19 września 2014

[Zakorkowani] Co warto zobaczyć w Korei?


W 2012 roku aż 11,1 mln turystów odwiedziło Koreę Południową plasując ją na 20 miejscu najliczniej odwiedzanych krajów na świecie. Najwięcej turystów przybywa z Japonii, Chin, Hong Kongu, USA i Tajwanu. Popularność Korei ma znaczny związek z „hallyu”, czyli „koreańską falą”, która w ostatnich latach całkowicie zalała Azję, ale również i rozpowszechniła Koreę na Zachodzie. To właśnie dzięki kulturze masowej (K-pop, K-drama itp.) Korea urosła do miana jednego z  najbardziej turystycznie atrakcyjnych miejsc w Azji. 

”Kej myślniki” to jednak tylko przynęta, sprawnie wykorzystane narzędzie w przemyślanej strategii rządzących. Koreańska administracja dołożyła wszelkich starań, żeby na bazie obecnych trendów wypromować Koreę jako liczącą się na świecie kolebkę kultury. I zrobiła to w sposób godny podziwu. W ciągu ostatnich 10 lat infrastruktura turystyczna rozrosła się do niebotycznych rozmiarów – podróżowanie po tym kraju to prawdziwa przyjemność. Na stronie Korea Tourism Organization można znaleźć praktycznie wszystkie możliwe do wyobrażenia informacje, przewodniki, porady. Sieć kompleksowej informacji turystycznej oplata co ważniejsze szlaki kraju, a w ważniejszych punktach można nawet za darmo zadzwonić za granicę (nie wspominam już nawet o dostępie do WiFi). Turysta może skorzystać z pomocy przewodników pracujących na zasadzie wolontariatu, albo samodzielnie odkrywać Koreę wykorzystując do tego darmowe telefoniczne serwisy tłumaczeniowe, szereg przydatnych aplikacji na smartfon, darmowe autobusy nie tylko w centrum Seulu, ale i pomiędzy innymi miastami, a ich dobrobytu będzie przy tym strzegła „policja turystyczna” (dosyć niefortunna nazwa, ale niech już będzie).




Pałac Gyeongbok - główny pałac królewski w Seulu.


Co ważniejsze jednak Koreańczycy poważnie przyłożyli się do rozbudowania oferty dla zagranicznego obieżyświata. Oprócz zadbania o światowy posmak miejsc ważnych pod względem historycznym, poszczególne regiony wykorzystały samorządowe budżety do popularyzacji tych obszarów, które je w jakiś sposób wyróżniają – stąd o każdej porze roku można natknąć się na interesujący festiwal, np. żeńszenia, błota, świetlików, papryki, zielonej herbaty, lasu bambusowego,lotosu, sfermentowanych owoców morza (tak, tak!) i wielu, wielu innych. Coraz głośniejsze w Korei stają się również festiwale stricte kulturowe (najbardziej gorący miesiąc to październik), dla przykładu: Jarasum Jazz Festival (na którym w tym roku wystąpi Maciej Fortuna Trio!), Jeonju International Sori Festival (również będę próbowała swoich sił~~), Busan International Film Festival, czy Hwaseong Cultural Festival. Jak grzyby po deszczu wyrastać zaczęły też finezyjne kafejki, puby, kluby, a także cała sieć miejsc do wynajęcia na okres pobytu w Korei (najlepszy pośród nich to oczywiście „Seoul BLISS’Inn”~~).




Festiwal błota w Boryeong.



Nie zawsze było jednak tak różowo. W Korei przez dziesiątki lat dominował gospodarczy pragmatyzm, który wszelkie próby artystycznego wyrazu spychał na boczny tor. Dopiero w latach postmodernizmu (1986-2005) do głosu doszła potrzeba rozwoju kulturalnego społeczeństwa. Wtedy właśnie zaczęły powstawać muzea i inne ośrodki sztuki, których  wygląd w dużej mierze bazował na architekturze Nowego Yorku lub Chicago. Ciągle jednak zintegrowane planowanie urbanistyczne, estetyka konstrukcji czy architektoniczna indywidualność nie były postrzegane jako atrybut, ale raczej jako niepotrzebny zbytek. W okresie tym różnorodność architektoniczna Seulu podyktowana została raczej pomysłowością właścicieli małych sklepów odzieżowych, kafejek, barów czy restauracji niż kontraktami sponsorowanymi przez instytucje rządowe, finansowe bądź społeczność korporacyjną. Stąd Seul w wielu miejscach to wizualnie raczej średnio interesujące miasto z kwadratowymi kolubrynami budynków, identycznie wyglądającymi blokami mieszkalnymi i gęstą siecią autostrad.


