Fanpage "W Korei i nie tylko" - maj 2014


Maj to przepiękny miesiąc w Korei, ale też i dla Koreańczyków dosyć pracowity. Z powodu konieczności "obskoczenia" Dnia Nauczyciela, Dnia Rodziców, Dnia Dzieci itp. maj zaczęto określać "Miesiącem Okrucieństwa" zamiast dotyczasowego "Królowa Sezonu". Tego rodzaju wisielczy humor jest w wykonaniu Koreańczyków dosyć typowy i no coż, muszę przyznać, że mamy na tym polu odrobinę wspólnego.

Za oknem jednak sama radość, słońce oślepia, podobnie jak błękitne niebo, temperatury ponad trzydziestostopniowe. Jak zwykle w tym okresie dużo podróżuję, choć już nie tak daleko jak rok temu (wspominki poniżej). Tym razem odwiedziliśmy między innymi Kiusiu w Japonii i była to wyprawa ważna, bo po raz ostatni za granicą częściowo tylko we dwójkę, a częściowo po raz pierwszy aż we trójkę, bo z DD. Nadchodzą zmiany...

Poniżej wycinki z zeszłorocznego maja, jakim przedstawiłam go na fanpage'u "W Korei i nie tylko". Zachęcam do subskrypcji, komentarzy i dzieleniem się stroną ze znajomymi.




3 maja 2014

"W Korei i nie tylko" od tygodnia na wakacjach. Pozdrawiam słonecznie do odwołania.




5 maja 2014

Jakoś specjalnie nie przepadam za Tajlandią, ale za wakacjami w takim miejscu z rodzicami już tak. Niestety dzisiaj mój tata i moja mama wyruszyli z powrotem do Polski. Ja jeszcze mam zamiar się tutaj trochę poszwędać przed wylotem do Korei.






6 maja 2014

Jedne z najdłuższych wakacji, jakie spędzam z PWY. Pijemy wino, czytamy książki koreańskich pisarzy, obserwujemy zachód słońca i niesamowite wyładowania atmosferyczne na niebie, rozmawiamy w końcu o wspólnych planach na przyszłość. Myślę sobie, że życie z PWY wymaga kilku poważnych kompromisów, pewnie dla Niego też, ale życia tego nie zamieniłabym na żadne inne... I naprawdę nie chodzi o to jaccuzzi na balkonie.






11 maja 2014

Po powrocie z Tajlandii zaległy węgorz z teściową z okazji Dnia Rodziców. Wokół przepiękna wiosna i nie mogę uwierzyć, że za kilka godzin znowu będę siedziała cały dzień przed korporacyjnym komputerem... ∩__∩




13 maja 2014 

Po powrocie do pracy czekał na mnie nowy szef i stare zasady - na stół rzucono mi kilkustronicowy kwestionariusz do wypełnienia, który okazał się mieć niewiele wspólnego z moimi obowiązkami pracowniczymi. Kolega szefa pisze prace doktorską i potrzebuje świnek (tj. respondentów) do swojego badania. Zamiast "czy mogłabyś proszę..." bez słowa wręczono mi łapówkę - kupon na kawę do Starbucks - która ma wszystko per se wyjaśniać.

Siedzimy więc przed korporacyjnym biurkiem i odbębniamy pracę dla kogoś, kogo nawet nie znamy i kto nie jest w żaden sposób związany z firmą. Nikt nie dał nam żadnego wyboru, bo zwierzchnika trzeba przecież słuchać. Mam deja vu - w poprzedniej korporacji moi koreańscy współpracownicy musieli nawet napisać kilka rozdziałów do pracy doktorskiej naszego szefa... Osobiście zdarzyło mi się również sprawdzać listy apilkacyjne dzieci wysoko postawionych w firmie, które chciały wyjechać studiować za granicę. Takie historie to tylko tutaj, o czym również rozmawiałam z Leszkiem w jednym z odcinków naszej audcyji "Zakorkowani".




17 maja 2014

Teatr Polski z Wrocławia zawitał w seulskie progi ze sztuką reżyserowaną przez Jana Klatę "Utwór o Matce i Ojczyźnie". Kawałek nie za lekki i nie za łatwy w odbiorze, który przypomniał mi o realiach panujących w naszym kraju. Dostałam gęsiej skórki...






20 maja 2014

Przerwa obiadowa w tego rodzaju okolicznościach od razu czyni człowieka milszym w obyciu.





24 maja 2014

Weekendowa ucieczka poza Seul z koreańskimi małżonkami. Wszystko szumi, brzęczy, pohukuje i ćwierka. Jestem tu kilka godzin, a mam wrażenie, że to już kilka dni. Cudownie.





27 maja 2014

Kukurydza na koreańskich autostradach. To jest właśnie serwis a la Korea.





29 maja 2014

Na Koreę spadają ostatnio same plagi. Najpierw katastrofa promu Sewol, potem zderzenie pociągów metra na linii nr 2, wybuch pożaru na parkingu domu towarowego Home Plus, pożar w szpitalu dla starszych osób (ok. 21 osób nie żyje), a dzisiaj podpalenie wagonu metra na linii nr 3 przez 71-letniego mężczyznę... 

Spacerując wzdłuż strumyka Cheongyecheon natknęłam się ponownie na żółte wstążki, które przypomniały mi o kilkunastu pasażerach promu Sewol, których ciał ciągle nie odnaleziono i na których odnalezienie szanse są bardzo małe... Jakieś czarne chmury nad nami.






