Trekking wokół Muang Ngoi


Piątek, 25 czerwca 2004 (Z plecakiem przez Azję)
Muang Ngoi / Laos


Rano decydujemy się z Kevin’em na wyprawę do pobliskich jaskiń i mniej bliskiej wioski w głębi lądu. Przedtem jednak omlet, na który czekamy ponad godzinę. W Laosie wszystko dzieje się bardzo powoli, leniwie, z pewnym takim czasowym rozmachem. Nie przeszkadza mi to.

Samotna chatka tuż przed wejściem do dżungli

Maszerujemy przez dżunglę. Zapachy natury są oszałamiające. Gdzieś w głębi odżywa pierwotność, prapoczątek, słodycz wolności. Pot leje się po plecach sącząc koszulkę, buty nasiąkają wilgocią mułu. 

Zagubiony wąż

Docieramy do pierwszej jaskini. Zadzieram nogawki i absolutnie przezroczystą wodą kroczę ku nieznanemu. Niezwykle równej wielkości kamyki delikatnie szemrają w promieniach słońca. Woda wydaje się namacalnie magiczna. Tuż poniżej łydek czuję, jak przyjemnie chłodna umyka do niskiej zapadni w środku jaskini. Kevin dostrzega wejście gdzieś na górze. Z dużą dozą sceptycyzmu patrzę na niego, jak próbuje znaleźć drogę przez lokalne chrząszcze biegnące wzdłuż wertykalnej drogi. Skubany znajduje. 

Wlokę się za nim z przerażeniem. Ale jak on może to ja też. I nie żałuję. Po chwili, całkiem niespodziewanie, wyłania się przede mną jaskinia. Jest ogromna. Zatrważająca. Chłodna. Cieknąca. Śliska. Ciemna. Cudowna... Kevin znika w ciemnościach. Próbuję za nim nadążyć. Wołam go ale nie słyszę odpowiedzi. W oddali widzę jaśniejący otwór. I tylko tyle widzę. Zapalam latarkę. Zaczynam się bać. Ciszy i ciemności. Kevin nadal się nie odzywa. Nie ruszam się ani na krok. Nie wiem, która drogę wybrać. Ku jasności, czy ciemności. Waham się. Nagle słyszę zniekształcony głos. Kevin w oddali. Ciągnie mnie gdzieś przez ciemność, po skałach, śliskiej, glinowatej powierzchni. Nie widzę nic oprócz niemrawego światełka mojej latarki tuż przed sobą.

Znowu przekraczam swoje limity. Gasimy latarki. Zapada ciemność absolutna. Przepiękna. Tak właśnie musi wyglądać NIC. Próbujemy robić zdjęcia. NICZEMU? Trochę pomaga miniaturowy tripod. Ale nie za dużo. Oddycham z ulgą. Już na zewnątrz.

Ciemności jaskini

Przed nami wioska. Jedynie godzina drogi. Godzina zamienia się w dwie. Dwie zamieniają się w trzy. Kilka razy wpadam do rzeki. Moje buty chlupią żałośnie obcierając mi palce. Potem przechodzimy przez pola ryżowe. Gliniane murki okazują się bardzo śliskie. Kilka razy wpadam do szarego mułu, z którego niesamowicie ciężko wyciągnąć nogę. Spotykamy rolnikó, ich kąpiące się pomiędzy trawą ryżową kaczki i kurczaki, i bawoły wodne.

Muliste pola ryżowe

Bawoły wodne zafascynowały mnie już w Indonezji. Są ogromne. Mają wielkie rogi i rozumne, śliczne oczy. I różowe uszy. I szarą skórę (jest też odmiana różowa!). Uwielbiają zanurzać się w błocie po samą szyję. I wydają się być niesamowicie mądre. Zdecydowanie rozróżniają białych i Laotańczyków. Gdy widzą nas zamierają w półżuciu trawy. I patrzą się. Bez ruchu. Bez mrugnięcia okiem. Po czym oddalają się zwinnie. Zdarzyło się, że ścieżka była jednoosobowa/jednozwierzęcia. Bawół ogromnych rozmiarów kroczył w kierunku przeciwnym do naszego. Wszyscy troje przystanęliśmy w wyczekującej ciszy mierząc się wzrokiem. Wokoło chaszcze, w które ani ja ani Kevin nie mieliśmy zamiaru wchodzić. I tak staliśmy. W końcu bawół zdecydował się dać nurka w bok. Gdy przeszliśmy wyszedł ponownie na ścieżkę i potuptał wesoło w swoim kierunku. Bardzo polubiłam te zwierzęta.

Starzec ze swoim zwierzątkiem

Szary bawół wodny

I odmiana różowa

Po trzech godzinach dotknął nas kryzys. Byliśmy głodni, skończyła się woda, stopy niesamowicie bolały... i nie mieliśmy pojęcia, w którym kierunku iść. Zdecydowaliśmy jednak przeć na przód. I tak w końcu doszliśmy. Wioseczka była maleńka, położona w środku dżungli, cała żółta. Od razu otoczyła nas gromada dzieciaków. Patrzyli intensywnie, jak jemy klejący się w zeschnięty sposób ryż z kupą ugotowanych liści. Potem było mnóstwo zdjęć. Aż wyładowała mi się bateria.

Wioska gdzieś po środku dżungli

Dziewczynka z wioski

Zaciekle pozująca dzieciarnia

Dwie młode modelki

Obeszliśmy wokół wioskę. W pewnym momencie, gdy dzieciaki gdzieś zniknęły otoczyło nas z 20 psów warcząc wrogo. Miałam mokro. Próbowaliśmy iść dalej nie zwracając na nie uwagi ale nic sobie z tego nie robiły. Wrogie koło zacieśniało się. Na szczęście przybiegło kilku mieszkańców wioski z pokaźnymi kijami i odgoniło bestie. Ponownie odetchnęłam z ulgą.

W drodze powrotnej spotkaliśmy chłopców wyposażonych w kusze domowej roboty i gogle. To do łowienia ryb. Jeden z nich zademonstrował nam siłę, z jaką strzała wbija się w ziemię. Niebezpieczne narzędzie...

Młodzi łowcy ryb

Spoceni, zmęczeni, brudni i szczęśliwi wracamy do Muang Ngoi. Po drodze zapalczywie śpiewają cykady.



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...