Yeouido-dong to dzielnica w ścisłym centrum Seulu.


Seul, jak przystało na stolicę jednej z największych potęg gospodarczych na świecie, zaczyna jednak powoli przeobrażać się z brzydkiego kaczątka w śnieżnobiałego łabędzia. Wizerunek Seulu jako atrakcyjnego miejsca pod względem turystycznym, ale też i do zwykłego życia stanowi bardzo ważny punkt w programie każdego szanującego się polityka. W ostatnich latach podjęto kilka znaczących prób urbanistycznej odnowy i upiększania stolicy. Do ważniejszych projektów z szeregu ekologicznych należy zaliczyć reaktywację w 2005 roku prawie sześciokilometrowego strumienia Cheonggye (Cheonggyecheon) w centrum Seulu, który pokryty był asfaltem od roku 1968 oraz oddanie do użytkowania w tym samym roku ogromnego terenu parku „Seoul Forest”. Seul stara się być miastem bardziej zielonym, bardziej przyjaznym środowisku i zdrowiu jego mieszkańców. Również koreańskie korporacje, wzorując się na coraz bardziej przykuwających oko przedstawicielstwach firm zagranicznych, starają się nadążyć za trendem, jeżeli nie decydując się na zmianę swoich siedzib to przynajmniej przeprowadzając okresowe happeningi mające na celu wizualne urozmaicenie urbanistycznego pejzażu Korei. Wspomnieć też tutaj należy o mega projektach takich jak niewidoczny wieżowiec, czy mega-city niedaleko Incheon (tym samym Incheon stanie się miastem dwóch penisów - odsyłam do zdjęć ukrywających się pod dwoma ostatnimi linkami), które mają rozsławić Koreę na cały, calutki świat.  



Cheongyecheon - sztuczny strumień w centrum Seulu.



Większość odwiedzających Koreę ogranicza swój pobyt właśnie do Seulu. To w stolicy można doświadczyć energii znanej z koreańskich oper mydlanych, otrzeć się o luksusowy tryb życia Koreańczyków, dobrze się zabawić, ale również i zobaczyć kilka miejsc o znaczeniu historycznym. Żeby jednak uzupełnić swój obraz Korei na pewno warto wyjechać poza wielkie miasta, udać się w góry, do małych wsi i miasteczek. Szczególnie w południowej części Półwyspu zasmakować można prawdziwej koreańskiej tradycji, różnych regionalizmów (język, kuchnia, lokalna kultura), to tam również zachowała się jeszcze piękna natura. Nie można pominąć też pozostałych prowincji, bo w każdej z nich odnaleźć idzie coś inspirującego.

Po szczegóły zapraszam do dwóch audycji, jakie razem z Leszkiem przygotowaliśmy w ramach przedsięwzięcia „Zakorkowani”. Podpowiadamy, jak zorganizować sobie niezapomniany pobyt w Seulu, a także w innych  regionach kraju. W części pierwszej naszego słuchowiska polecamy pałace, świątynie i inne atrakcje związane z historią Korei, dzielnice, gdzie można bawić się do upadłego, czy ulice zakupowe, gdzie będąc nieuważnym stracić można fortunę. Polecamy również wyprawy w piękne góry wokół Seulu, ale także i inne miejsca, gdzie w krótkim czasie można dojechać metrem lub autobusem. W naszej audycji nie brakuje też informacji praktycznych np. o zakwaterowaniu (nie zapominajmy o Seoul BLISS’ Inn!) lub środkach transportu przygotowanych specjalnie dla obcokrajowców.

W drugiej części audycji polecamy te punkty na koreańskiej mapie, które sami mieliśmy okazję odwiedzić, i które naszym zdaniem mogą wywołać u podróżników niezapomniane wrażenia. 


"Co warto zobaczyć w Seulu?"


"Co warto zobaczyć poza Seulem?"


