Szef


Co tu dużo ukrywać – potrafił być nie do zniesienia. Pojawiał się niezapowiedziany, zawracał głowę niedorzecznymi wywodami i mydleniem oczu. Czasem wsłuchując się jednym uchem w jego wynurzenia, drugim zupełnie odpływałam i w czasie, kiedy nic lepszego nie miałam akurat do roboty, były to całkiem przyjemne chwile relaksu - szczególnie jeżeli związane były z filiżanką cappuccino. Swoją obecność potrafił zaznaczać jednak bardziej dosadnie. Całej grupie projektowej gotowało się w środku na jego weekendowe listy adresowane do wszystkich na wyższym szczeblu, nawet do samego CEO (w koreańskich jaebolach, w których pracują dziesiątki tysięcy ludzi to raczej nie do pomyślenia!). Musieliśmy wtedy tłumaczyć, przygotowywać raporty i nadstawiać karku w obliczu uzasadnionego oburzenia adresatów wiadomości. Przecież to my byliśmy odpowiedzialni za zarządzanie projektem, co również oznaczało konieczność kontroli takich osób jak pan Lee Seh Jung (이세중).

Kilka z jego emaili zachowałam. W jednym z nich z iście poetyckim zacięciem uzmysławia całemu zarządowi, że projekt nad którym właśnie pracujemy zagwarantuje firmie świetlaną przyszłość. Wszystko inne można porzucić już teraz. Cytaty ze specjalistycznych czasopism okraszone chińskimi przysłowiami (w oryginale, a jakże!), metaforami, podkreśleniami, wykrzyknikami i tak kwiecistym stylem, że człowiekowi przychodziły na myśl propagandowe metody państw totalitarnych. Chyba ani razu tego rodzaju czarowania rzeczywistości nie byłam w stanie przeczytać do samego końca. Inny email to ten, w którym skarżył się na nas, ponownie do samego CEO, że działamy na szkodę firmy - nie chcieliśmy zrobić czegoś po jego myśli i bardzo się za to na nas obruszył. Nieważne, że już od wielu lat nie był pracownikiem firmy, a jego rola w projekcie polegała jedynie na pośrednictwie / doradztwie. Nieźle się nam wtedy dostało, choć nie z powodu „podkopywania przyszłości firmy” a znowu za to, że tego rodzaju wyskoków nie byliśmy w stanie kontrolować. Skończyło się na telefonicznych wyzwiskach – głos pana Lee dochodzący ze słuchawki można było usłyszeć na odległość...

Koniec końców wszystko mu wybaczaliśmy. Był to człowiek starszej daty, dawny pracownik wyższego szczebla, który wiele w osobistym i zawodowym życiu doświadczył. Na spotkaniach technicznych, w których uczestniczyła większa grupa, najczęściej zasypiał i w tych momentach jego twarz jeszcze bardziej przypominała buldoga – patrząc na niego nie można było nie odczuwać pewnego rodzaju tkliwości. Po jakimś czasie wybudzał się, słuchał przez chwilę toku dyskusji, po czym wychodził na środek pokoju, brał flamaster w rękę i zaczynał swoją przemowę, najczęściej z tematem mającą niewiele wspólnego. Na tablicy powstawało wtedy wiele kółek i kwadratów. W sytuacjach, kiedy trudno było o porozumienie lub dyskusja zaczynała wymykać się spod kontroli potrafił użyć swojego tubalnego głosu oraz talentu aktorskiego, żeby wstrząsnąć obecnymi – cała dramaturgia w jego wykonaniu była tak absurdalna, że zebrani bezwiednie wychodzili ze swoich okopów, dawali sobie samym przez chwilę odsapnąć i siłą rzeczy spoglądali na całą sytuację z pewnego dystansu. Zazwyczaj w takich momentach ktoś musiał pana Lee hamować, bo mogłoby się skończyć na rozdzieraniu szat lub eksplozji uczuć godnej heroin koreańskich oper mydlanych. Z panem Lee spotkania zawsze nabierały rumieńców.

Kolacje biznesowe w jego towarzystwie również charakteryzowały się pewnym kolorytem. Opowiadał nie tylko o swoich doświadczeniach zawodowych, ale też i o „znajomościach” bardziej osobistej natury – prawdopodobnie przesadzał, kiedy po kilku kieliszkach wina określał siebie samego jako marynarza, na którego w każdym porcie czeka kobieta, ale i tak wielu z naszych partnerów na te rewelacje bezwiednie podnosiło brew. Też i na inne jego opinie, charakterystyczne dla starszego pokolenia w Korei... 

Wołałam na niego sajagnim (사장님) – „szefie”. Chyba podobało mu się to. Mimo całego swojego specyficznego usposobienia był dla mnie jednym z najważniejszych Koreańczyków, jakich na swojej drodze spotkałam. Od samego początku naszej znajomości traktował mnie poważnie - nie przez pryzmat mojej narodowości, pochodzenia, płci, wieku, czy doświadczenia, a w Korei (i w ogóle chyba) to ewenement. Od samego początku szanował mnie bez konieczności udowadniania czegokolwiek z mojej strony, bez żadnego namacalnego powodu. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że nigdy mi się to z żadnym innym Koreańczykiem nie zdarzyło. Regularnie do mnie dzwonił, pytał o zdanie, umawiał na to przednie cappuccino, dyskutował jak równy z równym. Nawet przez te ostatnie miesiące, kiedy zajęta byłam pieluchami Ethana, utrzymywał kontakt. Już wtedy nie było z nim najlepiej, ale ciągle rozmawialiśmy o projekcie mimo że i ja, i on wkraczaliśmy w zupełnie inne, choć chyba najważniejsze z etapów naszych żyć. Ostatni raz zatelefonował, żeby powiedzieć mi, że w końcu zdecydował się na chemioterapię. Do szpitala został przyjęty kilka dni później. Po jakimś czasie otrzymałam z jego komórki wiadomość. Serce zabiło mi mocniej. Jego córka napisała, że zmarł.

Wcześniej, kiedy było z nim bardzo źle i wszyscy oczekiwali na najgorsze, odwiedziłam go w szpitalu. Leżał wychudzony, bo przez jakiś czas kurował się sokiem z buraków i marchwi, ledwo co mógł podnieść głowę. Miałam wrażenie, że widzimy się po raz ostatni. Pamiętam, że jego córka zszokowana była sposobem, w jaki ze sobą rozmawialiśmy, trzymając się za ręce. Mimo najczarniejszych prognoz, Szef wyrwał się z „doliny śmierci”, jak to sam określił, choć później nie był już do końca sobą – pojawiał się niespodziewanie znacznie rzadziej, jego wywody były krótsze i mniej zaangażowane, a dramaturgia mniej spektakularna. Kawy też już nie mógł pić. Może właśnie z powodu tej właśnie szpitalnej wizyty córka Szefa poprosiła mnie, żebym na wiosnę spotkała się z nią i opowiedziała jej o ojcu, jakiego znałam ja.

