Czarny Obama



Obama jest “swojski”. Imponuje mi bystrością, poziomem retoryki i emocjonalnym zrównoważeniem. Widać, że ma klasę i całkiem dobrze poukładane w głowie. Z drugiej strony nie mam złudzeń – nie tylko osoba prezydenta, czy nawet rząd włada USA, a przez to i światem. Dlatego prawdopodobnie Obama będzie musiał stawić czoła wielu swoim frustracjom. Jestem bardzo ciekawa jak się zabierze za obecny stan rzeczy i jakie będą tego wyniki.

Co Obama oznacza dla Korei? Politycznie prawdopodobnie niewiele (zmiana polityki wobec Korei Północnej?) – choć Lee Myeong Bak, obecny prezydent, uważany jest przez Koreańczyków za marionetkę Busha i każdy jest ciekaw, jak to będzie za kadencji Obamy. Ekonomiczne konsekwencje na pewno jakieś będą (planowana renegocjacja FTA), ale osobiście widzę więcej szans na zmiany od strony społecznej. A to z bardzo prozaicznego powodu – Barack Obama jest mulatem. 

W Korei ciągle nie ma zbyt wielu przedstawicieli czarnej rasy. Ich pojawienie się na ulicy za każdym razem sieje widoczne poruszenie wśród mijających ich Koreańczyków. Bo dla Koreańczyków osoby czarnoskóre są „straszne” z wyglądu i daleko bardziej obce niż Biali. Niestety też większość Koreańczyków starszego pokolenia, w ogólnym przeświadczeniu o wyjątkowości swojej nacji, uważa Murzynów za osoby „niższe” (podobnie zresztą jak innych Azjatów – szczególnie tych z biedniejszych krajów). Dlatego też dzieci z mieszanych par (np. Koreanka i Murzyn) nie mają z tego powodu zbyt łatwo.

Koreańczycy, jakkolwiek nie protestowaliby przeciwko amerykańskiemu imperializmowi (bazy wojskowe w Seulu, import wszystkich części wołowiny etc.), to ciągle w ich świadomości Stany Zjednoczone są „krajem spełnionych marzeń”. Dzieci masowo wysyłane są do amerykańskich szkół (często na wiele lat wraz z żonami), a dyplom Harvardu czy innej szkoły Ivy League definiuje wartość człowieka bez potrzeby sprawdzania kwalifikacji, czy nawet z nim rozmowy. Koreańczycy podziwiają USA również za ich ekonomiczny i technologiczny rozwój.

I nagle w Stanach Zjednoczonych wybrano „Czarnego”. Dla wielu Koreańczyków musi to być niemały szok. Myślę, że czarne pochodzenie prezydenta USA, które przecież nie było kwestią oficjalnej debaty w amerykańskich wyborach, będzie miało duże znaczenie dla rozwoju społecznego Korei. Wielu ludzi zacznie zastanawiać się nad własnymi „strachami”. Z czasem Koreańczycy oswoją się z Obamą, a widok czarnoskórej osoby na ulicy nie będzie już czymś „przerażającym”.  Jedynym warunkiem jest jednak to, żeby co poniektórzy Koreańczycy faktycznie zdali sobię sprawę, że Obama jest czarny. Że to nie żaden dobrotliwy żart opowiadany do poobiedniej kawki. Bo jakież było moje zdumienie gdy, nie dalej jak wczoraj, senior manager mojej firmy o mało nie opluł się tą poobiednią kawką, kiedy go o prawdziwości tego faktu poinformowałam...


Jesienią w górach Korei


Mimo że urodziłam się w górach nigdy za nimi za bardzo nie przepadałam (może z wyjątkiem Gór Sowich, do których mam duży sentyment). Odkąd pamiętam podczas wspinaczek miałam problemy z oddychaniem (lekka astma) i bolącym kolanem, co zdecydowanie rozpraszało mnie w doznaniach estetycznych. Zawsze ciągnęło mnie bardziej do wody – żeglowanie, pływanie, nurkowanie. PWY kupił mi jednak buty do wspinaczki (Korea jest podobno najlepszym producentem takowych butów –  np. marka K2). No a żeby uzasadnić wydatek musieliśmy wybrać się w góry. I mimo początkowych oporów z mojej strony okazało się, że PWY znowu dokładnie wiedział jak mnie uszczęśliwić.