12 września 2014

Ślub z Koreańczykiem


W Korei rzadko spotyka się pary żyjące ze sobą „na kocią łapę”. Ja mieszkałam z PWY kilka miesięcy bez ślubu i ani on, ani ja nie mieliśmy spokoju. Na niego patrzyli krzywym okiem podejrzewając, że za niesformalizowanym trybem życia skrywa niecne pobudki, a co za tym idzie ma zdegenerowany charakter. Ja musiałam stawiać czoła rzeczowym poradom, że muszę się przecież zabezpieczyć na przyszłość, bo w przeciwnym razie zostanę – ja biedna – wykorzystana i pozostawiona sobie samej. Ogólnie było z nami coś nie tak i tyle w temacie. W końcu zdecydowaliśmy się na tradycyjny koreański obrządek i jak ręką odjął – wszyscy wokół nas odetchnęli z ulgą, mimo że w świetle prawa małżeństwem ciągle przecież nie byliśmy. Do tej pory nie nosimy obrączek (ja nie noszę nawet pierścionka zaręczynowego) i to również wydaje się nie mieć znaczenia - tego rodzaju ozdoby to w Korei względnie nowy zwyczaj i nie wszyscy się do niego stosują (a jeżeli już to obrączkę zakłada się na palec serdeczny lewej ręki tak jak w Stanach Zjednoczonych).


PWY i ja razem z naszymi
bratankami Sue i Geon.


Zazwyczaj Koreańczycy mieszkają z rodzicami do czasu swojego ślubu, co oznacza, że koreańskie pociechy, kiedy po raz pierwszy opuszczają dom, są z lekka przerośnięte – mają wtedy najczęściej ponad trzydzieści lat (średni wiek mężczyzn to 31,6 a kobiet 28,7 lat). Taki stan rzeczy wynika przede wszystkim z konserwatywnej tradycji, która nie dopuszcza wspólnego zamieszkania przed oficjalną wymianą obrączek. Sytuację cementuje koreański rynek nieruchomości - singlom wynajęcie mieszkania najzwyczajniej w świecie nie kalkuluje się, bo to w Korei bardzo poważny wydatek. Nie oznacza to oczywiście, że randkujące pary żyją w przedmałżeńskiej wstrzemięźliwości. Nic bardziej mylnego. Od zachowywania pozorów są liczne love motele z wejściami przykrytymi do połowy frędzlami tak, żeby oszczędzić gościom ewentualnego wstydu. Z rejestracją ślubu także czeka się kilka miesięcy, bo w razie czego lepiej nie mieć niczego w rejestrze – osobom, które nigdy nie mieszkały z kimś poza wiecznie gotującymi, piorącymi i sprzątającymi matkami, bardzo ciężko sprostać nagłej odpowiedzialności, a to w początkowym okresie wspólnego pożycia prowadzić może niekiedy do burzliwych konfliktów. Koreańska codzienność to i w tej tematyce drobniutko utkana siatka konwenansów, za którą kryje się drugie, trochę ciemniejsze dno.






Wedle prawa obywatel Korei, który ukończył 20 lat może samodzielnie podjąć decyzję o ślubie. Kobiety, które ukończyły 15 lat i mężczyźni, którzy ukończyli 18 lat muszą uzyskać na takowy krok zgodę rodziców. W rzeczywistości jest jednak tak, że zgoda rodziców to warunek zasadniczy - randkująca para po raz pierwszy przedstawia swoją potencjalną połówkę dopiero w momencie, kiedy decyzja o wspólnym życiu już między nimi zapadła. I niestety zdarza się, że rodzicom wybór swojego dziecka nie podoba się - takie pary najczęściej rozstają się i szukają kogoś "właściwszego".

W Korei aprobata rodziców równoznaczna jest z zaręczynami lub przynajmniej ich prawomocnym zatwierdzeniem. Same zaręczyny wyglądają bardzo różnie: między Koreańczykami mają one raczej mało romantyczny charakter - para udaje się do sklepu, gdzie mężczyzna nabywa pierścionek wytypowany przez swoją przyszłą żonę. To jedna z wielu inwestycji, jakich obie strony (a przede wszystkim ich rodziny) muszą dokonać - średni koszt ślubu w Korei to w roku 2010 aż 50 milionów KRW, czyli ok. 156 tys. PLN! Wiąże się to z tradycją wymiany wzajemnych prezentów, a nawet gotówki między rodzinami, ale też opłaceniem młodym podróży ślubnej, mieszkania i jego wyposażenia. Rodzice sobie to później odbierają z nawiązką, ponieważ według tradycji to dzieci mają dbać o nich na starość, co wiąże się między innymi z regularnym wypłacaniem im gotówkowych podarunków. Z oczywistych względów ta forma zaślubin raczej nie jest (na szczęście!) praktykowana w przypadku par mieszanych.