Siadłam więc do komputera, żeby poukładać myśli i powspominać.

Podczas pisania miałam wrażenie, że jest tuż obok. Jak zwykle odkłada filiżankę kawy i zaczyna swój wywód charakterstycznym „as you know...”, zaakcentowany lekkim zwrotem głowy w prawo. 

Bardzo chciałabym usłyszeć, co ma mi tym razem do opowiedzenia.



Szef z żoną.



Chcę do Korei


Zawsze odrabiałam swoje zadania domowe. Powiem więcej – lubiłam to. Jeszcze podczas lekcji układałam sobie w głowie plan, co mam po powrocie do domu zrobić i kiedy. Jeżeli już zdarzyło mi się, że musiałam na którejś z przerw przepisywać wszystko na kolanie, to na pewno nie czułam się z tym za dobrze. Sama nie miałam zbyt wielkich oporów, żeby swoje rozwiązania pożyczać innym, ale gdzieś w środku pałętało się we mnie uczucie, że tego rodzaju pomoc z mojej strony to tak naprawdę niedźwiedzia przysługa. Tak czy owak moje zeszyty nierzadko biegały z rąk do rąk.

Mój blog, dwie książki, audycja, podcast, fanpage, wywiady, zdjęcia – to wszystko to też taki gotowiec z życia w Korei; wszystko na niniejszej stronie logicznie posegregowane, dobrze widoczne i oprócz książek darmowe. Dla kogoś, kto chce dowiedzieć się czegoś o tym kraju cały mój 14-letni wysiłek, który włożyłam w podzielenie się własnymi doświadczeniami, wydaje mi się – dosyć nieskromnie – świetnym źródłem informacji. Czasem bardziej, czasem mniej subiektywnej, ale zawsze. Dlatego raczej frustrują / irytują mnie pytania (a otrzymuję ich kilka każdego dnia!) w stylu:



  • Co mam zrobić, żeby tam zamieszkać?
  • Ile kosztuje bilet do Korei?
  • Jak mogę otrzymać wizę?
  • Jak udało ci się przeprowadzić do Korei?
  • Czy dostanę pracę?
  • Czy muszę znać koreański?
  • Czy wystarczy język angielski?
  • Jak Koreańczycy traktują cudzoziemców?
  • Czy da się tam żyć?
  • itp.

Pytania same w sobie są oczywiście ważne, powiedziałabym, że nawet podstawowe. Ale w tej właśnie ich „podstawowości” upatruję poważny problem. Po pierwsze odpowiedzi na nie można znaleźć bez trudu, jeżeli nie w przygotowanych przeze mnie źródłach, to gdziekolwiek indziej w Internecie. Wystarczy tylko trochę poklikać i przestudiować temat. Jeżeli ktoś zadaje mi tak oczywiste pytania dowodzi, że nie odrobił swojego zadania domowego. A jeżeli go nie odrobił, to jakim cudem chce wyjechać do Korei? Niestety życia nie da się skopiować na kolanie, w ciągu pięciu minut, gdzieś w toalecie... Co więcej, domagając się zindywidualizowanego pakietu odpowiedzi, czy recepty na swoje własne szczęście w Korei, delikwent taki lekceważy całą moją dotychczasową pracę. Disclaimer: wróżką też nie jestem i nawet gdybym znała kogoś dokładny życiorys, nie jestem w stanie przewidzieć, czy mu/jej się tutaj powiedzie. Korea to zbyt kulturowo skomplikowany kraj, żeby móc cokolwiek pod tym wzlgędem wyrokować.

Będę jeszcze bardziej bezlitosna – z ust osób, które zrealizowały swoje marzenie o wyemigrowaniu do Korei, tak trywialne pytania nigdy nie padły. Oznacza to, że zadawanie tego rodzaju pytań i udzielanie przeze mnie na nie odpowiedzi to tylko zbędne zawracanie sobie głowy – a właściwie dwóch głów: osoby piszącej (co może ważniejsze!) i mojej (co też ważne). Wybaczam jedynie czytelnikom poniżej piętnastego roku życia, ale to i tak nie podstawówka i „ja bardzo chcę”, „to moje największe marzenie”, „kocham Koreę” nie wystarczą, żeby przejść do następnej klasy. I to bez względu na to, jak bardzo wyjątkowe i niepowtarzalne to „chcenie” nie wydawałoby się. 

Po tym zimnym prysznicu czas na kilka konstruktywnych podpowiedzi (przede wszystkim zalecam jednak szczerość wobec siebie, determinację oraz ciężką pracę!). I tak, jeżeli ktoś ma zamiar wyjechać do Korei (celowo nie używam słowa „chce”) radzę, co następuje:


1. Czytaj, czytaj, czytaj.

- Czytaj od deski do deski blogi osób, które w Korei mieszkają i dzielą się swoimi doświadczeniami (przykładowa lista po prawej stronie w zakładce „Blogi o Korei”). Proponowane minimum mojego autorstwa:

b) „Obcokrajowiec w Korei” – wpis na blogu
c) „Obcokrajowiec w Korei, cz.1” – podcast „Zakorkowani”
d) „Obcokrajowiec w Korei, cz.2” – podcast „Zakorkowani”
e) „Ślub z Koreańczykiem” – wpis na blogu
f) „W Korei i nie tylko” – zbiór esejów o Korei
g) „Za rękę z Koreańczykiem” – zbiór wywiadów z Polakami, którzy są lub byli w związku z Koreanką / Koreańczykiem.
h) cały niniejszy blog „W Korei i nie tylko”

Tutaj mały spoiler:
  • Nie, koreański nie wystarczy.
  • Nie, angielski nie wystarczy.

- Śledź strony lub grupy tematyczne (np. Living in Seoul, Korea4expats, Western Girls Married to Korean Husbands, Only In Korea itp.). Przyjrzyj się potencjalnym sytuacjom i problemom, jakim będziesz musiał/a stawić czoła.

Kolejny spoiler:
  • dla płci męskiej – nie liczcie na filigranowe, seksowne Koreanki, które w miednicowy rytm „위 아래”, będą wam przygotowywały pyszną kimchi jjigae. Nie ma bata!
  • dla płci żeńskiej – nie liczcie na wypomadowanych chłopców z idealnym licem, którzy w fartuszku z serduszkiem, łypiąc na was cielęcymi oczętami będą przyrządzali pyszną kimchi jjigae. Nie ma bata i już!

- Przeglądaj koreańską prasę (np. Hankyoreh, The Korea Herald, The Korea Times, Korea Bang), żeby zrozumieć koreańskie społeczeństwo jako całość.

- Zapoznaj się ze stroną Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP, koreańskiego Urzędu Imigracyjnego, Seoul Global Center itp. żeby lepiej zrozumieć prawne i inne wymogi życia w Korei.



2. Zadaj mi pytanie (po raz pierwszy)!

Tak, dopiero na tym etapie! Jeżeli po przestudiowaniu sugerowanych źródeł nasuną ci się jakieś pytania, jestem do dyspozycji – odpowiem tak solidnie, jak to będzie w mojej mocy.


