23 kwietnia 2014

Katastrofa promu "Sewol"


Od siedmiu lat mieszkam bez telewizora. Kilka lat temu ograniczyłam też czytanie gazet. Na boczny tor odstawiłam politykę, masową rozrywkę, tarzanie się w tragediach i tanich sensacjach. Zupełnie nie jestem "na czasie", ale mam go za to o wiele więcej – na rzeczy, które mają dla mnie znaczenie.

Obok katastrofy promu „Sewol” nie można jednak przejść obojętnie. To jedno z tych wydarzeń, które w sercu na zawsze pozostawiają jakąś zadrę. Trwające prawie 2,5 godziny przyzwolenie na niewyobrażalny horror uwięzionych w promie pasażerów to porażka nie tylko koreańskiego społeczeństwa, ale też i każdego z nas. Zawinił bowiem człowiek i to na wielu frontach.




„Ludzki błąd” to termin, który ukuliśmy dla okiełznania wymykających się spod kontroli emocji. To usprawiedliwienie, które do jakiegoś stopnia ma łagodzić emocjonalne wymiary tragedii, bo przecież każdy z nas błędy popełnia. Zaniedbania proceduralne, brak odpowiedzialności, krótkowzroczność, obojętność, tchórzostwo... Wszystko to przecież ludzkie jest. Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto bez winy.

Koreańczycy biją się w pierś. Przeprasza prezydent firmy przewozowej, samobójczą śmiercią swoją skruchę wyraża wicedyrektor szkoły, który został przecież uratowany, ale który nie mógł znieść myśli o tym, że zostawił za sobą setki podopiecznych. Jakoby w imieniu całego społeczeństwa o wybaczenie prosi nawet profesor Seoul National University pisząc list do „uczniów uwięzionych pod taflą morza”. Przepraszają też rodzice za to, że do głów swoich pociech wbijali absolutne posłuszeństwo wobec starszych. To samo posłuszeństwo, które kazało studentom zawierzyć raczej słowu w głośniku niż własnemu instynktowi przetrwania. Posłuchały i z nadzieją czekały na pomoc, która nigdy nie nadeszła.

Nie przeprasza jedynie administracja rządowa. Za to, że w pierwszych momentach katastrofy zakłamane informacje o jej wymiarze spowodowały, że pomoc przyszła dopiero po kilku godzinach od zatonięcia promu. W Korei negatywnych wiadomości nie przekazuje się przecież przełożonym – trudne sytuacje próbuje się najpierw rozwiązać samodzielnie. Nikt nie wstydzi się też wszystkich obłudnych kłamstw pod publikę o niesionym przez agencje rządowe wsparciu, które obnażane są przez świadków zdarzenia jedno po drugim. W końcu nikt w administracji tego kraju nie widzi problemu w nazwaniu całej katastrofy „masowym morderstwem” i w uciszaniu ludzi, który wyrażają swój protest wobec karygodnej postawy rządu.  

Czuję ogromny smutek. Tak jak reszta Koreańczyków próbuję wyobrazić sobie koszmar ostatnich chwil pasażerów feralnego promu i jest to ponad moje siły. Czuję też gniew. Na ułomność człowieka, ale też i na samą Koreę, gdzie promuje się jednostki silne i bezwzględne; na kraj, w którym przejawy człowieczeństwa traktuje się jak słabość, zgniatając je kantem podeszwy jak zwykłego robaka.


Źródło: Poddbang

Powyżej satyryczny komiks zatytułowany "Rzeczy, na które trzeba uważać w Korei, gdy członkowie twojej rodziny uznani zostali za zaginionych". Oto one:

1. Nie denerwuj się.
2. Nie bądź smutny.
3. Nie powątpiewaj w informacje przekazywane przez rząd.
4. Zawsze noś tabliczkę z imieniem i nazwiskiem.*

Podsumowanie: "W Korei lepiej nie gubić członków swojej rodziny".

*Rodziny zaginionych w tragedii promu Sewon zdecydowały się w pewnym momencie na noszenie etykiet z imieniem i nazwiskiem, ponieważ w środkach masowego przekazu zaczęli pojawiać się najemni aktorzy udający rodziców ofiar - oczywiście tacy, którzy w samych pozytywach wypowiadali się o pomocy niesionej przez rząd. 



11 kwietnia 2014

[Zakorkowani] Ucieczka z Korei Północnej


Na przełomie maja i czerwca 2013 roku cały świat obiegła informacja o aresztowaniu w Laosie uciekinierów z Korei Północnej. Wydostali się oni z miejsca rodem z najgorszych koszmarów, ale los chciał, że zostali złapani w państwie pozostającym pod wpływami Chin, które sprzyjają reżimowi północnokoreańskiemu. Władze Laosu zadecydowały, że dziewięciu Koreańczyków z Północy zostanie deportowanych do kraju, z którego mieli nadzieję wydostać się raz na zawsze. Niektóre media donosiły, że uciekinierzy przekonani byli, że celem ich podróży jest Korea Południowa – wyjeżdżali więc z Laosu w przekonaniu, że w końcu uśmiechnęło się do nich szczęście. Rzeczywistość okazała się o wiele bardziej prozaiczna – wylądowali na terenie Korei Północnej. Jakiś czas potem można było zobaczyć młodych Koreańczyków (15 – 23 lata) w północnokoreańskiej telewizji, dziękujących swojemu liderowi za uratowanie z rąk wroga. Niektórzy z nich płakali. Obecny lost niedoszłych uchodźców jest nieznany. Istnieje obawa, że wykonana została na nich egzekucja. Aż trudno uwierzyć, że takie rzeczy mają miejsce kilkadziesiąt kilometrów od tętniącego życiem i nowoczesnością Seulu.