Nasz tradycyjny ślub trwał dwie godziny, co w porównaniu do standardowych 30-40 minut w przypadku „zachodniej” ceremonii to prawdziwy luksus. Jako główni aktorzy odtworzyliśmy scenariusz sytuacyjny zaślubin praktykowany przez Koreańczyków od wieków (dokładny opis można znaleźć w mojej pierwszej książce „W Korei. Zbiór esejów 2003-2007”), co mam wrażenie było ciekawe nie tylko dla nas, ale też i dla zgromadzonych gości. Następnie zjedliśmy dobry obiad w stylizowanej na zamierzchłe czasy wiosce i rozeszliśmy się do swoich domów. Osobiście zupełnie nie rozumiem co najmniej trzykrotnie większego wydatku na ceremonię zaślubin w białej sukni (od 50 tys. PLN wzwyż). Uczestniczyłam w wielu tego rodzaju imprezach i z wyjątkiem jednej za każdym razem było to przeżycie raczej mało odświętne. Zdarza się nagminnie, że podczas wymiany przysięgi małżeńskiej goście prowadzą karczemne konwersacje, a nawet głośno stukają widelcami zajadając czym prędzej swoje schaboszczaki, bo inni czekają niecierpliwie na miejsce przy stole. Trudno mi sobie wyobrazić, że 30-40 minut w podobnym entourage’u pozostawić może w pamięci przyjemniejszy ślad, szczególnie jeżeli ktoś wie, jak ślub może wyglądać na Zachodzie. Między innymi z tego względu – choć głównie dla mojej strony rodziny oraz przyjaciół, którzy nie mogli uczestniczyć w ślubie w Korei – zdecydowaliśmy się na powtórzenie ceremonii w Polsce rok później. Biała suknia, dwa dni biesiady, hanboki na sam koniec imprezy i znowu mnóstwo wspaniałych wspomnień.





PWY zabawia dziewczyny podczas naszego weseliska~~.


Każdy ma na pewno inne priorytety, inny gust, ale też i inną sytuację osobistą, którą trzeba wziąć pod uwagę. Ze względu na liczne prośby podam jednak moje wskazówki co do moim zdaniem najprostszego sposobu formalizacji związku ze swoją koreańską połówką (niestety nie orientuję się co do procedury w przypadku ślubu kościelnego). Wydaje mi się, że cały proces można rozpocząć również w Polsce i najprawdopodobniej będzie on przebiegał podobnie (bardzo dokładny opis znajdziecie na blogu "Pod koreańskim niebiem"). Z doświadczenia jednak wiem, że w Korei biurokracja jest o wiele litościwsza i to tutaj lepiej załatwić sprawy bardziej wymagające.
                                                             

Zalecane kroki:

1.     Zorganizuj ślub w Korei. Do wyboru masz tradycyjny ślub w hanboku lub „zachodni” w białej sukni. Ten krok jest jednak nieobowiązkowy – podkreślam raz jeszcze, że sama ceremonia nie rodzi w Korei skutków prawnych, a jest jedynie odpowiedzią na pewien konwenans społeczny (w oczach uczestników ceremonii będziecie już małżeństwem). Istnieją też pary, dla których tego rodzaju uroczystość stanowi zbędny wydatek lub po prostu stoi poza możliwościami finansowymi. Takim osobom polecam bezpośrednie przejście do punktu nr 2.

2.     Skontaktuj się z urzędem (구청) właściwym dla swojego miejsca zamieszkania w Korei. Zapytaj o dokumenty potrzebne do rejestracji związku małżeńskiego między Koreańczykiem i obcokrajowcem. Na pewno będzie to akt urodzenia, kopia paszportu, poświadczenie o aktualnym stanie cywilnym itp. Warto też dopytać się o wymagany profil tłumaczeń dokumentów z języka polskiego na koreański lub/i ich poświadczenie przez Ambasadę RP w Seulu.

3.     Oboje udajcie się do urzędu (구청) z kompletem dokumentów, pobierzcie numerek do odpowiedniego okienka i podpiszcie stosowny papier. Gratulacje! Od tej pory w obliczu koreańskiego prawa jesteście małżeństwem!