3. Zacznij uczyć się języka koreańskiego.

Język koreański do najłatwiejszych nie należy, ale bez niego życie w Korei nawet nie może być, ale będzie uciążliwe. Dlatego warto nauczyć się przynajmniej podstaw – przynajmniej uprzyjemni to obcowanie z Koreańczykami. Ponadto wierzę, że nauka danego języka pozwala na „poczucie” charakteru innej kultury. Ucząc się nowego języka wzbogacasz się o nową tożsamość, więc nauka ta też raczej na marne nie pójdzie.


4. Odwiedź Koreę.

Nie ma nic bardziej wiarygodnego niż doświadczenie koreańskości na własnej skórze i wyrobienie sobie na jej temat własnego zdania. Postaraj się o wymianę studencką, rządowy grant lub po prostu spędzenie kilkunastu dni u koreańskiej rodziny. Będąc w Korei obcuj z ludźmi w różnym wieku, różnego charakteru i różnych życiorysów.


5. Zadaj mi pytanie po raz drugi!

Najlepiej przy filiżance dobrego cappuccino.


6. Odpowiedz sobie na pytanie: „dlaczego Korea?”

To jest właściwie najważniejszy krok. Trzeba przysiąść i porządnie zastanowić się, co oferuje ci Korea, a czego nie może zaoferować Polska, Wenezuela, Japonia, czy jakikolwiek inny kraj. W jaki sposób Korea pozwoli ci na realizację życiowych celów (jakie są to w ogóle cele?)? Wybór tego kraju tylko dlatego, że to ostatnimi czasy modne miejsce, czy też ze względu na zauroczenie światem przedstawionym w koreańskich dramach lub K-popie nie są powodami wystarczającymi. Prawdę mówiąc to powody najgorsze z możliwych. Na Koreę trzeba mieć konkretny pomysł, bo Korea na ciebie pomysłu raczej mieć nie będzie.


7. Podejmij decyzję i przygotuj plan.

Po analizie wszystkich za i przeciw zdecyduj, czy wyjazd do Korei to właściwe posunięcie. Jeżeli tak – zrób rozpiskę kroków, które musisz podewziąć, aby osiągnąć swoje życiowe cele i przygotuj plan finansowy. 


8. Działaj.

Bądź konsekwentny/a w realizacji swojego planu, przygotuj się na walkę ze sprzecznościami losu i nigdy, ale to nigdy nie poddawaj się.


Voilà!


Fanpage "W Korei i nie tylko" - grudzień 2014


Grudzień 2014 spędziłam bardzo aktywnie. Była sztuka, około noworoczne imprezy, ale też i czas dla rodziny. Pod koniec tego miesiąca zaszłam też w ciążę z Ethanem, o czym dowiedziałam się dopiero 3 stycznia 2015. Dzięki fanpage'owi "W Korei i nie tylko" mogę zobaczyć, co robiłam jeszcze nieświadoma tego, że kształtuje się we mnie nowe życie. Zastanawiam się, jak te pierwsze tygodnie wpłynęły (bądź nie?) na mojego syna - już od początku zamartwiałam się na przykład zintensyfikowanym wtedy akurat spożyciem alkoholu. Z drugiej strony była relaksująca spa, wizyty w pełnych magii zakamarkach Korei, sztuki teatralne, moje własne występy pansori (판소리), dobre, dobre jedzonko i duuużo śniegu.

Oto, co się wtedy działo:



2 grudnia 2014

Czasem na obiad lubię zjeść kimbab. Ale nie jakiś tam najzwyklejszy tylko taki jak ten - na bazie brązowego ryżu (현미), z wysuszonymi anchois (멸치), orzechami włoskimi i migdałami. W sam raz na dzień, w którym po raz pierwszy tej zimy zaprószyło śniegiem. (-:



9 grudnia 2014

Ostatnio w National Theater of Korea miałam okazję zobaczyć wspaniałą adaptację opowieści "Chunhyangga" w reżyseri Andrei Serbana. Sztuka "다른 춘향" (czyli "Inna Chunhyang") przeszła moje najśmielsze oczekiwania: połączenie nowoczesności ze śpiewem pansori odbyło się bez najmniejszego zgrzytu, aż zapominało się o "dziwaczności" tej formy ekspresji. Mimo że historię znam dosyć dokładnie dzięki grze aktorów (tradycyjnych śpiewaków pansorii!!) jej adaptacja rozśmieszała i powodowała uścisk w gardle. Jeżeli Koreańczycy będą tak wspaniale dalej promować swoją kulturę (a pansori to przecież jej mniej zjadliwa część), to naprawdę daleko zajdą na międzynarodowej scenie artystycznej. Jestem pod dużym wrażeniem. — at 국립극장 달오름극장.



12 grudnia 2014

W grudniu w Korei każdy jest zajęty. Nie chodzi tutaj o pracę, choć to pewnie też, ale bardziej o spotkania "końcoroczne" zwane 송녀회. Na dobre podsumowanie roku wychodzi się na kieliszek ze swoimi znajomymi, pracowniczymi grupami i podgrupami, bliższymi współpracownikami, członkami kółek zainteresowań, absolwentami tych samych klas... i tak du upadłego (w sensie dosłownym). To też czas na firmowe integrujące wypady za miasto - poniżej fotka z mojego.



13 grudnia 2014

Ja i PWY dokładnie 10 lat temu. Próbujemy śpiewać polskie kolędy w domu ówczesnego Ambasadora, co z różnych powodów słabo nam wychodzi. Dzisiaj wspominamy, bo Jego urodziny...



W IKEA po raz ostatni byłam bardzo dawno temu, jeszcze za swoich czasów studenckich w Warszawie. Dzisiaj otrzymałam zaproszenie na testowe otwarcie pierwszego sklepu w Korei. Mimo że impreza była zamknięta na miejscu stawiły się tłumy tak że musieliśmy czekać w kolejce, żeby w ogóle wejść. W środku przemiło, powiew zgrabnych rozwiązań i znajomego mi stylu - w końcu będzie można w Korei kupić coś ciekawszego do wystroju wnętrz. Woo Young zachwycony był rozsuwanymi stołami, nigdy czegoś takiego nie widział. Mnie zadziwiły skóry bydlęce, niektóre porozwieszane jak tapety, z zarysem nóg... No i konfitura żurawinowa podawana z klopsikami. Ceny korzystniejsze niż przypuszczałam.



16 grudnia 2014

Kobiety nurkujące bez butli tlenowej w poszukiwaniu owoców morza (w Korei zwane "haenyeo") pracują również w bardziej odległych zakątkach Japonii, gdzie nazywa się je "ama divers". Pianek nurkowych zaczęto używać dopiero w latach 60-tych, a ich brak zainspirował Yoshiyuki Iwase (1904-2001) do specyficznej fotografii... Zachęcam do oglądnięcia zdjęć  tutaj.