Nagminne łamanie praw człowieka w Korei Północnej nie jest żadną tajemnicą. Temat ten poruszany jest w mediach przy okazji kolejnych doniesień z Korei Północnej. Mówi się o wszechobecnym terrorze, zatrważających warunkach życia, głodzie, obozach koncentracyjnych, śmierci z rąk oprawców. Koreańczycy, którzy wydostali się z Korei Północnej udzielają wywiadów lub w inny sposób dają świadectwo północnokoreańskiej rzeczywistości np. wizualnie, w formie rysunków, jak robił to piętnastoletni Jang Gil Su w 1999 roku. Również opisują oni swoje doświadczenia w licznych książkach, z których przytoczyć można na przykład opowieść Kang Chol Hwanga „Aquariums of Pyeongyang: 10 years in North Korean Gulag”. Uciekinierzy ci to nie tylko „zwykli” obywatele, ale również artyści, naukowcy, a nawet wysoko postawieni urzędnicy i żołnierze, którzy w nowej ojczyźnie muszą korzystać z ochrony osobistej.




Na całym świecie, również i w Korei Południowej, istnieją organizacje, które monitorują sytuację w Korei Północnej, lobbują na rzecz uznania sytuacji w Korei Północnej za działania przeciwko ludzkości oraz aktywnie pomagają uciekinierom w przedostaniu się na przyjazne terytorium i w adaptacji do nowego sposobu życia. Organizacje te skupiają ludzi, którzy poświęcają swoje życie temu właśnie celowi.

Jedną z takich osób jest Joanna Hosaniak, Zastępca Dyrektora Generalnego przy Obywatelskim Sojuszu na rzecz Praw Człowieka w Korei Północnej (Citizens' Alliance for North Korean Human Rights). Joanna to nie tylko wspaniała kobieta, ale też i osoba powszechnie znana i szanowana w międzynarodowym środowisku osób i organizacji walczących o oficjalne rozpoznanie sytuacji łamania praw człowieka w Korei Północnej. To ekspert w dziedzinie, ale także i działacz aktywnie pomagający uciekinierom z Północy. Nasza rodaczka to również Honorowy Obywatel Seulu – tytuł, który otrzymała całkiem niedawno w uznaniu za swoje zasługi. Ostatnio Joanna została obwołana przez gazetę “Donga Ilbo” jedną ze 100 wpływowych osób, które “w najbliższej dziesięciolatce rozjaśnią Koreę” – po raz pierwszy w tym gronie zasiada obcokrajowiec.


Anna Sawińska i Joanna Hosaniak (Zastępca Dyrektora
Generalnego w Obywatelskim Sojuszu
na Rzecz Praw Człowieka w Korei Północnej)

W ramach audycji “Zakorkowani” razem z Leszkiem Moniuszko poprosiłam Joannę o opowiedzenie nam o aktualnej sytuacji w Korei Północnej oraz o drodze, jaką Koreańczycy z Północy muszą przejść od momentu decyzji o ucieczce do czasu, kiedy jako pełnoprawni obywatale osiedlają się za granicą. W dwóch załączonych poniżej odcinkach wywiadu dowiedzieć się można o szczegółach organizacji ucieczek i przebiegu takich akcji, a także o tym, jakie formalności muszą spełnić uciekinierzy, żeby uzyskać pozwolenie na osiedlenie się na terytorium Korei Południowej. Joanna opowiada również o programach przystosowawczych dla Koreańczyków z Północy oraz o tym, jak radzą sobie oni żyjąc w zupełnie innej rzeczywistości. Naszą rozmówczynię poprosiłam również o podzielenie się z nami swoją opinią na temat możliwego scenariusza zjednoczenia obu Korei.

Zapraszam do odsłuchania wywiadów poniżej:







31 marca 2014

Fanpage "W Korei i nie tylko" - marzec 2012 i 2013


Tak wyglądał mój marzec w roku 2012 i 2013: wywiady, artykuły, wspinaczki, podróże, książki i pyszny chlebek. :). Poniżej kilka wspominek z Fanpage "W Korei i nie tylko",



29 marca 2012

Kolaż ten wykonałam bardzo dawno temu jako prezent na urodziny PWY. Było to tak dawno, że żaden freeware nie oferował funkcji "collage" (albo ja nie mogłam takowej znaleźć). Musiałam nieźle się napocić, żeby skrawki z naszego życia posklejać w jedno, dające się wydrukować zdjęcie. Wynik mojej pracy włożyłam w drewnianą ramkę z szybką - stoi teraz u mnie na regale. 





8 marca 2013

Jak mają się kobiety w Korei? Niestety kolejny ranking dowodzi, że Korea jest na szarym końcu jeżeli chodzi o równouprawnienie. "Glass ceiling" to tutaj raczej "permafrost ceiling", czyli "sufit z wiecznej zmarzlizny" - niby coś przez niego od góry prześwituje, ale sięgnać zawodowych wyżyn się po prostu nie da choćby waliło się w niego głową w nieskończoność (naszego na Ziemi życia~~).

W mojej firmie, gdzie pracują dziesiątki tysięcy ludzi, jestem jedną z KILKU kobiet o tytule menedżera (과장). Tytuł Senior Managera (차장) posiada tylko JEDNA kobieta - ma doktorat i pracuje jako inżynier od... dobrych kilkudziesięciu lat.

Z Okazji Dnia Kobiet życzę wszystkim Czytelniczkom i Fankom bloga prychanie na wszelkiego rodzaju szklane sufity i po prostu robienie swojego. Zawsze z kobiecą gracją i pięknym uśmiechem!