4.     W celu rejestracji związku w Polsce zadzwoń do urzędu cywilnego właściwego dla swojego miejsca zamieszkania. Zapytaj o wymagane dokumenty i ich tłumaczenie z języka koreańskiego na polski lub/i ich poświadczenie podkreślając, że chcesz wpisać w rejestr związek uprzednio zawarty z obcokrajowcem za granicą. Potrzebny będzie na pewno akt urodzenia Twojej koreańskiej połówki, kopia paszportu, akt małżeństwa itp.
.
5.     Zorganizuj ślub w Polsce lub udajcie się z dokumentami do urzędu cywilnego podczas swoich następnych odwiedzin w kraju. Data ślubu pozostanie taka sama jak dzień rejestracji w Korei, ponieważ polski urząd cywilny jedynie „przepisze” wydarzenie do prawa polskiego. W moim przypadku, dzięki nieocenionej pomocy rodziców (tak, tak, czytają mojego bloga~~), udało mi się przygotować standardową uroczystość zaślubin – była przysięga małżeńska w języku polskim (PWY dał radę~~), wymiana obrączek, szampan, a następnie impreza.









6 września 2014

Seoul BLISS'Inn


Pierwsza rezerewacja wywołała bardzo duży uśmiech, a cztery banknoty w ręce przyniosły więcej satysfakcji niż największy bonus, jaki otrzymałam od firmy. Bo w Seoul BLISS’Inn włożyliśmy razem z PWY dużo serca, nawet więcej niż we własny dom.


Seoul BLISS'Inn - nowiutki guesthouse w samym centrum Seulu (Insadong), który można wynająć na okres pobytu w Korei za całkiem przystępną cenę.











Są ludzie, którzy wypruwają sobie żyły, żeby umościć własne gniazdo poza miastem, zasadzić obok domku rodzinne drzewo i postawić przy nim budkę dla wiernego psa. Są ludzie, którzy samodzielnie projektują wnętrza swoich świeżo nabytych mieszkań i pieczołowicie kompletują poszczególne elementy jego wyposażenia, żeby potem z lubością opowiadać o nich swoim gościom. Trudno się temu dziwić, bo chęć zapuszczenia korzeni, stworzenia czegoś namacalnego, wyjątkowego, czy podstawowa potrzeba posiadania niewzruszalnego azylu to jak najbardziej naturalne odruchy.

Mówi się, że po wystroju mieszkania wiele można powiedzieć o człowieku, który je zamieszkuje. W moim przypadku reguła ta nie ma chyba jednak zastosowania. Do tej pory przeprowadzałam się już tyle razy, że każde kolejne mieszkanie traktuję jako przejściowy etap w życiu. Moja aktualna umowa najmu wygasa w grudniu i nie wiem nawet, czy uda mi się ją przedłużyć na następne dwa lata. Być może będę musiała pakować manatki po raz kolejny. Z tego chyba względu nie przywiązuję większej uwagi do tego, jak wygląda mój dom, nie wydaję majątku na kolekcjonowanie kolejnych przedmiotów, nie przyozdabiam wnętrz – ozdobny wielkanocne, które otrzymałam od rodziców to w moim domu całoroczna dekoracja, a o choince, która cały czas stoi obok monitora przypominam sobie zazwyczaj w kwietniu. Ważne są dla mnie tylko cztery rzeczy: duża, niezagracona przestrzeń (też, żeby moja kotka mogła się do woli wybiegać, bo przecież dla niej to cały, caluśki świat), bardzo wygodne łóżko (śpię na naturalnym lateksie), wanna do gorącej kąpieli podczas zimowych wieczorów z książką i czerwonym winem oraz ogromne biurko do pracy. Reszta to zlepek przypadków, z którymi w żaden sposób się nie utożsamiam, bo stanowią rezultat nie moich wyborów: wielkie kwiaty w mało gustownych donicach to spuścizna zamkniętego biura firmy, w której pracował PWY (nikt nie chciał ich wziąć i gdyby nie ja poszłyby na śmietnik); materac w salonie to podwórkowe znalezisko (kanapa stoi, no cóż, w... kuchni), większość kompletów pościeli podobnie jak garnki i rice cooker to prezenty od firmy; pralka i wielki monitor (telewizora nie posiadamy) to prezenty od przyjaciół PWY; hantle i piłka do ćwiczeń to darmowe gadżety wysłane razem z subskrypcją magazynu, którą zakupiliśmy w prezencie dla kolegi; wszystkie szafki w salonie, przedpokoju i kuchni to standardowo wmontowane wyposażenie mieszkań w naszym bloku. Jedynie sypialnia i moje „biuro” to nasz własny świadomy ślad. Dla osoby, która mnie nie zna, widok mojego mieszkania może być z lekka... żenujący. Dlatego nie przepadam za odwiedzinami ludzi, którzy nie do końca rozumieją kim jestem, bo wydaje mi się, że powierzchowna interpretacja tego rodzaju wnętrz może być dla mnie poniekąd krzywdząca.