31 maja 2014

Wystukiwanie rytmów pansori na koreańskich bębenkach - czarna magia.  ̄﹏ ̄










Fanpage "W Korei i nie tylko" - kwiecień 2014


Kwiecień zeszłego roku to w Korei zamiast nadziei ożywającej pod wpływem budzącej się przyrody, wielki szok wywołany katastrofą promu "Sewol".  Śmierć 304 osób, w tym większości dzieci, nie do końca wyjaśnione okoliczności katastrofy oraz zaangażowania rządowej administracji w trakcie rozgrywania się tragedii do dzisiaj budzą wiele emocji. Kwiecień tego roku to kolejna tragedia, tyle że w Nepalu i bez związku z czynnikiem ludzkim, jednak nie mniej przerażająca.

Przełom kwietnia i maja to też tradycyjna już wizyta naszych bratanków, którzy na miesiąc przylatują z Filipin do Korei. Chwilę temu zupełne jeszcze dzieciaki, dzisiaj wypytują się mnie na uboczu o rzeczy, które "wyprawiają" ze sobą kobieta i mężczyzna. No bo w końcu skąd mam ten brzuch?

Poniżej zeszłoroczne kwietniowe wycinki z fanpage'a "W Korei i nie tylko".



6 kwietnia 2014

Piękna pogoda, kwitnące wiśnie, znany punkt na mapie. Przepis na absolutny ścisk.




7 kwietnia 2014

Niedawno w "Zakorkowanych" rozmawialiśmy z Leszkiem o kulturze korporacyjnej (część pierwsza audycji: tutaj i częśc druga tutaj).


Poniżej kolejna trafna charakterystyka tematu, która uzmysłowiła mi, że być może na powrót do "normalności" jest już dla mnie za późno: Seven Reasons Why Korea Has the Worst Productivity in the OECD.




10 kwietnia 2014

Osobliwy obiad. Bibimbab z halocynthią roretzi (typ osłonicy) na surowo, a do tego zupa na bazie ryby z artemisii vulgaris (typ bylicy). 

Zapachy i smaki zatykają dech. Czułam się, jakbym jadła kosmetyki (nie że kiedyś próbowałam, ale tak sobie to właśnie wyobrażam~~). Korea zaskakuje nawet po nastu tutaj latach...



13 kwietnia 2014

Polacy o Koreańczykach - materiał przygotowany przez studentki filologii koreańskiej na UAM w Poznaniu.




14 kwietnia 2014

Jak co roku Koreę odwiedzili nasi bratankowie Sue i Geon, którzy na co dzień mieszkają na Filipinach. Weekend spędziliśmy w Dream Forest i na górze Nam w środku Seulu. Było wesoło, ale dwa dni z dziećmi i muszę powiedzieć, że ledwo co żyję. A w piątek czeka nas jeszcze Everland pod Seulem...




16 kwietnia 2014

Weekendowy teambuilding w daczy jednego z moich współpracowników. Było barbecue, były gry, były rozmowy, były i wygłupy. 

Była również Żubrówka.




18 kwietnia 2014

Podobno słowo "Easter" ma pochodzić od Ishtar, bogini (między innymi) płodności i miłości cielesnej. Jej przymiotami był króliczek i jajko.

Wesołych!




19 kwietnia 2014

W Everlandzie pod Seulem zaliczyliśmy z bratankami wszystkie najstraszniejsze jazdy (boli mnie gardło~~), odbyliśmy niewielkie safari i obwąchaliśmy łąki tulipanów. To był dobry dzień.




20 kwietnia 2014


Niedzielne popołudnie z rodziną w moim ulubionym miejscu w Paldang.

Ostatnim razem bratankowie wymacali mój duży nos na wszelkie możliwe sposoby, tym razem pod nóż poszły moje "złote" włosy.




21 kwietnia 2014

A tak sprawnie w Korei myje się okna. Filmik z mojego biurowca.




24 kwietnia 2014

Akcja "żółta wstążka" to wyraz solidarności z bliskimi ofiar katastrofy promu "Sewol". Internauci rozpowszechniają wstążkę w swoich profilach i na tablicach ciągle jeszcze czekając na cud. Inni na żółtych wstęgach wyrażają skruchę wobec tych, których nie zdołano uratować. Cała Korea pogrążona jest w rozpaczy i we wstydzie, ale czy po tej tragedii można w Korei oczekiwać istotnych zmian?





25 kwietnia 2014

Szczere "dziękuję" to chyba najlepsza nagroda za poświęcenie drugiej osobie swojego czasu. Niesamowite, że dzieciaki rozumieją to najlepiej. 

Teściowa dowiozła nam listy od Sue i Geona, naszych bratanków. Troszku nam z PWY oko się zaszkliło. Do tego "mała mama" (작은 엄마), czyli ja, otrzymała taką oto bransoletkę. Sue sama ją zrobiła z koralików sprezentowanych przez brata.