Korea w niemalże 75% pokryta jest górami. Jest więc z czego wybierać. Z powodu mojej operacji kolana, która miała miejsce kilka lat temu, zdecydowaliśmy się najpierw na Suraksan (수락산). Ta ma bowiem wśród Koreańczyków opinię sprzyjającego lekkiej i przyjemnej wędrówce wzgórka. I faktycznie, starsi panowie ze swoimi paniami, w profesjonalnym odzieniu i osprzętowaniu, lekko podśpiewując, raźnym kroczkiem wędrują bez przystanku na sam szczyt. W moim przypadku było trochę gorzej, bo żeby dojść na dość niski wierzchołek (ok. 640m) musiałam wędrować przez ok. 5 godzin po różnego rodzaju pagórkach. A spacer ten zawierał również prawie pionowe ściany skalne, na które trzeba było się wspinać przy pomocy lin. I nie wspomnę już o helikopterze, który musiał po drodze zabrać jakiegoś mniej uważnego pechowca. Tak czy owak przeżyłam (ledwo), a co więcej, uczucie satysfakcji i duma z kolana spowodowały, że zachciało mi się więcej. W sobotę więc wybraliśmy się na bardziej ambitny (aczkolwiek niższy – ok. 600m) szczyt – Górę Soyo (소요산). Do Soyosan, podobnie zresztą jak do Suraksan, można dostać się metrem. Zajmuje to ok. 1 godziny jadąc z północy Seulu. Góra ta jest bardzo stroma więc wejście na nią i zejście zajęło nam ok. 4 godzin. Sama wspinaczka była miejscami wyczerpująca (bardziej miałam problemy z oddechem niż kolanem – bez inhalatora się nie obyło), za to widoki, kolory i zapachy po prostu oszałamiały. Na  szczycie góry, ku mojemu zdumieniu, odkryliśmy kopiec grobowca – widać było, że sami Koreańczycy są zaskoczeni tym odkryciem (w Korei zazwyczaj chowa się ludzi u podnóża gór lub popioły umieszcza się w małych katakumbach na specjalnych cmentarzach). 

Tak naprawdę jednak chciałam napisać o koreańskiej jesieni, która właśnie w górach rozkwita najpiękniej. Nigdzie na świecie nie widziałam tak krwawej czerwieni, intensywnej pomarańczy zachodzącego słońca, soczystej zieleni i ognistych żółci jak na tutejszych drzewach. To wszystko prawdziwie zapiera oddech szczególnie w promieniach jasnego słońca i głębi niebieskiego nieba, które w tym czasie rządzą koreańską pogodą. Cudownie jest przeżywać to piękno w świeżym powietrzu lekko mrożącym zarumienione poliki, a potem jeść placka z ośmiorniczką i zieleniną (파전) zapijając sfermetnowanym winem ryżowym (동동주). W tę sobotę wybieramy się na Górę Myeongseong (명성산) – 923m. J




Soyosan - gdzieś niedaleko szczytu




Soyosan - koreańska wersja kasztanowców



Soyosan - u podnóża góry koncert z kolorów


Soyosan - ekplozja kolorów


Soyosan - krwiste czerwienie


Soyosan - samotnie stojące



Soyosan - ognisko liści



Soyosan - czerwień napotkana po drodze na szczyt

Więcej zdjęć tutaj.

Kobiety mojego życia



Z mężczyznami radzę sobie o wiele lepiej niż z kobietami. Kobiety przeważnie onieśmielają mnie, powodują, że czuję się z jakiegoś powodu nieswojo. Bardzo trudno mi się z nimi prawdziwie zaprzyjaźnić. W stosunkach z mężczyznami czuję się bardziej uzbrojona w szczerość, jestem prostolinijnie otwarta, pewna siebie i swojej intuicji. Wszystko jest prostsze, bardziej cyniczne i konkretne. Milczenie nie jest aż tak krępujące. W przypadku kobiet o wiele więcej czasu, energii i często niestety o stokroć więcej zbędnych słów zajmuje dotarcie do sedna, do prawdziwego wnętrza. A to mnie zdecydowanie i zniechęca, i męczy.

Nie wspomnę już o Koreankach, z którymi zupełnie w żadnym temacie nie potrafię się utożsamić. Moje ostatnie próby nawiązania kontaktu skończyły się haniebnie szybkim odwrotem, kiedy to moja rozmówczyni gorąco poleciła mi wyrwanie kilku zębów celem poprawienia kształtu twarzy...