Moje biurko podczas tworzenia aktualnego wpisu.



Moje "biuro", gdzie spędzam większość czasu w domu.

Z Seoul BLISS’Inn było inaczej. Guest House stał się naszym wspólnym przedsięwzięciem i sama praca nad nim cieszyła najbardziej. Razem chodziliśmy po mieszkaniach, żeby wybrać to najwłaściwsze, kombinowaliśmy skąd wziąć pieniądze, tworzyliśmy checklisty, dyskutowaliśmy, biegaliśmy po sklepach i siedzieliśmy do rannych godzin wybierając w internecie pasujące elementy wyposażenia (tak naprawdę to PWY siedział, ja totalnie wymęczona głośno chrapałam na swoim naturalnym lateksie~~). Na koniec czyściliśmy, szorowaliśmy, składaliśmy, zawieszaliśmy i dopieszczaliśmy.


Lokalizacja Seoul BLISS'Inn - naprawdę najlepsza miejscówka w Seulu.


Opłaciło się. Nie chodzi o te cztery banknoty, ale sprawdzian, który razem z PWY przeszliśmy śpiewająco. Przez kilka tygodni musieliśmy żyć na jeszcze większych obrotach niż zwykle, żeby w terminie wszystko zapiąć na ostatni guzik. Nie obyło się bez kilku drobnych naburmuszeń, ale te szybko pierzchły pod wpływem dłuższego przytulenia. Ponownie odkryłam, że świetnie się z PWY uzupełniamy i że niemal czytamy sobie w myślach. Zgraliśmy się jeszcze bardziej, jeszcze bardziej utwierdziliśmy się w przekonaniu, że razem możemy dokonać naprawdę wiele. Mimo niewyspania i stresu całe przedsięwzięcie okazało się niesamowitą frajdą. Frajdą, która przyniosła nam mnóstwo osobistej satysfakcji.





29 sierpnia 2014

Mój kawałek nieba


Co jakiś czas pęka głowa. Od natłoku zadań, piętrzących się problemów, frustracji zawodowej wywołanej bezsilnością wobec koreańskich reguł gry. W sytuacjach, kiedy wyczuwam zbliżającą się eksplozję machinalnie wybieram bezwład. Staram się głębiej oddychać, więcej uśmiechać bez żadnego powodu, przez dłuższe momenty o niczym nie myśleć. Zatrzymuję się wbrew mojemu biegnącemu na przód umysłowi, przytulam do PWY, bawię z Nabi. Każdą rzecz wykonuję wolniej niż zwykle, ale z większą uwagą. Celebruję moment.

Czasem jednak to nie wystarczy. Zbiera się tego wszystkiego za dużo, a ja nie jestem z tych osób, które znajdują ujście w rozmowach z przyjaciółkami. W takich momentach szczególnie źle znoszę krytykę ze strony najdroższych mi osób, mimo że krytyką najczęściej nawet ona nie jest. Na opak zinterpretuję słowa PWY, albo wezmę je sobie niepotrzebnie do serca i gorzki posmak po obu stronach gotowy.

Takie momenty zdarzają się chyba każdemu. I w takich momentach najlepiej jest znaleźć swój własny kawałek nieba. W dzieciństwie w weekendy wymykałam się nad jezioro, gdzie przez całe godziny mogłam wpatrywać się w taflę wody, szuwary, wyskakujące co jakiś czas ryby i korony szumiących drzew, kiedy zmęczona już siedzeniem wyciągałam się na pachnącej trawie. Pod nosem nuciłam wtedy przypadkowe melodie, rozmyślałam, czytałam książki. Po takiej sesji na kolejny tydzień mogłam powrócić do świata.

Teraz wymykam się z domu, skręcam w lewo od klatki i wchodzę w wąską dróżkę, którą chadzają tylko uliczne koty. Kładę się na drewnianą ławkę postawioną na odgrodzonym placyku. Patrząc w górę pozwalam gorącym łzom spływać do woli, bez konkretnego celu, czy powodu. Wsłuchuję się w odległe odgłosy życia koreańskich rodzin. W stukanie garnków, w których koreańskie żony gotują kimchijigae dla wracających z pracy mężów, w pokrzykiwanie mam na niesforne dzieci i w imponujące kichanie, które do złudzenia przypomina kichanie mojego taty. Wszystko biegnie do przodu według codziennej rutyny „szybko, szybko”. Wszystko oprócz mnie. Ja jestem na ławce, teraz i tutaj. Otoczona upojnym śpiewem świerszczy. Moje ciało każdą komórką wyczuwa nadchodzącą jesień. Świeży powiew powietrza przynosi wyraźną uglę, nawet drzewa wydają się mniej przytłoczone. Wpatruję się w mój skrawek nieba. Z chmur tworzę sowy, smoki i koty. Przez ich puste gałki oczne prześwieca mocno błyszcząca Gwiazda Polarna.