9 marca 2013

Wspominałam jakiś czas temu o wizycie TVP w Korei Południowej. Justyna Szubert-Kotomska i Remek Zakrzewski przygotowywali program o X Zimowej Olimpiadzie Specjalnej, która odbywała się w mieście Pyeongchang. W tym samym miejscu od 9 do 25 lutego 2018 roku odbędą się XXIII Zimowe Igrzyska Oimpijskie. Zapraszam do oglądnięcia króciutkich reportaży.





17 marca 2013





19 marca 2013

Czasem żeby przeskoczyć samego siebie potrzebna jest pomoc mentora. A mentora, szczególnie takiego, który byłby jednocześnie i inspirujący i szczerze zaangażowany, nie łatwo jest znaleźć. Ja szukałam bardzo długo. Moim mentorem jest Koreańczyk, szef urzędujący gdzieś na najwyższych piętrach firmy. Czasem przywozi mi z podróży takie właśnie książki i każe czytać.




20 marca 2013

Tym razem zdjęcie obrazuje najprawdziwsze w świecie, świeżutkie, pachnące ciepłem pieczywo. Cała aż zatrzęsłam się z podekscytowania. Do "It's Crispy" zaprosiła mnie znajoma Koreanka, która również ubolewa nad jakością koreańskich wypieków. Chrupiący chlebek za 5 tys. wonów spokojnie spoczywa teraz na dnie mojej torby...




24 marca 2013

Pierwsze tej wiosny spojrzenie na świat ze szczytu góry Dobong.




28 marca 2013

Polka reprezentująca koreańskiego chaebola współpracuje ze Szwedem reprezentującym norweską firmę nad projektem na Malcie.

Podróże kształcą. Dzięki tej na Maltę dowiedziałam się, że w sytuacji kryzysowej włosy z powodzeniem można rozczesać... palcami. Swojej szczotki zapomniałam, a nowej nie miałam czasu zakupić. 




31 marca 2013

Powtórka z wczorajszych Wiadomości TVP dla tych, którzy ciągle obawiają się ataku ze strony Korei Północnej. Podobnie jak Koreańczycy na Południu wierzę, że jesteśmy bezpieczni. Wesołych Świąt!





14 marca 2014

[Zakorkowani] Koreańska kultura korporacyjna


Na początku Korea była dla mnie źródłem niekończących się zdziwień. Były to zdziwienia niewinne; luźne obserwacje młodej dziewczyny, która odkrywała nowy świat bez większych konsekwencji dla własnego bytu. Żyłam w Korei, ale jakby obok niej, w ochronnym kokonie otrzymywanego stypendium, cudzoziemskości i słodkiej niewiedzy na temat prawdziwego oblicza tego kraju, opierając na tym wszystkim swój własny niezależny świat. To były dwa bardzo inspirujące, ale też i komfortowe lata.

Wszystko zmieniło się, kiedy po raz pierwszy przestąpiłam próg koreańskiej korporacji. Mimo że w Korei mieszkałam już od dłuższego czasu, to właśnie wtedy przeżyłam prawdziwy szok kulturowy. Z przyjaznego środowiska akademickiego przeniesiona zostałam nagle do świata żelaznej hierarchii i wszystkiego, co ona za sobą pociąga. Przeżyłam momenty ogromnej frustracji wywołanej męskim szowinizmem uznawanym za normę w relacjach damsko-męskich, koreańskim etnocentryzmem, trybem pracy w rytm konfucjonistycznych zasad czy w końcu absurdami, w które nikt przy zdrowych zmysłach nie byłby w stanie uwierzyć. Odnalezienie właściwego systemu nawigacji po tym niezwykle trudnym terenie zabrało mi trochę czasu. Większość z moich stypendialnych przyjaciół i kolegów nie wytrzymała już w przedbiegach i z westchnieniem ulgi powróciła do domu.

Po dziesięcicu latach doświadczenia w koreańskich jaebolach nieskromnie wydaje mi się, że radzę sobie całkiem dobrze. Pomógł mi chyba w tym przede wszystkim mój charakter, który w jakiś sposób współgra ze wstrzemięźliwością emocjonalną i prostolinijnością Koreańczyków. Dzięki pobytowi w Korei nauczyłam się też wstrzymywać się z szybkimi osądami i patrzeć na świat z dużym dystansem i przymrużeniem oka; z humorem i otwartością podchodzić do zachowań u nas traktowanych jako karygodne. Do wielu rzeczy na pewno po prostu przyzwyczaiłam się, ale też i bez dopasowywania się do tych, które wybitnie kłócą się z moją naturą. Na swojej drodze zawodowej spotkałam najwspanialszych Koreańczyków, ale też i tych najbardziej twardogłowych. Ze wszystkimi nauczyłam się bezkonfliktowo współpracować, rozumieć i do jakiegoś stopnia tolerować ich pobudki. Mam również duże szczęście w uzyskiwaniu zaufania Koreańczyków – wartości, którą obcokrajowców tak szczerze obdarowuje się bardzo rzadko. Mimo to praca w koreańskim jaebolu jest dosyć dużym wyzwaniem i nawet ja, po tylu latach, musiałam pozbyć się wielu złudzeń.

Wiele lat temu praktyczne informacje na temat korporacyjnej kultury Koreańczyków były raczej skąpe, ale osobiście nie żałuję, że musiałam doświadczać wszystkiego po raz pierwszy na własnej skórze. To była dla mnie ogromna szkoła charakteru. Na pewno jednak łatwiej jest już zawczasu zdawać sobie sprawę, czego można oczekiwać rzucając się w wir ścieżki zawodowej à la Korea i w niektórych przypadkach świadomie oszczędzić sobie straconego czasu.
      