Z drugiej strony, kiedy spoglądam wstecz, okazuje się, że osoby, które wywarły największy wpływ na moje życie są w zdecydowanej większości płci żeńskiej. W szczególności jest to siedem pod każdym względem wyjątkowych kobiet (ich inicjały ułożyły mi się w sformułowanie „DEAD GOD” - o mało z krzesła nie spadłam). Kobiety te są bardzo silne nawet jeżeli za bardzo nie zdają sobie z tego sprawy. Wszystkie są niesamowicie zmysłowe – każda na swój specyficzny sposób. I wszystkie, bez wyjątku, zmieniają świat i ludzi, których napotykają na swojej drodze. Na lepsze. I bez ustanku. Z głową podniesioną do góry.

Kobiety te wyryły się głeboko w moim charakterze. Nie będzie przesadą gdy powiem, że mam w sobie namacalną cząstkę każdej z nich. Być może stały się one już trochę innymi osobami, być może na nowo musiałybyśmy znaleźć tematy do nocnych rozmów. Nie zmienia to jednak faktu, że są mi one ciągle najbliższe na świecie. Bo stanowią część mnie samej. W dużej mierze zawdzięczam im to, kim teraz jestem. Właśnie dzięki czasowi i energii jakie mi poświęciły, czy też całej tej stokroci bardzo potrzebnych słów. 

A wiem, że często nie był to dla nich lekki chleb.


Zapach jesieni



Spuchnięte deszczem, zabrudzone ciemną szarością, nisko zawieszone cumulusy. Poganiane zawieruchą z utęsknieniem oczekują eksplozji swoich nabrzmiałych kształtów. Wiatr, z nieoczekiwaną na tę porę roku zawziętością, wzburza do groźnego falowania ołowiowe morze. Szkwał goni za szkwałem. W takt melodii wygrywanej na strunach want i szotów biczujących kołysane falami maszty. 

Wzburzane nagłymi podmuchami liście tańczą w ulicznych tornadach. Ciepłe brązy, intensywne żółcie. Dogorywająca zieleń, nieśmiała czerwień. Ich rozmokła woń przypomina mi dawno zapomniane lata. Zamykam oczy i wdycham zapach spulchnionej wilgocią ziemi. Znowu jestem u siebie.

Oslo, 20 październik 2008


Sznurek i pętelka



Korea żyje dramatem. Jest nim przesączona niczym babka olejkiem zapachowym. Tapla się w nim z uciechą godną radości wieprza puszczonego samopas w deszczowe błocko. Spotkanie Koreańczyka, który potrafi oszczędzić rozmówcy opisów krwi, znoju, łez i potu, a zamiast tego zajmująco porozmawiać na inne tematy, jest prawdziwym ewenementem. Cierpienie mianowicie jest wartością stanowiącą o statusie Koreańczyka. Im gorzej, tym lepiej. Zadowolenie jest mocno podejrzane, jest czymś wstydliwym, czymś, co należy zakopać pozorami obojętności i pozwalać kiełkować jedynie w czterech ścianach swojego domu. Ba! Zadowolenie trąci arogancją, o którą łatwo szczególnie u obcokrajowców. Oni bowiem ośmielają się cieszyć się życiem, a nawet radością tą od czasu do czasu się dzielić. A życie przecież jest ciężkie! Musi być!

Na ekranach dramatyczne monologi przerywane rozdzierającym szlochem, rwanie szat od Prady i włosów prosto od fryzjera na Kangnam, pięciominutowe ujęcia płaczących krokodylimi łzami niewiast, czy unoszących się słusznym gniewem i dodających sobie animuszu gromkim krzykiem mężczyzn. Od czasu do czasu spoliczkowanie, a już przynajmniej energiczne wstrząśnięcie bezwładnej w niemej rozpaczy niewiasty. Bezbronne kobiety bowiem albo nie są w stanie pojąć wewnętrznego rozedrgania mężczyzny, nie potrafią zrozumieć jego ukrytych, ale w większości przypadków szlachetnych, motywów postępowania, albo są najzwyczajniej w świecie przez wszystkich wokoło bezlitośnie i niesprawiedliwie szykanowane. Nawet komedie przytłaczają swoim poziomem i tematyką. Oferma przez przypadek zjada kanapkę z całkiem świeżą porcją spermy swojego kolegi, dziewczyna poddaje się skrobance podczas szkolnej przerwy, grubaska, dzięki operacji plastycznej przechodzi całkowitą metamorfozę, co pozwala jej w końcu zaistnieć na scenie w roli piosenkarki. I niech mnie szlag, jeżeli życie tutaj nie jest ciężkie.