Ciąża i poród - zwyczaje



Na samym początku oboje z PWY mieliśmy wrażenie, że będzie chłopak. Żartowałam nawet, że wyskoczy ze mnie taka miniaturka Woo Younga, tyle że z gęstym włosem na głowie. Już to widziałam - ja i ciupeńka wersja PWY na spacerze. Potem Woo Young tajemniczo stwierdził, że dzidek skontaktował się z nim za pomocą smartfonu (nie chciał tego szczegółowiej wyjaśnić), żeby sprostować to nasze wierzenie. Bo jest przecież dziewczynką. Do tego doszły te wszystkie sny, kwestionariusze określające prawodpodobną płeć dziecka... i chyba oboje nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy, jak bardzo podświadomie byliśmy przekonani, że za naszą sprawą na świecie pojawi się jeszcze jedna dziewczynka. A tu bach, na 70-80% jednak chłopak. Cały dzień nie mogliśmy dojść do siebie, zupełnie jak w dniu, kiedy na teście pojawiły się w końcu dwie kreski. Zaniemówiliśmy na jakiś czas, próbując na nowo ogarnąć świat.


A przecież śniły mi się węże. Teściowej też. Pełzały za mną w „bukietach” – wiele chwiejnych ciał w pionie, ze wspólną podstawą niczym głowa mitologicznej Meduzy. Mamie PWY ukazała się ogromna sztuka o mieniących się barwach, których nigdy w życiu nie widziała. Była pod ogromnym wrażeniem. Potem w jej śnie pojawił się wodospad z olbrzymim kamieniem osadzonym na jego szczycie. Według koreańskich przesądów miała być więc dziewczynka (jak się później dowiedziałam zdania są tutaj podzielone, ponieważ niektórzy sen o wężu interpretują jednoznacznie jako nadejście chłopca), choć mnie dodatkowo śniły się też dinozaury, niedźwiedzie i wielbłądy, na co koreańskie wierzenia nie mają już chyba wyjaśnienia – te Koreańczyk określiłby je jako „psie sny” (개꿈), czyli takie, które są bez znaczenia. W Korei tego rodzaju interpretacje nocnych wizji, zwane taemong (태몽), są dosyć powszechne i przez jednych traktowane z przymrużeniem oka, a przez innych ze śmiertelną powagą. 

Cała koreańska tradycja obejmująca okres ciąży, połogu oraz zachowania po porodzie jest niezwykle ciekawa i stosowana przez wiele osób, nawet jeżeli nie ma ona naukowego uzasadnienia. Poniżej fragment wywiadu z Beatą, jedną z bohaterek mojej ostatniej książki „Za rękę z Koreańczykiem”, która pisze na ten temat rozprawę doktorską:



A.S.: A czy promuje się jakieś szczególne zachowania w czasie ciąży?

Beata: W Korei dużą uwagę poświęca się edukacji prenatalnej. Brzmi górnolotnie, ale generalnie chodzi o to, aby kobieta unikała stresujących, lub negatywnych sytuacji podczas ciąży, bo mogą mieć zły wpływ na dziecko. To przekonanie jest bardzo silne. Słynna książka z początków XIX wieku mówi, że 10 miesięcy w łonie matki ma większe znaczenie dla dziecka niż 10 lat nauki. Dużą uwagę przywiązuje sie również do snów poprzedzających narodziny dziecka. Sen proroczy może mieć nie tylko matka, ale również dziadkowie, krewni, czy przyjaciele. Zapowiadać ma on narodziny, a także płeć potomka oraz przepowiadać jego przyszłość. 



Książka, o której mówi Beata to „Taegyosingi” („태교신기”), a taegyo (태교), czyli zespół praktyk i wierzeń związanych z rozwojem prenatalnym dziecka, jest praktykowany przez ciężarne Koreanki do dzisiaj. Według wskazań taegyo zachowanie kobiety podczas ciąży ma niebagatelny wpływ na psychikę, charakter i możliwości rozwojowe potomka. Kobieta powinna więc zwracać uwagę na to, co robi, co ogląda, co mówi i czego słucha tak, żeby ustrzec się przez wypełnionymi złem lub pesymizmem myślami. W obecności ciężarnych unika się dla przykładu tematów związanych ze śmiercią. W mojej firmie, mimo że często wszyscy pracownicy udają się na pogrzeb członka rodziny bliskiego współpracownika, kobieta w ciąży nigdy w tego rodzaju uroczystościach nie uczestniczy. Przyszłym matkom zaleca się tymczasem rozmowę z płodem, czytanie mu bajek, puszczanie muzyki (dźwięki natury), granie na instrumentach, a także uprawianie jogi. W obecnych czasach koreańscy rodzice cenią sobie Mozarta oraz nagrania w języku angielskim, co by pociecha mogła się w przyszłości poszczycić analitycznym umysłem oraz ponadprzeciętnymi zdolnościami językowymi. 

Oczywiście, mimo że przestrzeganie reguł taegyo to przede wszystkim odpowiedzialność kobiety, dużą rolę do spełnienia ma również ojciec dziecka, ponieważ to on właśnie wywiera największy wpły na stan emocjonalny swojej żony. Mężczyźnie zaleca się więc zarzucenie palenia papierosów, nienadużywanie alkoholu oraz utrzymywanie szczęśliwego i zaangażowanego stanu umysłu. Jeden z moich kolegów był na tyle „zaangażowany”, że jeszcze przed rozwiązaniem cały dom obstawił regałami z książkami tak, żeby jego córka wychowywała się w odpowiedniej aurze. Dodam, że ani on, ani jego żona, molami książkowymi raczej nie są. Inny kolega, za jedyne trzy tysiące złotych (a jako jedyny pracuje na rodzinę i to na „chwiejnym” samozatrudnieniu), zakupił kilkanaście tomów obrazkowej encyklopedii...