Przychodzi PWY, siada na ławce i kładzie moje nogi na swoich kolanach. Masuje mi stopy. Siedzimy w ciszy i niemal namacalnie wszystko z nas spływa. Tak jak te łzy wsiąkające poniżej w koreańską glebę.


Wsuwam rękę w ciepłą dłoń PWY. Ramię w ramię wracamy do domu.





27 sierpnia 2014

Fanpage "W Korei i nie tylko" - sierpień 2012 i 2013


Sierpień w Korei to dla mnie najtrudniejszy miesiąc do przejścia. Wysokie temperatury przy wysokiej wilgotności i konieczność chodzenia do pracy z zakrytymi ramionami to duże wyzwanie. Nie lubię też klimatyzacji, a spanie przy wiatraku nie sprzyja porządnemu wypoczynkowi. Z tego powodu w okresie tym korzystam przeważnie z urlopu wakacyjnego - w ostatnich latach miałam okazję odwiedzić Filipiny i Malezję. 

W tym roku zostałam jednak w Korei i na trzy dni udałam się w góry z teściową i jej dwoma koleżankami. Wrażenia na pewno inne, ale równie niezapomniane...

Poniżej kilka sierpniowych wspomnień ostatnich dwóch lat zamieszczonych na fanpage'u "W Korei i nie tylko".



3 sierpnia 2012

Pamiętacie zdjęcia z pubu z koreańskimi starociami? Właśnie miała miejsce eksplozja w restauracyjce obok... Gryzący dym, czarno, nie da się oddychać...


  

5 sierpnia 2012

Skąpane w ukropie ulice świecą pustkami. Bez odpowiednio silnej klimatyzacji nawet w domu nie da się wytrzymać. My schroniliśmy się w pobliskiej kafejce... Niedziela z książkami, magazynami, pisaniem...


  

7 sierpnia 2012

Busan za czasów Wojny Koreańskiej. Teraz miasto to wygląda odrobinę inaczej... Zdjęcie pochodzi z albumu mojej koleżanki Vicky Bateman, której dziadek służył tutaj na froncie. 



Przy 35°C (temperatura odczuwalna to 41°C) aż trudno w to uwierzyć, że dzisiaj w Korei rozpoczyna się pierwszy dzień... jesieni. We wschodniej Azji rok dzieli się na 24 okresy słoneczne, a 입추/ibchu (立秋) jest trzynastym z nich, kiedy to słońce znajduje się na 135° długości ekliptycznej i wchodzi w swój jesienny tryb. Dzisiaj koincydentalnie mamy również 말복/malbok, czyli ostatni z trzech dni okresu najwyższych upałów 복날/boknal (przy wpisie o zupie 삼계탕/samgyetang, pisałam o pierwszym takim dniu - 초복/chobok). To się wszystko na raz zawzięło w tym roku...




19 sierpnia 2012

Pozdrowienia z Moalboal Cebu/Filipiny. Przygotowujemy się właśnie z PWY do pierwszego dzisiaj zejścia pod wodę w okolicy wyspy Pescador. Wszystko inne jest gdzieś bardzo daleko.



Bezpośredni lost z Korei na Cebu zajmuje ok. 5 godzin. Jeżeli ktoś ma mośliwość skorzystania z mili wylatanych podczas podróży służbowych to koszt biletu wyniesie jedynie 300zł. I tylko tyle potrzeba, żeby baraszkowaś w turkusie, co też na zdjęciu namiętnie robi PWY.




20 sierpnia 2012

Po nurkowaniu rekonesans snorkellingowy.




22 sierpnia 2012

Zajadam się mango namiętnie, bo w Korei rzadko można ten owoc spotkać. Jest absolutnie przepyszny. Kraja się go na trzy plastry z bardzo wąziutka czescią środkową - to na płaskie nasiono. Zewnętrzne połówki kroi się od wewnątrz w kratkę tak, żeby nie przeciąć skórki owoca. Na koniec "wywleka się" je na drugą stronę i zjada łyżeczką wystające kosteczki. Smacznego!