17 grudnia 2014

Kolejny semestr pansori zaliczony!



18 grudnia 2014

Każdy na pewno słyszał to i owo o japońskich gejszach. Do dziś na ulicach Kyoto, ale też i innych miast, spotkać można umalowane Japonki w tradycyjnych kimonach, które truptają w drewniakach w sobie tylko znanym kierunku. W Korei odwzorowaniem gejsz były kisaeng - były, bo tradycja ta raczej nie jest już pielęgnowana (ostatni dom kisaeng zwany Ojinam/오진암 zamknięty został w 2010 roku). Tutaj opis życia i twórczości kisaeng (w szczególności poezji "sijo") autorstwa HanMunSi i My Oppa.


19 grudnia 2014

Zamiast żywej choinki postawiłam sobie w pracy takie oto dwa drzewka. Chciałam świątecznie a pachną... cytrynami...



20 grudnia 2014

Nowa twarz koreańskiego transportu publicznego - Tayo, Larva, Pororo i Sokmon. A o tej zwyklejszej można posłuchać u Zakorkowani:



21 grudnia 2014

Teatr Narodowy Korei (www.ntok.go.kr) zaskoczył kolejną świetną insenizacją jednej z pieśni pansori zwaną "Simcheongga" (심청가). To opowieść o niewidomym ojcu i jego córce poświęcającej się za 300 worków ryżu, które ofiarowane świątyni mają mu przywrócić wzrok. Naprawdę piękne przedstawienie, kóre warto obejrzeć jeżeli jesteście w Seulu. Sztuka wystawiana będzie jedynie do 11 stycznia 2015.



A tutaj nasza grupa obcokrajowców próbuje śpiewać oryginalną pieść (jest baaaardzo trudna~~): 




23 grudnia 2014

Koniec roku to niekończące się kolacje firmowe i prywatne. Zamiast zacisza domu gwarne restauracje, zamiast odświętnego zamyślenia, gonitwy za najlepszymi wyprzedażami. Wszyscy gdzieś się spieszą, wszyscy zmordowani brakiem snu i nadużywaniem alkoholu. Dzisiaj kaczka.



24 grudnia 2014

Nigdy jakoś specjalnie nie przepadałam za ta porą roku,zawsze byłam ciepłolubna. Sporty zimowe mnie nie ekscytowały, podobnie zimowe zdobywanie szczytów. Zima w Korei ma jednak swoje zdecydowane uroki - przede wszystkim olśniewające słońce rozsiadające się na intensywnie niebieskim niebie, nietopiący się z powodu mrozów śnieg i moją dróżkę do domu, którą z powodu zimna i dużego poślizgu mam wyłącznie dla siebie.



25 grudnia 2014

Wesołych Świąt!



Pierwszy dzień Świąt. Trochę tak inaczej... — at Maisan.



26 grudnia 2014

Drugi dzień Świąt. W końcu odwiedziłam Maisan, czyli górę Końskich Uszu (mi oczywiście kształt dwóch wzgórz przypomina bardziej uszy kota). To miejsce naprawdę magiczne (podobno tutaj właśnie są największe pokłady energii Chi w Korei), które przywołało wspomnienia moich odwiedzin Ayers Rock w Australii. Pośrodku "uszu" położona jest wyjątkowa świątynia buddyjska Tapsa, w której pustelnik Yi Gap-Yong (1860-1957) zbudował ponad sto pagód z kamyków. Jedno z piękniejszych miejsc w Korei.



Na zakończenie Świąt pieczemy wieprzowinę z czarnej świni.



28 grudnia 2014

Dongdaemun Design Plaza (DDP) w końcu odwiedzona. Budynek według projektu Zahy Hadid, przypominający kilka połączonych UFO, to prawdziwy majstersztyk. Jego zagospodarowanie jednak bardzo mnie zawiodło. Zwykłe sklepy, niby bardziej "dezajnerskie", ale tylko takie niby, dalej zwykle siecie kawiarni, sklepów kosmetycznych i restauracji. Smutno, bo zero pomysłu na coś więcej niż konsumeryzm. — at 동대문디자인플라자 DDP.



31 grudnia 2014

Jak w Korei spędza się Święta Bożego Narodzenia? Jakie są przesądy co do Nowego Roku 2015? O tym i kilku innych wątkach w kolejnym wpisie na blogu "W Korei i nie tylko".





Stówa w Boże Narodzenie



Jak dzisiaj pamiętam swoje zdziwienie, kiedy ponad 10 lat temu, po przyjściu z przerwy obiadowej, na swoim biurku zobaczyłam zaparowaną foliówkę wypełnioną bryłą czegoś białego. Nie miałam pojęcia, jak ten prezent zinterpretować. Nie byłam nawet do końca pewna, co to takiego jest. Coś do jedzenia, jakaś ogromna gumka do ścierania, a może jakiś komunikat w stylu głowy konia w łóżku z filmu „Ojciec chrzestny”? W końcu przy „podarunku” nie było żadnej karteczki. 


"Spocona" foliówka z bryłą zbitego ryżu. Tutaj wersja z fasolą.


Widząc moja konsternację koreańscy współpracownicy pospieszyli z wyjaśnieniem, że jest to specjalny rodzaj tteok (떡), czyli „ciasta” z ubitego ryżu, który spożywa się świętując sto przeżytych dni dziecka tzw. baekil (백일). Dlaczego akurat sto? Otóż według Koreańczyków pierwsze sto dni w życiu dziecka to najbardziej newralgiczny czas, podczas którego los rozstrzyga o jego życiu i śmierci – w przeszłości to właśnie w tym okresie najwięcej dzieci umierało. Liczba 100 oznaczać ma również dojrzałość – berbeć, któremu udało się przeżyć 100 dni staje się w rezultacie „pełnoprawnym” człowiekiem, który ma szansę dożyć swoich pierwszych urodzin. Do dziś koreańscy rodzice traktują pierwsze trzy miesiące po porodzie bardzo poważnie – zazwyczaj nie wychodzą wtedy z dzieckiem z domu i ograniczają wszelkie wizyty do minimum, nawet jeżeli chodzi o członków rodziny. A już za absolutnie krytyczne uważa się pierwsze 21 dni, tzw. saeirye (세이레) określane też mianem samchil (삼칠), czyli 3-7 (trzy razy siedem dni). To trzy tygodnie, podczas których i noworodek i matka dochodzą do siebie po trudzie narodzin. Do tej pory w niektórych częściach kraju po przyjściu na świat dziecka w drzwiach domu wiesza się wtedy na 21 dni sznurek zwany geumjul (금줄), który ma chronić domostwo przed złą energią i zawistynymi duchami. 


Geumjul (금줄), czyli sznurek 
wywieszany na drzwiach domostwa 
po przyjściu dziecka na świat. 
Papryczki mają oznaczać chłopca, 
a igły sosny dziewczynkę.