Poniekąd naturalnym fundamentem taegyo jest traktowanie płodu jako pełnowartościowego człowieka już od jego poczęcia. Między innymi dlatego właśnie Koreańczycy dodają 10 miesięcy ciąży (a w zaokrąglegniu właściwie 1 rok) do swojego wieku (według kalendarza księżycowego, w którym każdy miesiąc ma po 28 dni, ciąża trwa 10 miesięcy, co odpowiada standardowym 40 tygodniom). Powszechne jest też nadawanie tymczasowego, nierzadko śmiesznego imienia dla dziecka, które ciągle rozwija się w łonie matki. Nasz brzdąc to Ding Dong (딩동), w skrócie „DD”, bo zapukał do nas w chyba najbardziej przełomowym momencie, kiedy to już mieliśmy podejmować radykalne decyzje co do naszej zawodowej, a co za tym idzie osobistej przyszłości.

Szczegółowiej o bolączkach związanych z posiadaniem dziecka w Korei pisałam już we artykule „Narodziny dziecka w Korei”, ale jak to w Korei obok wyprutego z emocji, do bólu praktycznego podejścia do tematu, zupełnie niezależnie istnieje również szereg zwyczajów, które pokazują tę drugą stronę medalu. Koreańczycy jeżeli już decydują się na dziecko (często niestety pod naciskiem presji społecznej), to dają z siebie wszystko, nawet jeżeli niektóre zachowania nie grzeszą zbytnią logiką. I nie chodzi tutaj tylko o obsesyjne stosowanie zasad taegyo, ale również o typowe reguły, które rządzą życiem kobiety tuż po porodzie. Poniżej kolejny wycinek z mojej rozmowy z Beatą:



A.S.: W jaki sposób Koreanki dochodzą do siebie po porodzie?

Beata: Za dnia kobiety spędzają czas na ćwiczeniach mających sprawić, by kości miednicy wróciły na swoje miejsce, poddają się masażom oraz oczywiście codziennie jedzą zupę miyeokguk, czyli zupę z glonów, w Polsce znaną pod japońską nazwą „wakame”. Miyeok oczyszcza krew i pomaga kurczyć się macicy. W nocy, jeżeli chcą się dobrze wyspać, oddają niemowlę pod opiekę obsługi.

A.S.: W Korei istnieją jakieś specyficzne zwyczaje związane z narodzinami dziecka?

Beata: Najwięcej zwyczajów dotyczy samego czasu połogu. Wierzy się, że kobieta powinna porządnie po porodzie odpocząć, żeby uniknąć różnych dolegliwości na starość. Przede wszystkim chodzi tutaj o stałe utrzymywnie organizmu w podwyższonej temperaturze. Kobietom zaleca się, żeby zawsze ciepło ubierały się: bluzki z długimi rękawami, spodnie z długimi nogawkami, skarpety – to wszytko nawet latem. Kobiety unikają wtedy też zimnych napojów, lodów i przeciągów. Co ciekawe wiele kobiet odczekuje też kilka dni po porodzie, żeby po raz pierwszy umyć włosy. 

A.S.: Dlaczego?

Beata: By się nie przeziębić. Chodzi o to, żeby minimalizować możliwość zachorowania, bo wiadomo, że mokre włosy w połączeniu z przeciągiem mogą skończyć się przeziębieniem. Są też dziewczyny, które nie myją się od razu po porodzie, dopiero następnego dnia, czy nawet kilka dni później; a z myciem włosów zwlekają nawet dłużej. W 2009 roku prowadziłam badania w izbach poporodowych i wszystkie kobiety potwierdziły, że czekały z myciem włosów jakiś czas po porodzie. Większość wzięła szybki prysznic, ale już bez mycia włosów.


Przykład joriwonu (조리원), czyli izby poporodowej, w której Koreanki spędzają co najmniej jeden tydzień.


Izby poporodowe joriwon (조리원), czyli hotele z wykształconą medycznie obsługą, to obecnie w Korei raczej standard. Kobiety spędzają w nich od jednego do kilku tygodni, dochodząc do siebie po ciąży i porodzie, ale też ucząc się opieki nad niemowlęciem. Poziom takich instytucji jest bardzo różny – od ośrodków, które oferują podstawowe usługi do ekskluzywnych hoteli, w których kobiety korzystają ze specjalnych masaży, ćwiczeń, czy upiększających zabiegów. Ostatnimi czasy oferta izb poporodowych przewiduje także specjalne kursy dla ojców. Mój kolega od książkowych regałów udawał się po pracy do centrum, tam uczył się opieki nad córką, spędzał noc w osobnym pokoju, żeby móc się spokojnie wyspać, a następnego dnia rano wracał do pracy. Co ciekawe wiele z joriwonów zakazuje wstępu pozostałym członkom rodziny – w podtekście ma to być dla młodych matek okres wytchnienia od własnych teściowych. To wszystko sprawia, że kobiety chcą w takich ośrodkach zostać tak długo, jak to tylko finansowo możliwe.


Geumjul (금줄), czyli sznurek wywieszany na drzwiach domostwa po przyjściu dziecka na świat. Papryczki mają oznaczać chłopca, a igły sosny dziewczynkę.