W poniżej załączonych rozmowach nagranych w ramach audycji „Zakorkowani” razem z Leszkiem Moniuszko opowiadamy o naszych doświadczeniach w koreańskich korporacjach, które mają na celu pomóc świeżo upieczonemu rekrutowi w sprawniejszym poruszaniu się po korytarzach koreańskiego jaebola.


W Korei wizytówkę podaję się
przodem do rozmówcy podtrzymując
ją dwiema rękami.


Naszą rozmowę rozpoczynamy od ogólnych informacji dotyczących rekrutacji w koreańskich firmach. Następnie przechodzimy do opisu obozów przygotowawczych dla nowych pracowników. Tego rodzaju obozy, które trwają od kilku tygodni do kilku miesięcy, mogą okazać się decydujące w późniejszej karierze zawodowej – na podstawie swoich osiągnięć pracownik zostanie bowiem przydzielony do danego działu lub grupy w firmie. Obozy takie na pewno są też dosyć osobliwym doświadczeniem, ponieważ niektóre z nich swoją formą przypominają pranie mózgów w stylu Korei Północnej.

W naszej audycji rozmawiamy również o zagadnieniach praktycznych, takich jak punktualność, ubiór, ale też i omawiamy sposób komunikacji z koreańskimi biznesmenami. Podejście Koreańczyków do omawianych kwestii oraz biznesowy savoir-vivre bardzo różnią się od tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni na Zachodzie – warto więc przygotować się już wcześniej.


Na koniec pierwszej części naszej audycji poruszamy również niezmiernie ważną kwestię jaką jest odpowiednie zwracanie się do przełożonych oraz osób na niższym szczeblu korporacyjnej drabiny. To prawdziwa plątanina tytułów i form grzecznościowych w związku z czym dla ułatwienia przygotowaliśmy poniższe tabelki – ze szczegółami omawiamy je w audycji.









Audycja „Koreańska kultura korporacyjna (część 1)” od odsłuchania poniżej:




Mimo że koreańskie korporacje różnią się od siebie jeżeli chodzi o ich kulturę organizacyjną, w każdej z nich można zidentyfikować powtarzające się cechy wspólne. W drugiej części odcinka audycji o koreańskiej kulturze korporacyjnej rozmawiamy z Leszkiem o tym, czego można spodziewać się podczas oficjalnych spotkań oraz o tym, jak się z Koreańczykami negocjuje. Kontynuujemy również temat biznesowego savoir-vivre powszechnie praktykowanego wśród Koreańczyków.

Praca dla koreańskiego koncernu jest równoznaczna z przynależnością do firmowej rodziny. Koreańskie przedsiębiorstwa potrafią sponsorować edukację dzieci swoich pracowników, wspomagać finansowo ich pobyt w szpitalu, czy dostarczyć zbiorowego zastrzyku pieniężnego z okazji ślubu lub pogrzebu bliskich. Rolę, jaką odgrywa koreański jaebol w prywatnym życiu Koreańczyka jest również niezmiernie ciekawym aspektem, który poruszamy w odcinku „Zakorkowanych” załączonym poniżej.

Lwią część naszej audycji poświęcamy też firmowym kolacjom, zwanym „hoesik” (wym. „hłesik”). Ze szczegółami omawiamy zasady picia alkoholu; wyjaśniamy, co będzie dobrze widziane, a co może zostać uznane za duże faux pas. Kolacje tego rodzaju to osobliwa i niezmiernie ważna część biznesowej kultury charakterystycznej dla każdej koreańskiej firmy. Warto wiedzieć więc to i owo.

Na koniec oboje z Leszkiem dzielimy się naszymi osobistymi doświadczeniami z pracy w koreańskiej korporacji. Są to opisy problemów, z jakimi obcokrajowcy muszą się borykać współpracując z Koreańczykami, ale też i pikantne jak kimchi wycinki z codziennego dnia przy biurku.

Audycja „Koreańska kultura korporacyjna (część 2)” od odsłuchania poniżej:




7 marca 2014

Koreański system obliczania wieku


W Korei pytanie o wiek jest jednym z częściej zadawanych, nawet podczas pierwszego spotkania. Odpowiedź pozwala na umiejscowienie osoby na odpowiednim szczebelku społecznej hierarchii. Do starszej od siebie osoby należy się bowiem zwracać używając określonego kanonu słów i zwrotów grzecznościowych; z osobą młodszą można sobie już natomiast pozwolić na pewną nonszalancję.

Sposób liczenia wieku w koreańskiej tradycji jest odrobinę inny niż na Zachodzie. W momencie przyjścia na świat dziecko ma już jeden roczek. Co ciekawe według kalendarza księżycowego, w którym każdy miesiąc ma po 28 dni, ciąża u kobiety trwa 10 miesięcy, co odpowiada standardowym 40 tygodniom. Być może dlatego właśnie zaokrągla się „do góry” doliczając te 2 miesiące do pełnego roku rodzącego się właśnie niemowlęcia. Druga różnica polega na tym, że 1-go stycznia (według kalendarza słonecznego lub księżycowego w zależności od indywidualnie stosowanej metody) każdej osobie dodaje się kolejny rok życia. Dlatego też w Korei dzień i miesiąc urodzin nie mają żadnego znaczenia jeżeli chodzi o kalkulowanie własnego wieku.