Praca, wartość numer jeden w życiu każdego szanującego się Koreańczyka, jest chyba najbardziej okazałym źródłem argumentów uzasadniających wyjątkową nieznośność tego psiego życia. Szef jest bezduszną maszyną, który wymaga rzeczy niemożliwych („Impossible is nothing”), wylewa swoje frustracje na poddanych, traktując ich jak osobistych pucybutów. Sytuacja w pracy jest na tyle skomplikowana, że nikt oprócz zainteresowaengo nie jest w stanie tego zagmatwania ogarnąć. Zresztą sam zainteresowany nie za bardzo skłonny jest pokusić się o próbę wyjaśnienia, zasłaniając się ścisłą tajemnicą lub wyjątkową delikatnością sprawy. Nadomiar złego żona żąda jakiegoś idiotycznego spaceru, pobawienia się z bachorem, albo odwalenia dawki małżeńskiego obowiązku kopulacyjnego. Dramat za dramatem.

Sposobów na wszystkie te życiowe dramaty jest kilka. Już w poniedziałek (przecież musieliśmy spędzić stresujący weekend z rodziną) upijamy się w trzy dupy tak, że o poranku w drodze do pracy, przechodząc obok miejsca swojego własnego pawia, nie możemy wyjść z oburzenia nad chamstwem i brakiem ogłady co poniektórych. We wtorek robimy sobie małą przerwę po to, żeby w środę i czwartek, najlepiej za firmowe pieniądze, być w stanie żłopać zmieszane piwo i whiskey wychylane kufel za kuflem. Potem, jak już chlanie się znudzi, udajemy się do karaoke, gdzie przy płaczliwym zawodzeniu, możemy utulić swoje troski w roznegliżowanych ciałach pań do towarzystwa (coraz częściej gustujemy w Rosjankach). Czasem też w kółeczku, z innymi panami na współ, możemy rozładować się bardziej dosłownie, z głowami panienek między nogami. Trzeba przy tym dodać, że tego rodzaju niewinne igraszki również mogą być przyczyną wielu zmartwień. Często jesteśmy bowiem siłą wręcz zaciągani w miejsca, w których absolutnie nie mamy ochoty bywać. Szefowi odmówić się przecież nie da. Iście psie to życie.

Wyżej wymienione sposoby rozwiązywania problemów są chlebem powszednim dla większości „normalnych” Koreańczyków. Dla tych odbiegających od surowego standardu wyznaczonego przez konfucjański kodeks, pozostaje często sznurek i pętelka. Bo wielu nie może wytrzymać tego kotła podłości, które Koreańczycy sami sobie beztrosko warzą. Ci, którzy próbują szukać pomocy u specjalistów, muszą liczyć się z piętnem „chorego psychicznie” i kategoryczną alienacją. A i wizyta u specjalisty to 70USD za pół godziny rozmowy, z czego część przypada na wypytanie pacjenta o jego status finansowy, wysokość wynagrodzenia i dotychczasowe inwestycje.

I tak ikona kina koreańskiego, uwielbiana przez tłumy, ciągle popularna, przepiękna kobieta, Choi Jin Shil, ni stąd ni zowąd wiesza się. Wszyscy, podnosząc w nagłym osłupieniu głowy znad buchającego parą kotła, pytają w niedowierzaniu „dlaczego?”. Ach, no tak! Przecież kobieta samotnie wychowująca dwójkę dzieci musi być niezrównoważona psychicznie. Musi z nią być coś nie tak. I nieważne, że kilka razy sfotografowano Panią Choi całą w siniakach zabieraną do szpitala po tym, jak szerokokątnie popieścił ją małżonek. Widocznie sobie na to w jakiś sposób zasłużyła. Pani Choi zdecydowała się po jakimś czasie na rozwód, w konsekwencji czego przyjaciele się od niej odwrócili, reżyserzy przestali proponować ciekawe role, a internauci końcem końców obarczyli ją za śmierć innego aktora, Ahn Jae Hwan’a, który popełnił samobójstwo z powodu długów nie do spłacenia. Pani Choi znalazła się poza nawiasem społecznym i nic nie wskazywalo, że może do niego być ponownie dodana. Pozostał więc sznurek i pętelka. Po kilku dniach, co dało się przewidzieć, przyszedł czas na transwestytę, Jang Chae Won’a, a potem geja, Kim Ji Hoo. Wszyscy oni nie pasowali do przeklętego konfucjańskiego kotła.