Tak samo jak okres ciąży, tak i nowoczesne „zwyczaje” poporodowe przeplatają się z tradycyjnym podejściem do narodzin dziecka, co dowodzi, że spuścizna kulturowa jest w stanie harmonijnie wkomponować się w codzienność nawet najbardziej dynamicznie rozwijającej się gospodarki. Kolejnym przykładem może być fakt, że w niektórych częściach kraju do tej pory po przyjściu na świat dziecka w drzwiach domu wiesza się sznurek zwany geumjul (금줄), który ma chronić domostwo przed złą energią i zawistynymi duchami. Sznurek taki wisi przez 21 dni, w ciągu których nie przyjmuje sie żadnych gości. Z tego co wiem, nikt już nie bawi się w zakopywanie łożyska w pobliżu domu (pod częścią zadaszenia, jeżeli planowano kolejny dodatek do rodziny i dalej od domu, najlepiej w słonecznym miejscu, w przypadku, kiedy następny potomek nie był w zamysłach), ale tego rodzaju tradycje ciągle pielęgnowane są jeżeli nie w dosłowny, to przynajmniej w teoretyczny sposób. 

I ten koloryt bardzo mi się w Korei podoba.



Fanpage "W Korei i nie tylko" - marzec 2014


W tym roku wiosna nie rozpieszcza. Lokalne zanieczyszczenie powietrza, trujące pyły nadciągające z Chin, żółty piasek znad Gobi... Przez ostatnie kilka dni nie da się wyjść z domu bez obawy o własne płuca. Temperatury co prawda skoczyły mocno w górę, ale pąki jakby zwlekają z pełnym rozkwitem niepewne, czy słońce w końcu przedrze się przez zasieki brudnego pyłu. Tak to przynajmniej wygląda tutaj w Seulu. 

Poprawa ma nadejść już w następnym tygodniu. Zaklinam niebieskie niebo, puchate na nim baranki, drzewa przyprószone biało-różowymi płatkami, zażółcone kwiatami krzewy i te magnolie ze skórzanych aksamitów. Do życia!



Poniżej tymczasem marzec 2014 z fanpage'a "W Korei i nie tylko".





2 marca 2014

Koreańska wsi spokojna, wsi wesoła...








3 marca 2014

Z Seulu do Paldang i dalej biegnie przepiękna ścieżka rowerowa. Przez większość trasy jest ona zupełnie oddalona od ruchu uilcznego, ponieważ zbudowana została na torach zdemontowanej już linii pociągowej.

Ścieżka potrafi biec przez góry i wydrążone w nich tunele, ale też i stykać się ze stacjami metra na szczęście dla tych, którzy nie mają już siły dalej pedałować. W niektórych częściach trasy pozostawiono fragmenty torów, na niektóych z nich poustawiano małe restauracyjki, a w odnowionych stacjach kolejowych potworzono lokalne muzea, kawiarenki, lub scenę dla artystów. 

W jednej z takich kafejek wypatrzyłam kociaki, które mieszkają na zewnątrz w psich budach i bawią się z każdym klientem. Uwiązane na szczęście nie są. — at 양수역.








5 marca 2014

Wyskoczyliśmy z PWY po pracy na Gwangjang Market (광장시장). To miejsce, gdzie koreańskie ajummy przyrządzają najróżniejsze koreańskie przekąski stojąc cały boży dzień przy swoich prowizorycznych kuchniach, rozstawionych na środku uliczek przykrytych dachem hali. 

Powietrze przesycone jest tutaj zapachem smażonych placków bindaetteok (빈대떡), gotowanych na parze kaszanek (sundae/순대), wołowych wątrób, uszu i jęzorów, golonki (jokbal/족발) i wielu innych. Starsi (przeważnie) Koreańczycy tłoczą się w ciasnych uliczkach, żeby w końcu usiąść przy obitych termoizolacją ławeczkach i tanio przekąsić co nieco przy nieodzownym soju, czy makkoli. 

Wieczór jak każdy inny. — at 광장시장.








6 marca 2014

Nowy trend w Korei - w pubie nie trzeba już do piwa kupować drogich dań, które wystawnością mogą spokojnie zastąpić właściwą kolację. W okolicach uniwersytetów (wiadomo - studencka kieszeń) pojawiły się miejsca, gdzie przy piwie przekąsić można całkiem smaczne frytki. Pomysł na umiejscowienie frytek też przedni - dziura w stole, w którą wkłada się papierowy stożek.








10 marca 2014

Kolejna podróż służbowa do USA i powtórka z rozrywki - po kilkunastogodzinnym locie pół godziny odpoczynku w pokoju hotelowym,... outlet (faceci absolutnie obładowani tobołami, te iskierki zadowolenia w oczach!) i... ponadgodzinne szukanie restauracji koreańskiej - wylądowaliśmy w jakimś rybnym fastfoodzie... — at St. Louis Premium Outlets.








12 marca 2014

Gateway Arch (Łuk Wjazdowy) w St Louis (MO) tuż nad brzegiem Missisipi. Wybudowana w 1965 roku upamiętnia amerykańską ekspansję na zachód. Niby kupa stali wzniesiona na 192m, a jednak jakoś tak urzeka. — at Gateway Arch, Jefferson National Expansion Memorial.








18 marca 2014

Czasami podróże służbowe bywają po prostu nie do wytrzymania...







20 marca 2014

Po dłuższej podróży służbowej wracam na firmową salę gimnastyczną, żeby zrzucić całe to kulinarne dobro zgromadzone wokół mojej talii, a tam zamiast średniawej szatni takie oto cuda wianki: Women's Lounge z fotelami, biblioteczką, kuchnią, winem w lodówce, łóżkiem z kołdrą i pokoikiem dla karmiących mam. 

Szkoda tylko, że najważniejsze nie ulega zmianie: znakomita większość kobiet w naszej firmie to sekretarki...