Samchil i baekil obchodzi się obecnie raczej w gronie rodzinnym. Wiąże się to zazwyczaj z przygotowaniem odpowiednich potraw, ich prawidłowm rozłożeniem na specjalnym stole, prośbami / modlitwami o dobrobyt, długowieczność i szczęście potomka. Co ciekawe podczas celebracji 100-dni niemowlęcia, rano przed wschodem słońca rodzina składa też hołd duchowi zwanemu Babcią Samshin (삼신 할머니) za to, że oszczędziła dziecko. W podzięce u głowy dziecka rozkłada się wtedy dla niej trzy naczynia z zupą z glonów miyeokguk (미역국), trzy miseczki z ryżem oraz trzy rodzaje warzyw namul (나물). Obok zwyczajów związanych z ciążą i porodem to kolejne ciekawe obrządki, które mam okazję sprawdzać na własnej skórze.


Dary dla Samshin Halmeoni, w podzięce za oszczędzenie noworodka.


Według Koreańczyków kolejny krokiem milowym w rozwoju dziecka są jego pierwsze urodziny dol (돌). Te jeszcze do niedawna obchodziło się dosyć wystawnie, z profesjonalnym wodzirejem, prawie jak wesele (ten na styl koreański oczywiście). Wiązało się to z wynajęciem restauracji lub specjalnej sali oraz zaproszeniem większej ilości gości (wliczając w to nawet współpracowników), którzy pojawić się musieli z odpowiednio załadowaną kopertą. Oprócz posiłku i liczych zabaw kulminacją uroczystości doljanchi (돌잔치) jest wybór przez dziecko któregoś z podsuniętych mu na tacy lub rozłożonych na stole przedmiotów tzw. doljabi (돌잡이): nić oznaczać ma długie życie, pieniądze dobrobyt finansowy, książka lub pędzel gwarantują mądrość, a jedzenie zawsze pełny brzuch. W myśl postępu, dodatkowo rozkłada się też wiele innych przedmiotów np. sędziowski młotek, który oznaczać ma, że dziecko ma szanse wejść w szeregi prawników lub sędziów. Obecnie tradycja wystawnego obchodzenia pierwszych urodzin swojego dziecka mam wrażenie nie jest już tak popularna i większość rodzin wybiera skromną uroczystość w domu, wśród rodziny.


Doljabi (돌잡이)
Źródło: lesterhead


O obchodzeniu pierwszych urodzin na pewno jeszcze napiszę we wrześniu tego roku, przy okazji urodzin Ethana. Tymczasem, mimo że według koreańskiego systemu liczenia wieku wraz z 1 stycznia 2016 roku nasz syn skończył już dwa lata, to niecały tydzień wcześniej, w samo Boże Narodzenie obchodził swoje pierwsze 100 dni. Nie bacząc na możliwość wypożyczenia całej „100-dniowej” zastawy za niewielkie pieniądze (łącznie ze specjalnym siedziskiem dla niemowlaków!) zdecydowaliśmy z Woo Youngiem, że sami zabawimy się w organizatorów. W końcu, żeby mieć dziecko, trzeba się chyba nim też po części stać. W DAISO (sieć taniutkich sklepików ze wszystkim i niczym) kupiliśmy kilka drobiazgów, z których zrobiliśmy odpowiednie ozdoby, nakryliśmy stół owocami (według tradycji koniecznie ich nieparzysta ilość), a ja upichciłam ciasto i miyeokguk. Porobiliśmy zdjęcia, objedliśmy się i już. Właściwie to była już druga tego rodzaju uroczystość dla Ethana, bo dzień wcześniej, w Wigilię, wybrałam się na spotkanie kobiet, z którymi przez tydzień dochodziłam do siebie w izbie poporodowej. Wszytkie przyszłyśmy ze swoimi berbeciami i już podczas robienia wspólnych zdjęć przypomniałam sobie, co w Korei oznaczać moze matczyna konkurencja. Byłam zniesmaczona mało delikatnym przepychaniem się, brakiem podstawowej ostrożności, zwykłej życzliwości wobec drugiego człowieka… To była dla mnie na pewno bardzo szczególna Wigilia, ale zdjęcia za to wyszły przesłodkie.


Szczęśliwego Nowego Roku!





















Fanpage "W Korei i nie tylko" - listopad 2014


Listopad ubiegł mi pod znakiem prób usypiania. Nie mojego, bo na tym etapie jestem w stanie zasnąć na stojąco. Ethan nie śpi za dnia, co najwyżej daje mi kilka półgodzinnych przerw dla siebie. Budzi się o czwartej nad ranem i dokazuje do okolic godziny dziewiątej wieczorem. Na nic moje wszelkie fortele, kołysanki, smoczki, tulenie, wożenie wózkiem po domu, ciasne zawijanie, noszenie w chuście, usypianie odgłosami odkurzacza, kąpiele, a nawet sesje pływania w wannie... Jedyne co działało do tej pory to spacery i jeżdżenie samochodem, ale teraz to już nawet to wiąże się z płaczem. Chłopak bryka cały dzień, gada zawzięcie z sufitowymi spryskiwaczami (to moi najpoważniejsi konkurenci jeżeli chodzi o rozmowę i uśmiechy małego~~), kopie i wymachuje rękami. Kleją mu się oczy, ale za nic nie chce opuścić tego świata na rzecz świata snów. No cóż, muszę przyznać, że krew mi w skroniach buzuje, gdy czytam poradniki przekonujące, że dzieci w tym wieku śpią 16-18 godzin na dobę... Co ja bym dała...



Tymczasem mój listopad rok temu wyglądał zupełnie inaczej - poniżej wspominki według fanpage'a "W Korei i nie tylko".



2 listopada 2014

Góra Dobong (740m) niedaleko domu. Po drodze Pan, który wspinał się na bosaka.

Góra Dobong (740m) niedaleko domu. Po drodze Pan, który wspinał się na bosaka.
Posted by W Korei i nie tylko on Sunday, November 2, 2014


5 listopada 2014

Pierwsza kawa o ósmej rano. Jogurt po sali gimnastycznej o pierwszej po południu. Druga kawa o godzinie czwartej. Przez cały dzień ten sam widok - jeden pan kręci śrubokrętem, reszta pomocnie przygląda się. Już wiem, co mam powiedzieć, jeżeli ktoś mnie zapyta o podobieństwa między Polską i Koreą.





6 listopada 2014

Typowy pospieszny posiłek podczas przerwy obiadowej (bo inni przestępują już z nogi na nogę) - ryżowa zupka z ostrygami i dwoma (mój kaprys) jajami. 






7 listopada 2014

Rozmowa o Korei z panią Magdaleną Fijołek z eSKY.pl.


I cała prawda wyszła na jaw. ;P




8 listopada 2014

David Alan Harvey z National Geographic przyleciał właśnie do Korei, żeby zrobić reportaż o haenyeo - starszych już kobietach (często 60-80 lat), które parają się wyławianiem owoców morza z odmętów koreańskich wód, szczególnie wokół wyspy Jeju. To fascynujące osoby i fascynujący sposób na życie, który wraz z nimi odejdzie najprawdopodobniej w zapomnienie. Tym bardziej polecam śledzenie pracy reportera (szczegóły w załączonym artykule).


