Cztery bliskowschodnie przypadki



1. Różowy Sweterek

Koreańczycy, a w szczególności koreańska płeć brzydka, nie grzeszą zbyt wyrafinowanym smakiem jeżeli chodzi o ubiór. Owszem są to zazwyczaj markowe i drogie fatałaszki, ale dobrane, w powiedzmy sobie szczerze, mało wyszukany sposób. Zdarzają się krawaty w kółeczka, koszule w kratkę i garnitury w paski. A wszystko to w zwartej kupie na jednym modelu. O doborze kolorów już nie wspomnę. Charakterystyczne są też spodnie podciągnięte pod pępek, przepasane paskiem z metalową „tabliczką” dumnie demonstrującą dany brand. Sześć lat w Korei pozwoliło mi na wystarczający „exposure”, żeby nie ulegać już większym porywom zdziwienia.

Wchodząc do naszego biura w Omanie nie brałam pod uwagę więc ewentualności tego rodzaju wstrząsów. Moją głowę zapełniały zupełnie inne algorytmy prawdopodobnych powikłań sytuacyjnych. Mrugając oczami w niedowierzaniu zamarłam więc na chwilę, kiedy przed moimi oczami niepspodziewanie wyrósł zupełnie niedorzeczny sweterek. Sweterek miał przykrótkie rękawki, przaśnie opinał pinpongowy brzuszek i pozwalał dokładnie określić odcień brązu sutków noszącego go pana. Co gorsze sweterek raził kraśnym różem i swoimi trzema czerwonymi pasami biegnącymi w linii prostej przez klatkę piersiową i rękawki. Zaintrygowana, podczas rozmów z ubranymi w całkiem porządne garnitury mężczyznami i sweterkowym wyjątkiem, rozważyłam kilka możliwości. „Różowy Sweterek” mógł być po prostu daltonistą, który nastawił pranie na zbyt wysoką temperaturę. A może przedłużyła mu się podróż służbowa na tyle, że nie miał innego wyjścia jak włożyć ostatnią czystą rzecz, prezent od małoletniej córki, jaki żona zapakowała mu do walizki, żeby zawsze pamiętał o swojej rodzinie. „Różowy sweterek” mógł też być szalonym geniuszem, który zupełnie nie zwracał uwagi na tego rodzaju przyziemne sprawy. Albo po prostu pozycja mężczyzny pozwalała mu na umyślne bądź niezamierzone prowokacje i rozkoszowanie się bądź najzwyczajniejsze ignorowanie wywoływanego przez siebie poruszenia.

Nazwisko „Różowego Sweterka”, mimo nabożności z jaką zostało wyszeptane mi w zaciszu korytarza, nie odbiło się w moich wspomnieniach żadnym echem. Na dalsze wyjaśnienia nie było czasu.


2. Dubajska Wiza

Na lotnisku w Dubaju okazało się, że, w przeciwieństwie do Koreańczyków, muszę wykupić „package”, jeżeli chcę spędzić w mieście kilka godzin. „Package” składał się z wizy oraz opłaty za pokój w jednym z hoteli. Razem 210 USD. Rzecz jasna miejsca noclegowego nie potrzebowałam, mój samolot odlatywał za 8 godzin. Służby lotniskowe jedynie słusznie założyły jednak, że jeżeli zdecydowałabym się nielegalnie w kraju pozostać, to przenocowałabym właśnie w wykupionym wcześniej miejscu, gdzie lokalne służby innego rodzaju mogłyby mnie komfortowo schwytać. Po kilku chwilach pokojowej dyskusji, „Różowy Sweterek”, tym razem już ubrany w elegancko skrojony garnitur, szastnął kartą kredytową o blat wykupując moje miejsce noclegowe. Wiedziałam już, że opcja szalonego geniusza niedbającego o trywialne sprawy ziemskiego padołu odpada.