30 marca 2014

Wracam do Korei zachwycona Polską a tutaj zachwycająca wiosna na mnie czeka.









O tym, jak zostałam radiowcem


W Korei zdarzają się cuda. Czasem są to cuda cudaczne, wystawiające charakter, a nawet życie człowieka na ciężką próbę – to krótkotrwałe momenty, nad którymi nie sposób przejść do porządku dziennego bez osobistego uszczerbku. Od czasu do czasu koreańską rzeczywistość łagodzą jednak pozytywnie zaskakujące epizody, które spływają znienacka, nieoczekiwane, niewyryte nawet w najśmielszych marzeniach. Działają one jak ciepły okład na stłuczone kolano, nakręcają kolejne dni w tym świecie codzienności bez kojących balsamów.

Ale do rzeczy. Jakiś czas temu zostałam zaproszona przez Joe Tetrick’a do radio TBS eFM 101.3Mhz, żeby wziąć udział w programie „The Bookend”. To nie był cud, a raczej zwykła kolej rzeczy, wypełnienie luki w segmencie „wywiad z pisarzem”. Z Joe rozmawiałam o swoich dwóch książkach, „W Korei. Zbiór esejów” oraz „Za rękę z Koreańczykiem”, o blogu i generalnie o życiu w Korei. W wywiadzie bardzo pobieżnie wspomniałam o swoim zainteresowaniu pansori, ale to wystarczyło, żeby kilka miesięcy poźniej odezwał się kolejny telefon od TBS eFM. Tym razem miałam rozmawiać na temat swojej fascynacji tym specyficznym rodzajem śpiewu w programie „Sounds of Korea”.


Ja i Joe Tetrick, gospodarz
programu "The Bookend".

Na spotkanie umówiliśmy się we wtorek wieczorem. Do południa nie wysłano mi jednak przykładowych pytań do przejrzenia. Na swoje zapytanie otrzymałam odpowiedź, że dotychczasowy gospodarz programu z powodów osobistych musiał niezwłocznie wrócić do Stanów Zjednoczonych i wywiad niestety nie będzie mógł się odbyć. W zamian jednak proponują mi innego rodzaju rozmowę – kwalifikacyjną.

To już był dla mnie jakiś cud, niesamowity zbieg okoliczności, stłumione echo własnych myśli o pozakorporacyjnej pracy w stylu Joe Tetrick’a. Przeszłam kilka rozmów, nagrałam kilka radiowych kawałków na próbę (masz za mocne „s”!) i w końcu, ku mojemu własnemu zaskoczeniu... zostałam radiowcem, a dokładniej gospodarzem programu „Sounds of Korea”. Szef radio na odchodne zapytał, jak właściwie należy wymawiać moje nazwisko. Sawińska, przez mocne „s”. Zaśmiał się. W zapowiedziach wyszło ostatecznie „Ena Sałinska”, ale niech już będzie. Trudno wymagać, żeby worek z cudami miał podwójne dno.




I tak od jutra (28 marca), w każdą sobotę i niedzielę, w godzinach bardzo porannych, bo od 8.00 do 9.00 koreańskiego czasu, będę opowiadała o gugak (국악), czyli o tradycyjnej koreańskiej muzyce. Żadne tam nudy, tylko koreańska kultura w najczystszej postaci, o której elementarna wiedza na pewno pozwoli na lepsze zrozumienie tego kraju. Oprócz wydań tradycyjnych będą też nowoczesne aranżacje gugak w atmosferze indie, k-pop itp. oraz wywiady z ekspertami, artystami, a także amatorami tejże muzyki.


Oto ramówka:



Audycji można posłuchać bezpośrednio na stronie TBS eFM 101.3Mhz lub dzięki dostępnemu tam programowi, który warto ściągnąć na twardy dysk. Ja osobiście słucham TBS eFM na telefonie dzięki aplikacji „TuneIn” – działa świetnie. Dla osób, które wolą bardziej tradycyjne metody znaleźć mnie można pod częstotliwością 101,3Mhz w Seulu i okolicach, 98,7Mhz w Kwangju oraz 93,7Mhz w Yeosu. Niestety pliki AOD nie będą dostępne ze względu na prawa autorskie do puszczanych utworów oraz zawarte w programie reklamy. Mam zamiar jednak dzielić się treścią poszczególnych audycji oraz różnego rodzaju ciekawostkami na fanpejdżu „Sounds of Korea”, więc od razu gorąco zapraszam do subscrybcji.


Nie wiem, jak Wy, ale ja jestem podekscytowana. To wspaniałe uczucie móc robić coś po raz pierwszy w życiu...


Pierwsze nagranie "Sounds of Korea".
Rozmowa z profesor Kim Hee Sun (김희선) z Kookmin University.



Amniopunkcja


Leżałam na górnym materacu piętrowego łóżka. Jak urzeczona wpatrywałam się w sufit akademika, który mienił się kolorami i falował pod wpływem dotknięcia mojej dłoni. Był tak fascynujący, że nie mogłam od niego oderwać wzroku przez kilka bitych godzin. Do tej pory nie wiem, co mi zapodano. Lekarstwa były, jak to w Korei, zapakowane w praktyczne, plastikowe woreczki – porcja pigułek na jedno połknięcie 30 minut po posiłku. Koreańskich nazw na kopercie zbiorczej nie byłam w stanie odczytać, a opakowania i ulotki po lekach zostały w aptece. To było 11 lat temu i od tamtej pory ani razu nie poszłam w Korei do lekarza, żeby leczyć się z przeziębienia. Na początku polegałam na znanych mi lekarstwach z Polski, a z czasem w ogóle ograniczyłam ich łykanie licząc na to, że długi sen, gorące kąpiele, pożywne posiłki i odpoczynek w domu zrobią swoje.