Samobójstwo jest jednym z trudniejszych problemów moralnych. Pomijając kwestie religijne, wielu ludzi twierdzi, że nie może ono stanowić sposobu rozwiązywania problemów. Niemniej jednak warto chyba zdać sobie sprawę, że dla nielicznej grupy ludzi, którzy popełnili samobójstwo, czyn ten był świadomym aktem woli, a nie formą ucieczki od zastanej rzeczywistości. Inaczej ma się jednak rzecz w Korei. Samobójstwo nie jest i nigdy nie będzie aktem woli. W konfucjonizmie propagującym bardzo szczelny kolektywizm nie ma miejsca bowiem na niezależne podejmowanie decyzji. Wszystkie zasady, relacje między ludźmi, formy zachowania, cały sposób na życie, są bardzo szczegółowo nakreślone i wzajemnie ze sobą powiązanie. I tak samobójstwo przybiera tutaj formę eskapizmu wyznaczonego przez wolę skolektywizowanej, bezbarwnie identycznej, bezpiecznie żyjącej w swym kociołku, tłuszczy. W rezultacie dochodzi do samobójstw lesbijek, które zmusza się do zamążpojścia i rodzenia dzieci, dziewczyn, którym zabrania się wyjścia za mąż za „nieodpowiednich” kandydatów, samotnych matek, starych panien, rozwódek, gejów, transwestytów, młodzieży, która nie radzi sobie ze sztywnym gorsetem zasad koreańskiego społeczeństwa. Niestety w Korei występują też inne, bardziej kretyńskie formy samobójstwa, jak chociażby te fanów Pani Choi, których fala nastąpiła w kilka dni po śmierci aktorki. Tego rodzaju decyzje można chyba przypisać jedynie przywiązaniu do mody, która w Korei jest również jednym z wyznaczników statusu społecznego. Jeżeli więc Pani Choi, "celebrity", popełniła samobójstwo, to ja też to zrobię. Z drugiej strony może jest to druga twarz kolektywizmu na zasadzie „wszyscy się teraz razem powieśmy”. Ale tutaj jestem już chyba za bardzo cyniczna.

Korea jest na pierwszym miejscu wśród krajów OECD jeżeli chodzi o liczbę samobójstw. Ostatnie wydarzenia nie są niczym nowym. Nastąpiła po prostu kumulacja samobójczych śmierci koreańskich „celebrities” i stąd o tej niechlubnej statystyce dowiedział się cały świat. Przez ostatnich sześć lat nasłuchałam się wystarczająco wiele tego rodzaju wiadomości, żeby (niestety) nie robiło na mnie to już większego wrażenia. Na Koreańczykach zresztą też nie. Jeżeli jakiś podlotek popełni samobójstwo, szkoły nie są zamykane, nikt nie odprawia minuty ciszy, ani nie pozwala na uczczenie pamięci ofiary w jakikolwiek inny sposób. Nikt też za bardzo nie dochodzi prawdziwych przyczyn tragedii, nie wspominając już o organizacji publicznej debaty.

W 1997 roku, z powodu kryzysu finansowego, Koreańczycy masowo skakali pod koła metra. W czarnych foliówkach na głowie, żeby poprzez publiczne rozpoznanie nie przynieść hańby swojej rodzinie. W tym roku mamy kryzys, który podobno jest najpoważniejszym od czasów Wielkiej Depresji. Koreańskie władze w pośpiechu montują szklane osłony na peronach stacji metra. Zawsze jest jednak ten sznurek i pętelka w zaciszu czterech ścian domu. 

W Korei życie toczy się dalej. Prawami selekcji naturalnej.


Pierdząca krowa



Jednym z projektów, nad którym obecnie pracuję, jest elektrownia węglowa z systemem wyłapywania dwutlenku węgla. Wszystkie inne związane są z energią odnawialną. Z tego też powodu wiele naczytałam się o aktualnym stanie naszej Ziemi. I dokąd ten stan zmierza. 