Nasza grupa rozdzieliła się. Część, z wraźną niechęcią, musiała udać się na nudnawe spotkania. Ja, wraz ze swoim koreańskim współpracownikiem, oddelegowana zostałam jako przyboczna eskorta „Różowego Sweterka” celem dowolnego rozdysponowania wolnego czasu. Nie żebym miała coś przeciwko temu – w Dubaju nigdy nie byłam i chciałam zobaczyć jak najwięcej przewidując, że druga okazja szastnięcia przez kogoś kartą kredytową może mi się nie przydarzyć. Okazało się, że „Różowy Sweterek” uwielbiał robić zakupy i tak udaliśmy się do największego na świecie shopping mallu


3. Diamentowy Zegarek

Od z góry nie zaplanowanych zakupów boli mnie głowa. Dlatego zawsze z góry spisuję listę potrzebnych mi rzeczy, przemykam przez sklepy z największą możliwą efektywnością, po czym wracam w jakieś mentalnie spokojne zacisze. Ogromne akwarium, z niesamowitymi stworzeniami w środku wynagrodziło mi jednak, i to z nadwyżką, smętne snucie się po kolących w oczy luksusem i halogenowym oświetleniem sklepach. Zdarzyło się też coś, czego po zakupach nie spodziewałabym się. Zostałam mianowicie podstępnie i bez większej świadomości rozdziewiczona.

Ze zrozumiałych względów do sklepów takich jak Tiffany’s nie chadzam. „Różowy Sweterek” jednak zaciągnął nas do kilku tego rodzaju salonów, aż końcem końców wylądowaliśmy w Piaget. Tam poprzyglądał się on kilku zegarkom, po czym kazał sobie pokazać jeden z nich. Poruszeni zainteresowaniem klienta asystenci, drygiem wdziali jedwabne rękawiczki, z nabożeństwem wyjęli z oszklonego i opatentowanego obostrzeżeniami okna wystawowego całkowicie pokryty diamentami zegarek, po czym przynieśli go na atłasowej tacy do naszego stolika. Zegarek był śliczny. Refleksy światła przepięknie odbijały się od wypolerowanych diamencików. Pomyślałam, że ciągle jest to jednak tylko zegarek. Nic więcej. I że tylko ludzie, którzy nie wiedzą, co w życiu jest naprawdę ważne, potrafią przykładać wagę do tego rodzaju drogich błyskotek. „Różowy Sweterek” zapytał o cenę. Asystent nerwowo postukał coś na tandetnym kalkulatorze i pokazał nam cenę - 150,000USD. „Różowy Sweterek” leniwie kiwnął głową, spojrzał na mnie i spytał, czy chciałabym go przymierzyć.

Czas stanął w miejscu. Zegarek przyjemnie otaczał moją dłoń idealnie rozłożonym ciężarem. Chłodził nadgarstek szlachetnym chłodem diamentów. W ciszy jaka nastała przyglądałam się mu i nie mogłam nadziwić się uczuciu, które ogarnęło mnie po raz pierwszy w życiu. Na swojej ręce miałam mieszkanie w Polsce, całkiem dobry samochód, albo setki, jeżeli nie tysiące, wykarmionych dzieci w Afryce. I coś jeszcze. Coś, czego nie mogłam uchwycić... W jakimś nagłym przerażeniu wyrwałam się z odrętwienia i spojrzałam w oczy „Różowemu Sweterkowi”. Przyglądał mi się intensywnie i zdawał się sycić moją reakcją. Uczuciem, jakie malowało się na mojej twarzy.

Po wyjściu ze sklepu przez dłuższy czas i ja i „Różowy Sweterek” zatopieni byliśmy w swoich własnych myślach. Myślach, które wcale nie były wesołe.