Od wczoraj do 23 listopada Seoul Lantern Festival nad strumieniem Cheonggye. Warto się przespacerować, a tym, którzy nie mają takiej możliwości polecam kilka zdjęć poniżej.

Od wczoraj do 23 listopada Seoul Lantern Festival nad strumieniem Cheonggye. Warto się przespacerować, a tym, którzy nie mają takiej możliwości polecam kilka zdjęć poniżej.
Posted by W Korei i nie tylko on Saturday, November 8, 2014


11 listopada 2014

BBC donosi, że irlandzkiej nauczycielce odmówiono pracy w Korei ze względu na "alkoholową naturę" Irlandczyków (cytuję:"due to alcoholic nature of YOUR KIND"). Podejrzewam, że jakiś Koreańczyk chciał być zabawny i dosyć kiepsko mu to wyszło, co zdaża się tutaj niestety bardzo często. Nie wiem tylko nad czym bardziej załamywać ręce: nad jego brakiem samokrytycyzmu (no chyba, że jego wypowiedź była wysublimowaną autoironią!), czy kierowaniem się głupawymi stereotypami w poważnych sytuacjach.


Co roku 11.11 na moim biurku pojawiają się takie oto paluszki. Więcej o co miesięcznych powodach do celebrowania tutaj





12 listopada 2014

Jak znajdujecie w sieci mojego bloga: randkowanie, wojsko, Sewol, koreanistyka...

Budowa mózgu Koreańczyka???







13 listopada 2014

Autorzy programu "BookEnd" z TBS eFM 101.3Mhz zaprosili mnie do studio, żeby porozmawiać o moich książkach. A że humory dopisywały wywiad wyszedł całkiem ciekawie. Zapraszam do odsłuchania.



15 listopada 2014

Góry czosnku i imbiru. Mieszam zaprawę na przyszłoroczne kimchi, główek kapusty pekińskiej sztuk dwadzieścia.






18 listopada 2014

W Korei coraz więcej polskich akcentów. Serce rośnie.






19 listopada 2014

Pomiędzy najpopularniejszymi pałacami w Seulu, Gyeongbokgung oraz Changdeokgung, leży niewielki Unhyeongung (운현궁), w którym rezydował ojciec sławnego króla Gojong.

Miejsce trochę schowane, ale zdecydowanie warte odwiedzenia za względu na panującą tam atmosferę spokoju. Dodam, że pałac znajduje się naprzeciw Seoul BLISS'Inn






20 listopada 2014

Coroczne badania. W 2,5h wszystkie możliwe badania ogólne (np. mocz, krew, wzrok, słuch, zęby, kompozycja ciała, ciśnienie, spirometria itp.) i kilka specjalistycznych (USG narządów wewnętrznych, tarczycy, piersi, cytologia, CT płuc, EKG, gastroskopia i kilka niezidentyfikowanych...). Po uśpieniu do gastroskopii odpoczynek na krzesłach do masażu, a po wszystkim pożywny porrige. Nigdzie nie czekałam dłużej niż minutę, a ludzi było całkiem sporo. Koreańska organizacja w najlepszym wydaniu!





21 listopada 2014

A takie światłe porady otrzymują Koreanki od swojego Ministerstwa Pracy (do znalezienia jeszcze niedawno na oficjalnej stronie resortu)... W czasie rozmów z potencjalnym pracodawcą należy:

- podkreślać, że nie planuje się zamążpójścia, 
- przekonywać, że najlepszym podejściem do molestowania seksualnego jest obracanie go w żart
- zapewniać, że planuje się kontynuowanie pracy po urodzeniu dziecka mimo że wychowanie dziecka to obowiązek kobiety
- podkreślać, że zrobi się wszystko, co w swoich możliwościach nawet jeżeli miałoby to być jedynie parzenie kawy...


22 listopada 2014

"Kobieta wraca na ziemię i odpowiada, że nigdy się nad tym tak naprawdę nie zastanawiała; że to była normalna kolej rzeczy po zamążpójściu, a na dodatek jej mąż jest najstarszym synem w rodzinie, więc nie za wiele miała do powiedzenia. Jest jej ciężko, czasem czuje się samotna, uwiązana, ale nie wyobraża sobie już życia bez swoich pociech."


25 listopada 2014

Okolice Parku Tapgol (탑골공원) i w ogóle stacji Jongno-3ga to niesamowicie ciekawy obszar. To miejsce "muzykalne" z licznymi sklepami oferującymi instrumenty muzyczne, też tradycyjne koreańskie, ale również i miejsce, gdzie całymi dniami przesiaduje starsze pokolenie Koreańczyków. Starsi panowie zazwyczaj grają w omok lub chińskie szachy, starsze panie oferują za niewielką sumkę swoje towarzystwo. Wieczorem na jednej z uliczek nie widać nikogo oprócz rozochoconych alkoholem staruszków z rozchichotanymi damami pod ręką. Centrum miasta, a teren wyjęty zupełnie z rzeczywistości - tutaj w restauracyjce kupić można nawet połowę butelki soju.






Jest taka kafejka na Insadong zwana 시가연. W każdy wtorek posłuchać można tutaj profesjonalnego pansori, a nawet sobie samemu co nieco zanucić. Dzisiaj nie zabrakło polskiego akcentu. O pansori dla zainteresowanych tutaj.





27 listopada 2014

Takie hwesiki to tak. Zdecydowanie tak.





29 listopada 2014

Pod koniec roku bierzemy z PWY wolny piątek, teściową i jej wóz i ruszamy na wschód. Tam odżywamy w gorących źródłach, odwiedzamy co ciekawsze miejsca oraz jemy owoce morza. Trzy dni, a ma się wrażenie jakby to cały tydzień był ...

Pod koniec roku bierzemy z PWY wolny piątek, teściową i jej wóz i ruszamy na wschód. Tam odżywamy w gorących źródłach,...
Posted by W Korei i nie tylko on Saturday, November 29, 2014






Przyjście na świat w Korei



Wody

Cały bagaż spakowany, ja ubrana i gotowa do drogi. Sprawdzam raz jeszcze, czy wszystko wzięłam. Ręczniki, pościel, ścierki do sprzątania, kilka innych drobiazgów na wymianę. Kolejny gość przyjeżdża do mojego guesthouse'u już za trzy godziny, więc muszę się pospieszyć. Z zamyślenia wyrywa mnie telefon. Okazuje się, że klient, który właśnie opuścił Seoul BLISS'Inn przez przypadek zabrał ze sobą ruter WiFi - właśnie jest w drodze do Busan. Próbuję zorientować się, jak najszybciej odzyskać urządzenie. Po chwili wysyłam roztargnionemu gościowi odpowiednią informację, po raz kolejny dziękując w duchu za koreański poziom usług, który pozwala mi na odzyskanie zguby jeszcze tego samego dnia. Woo Young w drodze do domu będzie musiał po prostu odebrać ruter ze stacji pociągowej na Seoul Station.