Brzmi to wszystko dosyć skomplikowanie, ale w rzeczywistości nie ma nic prostszego niż obliczenie swojego wieku według tradycji koreańskiej. Wystarczy posłużyć się następującym wzorem:


Bieżący rok – Rok urodzin + 1 = Wiek koreański


Dla przykładu ja w Korei mam 37 lat: mamy rok 2014, a urodziłam się w roku 1978 czyli: 2014 – 1978 + 1 = 37.

Skąd więc te wszystkie zażarte dyskusje, czy według koreańskiego sposobu liczenia jesteśmy jeden czy dwa lata starsi? Otóż pokutuje tutaj myślenie na modłę naszego własnego sytemu, w którym wiek danej osoby uzależniony jest również od dnia i miesiąca, w którym przyszło się na świat. Powtarzam, że w Korei nie ma to żadnego znaczenia. Na przykład dziecko, które przyszło na świat w Korei 31 grudnia 2013 roku następnego dnia, czyil 1 stycznia 2014 roku będzie miało już dwa lata (wg. wzoru: 2014 – 2013 + 1 = 2), mimo że według zachodniego sposobu myślenia berbeć ma tylko 2 dni!

Summa summarum różnica jednego lub dwóch lat w stosunku do koreańskiego wieku wynika z naszego, a nie z koreańskiego sposobu liczenia. Dla osób, które urodziły się na początku roku przez większość czasu (tj. po własnych urodzinach) różnica ta będzie wynosiła tylko jeden rok. Dla osób, które urodziły się pod koniec roku przez większość czasu (czyli do dnia i miesiąca swoich urodzin) będą to dwa lata – spójrzcie na przykład poniżej.









Ciekawe w Korei (i ważne!) jest też to, że w oficjalnych, czy urzędowych sytuacjach (wszelkie formularze itp.), a także w regulacjach prawnych (np. wiek przyzwolenia na czynności seksualne - 13 lat, pełnoletność – 19 lat, wiek legalnego spożywania alkoholu i palenia tytoniu - 19 lat, itp.) zawsze używa się zachodniego sposobu określania wieku.



28 lutego 2014

Fanpage "W Korei i nie tylko" - luty 2012 i 2013


I znowu powracam do wycinków z minionych dni. Przeglądam wpisy na fanpage’u „W Korei i nie tylko” i nie mogę nadziwić się, jak bardzo powtarzalne potrafią być losowe zachowania. A może to tylko przypadek?

W lutym zeszłego roku naszło mnie na owoce morza, więc udałam się na największy w Seulu rynek rybny; w lutym tego roku w przypływie jakiejś nieokiełznanej chuci kupiłam 10kg ostryg, co generalnie nie skończyło się za dobrze... W zeszłym roku bawiłam się do upadłego z przyjaciółmi popijając ananasowe soju; kilka dni temu wylało się dużo wina na spontanicznej posiadówce z jednym z nich.

Tylko ten zeszłoroczny śnieg nie pasuje...


4 lutego 2013

Wracam do Korei a tutaj takie piękne krajobrazy. Wszystko pod płaszczem kilkunastocentymetrowego śniegu, schodów do metra nie widać. Przebijam się przez zaspy w stłumionej śniegiem porannej ciszy. Dochodzi mnie jedynie chrupiący odgłos rozgniatanego śniegu. Cieszę się jak dziecko.






6 lutego 2013

Mój były szef w Samsungu opowiadał, że ciągle pamięta czasy sprzed kilkudziecięciu lat, kiedy jako dziecko bawił się wśród slumsów nad rzeką Han. Oto kilka zdjęć z Korei lat 60-tych z portalu koreabang.com. Nie do poznania?






6 lutego 2013

Zamiast kolacji z TVP randka z PWY. Menu to sashimi z kiełbia na największym markecie rybnym w Seulu. Dookoła olbrzymie kraby, homary, muszle, ryby i mniej identyfikowalne stworzenia. 

Wybieramy sztukę z akwarium, mężczyzna jednym ruchem ogłusza rybę i odkraja aksamitne kawałki mięsa. Kobieta z talerzem w dłoni zaprowadza nas do zaprzyjaźnionej restauracyjki, gdzie następuje konsumpcja. — at 노량진수산시장.






13 lutego 2013

Dostałam palpitacji serca, a źrenice rozszerzyły się mi jak u kota w ciemnościach. Ucieszyłam się, że po prawie 11 latach intensywnych zmian w Korei, których byłam świadkiem, doczekałam się również i tej.

Niestety. Produkty na wystawie okazały się perfekcyjnie wykonaną atrapą. W środku sklepu zwykłe, mało apetyczne standardy ze słodkimi masami lub czerwoną fasolą w środku. . — at IFC Mall, Seoul.






21 lutego 2013

Minimalna płaca w Korei w roku 2013 to 4860KRW za godzinę (brutto), czyli ok. 14 złotych.




22 lutego 2013

Ananasowe soju i balanga z polskimi młodzikami... Jeszcze się trzymam...





21 lutego 2014

Czy warto studiować koreanistykę?


„Czy warto studiować koreanistykę?” to jedno z najczęstszych pytań, jakie otrzymuję od Czytelników mojego bloga. Po nim niezmiennie następuje kolejne: „a jeżeli nie koreanistykę, to co?”. Oczywiście podpowiedzi poszukują te osoby, którym marzy się praca i życie w Korei.