O koreańskiej służbie zdrowia można powiedzieć wiele dobrego. Te dobre strony obracają się wokół dostępności badań medycznych, powszechności specjalistycznego sprzętu, szybkości obsługi klienta, a także profesjonalizmu tych bardziej wyspecjalizowanych lekarzy. Istnieje jednak tutaj wiele rozwiązań, które szczególnie z punktu widzenia cudzoziemca, stanowią poważną zagwozdkę. Koreański pacjent przyzwyczajony jest mianowicie do całkowitej wiary w diagnozę lekarza, która wygłaszana jest jednym tonem z szybkością kul wypadających z kałasznikowa (dobrze ten ton obrazują ostrzeżenia wypowiadne tuż po telewizyjnej reklamie jakiegoś leku). Jeżeli pacjent czegoś nie zrozumie, to już jego sprawa. Obcokrajowcy mają z tym ogromny problem. Nie chodzi tutaj jedynie o język, ale o to, że każde pytanie, każda próba zrozumienia logiki stojącej za taką diagnozą i przepisanym lekami traktowane są przez koreańskich lekarzy jako kwestionowanie ich autorytetu. To duże faux pas, rzecz nie na miejscu, brak manier. Nie wspominając już, że każde pytanie i odpowiedź to minuta, która kosztuje. W społeczeństwie, w którym zgromadzona na koncie mamona jest najbardziej wymiernym wyznacznikiem wartości człowieka, koreańscy lekarze mają przecież zarabiać, a leczenie to tak przy okazji jako pozytywny efekt uboczny. Z tego powodu zdarza się, że koreańscy lekarze okazują cudzoziemcom zniecierpliwienie, machają protekcjonalnie ręką, żeby się niczym nie przejmować oraz ponaglającymi gestami i wiele mówiącym wzrokiem niemalże wypychają człowieka za drzwi.

A warto pytać. Warto konsultować się z innymi lekarzami oraz pacjentami znajdującymi się w podobnej sytuacji, warto się samemu doszkalać, warto nawet szukać w internecie (oczywiście w poważnych źródłach). Powiedziałabym, że akurat w Korei to jeden z tych obszarów, gdzie asertywność i zachowanie zdrowego rozsądku (a czasem nawet zimnej krwi) jest jak najbardziej na miejscu. W przeciwnym razie można zostać albo finansowo nabitym w butelkę (niepotrzebne badania, zabiegi), albo nawet zapłacić za brak stanowczości lub ślepą wiarę w autorytet swoim własnym zdrowiem. Dla przykładu w Korei absolutną koniecznością jest sprawdzanie przepisanych leków. Niektórzy z tutejszych lekarzy potrafią wypisywać góry silnych antybiotyków lub sterydów na zwykłe przeziębienie, pigułki, które średnio mają się do opisywanych symptomów choroby. Co poniektórzy mają też niestety poważne braki jeżeli chodzi o wiedzę co do interakcji przepisywanych leków z innymi medykamentami. Zdarza się też, że obcokrajowcom z jakiegoś powodu dodatkowo ot tak wypisuje się coś na uspokojenie i lepsze trawienie...

W Korei przeszłam poważną operację kolana. Nauczona jednak doświadczeniem sprzed 11 lat, najpierw znalazłam odpowiadającego mi specjalistę, odwiedziłam go kilkakrotnie, a planowany przebieg operacji skonsultowałam bezpośrednio z lekarzami medycyny sportowej w Polsce. Wszystko skończyło się powodzeniem, kolano jak ta lala. W Korei także leczyłam dyskopatię – wtedy to nogami i rękami musiałam bronić się przed zaleceniami „standardowo” wykonywanej operacji, dawkowanymi mi nie tylko przez lekarzy, ale również moich licznych współpracowników, którzy masowo przechodzili zabieg obcięcia wystającej części dysku. Na operację nie zdecydowałam się, zaczęłam regularnie ćwiczyć oraz pływać i od kilku lat jestem w jak najlepszej formie. Te bezpośrednie doświadczenia oraz liczne opowieści innych cudzoziemców mieszkających w Korei nie przygotowały mnie jednak na kolejną odsłonę koreańskiej służby zdrowia – szantaż emocjonalny.




