko jest tak, jak być powinno... W tym momencie od Korei jestem bardzo, bardzo daleko.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...