Język koreański na pewno warto znać, ale czy potrzebna jest do tego aż koreanistyka? Pamiętajmy, że na studiach filologicznych nie wykłada się wyłącznie języka obcego. W program dydaktyczny wkomponowanych jest wiele innych przedmiotów z historii danego kraju, filozofii, literatury, antropologii kulturowej, religii, sztuki i wiele innych. Osobiście znam kilka osób, które ukończyły koreanistykę na UW i UAM, i które faktycznie całkiem dobrze sobie radzą i w Korei, i w Polsce. W Polsce – przynajmniej jeżeli chodzi o osoby z mojego otoczenia – zajmują się one tłumaczeniami przysięgłymi, ale również i literackimi, współpracują z Ambasadą Korei lub innymi placówkami mającymi na celu promowanie koreańskiej kultury, lub po prostu nauczają języka koreańskiego; grupa przedsiębiorczych dziewczyn założyła też wydawnictwo promujące literaturę Korei w Polsce; jest też kilka osób, które znalazły dobrą pracę w koreańskich firmach, choć zazwyczaj osoby te ukończyły również dodatkowe studia biznesowe. W Korei osoby po koreanistyce wykładają język polski na wyższych uczelniach (głównie w Hankuk University of Foreign Studies), wspierają działalność naszej Ambasady, zajmują się tłumaczeniami oraz pracą naukową, a także wspomagają polskie firmy, które chcą wejść na rynek koreański. Z tego, co się orientuję jednak to odsetek absolwentów koreanistyki w głównych siedzibach koreańskich korporacji jest raczej skąpy. Stąd koreanistykę polecałabym raczej prawdziwym pasjonatom (a według mnie pasja to piękna i niezwykle wartościowa rzecz, którą należy pielęgnować!), a reszcie na pewno wystarczą kursy językowe i zdanie egzaminu S-Topik.

Niestety aktualnie żadna bardziej licząca się firma w Korei nie zatrudni już obcokrajowca tylko dlatego, że ten mówi po koreańsku. Rynek przecycony jest osobami o całkiem solidnych kwalifikacjach, wliczając w to tzw. kyopo, czyli Koreańczyków, którzy wychowali się lub dłużej mieszkali za granicą, i którzy dosyć dobrze, jeżeli nawet nie płynnie, posługują się językiem koreańskim - jest więc z czego wybierać. Nawet stypendyści rządu koreańskiego, którzy ukończyli tutaj najlepsze uniwersytety w wykładowym języku koreańskim muszą dobrze się naszukać, zanim znajdą pracę na poziomie. Konkurencja jest już na pewno o wiele cięższa niż było to te kilkanaście lat temu, kiedy ja rozpoczynałam swoją przygodę z Koreą. Dekoniunktura również w tej sytuacji nie pomaga, ale to oczywiście może zmienić się za jakiś czas.

Sprawne posługiwanie się językiem to obecnie raczej niezbędne minimum wymaganych umiejętności. Do tego firmy preferują osoby z unormowanym statusem wizowym i takie, które z Koreą miały już coś do czynienia. Próbuje się w ten sposób uniknąć trudności związanych z ewentualnym szokiem kulturowym i procesem dostosowywania się do koreańskich reguł gry. Największą szansę na dobrą pracę mają te osoby, które ukończyły najlepsze uczelnie w Korei tj. Seoul National University, Korea University lub Yonsei University (tzw. SKY), a już przebierać w ofertach mogą te osoby, które posiadają dyplom jednego z amerykańskich uniwersytetów należących do Ligii Bluszczowej (Ivy League). Nie muszę chyba wspominać, że obok koreańskiego od obcokrajowca jakoby naturalnie wymaga się również znajomości języka angielskiego.

Co więc studiować, żeby znaleźć pracę w Korei? Tak, jak wspominałam wcześniej ważny jest przede wszystkim dyplom z dobrej uczelni. Koreańczycy mniejszą uwagę przywiązują do studiowanego kierunku – czasem zdarza się tak, że inżynierowie pracują w dziale zasobów ludzkich, a osoby ze specjalizacją w literaturze francuskiej sprzedają tankowce transportujące skroplony gaz. Na tę chwilę polecałabym kilka opcji do rozważenia, które wydają mi się względnie bezpieczne. Pierwsza to studia biznesowe na bardzo dobrej uczelni, które dają bardziej wymierne umiejętności (np. finanse, czy rachunkowość). Do tego na dokładkę warto przemyśleć MBA na lepszych uczelniach w Stanach Zjednoczonych lub ewentualnie w Europie – takie studia mogą być nawet zasponsorowane przez koreańskie przedsiębiorstwo już po uzyskaniu tutaj pracy. Koreańska gospodarka w dużej mierze opiera się na eksporcie, co oznacza, że zapotrzebowanie na korporacyjnych prawników o międzynarodowych kwalifikacjach jest spore i raczej niezmienne. Oczywiście wiązałoby się to z koniecznością zdania egzaminu adwokackiego (tzw. bar examination) najlepiej w Nowym Yorku lub Londynie. Drugie podejście to kierunki ścisłe. Już teraz popyt na inżynierów z zagranicy jest ogromny – wystarczy spojrzeć na firmy takie jak Samsung, które na pęczki zatrudniają Hindusów i Rosjan. Atrakcyjnymi dziedzinami wydaje mi się w tym momencie inżynieria chemiczna i procesowa, ale też i oprogramowania. A już przepięknym połączeniem jest inżynier z podyplomowymi studiami ekonomicznymi, który naprawdę ma biznesową żyłkę!