  
26 sierpnia 2012

Z powrotem w Korei. Niestety rekinicy wielorybiej nie udało się nam spotkać. Tym razem przybyła za wcześnie, miesiąc temu, i czekała tylko dziesięć dni. Rozmineliśmy się. Trzeba będzie próbować ponownie. 




2 sierpnia 2013

Kolega z pracy przywiózł z Daejeon wypieki z jednej z najpopularniejszych tam piekarni. Czy może być piękniejszy poranek? Otóż może: bez lepkiej masy z czerwonej fasoli, którą Koreańczycy namiętnie wypełniają swoje pieczywo. Zonk!




4 sierpnia 2013

Jak na razie jedne z najlepszych wakacji. W Korei i nie tylko leniwi się na Langkawi w Malezji.




6 sierpnia 2013

Dwa dni na leżaku i już nas nosi. Dla odmiany cały dzień na motocyklach. Wodospady, góry, dżungla, pola i wioseczki. Boli mnie teraz pupa.

 





8 sierpnia 2013

Koreańczycy przywiązują ogromną uwagę do tego, co jedzą. Z tego też względu namiętnie fotografują posiłki, które zaraz mają znaleźć się w ich żołądku. Oto zdjęcia PWY z asortymentu malezyjskiego: pizza pesto z mozzarellą, krewetki tygrysie, homar tęczowy, indyjskie nany i smażony makaron z warzywami, strzępiel.



A my ciągle na tych motocyklach (przez pachnącą wszystkim dżunglę w porywach nawet do 80km/h). Tym razem zapędziliśmy się w góry - było trochę wspinaczki w niesamowitej wilgoci i odgłosach dzikiej natury. 




9 sierpnia 2013

W Malezji wszystko teraz kwitnie, pachnie i pęcznieje od życia. Sama radość.




10 sierpnia 2013

W podróży można odnaleźć skrawki dzieciństwa. Oto co ja odnalazłam na wyspie Rebak w Malezji. 


Podróżujcie kiedy i gdzie tylko możecie - naprawdę to lepsze niż nowy telewizor, czy torebka.

(Langkawi w tym i Rebak ma 500 milionów lat i jest najstarszą ziemią w Azji Poludniowo-Wschodniej.) — at Rebak Island.





11 sierpnia 2013

Kwiatowej radości z Malezji część druga. :-):-):-. Już jutro powrót do domu.




12 sierpnia 2013

Zwierzaki, które jako tako udało mi się sfotografować w Malezji. Po lewej waran (water monitor lizard) i dzioborożec malajski (oriental hornbill) - śliczności.


A już za kilkanaście godzin mój własny stęskniony zwierz domowy - rosyjski niebieski. :-):-):-)





17 sierpnia 2013

Zakupy online: 15 minut

Koszt zakupów: ok. 270 zł
Koszt dowozu w próg domu: 3 zł
Termin dowozu: w ciągu wybranego 3-godzinnego przedziału czasowego.



Jak tutaj nie lubić Korei?



  

25 sierpnia 2013



W ten weekend przeszłam samą siebie. Nagotowałam więcej niż chyba przez ostatnie 5 lat. Zainspirował mnie Yellowinside (:-*.) oraz przygotowania do naszej "Zakorkowanej" audycji o koreańskiej kuchni.


Na zdjęciu maemil soba (매밀소바), samkyetang (삼계탕), przystawki z podsmażanej na oleju sezamowym cukinii (호박) i oberżyny na parze (가지) oraz juk (). Było pycha. 

  



26 sierpnia 2013


Deszcze monsunowe w Korei dogorywają w ostatnich wieczornych podrygach, a ja dzielę się z tej okazji wzruszającym zdjęciem. Kwietniki przed budynkiem Deutsche Banku w Seulu dorobiły się własnych parasolek. :-):-)





28 sierpnia 2013

Koreańska figa (무화과) od środka. Wygląd, no cóż, ambiwalentny, ale smak już mniej. Naprawdę pycha.




29 sierpnia 2013

Jak co dzień rano schodzę po podwójny zastrzyk Americano, a na wystawie firmowej kawiarenki taki oto widok: "Herbatynka Multiwitaminowa na zimno i na gorąco". To te same rozpuszczalne granulki, które w dzieciństwie wydłubywałam naślinionym paluchem z plastikowego pojemnika! Te kwaskowe! Od razu otrzeźwiałam z powodu tłoczących się w głowie wspomnień, ale też i z powodu zaśpiewanej mi ceny. Przebitka okazała się sześciokrotna...





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...