W zeszłą sobotę udałam się na wizytę kontrolną do szpitala ginekologicznego. Zrobiliśmy USG naszego 12-tygodniowego bardzo ruchliwego dzidka, a następnie poszliśmy porozmawiać z panią doktor. Skądinąd bardzo fajna lekarka (pierwsza wygoniła PWY z gabinetu i konspiracyjnie zapytała, czy mam zamiar urodzić dziecko) powiedziała, że wszystko wygląda w porządku, a następnie ni stąd ni zowąd zapytała, czy już zdecydowaliśmy się na amniopunkcję. Zdębiałam. Jeszcze raz upewniłam się, czy aby USG nie wykazało jakichś nieprawidłowości. Pani doktor potwierdziła, że wszystko jest w normie, ale w przypadku, gdy matka ma ponad 35 lat zdecydowanie zaleca się zabieg nakłucia jamy owodni oraz pobrania próbki celem wyeliminowania ewentualnych chorób genetycznych u dziecka. O amniocentezie już czytałam, konsultowałam też sprawę z moimi trzema doświadczonymi koleżankami i absolutnie nie widziałam wskazań, żeby narażać siebie i dzidka na tak inwazyjny zabieg. Poinformowałam lekarkę, że mam 37 lat, więc nie aż tak daleko od górnego pułapu, i że ani u mnie w rodzinie, ani w rodzinie PWY nie było przypadku jakiejkolwiek choroby genetycznej. Do tego istnieją też przecież inne metody badania na trisomię, oparte na próbkach krwi. I tutaj pani doktor wystrzeliła z grubej rury. W Korei matki poddają się procedurze, bo chcą mieć pewność, że  ich dziecko jest zdrowe. Testy z krwi dają niewielkie prawdopodobieństwo prawidłowości wyniku (w teorii ok. 90%, w rzeczywistości ok. 70%), a amniopunkcja jest procedurą o najwyższej precyzji i jednocześnie pozwala na cały wachlarz badań genetycznych. Do tego wcale nie jest taka ryzykowna, jak to się powszechnie opisuje. Z tego powodu koreańskie mamy poddają się zabiegowi raczej standardowo.

Oboje z PWY zaczęliśmy się pocić, rozpięliśmy kurtki. Pani doktor, coraz bardziej zniecierpliwonym głosem, wytłumaczyła wszystko raz jeszcze PWY, tym razem po koreańsku. Ku mojemu  zdumieniu PWY zaczął przychylać się do jej propozycji. W tym momencie przeprosiłam i poprosiłam o kolejną rozmowę za kilka minut. Wyszliśmy z PWY na korytarz i pół godziny spędziliśmy na rozmowie, a w gruncie rzeczy ja spędziłam ten czas na przekonywaniu PWY o bezzasadności amniocentezy. Oprócz mojego wieku (a nie mam przecież lat 50-ciu!) nie było przecież absolutnie żadnych wskazań do jej przeprowadzenia. W końcu, już totalnie w rozterce (no bo przecież też chciałabym być tak odpowiedzialną mamą jak te wszystkie cytowane Koreanki), zdecydowałam się na telefon do obeznanej w temacie koleżanki. Okazało się, że to był dobry krok. Monika swoim zdecydowanym głosem wzięła mnie w obroty, przypomniała to wszystko, o czym przecież już wiedziałam i absolutnie kazała robić na razie badania krwi. Ponownie weszliśmy do gabinetu i zakomunikowaliśmy lekarce o naszej decyzji. Pani doktor poinformowała nas, że koszt takiego testu krwi to 1,000,000KRW (ok. 3tys. zł), a amniopunkcji to jedyne 700,000KRW (ok. 2,1tys. zł). Znowu zgłupiałam, ale nie zdążyłam wykrztusić z siebie słowa, bo asystentka wprowadzała już inne, ogromnie nabrzmiałe pacjentki.

Przy recepcji wypełniliśmy formularze badania NIFTY. Okazało się, że wyniki możemy poznać dopiero za trzy tygodnie, bo próbka mojej krwi musi polecieć do... Hong Kongu. Znowu mnie coś tknęło. Zaczęłam analizować korespondencję z doświadczonymi mamami, które twierdziły, że w Polsce podstawowy test krwi jest zupełnie darmowy i wykonywany od ręki. Zapytałam asystentki, czy szpital nie wykonuje podstawowego testu PAPP-A. Młoda kobieta zrobiła duże oczy i powiedziała, że nigdy o czymś takim nie słyszała. Trochę szarpałyśmy się w tej naszej kulawej konwersacji, aż w końcu w oko wpadła mi broszurka reklamowa szpitala. Sprawdziłam w środku i masz babo placek – test PAPP-A czarno na białym. Koszt 50,000KRW (ok. 150zł). Asystentka skomentowała to lekceważącym „aaaaaa” i wysłała nas raz jeszcze do pani doktor. Pani doktor na nasz widok widocznie zbladła. Poprosiłam o wyjaśnienie, jaka jest różnica między testem PAPP-A, a NIFTY i dlaczego mamy robić ten drugi. Okazało się, że kwestia leży w precyzji obu testów (różnica moim zdaniem niewielka). Test PAPP-A wykonywany jest w Korei standardowo i nikt na niego za bardzo nie zwraca uwagi. Służy jedynie do porównania z wynikami NIFTY lub amniopunkcji dla całkowitej pewności, że wszystko jest w porządku. Na czole PWY zaczęły pojawiać się krople potu, ze mnie zeszło powietrze. Z gabinetu czym prędzej wyszliśmy, wyrzuciliśmy wcześniej wypełniony formularz, po czym oddaliśmy moją krew do badania PAPP-A. Zdecydowaliśmy, że do tematu amniopunkcji wrócimy jedynie w przypadku, gdyby wyniki wskazywały na jakieś nieprawidłowości. Uff...

Z powyżej opisanego doświadczenia wyciągnęłam kolejne nauki co do bliskich spotkań z koreańską służbą zdrowia. W razie ogólnego zgłupienia (w Korei jest takie piękne słowo oddające ten stan rzeczy: menbung/멘붕) warto raczej wyjść i zażyć świeżego powietrza, zamiast podejmować w tym stanie jakiekolwiek decyzje. A jak  to nie pomaga, trzeba zadzwonić do swojej Moniki. Nawet jeżeli miałoby to być skoro świt w sobotę...





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...