Niektórzy Czytelnicy pytają się mnie też o możliwość nauczania w Korei języka angielskiego. Wiadomo, że pieniądz jest spory przy całkiem znośnych godzinach pracy. Niestety obecnie legalnie zatrudnia się przede wszystkim native speakerów, bo tego wymaga klient, czyli przede wszystkim bardzo zaangażowane matki koreańskich dzieci. Znam Polaków, którzy udawali obywateli krajów anglojęzycznych, ale w takim wypadku trzeba liczyć się z konsekwencjami pracy na czarno i koniecznością opuszczania Korei co trzy miesiące z powodu braku wizy pracowniczej. Dyplom ukończenia anglistyki i dłuższy pobyt w anglojęzycznym kraju mogłyby szanse legalnej pracy w tym zawodzie na pewno zwiększyć, ale i tak wydaje mi się, że ciężko byłoby uzyskać wiarygodność w oczach Koreańczyków – taki to już naród.

Na koniec zostawiłam sobie poradę moim zdaniem najważniejszą. Najistotniejsze (i jednocześnie natrudniejsze) jest odnalezienie swojej własnej pasji, która  szłaby  w parze z wrodzonymi zdolnościami. Równie istotne jest konsekwentne wdrażanie takiej pasji w życie nawet jeżeli miałoby się to robić wbrew zdrowemu rozsądkowi, czy ogólnie przyjętym normom. Talent jest podstawą, ale jego szlifowanie to sprawa o wiele większej wagi. Trzeba być wytrwałym oraz stale ulepszać i testować swoje umiejętności. To bardzo ciężka praca. Od razu zaznaczam, że nie mówię tutaj o dosyć powierzchownej postawie w stylu „kocham Koreę”, czy „Korea to moje marzenie”, ale o konkretnej działalności, która sprawia radość i przynosi poczucie spełnienia. Pytanie więc „co należy studiować, żeby dostać pracę w Korei” jest według mnie pytaniem postawionym na opak. Zapytać trzeba raczej, „co oferuje mi Korea, dzięki czemu mógłbym się realizować?”. Takie odwrócenie pytania wymaga w pierwszej kolejności zastanowienia się nad samym sobą. Zdaję sobie sprawę, że to dla niektórych zabrzmi to jak idealistyczna herezja, ale moim zdaniem wszelkie działania należy zacząć od siebie, a świat sam się później krok po kroku dopasuje. To być może trochę przerażające, bo może okazać się, że nasza pasja zaprowadzi nas w zupełnie inne miejsce niż Korea, ale myślę, że warto zaryzykować. Dla własnego dobra.



Na zdjęciu moja koleżanka Dominika, która 
ze skupieniem czyta pierwszą książkę mojego pióra. 
Składanie słów w przekaz, który pozostawia po sobie 
(miejmy nadzieję) ślad to jedna z moich największych pasji. 



19 lutego 2014

Viktor Ahn


Łyżwiarstwo szybkie na torze krótkim (tzw. short track) to – podobnie jak taekwondo, łucznictwo, czy golf (szczególnie w wykonaniu kobiet) – dziedzina sportu, w której Koreańczycy czują się bardzo pewnie. Wystarczy wspomnieć o Ahn Hyun Soo, który począwszy od roku 2002 regularnie kolekcjonował medal za medalem w zawodach międzynarodowych, wliczając w to 18 (!) złotych medali zdobytych podczas Mistrzostw Świata oraz trzy złota (1000m, 1500m i sztafeta 5000m) na Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w Turynie w 2006 roku. Dla wielu Koreańczyków ten młody chłopak (ur. 1985) był nie tylko narodowym bohaterem, ale też i niesamowitą inspiracją.


Ahn Hyun Soo(안현수) po wygranej w biegu
na 1000m podczas Zimowych Igrzysk
Olimpijskich w Turynie w 2006 roku.


W roku 2011 stało się coś niewyobrażalnego – Ahn Hyun Soo przybrał nowe imię i stał się obywatelem Rosji. Podczas aktualnie rozgrywających się Igrzysk w Soczi, już jako Viktor Ahn, wygrał dla swojej nowej ojczyzny złoto w biegu na 1000m (pierwsze złoto w historii Rosji w short tracku) i brąz na 1500m*. Uśmiechnięty, w zafarbowanych na blond włosach twierdzi, że zmiana paszportu była bardzo dobrą decyzją. W Rosji zostanie już na zawsze.


Viktor Ahn (Виктор Ан) po wygranej w biegu na 1000m
podczas Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Soczi w 2014 roku.


W Korei zawrzało. Entuzjaści łyżwiarstwa szybkiego na torze krótkim wyrywają sobie włosy z głowy próbując zrozumieć, co się właściwie stało. Wielkie nadzieje pokładane w narodowej reprezentacji Korei pękły jak bańka mydlana – podczas Igrzysk w Soczi Koreańczykom udało się zdobyć w short tracku jak do tej pory* jedynie jeden złoty medal (sztafeta kobiet na 3000m). Ci bardziej dociekliwi co prędzej wzięli się za analizę sytuacji, rezultatem czego było wytypowanie Korea Skating Union (KSU) jako głównego winowajcę. Organizację rzucono lwom na pożarcie – w zeszłą niedzielę strona internetowa KSU padła pod pręgierzem oskarżeń ze strony mieszkańców Korei. Sprawa Ahn Hyun Soo i kiepskich wyników reprezentantów Korei została rozdmuchana do tego stopnia, że sama Prezydent Korei, Park Geun Hye, nakazała Ministerstwu Sportu rozpoczęcie śledztwa celem sprawdzenia, czy KSU nie dopuściła się jakichś nieprawidłowości.