4. Szalony Autobus

Obecnie największy na świecie shopping mall ma jak na razie jedynie dwa punkty postoju taksówek. O tym jednak dowiedzieliśmy sie po kilku nieskoordynowanych przebiegach wzdłuż i wszerz zagmatwanych korytarzy domu handlowego. Obsługa mianowicie, skądinąd bardzo usłużnie, udzielała nam zupełnie sprzecznych informacji co do najlepszego miejsca złapania kursu na lotnisko. Biegać też musieliśmy dosyć szybko, ponieważ godzina odlotu naszego samolotu do Korei zbliżała się wielkimi krokami. Wyjście na zewnątrz i próby złapania taksówki na ulicach zakorkowanego i totalnie rozkopanego Dubaju nie wchodziło w rachubę. Ostatecznie, mimo naszych usilnych tłumaczeń i próśb, kazano nam stać w ogromnej kolejce tak, jak każdy normalny człowiek. Spoceni poddaliśmy się. „Różowy Sweterek” wyglądał na lekko zaaferowanego, ale zupełnie nie było widać po nim złości, czy zdenerwowania. Niespotykane jak na Koreańczyka i to cholernie wysoko ustawionego (co już wcześniej ustaliłam). 

Najwidoczniej podobnie zbłąkanych podróżnych było więcej, bo nagle ogłoszono podstawienie specjalnego autobusu dla tych, którzy spieszą się na samolot. Odjazd zajął nam około piętnastu minut żywej dyskusji między panem z obsługi, a naszym kierowcą. Okazało się też, że kierowca kierowcą chyba nie był, bo nie wiedział na przykład jak zastartować auto, nie wspominając już o zmianie biegów. Wyjechaliśmy na miasto. Tam kilkakrotnie zgasł nam silnik, a jak już ruszyliśmy to jechaliśmy nie szybciej niż 20km/h. Trzeci bieg zdawał się być głównym problemem. Odetchnęliśmy z ulgą jednak, gdy przed nami zamajaczył się drogowskaz z kierunkiem na Terminal 1 i 3 lotniska. Z lekkim już sercem, pewni szczęśliwego zakończenia tej niefortunnej podróży, zaczęliśmy prześcigać się w żartach i opisie swoich przeterminowanych już najczarniejszych wyobrażeń. I wtedy stało się nieprawdopodobne. Kierowca ni stąd ni zowąd zaczął skręcać z lewego pasa w uliczkę po prawej stronie niemalże powodując karambol. W akompaniamencie trzech zrozpaczonych krzyków i zewsząd dochodzących, donośnych klaksonów, drogowskaz na lotnisko schylił się za czarną już nocą linią horyzontu. 

„Różowy Sweterek” startegicznie stanął na schodkach autobusu, ja usadowiłam się po jednej stronie pierwszych siedzeń, a mój współpracownik po drugiej. Rozpoczęliśmy misję autopilotażu. Migowego, ponieważ kierowca, który kierowcą nie był, nie potrafił powiedzieć ani słowa po angielsku. Od czasu do czasu zatrzymywaliśmy się też pytając o drogę przechodniów. Iskierka nadziei na nowo zatliła się w naszych sercach, kiedy to oczom naszym ukazał się ponownie długo wyczekiwany drogowskaz. Tym razem jednak pozostaliśmy w milczeniu nie chcąc kusić złego. Licho jak to licho znowu jednak z nas zakpiło. Kierowca wykonał dokładnie ten sam manewr, co poprzednio. Również w akompaniamencie trzech zrozpaczonych krzyków, hamujących kół i donośnych klaksonów. Po czym stwierdził, że on na lotnisko nie pojedzie. Jego misja to hotele, a nie lotnisko („no airport, hotel, sorry ya?!”).

Wszyscy roześmieliśmy się jak jeden mąż. To był już ten poziom absurdu, który łamie nawet najtwardszych pesymistów. Nie mogliśmy się przestać rechotać (bo inaczej tego nazwać nie można) aż do hotelu, gdzie wysiedliśmy. Tam poinformowano nas, że hotel nie ma swoich taksówek i że goście mają prawo do korzystania z hotelowego van’u. My gośćmi rzecz jasna nie byliśmy... 


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...