Wybija godzina 17.00. Biorę klucze do samochodu, na ramię zarzucam wszystkie torby. Nagle między nogami czuję rozlewające się ciepło. Już wcześniej kilka razy zdarza mi się upływ jakichś cieczy, uroki ciąży, więc nic sobie z tego nie robię. Na wszelki wypadek jednak sprawdzam - niewielka ilość lekko różowawej cieczy. Wysyłam zdjęcie do swojej położnej, gdy nagle wylewa się ze mnie o wiele więcej. Odchodzą mi wody. Jest 16 września, godzina 17:02. Dwa dni przed terminem.

Siedzę na toalecie i próbuję zebrać myśli, które wirują każda w swoją stronę. Woo Young w pracy, do guesthouse'u niedługo dotrze zatrudniona przeze mnie sprzątaczka, muszę dostarczyć jej świeżą pościel, nowy gość w drodze, trzeba odebrać ruter... a ja rodzę. Nie mam jeszcze skurczów, więc położna radzi mi spokojnie się spakować, coś zjeść, wykąpać się i przyjechać do ośrodka razem z Woo Youngiem. Woo Young, wyraźnie zaaferowany, namawia mnie, żeby jego mama zabrała mnie prosto do szpitala. Trochę deliberujemy, już teraz oboje w totalnej gorączce rozedrganych myśli, aż w końcu udaje mi się podewziąć decyzję - proszę teściową, żeby raczej zajęła się guesthouse'em. W oczekiwaniu na Woo Younga pakuję resztę rzeczy do szpitalnej torby i biorę przysznic, po którym zabezpieczam się w kroku foliówką. Nachodzi mnie ochota na jajecznicę na bekonie i cebuli. Zaczynam pichcić.


Kimbab

Jestem spokojna, tak jakby nie chodziło o mnie. Patrząc na zachodzące słońce i róże rozpływające się po granatowiejącym niebie odczuwam jakąś nostalgię za tym, co już za krótką chwilę będzie dla mnie na zawsze stracone. To taki smutek niesmutny, wyciszone przyzwolenie na koleje losu, pogodzone z sobą oczekiwanie. Próbuję zapamiętać to uczucie i widok nieba nad rzeką Han na później, kiedy będę potrzebowała oręża w walce z porodowym bólem. Wody ciągle się sączą, ale na razie skurczów ja nie było tak nie ma. Woo Young kieruje, ja koordynuję sprawy z ruterem, nowym gościem, teściową i sprzątaczką. W końcu zajeżdżamy pod klinikę.

W przyciemnionym pokoju położna sprawdza stan rzeczy. Czuję jej pewne palce, które bez wahania stymulują rozwój wypadków - nie wiem, jakim sposobem, ale wywołuje tym pierwsze skurcze. Idziemy na spacer. Na zewnątrz jest już ciemno. Ulice Cheongdam-dong wyłożone są wysokimi latarniami, które oblewają świat na dole ostrym, białym światłem. Mam wrażenie, że znalazłam się na arenie cyrku, z reflektorami nacelowanymi na moją osobę. W jakim sensie odgrywamy z Woo Youngiem teatr. Co chwila przystajemy, opieram się na jego ramieniu i głęboko oddycham, pozwalając minąć kolejnej fali bólu. Ludzie przechodzą obok bez krzty zdumienia na twarzy - ot kolejna dziewczyna, która za dużo wypiła. 




Przy pierwszym kółeczku, gdzieś w pomniejszej uliczce, napotykamy miniaturowy sklepik z koreańskim fast foodem prowadzony przez starszą panią. Przygotowuje składniki na następny dzień, ale jeszcze sprzedaje nam kimbab z tuńczykiem. Drepcząc dalej pałaszujemy zdobycz - jajecznica na bekonie i cebuli już dawno została wyczerpana wysiłkiem, jaki podświadomie podejmujemy, żeby nie pozwolić naszym emocjom na zbyt gwałtowny galop. Skurcze przychodzą coraz częściej, trwają dłużej i mocniej dają o sobie znać. Jestem w samym ich środku. Chłonę moment, obserwuję każdą zmianę w sobie i już z lekka odczuwam tęsknotę za właśnie ubyłymi minutami, jakiś żal, że się już skończyły. Z każdą chwilą nieubłaganie przybliżam się do rozwiązania, którego nie będzie można już nigdy powtórzyć. To teraz właśnie, ten jedyny raz w życiu doświadczam narodzin mojego pierwszego i najprawdopodobniej jedynego dziecka. Chcę je zapamiętać w najmniejszym szczególe, chcę je przeżyć jak najbardziej świadomie. Drugie kółeczko zajmuje nam o wiele więcej czasu. Właściwie to po drugi kimbab z tuńczykiem mogę się już jedynie wlec. Jest 16 września, okolice godziny 20:00.


Wanna

Leżę na łóżku i w obawie przed przypadkowym wywołaniem kolejnej fali zamieram w bezruchu. Wiem, że Woo Young jest gdzieś obok, ale to jakiś inny wymiar, do którego nie mogę się przedostać. Jest gdzieś niewyraźny, za szybą zmrożoną szronem. Wiem, że wyciąganie ręki w jego kierunku to zbyteczna strata sił. Próbuję oddychać powoli, odgrodzić się od własnego ciała na przekór bólowi, który każe mi krzyczeć, kopać, pędzić, pchać tylko po to, żeby skończyć z tym wszystkim raz na zawsze. O niebie nad rzeką Han zupełnie zapominam.




Ktoś mnie rozbiera i pomaga wejść do wanny. Po moim ciele rozprzestrzenia się błogość gorącej wody, przyciemnionych świateł, spokojnej muzyki i tańczącego gdzieś przede mną płomyka świeczki. Odzyskuję przytomność i widzę nad sobą twarz Woo Younga. Jest strapiona. Zaczynamy rozmawiać - on rytmicznie polewając mnie po tułowiu okrytym ręcznikami. Skurcze jakby straciły na intensywności, co wskrzesza w nas iskierkę nadziei. Nasza wesołość zaczyna marnieć w oczach, gdy ból powraca i w końcu znowu wywindowuje mnie w wymiar, w którym znajduję się z nim sam na sam. Walczę, a podejmując walkę z góry skazana jestem na przegraną. Lepiej tej bitwy w ogóle nie podejmować. Przywołuję się do porządku, wyciągając zza pazuchy jedyną broń, nie-broń, jaka może tutaj coś zdziałać - ignoruję ból, pozbawiam go rangi swojego wroga. Chcę, żeby był dla mnie czymś odległym, nieprawdziwym. Dozowanym oddechem obdzieram go z jakiegokolwiek znaczenia, mimo że próbuje rozerwać moje trzewia, rozsadzić mnie od środka.Tylko od czasu do czasu ponosi mnie rozdzierającym krzykiem, który wywołuje potok łez u Woo Younga. Ale o swoich łzach Woo Young mówi mi dużo, dużo później. 