Historia Viktora Ahn to świetny przykład obrazujący ciemniejszą stronę koreańskiej kultury. Począwszy od roku 2006 pomiędzy Ahnem, a kadrą trenerską i innymi sportowcami (w szczególności chodzi tutaj o innego światowej klasy łyżwiarza Lee Ho Suk) zaczęło coś się poważnie psuć. Ojciec Ahna oskarżał głównego trenera drużyny o utrudnianie swojemu synowi kariery, co między innymi skończyło się szarpaniną na lotnisku w Incheon po powrocie koreańskich zawodników z Mistrzostw Świata w Minneapolis w 2006 roku. Doszło do tego, że Ahn i Lee, którzy znali się od dziecka, odmówili przebywania w tym samym pomieszczeniu, w związku z czym tego pierwszego przeniesiono pod opiekę trenera drużyny kobiecej. Od tej pory Ahn odbywał treningi jedynie z reprezentacją żeńską. Wzajemne przepychanki i współzawodnictwo między członkami drużyny mocno nadwyrężyły psychikę Ahn Hyun Soo, który w pewnym momencie rozważał nawet odejście ze świata sportu.

Z zachodniego punktu widzenia podłoże powyższego konfliktu miało charakter raczej trywialny. Głównie chodziło mianowicie o to, że Ahn ukończył inny uniwersytet niż pozostała część męskiej kadry oraz trenerzy (ale już ten sam, co żeńska część drużyny), w związku z czym już na starcie był „wangta”, czyli „kimś spoza”. O tym, jak ogromny wpływ może mieć rodzaj ukończonej uczelni na sytuację danej osoby w koreańskim społeczeństwie pisałam już tutaj wiele razy, na przykład we wpisie "Egzaminy". Osoby, które ukończyły tę samą alma mater czują się ze sobą spokrewnione; więź ta przypomina wręcz więzi rodzinne. To charakterystyczne i niezwykle zażyłe kumoterstwo gwarantuje zorganizowaną pomoc w każdej sytuacji życiowej bądź to poprzez aktywne faworyzowanie danego człowieka, bądź utrudnianie życia jego „przeciwnikom”. W opisywanej sytuacji oliwy do ognia na pewno dolały trzy złote medale Ahna wygrane podczas Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Turynie – był to policzek dla reszty sportowców z drużyny. Ahn odmówił wtedy również „ustawienia” wyników wewnątrz grupy za co później został zresztą pobity – złoty medal olimpijski pozwoliłby innemu zawodnikowi na uniknięcie dwuletniej służby wojskowej w Korei. Ahn nie chciał poświęcić się dla dobra większości (wymóg powszechny w koreańskiej kulturze), wskutek czego narobił sobie zaciekłych wrogów.

W 2008 roku Ahn uległ dosyć poważnej kontuzji, która uniemożliwiła mu start w Igrzyskach Olimpijskich w Vancouver w 2010 roku. Złamane kolano i długa rehabilitacja spowodowały, że w oczach trenerów Ahn był już niczym więcej jak tylko uszkodzonym dobrem. W kolejce do zastąpienia Ahna niecierpliwie stało już wielu innych zawodników, którzy byli w świetnej kondycji fizycznej, i którymi było o wiele prościej zarządzać według własnego uznania. Ahna co żywiej spisano na straty. Mimo ogromnego doświadczenia i zasług nie przyjęto go w poczet reprezentacji narodowej, choć trudno w tym momencie spekulować, ile w tej decyzji było złej woli, a ile uzasadnionych obaw o kondycję Ahna po przebytej kontuzji. Grunt, że Ahn z oceną trenerów nie zgodził się uważając ją za kolejny przejaw dyskryminacji. Nie widząc innego wyboru Ahn zdecydował się na zmianę obywatelstwa po to, „żeby trenować w środowisku, które pozwola mu uprawiać sport, który kocha”. Rosja obiecała Viktorowi stanowisko trenera kadry narodowej w short tracku po jego odejściu na emeryturę, wyposażyła w odpowiednią ilość gotówki, a za ostatnie zwycięstwo w Soczi dorzuciła nawet bonus w postaci nowiuśkiego Audi A8.




Co ciekawe przeciętny Koreańczyk nie ma Ahnowi za złe, że „przeszedł na drugą stronę”. Przeważa zrozumienie dla jego kroku i ogromna złość na Korea Skating Union. Koreańczycy wiedzą, że dla Ahna zmiana obywatelstwa była jedynym możliwym wyjściem. W Rosji nikt nie będzie przywiązywał uwagi do uniwersytetu, jaki Ahn ukończył, czy do jego wcześniejszych kontuzji, jeżeli tylko będzie potrafił on uzyskiwać najlepsze wyniki. Tam nic nie stoi na przeszkodze, żeby Ahn rozwijał swoje umięjętności i w pełni cieszył się tytułem narodowego bohatera.

Wyrozumiałość przeciętnego Koreańczyka może nie być już jednak taka imponująca podczas XXIII Zimowych Igrzysk Olimpijskich planowanych na rok 2018, które mają odbyć się w... Pyeongchang, w Korei Południowej. Rosjanin Viktor Ahn na pewno będzie w nich w ten, czy w inny sposób uczestniczył, a jego ewentualne zwycięstwo w samym sercu byłej ojczyzny może okazać się o wiele cięższą pigułką do przełknięcia niż złoto dla Rosji w Rosji. Miejmy nadzieję, że do tego czasu Koreańczycy będą w stanie wynieść z przypadku Ahna właściwą dla siebie naukę...




--------
* W piątek 21 lutego rozegrają się następujące finały w short tracku: mężczyzn na 500m, kobiet na 1000m (na dziś w ćwierćfinale mamy naszą Patrycję Maliszewską!) i sztafety meżczyzn na 5000m.



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...