Zastrzyk

Między skurczami zatapiam się w ciemność, nie istnieję. Woo Young mierzy odstępy czasu. Przez tunel dociera do mnie jego ciepły głos - mogę się zrelaksować, bo co czterdziestosekundowa walka przedłużyła się do rund co pięciominutowych. Niestety, głos wybudza mnie z transu, opuszczam na moment gardę i ból korzystając ze sprzyjajcej okazji przeprowadza nagły atak. Wracamy do punktu wyjścia. Ból posiłkuje się podstępem - przynoszące wcześniej ulgę polewanie gorącą wodą również staje się cynglem, który zabija mój spokój. 

Dziwię się, kiedy położna mówi mi, że minęło już sześć godzin. Woo Young poprosił ją i lekarkę o konsultację. Skurcze stają się powoli nie do zniesienia, zmęczenie daje mi się we znaki. Zamiast wolnego oddechu coraz bardziej przeważają parcia, wysyłając w wodę skrzepy krwi, które Woo Young dyskretnie wyławia specjalnie przygotowanym do tego sitkiem. Przy kolejnym skurczu słyszę prowadzącą mnie lekarkę, która rzeczowym, pełnym zrozumienia głosem radzi mi oddychać jeszcze wolniej. I takiego właśnie głosu potrzebuję. Krzyk zamienia się w spazmatyczny oddech, spazmatyczny oddech przeobraża się w kontrolowany ruch płuc. Wybudzam się z więzienia. 

Po krótkiej rozmowie z niechęcią godzę się na sugestię znieczulenia zewnątrzoponowego. Sugestia wychodzi od Woo Younga, który chyba nie za bardzo może poradzić sobie z moim cierpieniem, ale decyzja należy do mnie. Jestem trochę sobą zawiedziona, ale wiem też, że żeby przetrwać do końca bez uszczerbku na własnej psychice, musiałabym mieć pomoc taką, jaką zaofiarowała mi przez krótką chwilę lekarka. Głos kogoś, kto mógłby mną właściwie pokierować, kiedy sama już opadam z sił. Niezależny głos z zewnątrz, który przeżył coś podobnego, a przez co któremu mogłabym bezgranicznie zaufać. 

Powoli gramolę się z wanny na tapczan. Ból atakuje nawet przy tej krótkiej przeprawie. Wieszam się bezwładnie na szyi Woo Younga, żeby go tylko przeczekać. Zmiana pozycji ponownie ucisza falę skurczy, ale teraz już wiem, że to stan krótkotrwały. Jestem tak otumaniona, że nie przychodzi mi nawet do głowy, żeby popróbować tych zmian częściej. Moją głowę wypełnia jedynie naprzemiennie pustka i niemy krzyk. Dostaję w końcu zastrzyk, który skutecznie obezwładnia ból. Spętany chemikaliami wiotczeje, staje się łatwy do pokonania bez trudu kontrolowanym już teraz oddechem. Przez półtora godziny odpoczywam na łóżku, zasypiając pomiędzy nieudanymi próbami jego ataku. Woo Young chrapie obok. Jest 17 września, godzina 2:30.


Kwilenie

Położna informuje mnie, że jestem gotowa. Rozwarcie 10cm, możemy zaczynać. Podświadomie zdaję sobie z tego sprawę już od jakiegoś czasu, między udami czuję wypchane już czymś rozluźnienie, ale proszę ją o jeszcze kilka minut. Wychodzi. W nocnej ciszy jem batona i wsłuchuję się w chrapliwy oddech Woo Younga. Już za niedługo za naszą sprawą na tym świecie pojawi się nowa istotka. Już za moment zobaczę twarz mojego syna. Czuję przypływ energii. Ból coraz bardziej daje o sobie znać, ale już w ogóle nie jest mi straszny. 

Położna kieruje mnie do toalety. Próbuję się wypróżnić, ale nadaremnie. Szczerze mówiąc nie staram się za bardzo z powodu irracjonalnej obawy przed niekontrolowanym urodzeniem mojego chłopaka. Siadam w końcu na krzesełku do rodzenia. Chwytam się poręczy pomiędzy udami i przyciągam je do siebie, prząc jednocześnie w przeciwnym kierunku. Wystarczą dwa pchnięcia, żeby pojawił się czubek główki. Przechodzę na tapczan. Na czworaka zaczynam rodzić - położna określa to mianem "na niedźwiedzia".

Czekam na skurcze. Z wysiłku cała się trzęsę, skronie pulsują w napięciu, nabrzmiałe od buzującej krwi. Moje nagie ciało zrasza pot. O tym, że jest nagie, że ktoś mnie widzi tak, jak ja sama siebie nigdy nie widziałam i chyba nigdy nie zobaczę, w ogóle nie myślę. W tym momencie nie ma to żadnego znaczenia. Wstyd nie istnieje. Jestem maksymalnie skupiona, znowu gdzieś sama w nietutejszym, ale już przyjaźniejszym wymiarze. Nagle dochodzi do mnie informacja, że widać już główkę. "Oh my God, Oh my God" - to Woo Young. W jednym momencie trzeźwieję czując, że zbliża się koniec. A właściwie początek wszystkiego. Przy kolejnej fali prę chyba zbyt energicznie i czuję jak rozrywa mnie gdzieś z przodu. Myślę sobie "no cóż" i dosyć obojętnie odnotowuję, że nawet mnie to za bardzo nie zabolało. 

I wtedy po raz pierwszy słyszę kwilenie mojego dziecka.


Narodziny

Potem idzie już jak po maśle. Jestem w swoim żywiole, już chcę mieć małego w swoich ramionach. W końcu następuje ostatnie parcie i lekarka podaje mi małego od tyłu, między nogami. Jest fioletowy, pokrwawiony, obślizgły, gorący, cichutki. Trzymam go pewnie, bez strachu, o który się podejrzewałam. Otaczam go swoim ciałem, robię z niego naturalny inkubator. Za mną słyszę jakieś krzątanie się - to pomocnice porządkują prześcieradła. Kładę się na drugiej stronie łóżka z małym na piersi. Jest taki bezbronny... Mówię do niego i mówię... Bo nie ma się przecież czego bać.

Po kilku minutach Woo Young przecina pępowinę. Ściąga koszulę i kładzie się obok mnie na uporządkowanym już łóżku. Mój syn na klatce piersiowej mojego męża. Ciągle do niego mówię. Mam wrażenie, że był z nami od zawsze i że to, że jest obok jest czymś najnaturalniejszym na świecie.

Prowadząca mnie doktor naciska tymczasem na mój brzuch. Lekki ból i nawet nie wiem kiedy rodzę łożysko. W oświetlonych punktowo ciemnościach, na najzwyklejszym łóżku lekarka zakłada mi szwy. Nic nie czuję. 

Jest 17 września, godzina 4:19.


4,47kg, 60cm. 


 



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...