Przełożyło się to naturalnie i bez bólu na mój bardziej świadomy styl życia. Nie mam telewizora, ani innych urządzeń, które wymagałyby ciągłego podłączenia do prądu. Na zakupy chodzę ze szmacianymi torbami, bardzo szczegółowo sortuję odpadki, zakręcam wodę podczas mycia zębów, samochodu używam przeważnie w weekendy jeżeli w ogóle, mieszkanie oświetlam jedynie punktowo i tylko w pokoju, gdzie akurat przebywam. 

Wszystko przyszło jakoś tak samoistnie, bez zbytniego zmuszania się, czy gwałtownych zawirowań w moim dotychczasowym życiu. Na pewno jest o wiele więcej rzeczy, które mogę jeszcze zrobić. Ciaglę się uczę. 

Też o tym, jak pierdząca krowa może wpłynąć na nasz klimat...


Zemsta



Liczyłam na ten wyjazd. Chciałam zobaczyć spieczone słońcem, białe murowane domy. Chciałam przejechać terenówką drogę z Muskatu do Duqm, chciałam przekonać się jak bardzo słone jest Morze Arabskie, chciałam napić się specyficznej kawy wsłuchując się w miauczącą muzykę Bliskiego Wschodu. A przy okazji wdrożyć energię odnawialną w Omanie.

Liczyłam na ten wyjazd więc pracowałam. Odwaliłam, bez zbędnego przechwalania się, całą robotę.

Wczoraj przez przypadek i to całkiem podły przypadek dowiedziałam się, że mogę zapomnieć o okularach słonecznych, odparzonej pupie i turbanie na głowie. Mój współpracownik, Koreańczyk, z wyraźną satysfakcją wręczył mi bilety na BEZPŁATNY „Energy Show” w KOREI mówiąc, że on to nie może pójść, bo pojutrze leci do Omanu. Z powodu mojego projektu. Po czym dodał, że mogę sobie pójść na targ... z mężem.... w czasie weekendu... Na koniec jeszcze tylko głupawo się rozchichotał rad ze swojego żartu.

Obmyślam zemstę. Na zimno.
I niech mnie trafi jeżeli jeszcze w tym roku nie polecę do Omanu.


Dieta muffin'owa



Ostatnio z życiowej zgryzoty przybyło mi kilka dobrych kilogramów. A że zaczęło pobolewać mnie kolano, a portki wszelakie uniemożliwiły oddychanie, zdecydowałam się na odbudowanie swojej poprzedniej kondycji.

I im bardziej zawzięcie jestem na diecie, tym z większą rezygnacją na koniec dnia potrzebuję wtrząchnąć mufina. Czekoladowego. 

Bo dieta to cholernie przygnębiająca i frustrująca rzecz.


Goleń mojego VP



Na Zachodzie, gdy robi się gorąco, normalnym jest ściągnięcie marynarki, ewentualnie podciągnięcie rękawów, przy prawdziwym upale (bądź wyczerpujących dyskusjach) otarcie twarzy chustką lub nawet skropienie twarzy zimną wodą.

W Korei mężczyźni podciągają nogawki. Ponad kolano. Po czym prezentują swoją okazałą goliznę szarmancko, ale koniecznie od niechcenia, opierając stopę o kolano drugiej nogi. Prawdopodobnie chodzi również o przewiew innych części ciała, których już ot tak sobie wywalić  na wierzch bezkarnie się nie da.

Dlatego właśnie podczas ważnych rozmów mój wzrok błądzić musi po nierówno owłosionej goleni naszego VP, jego niedopasowanych skarpetach mocno naciągniętych po połowę łydki i tandetnie wyglądających (ale kosztujących pewnie z 400USD) butów z metalowymi sprzączkami. 

Sam miód.


Ludzie i delfiny


U wschodnich wybrzeży Korei, na Morzu Japońskim (uparcie nazywanym przez Koreańczyków Wschodnim), po raz pierwszy na świecie udokumentowano dość szczególne zachowanie delfinów, które w koreańskich gazetach określono mianem „pogrzebu”.

Jeden z deflinów był najwyraźniej bardzo chory i w pewnym momencie nie mógł już sam dotrzeć do powierzchni wody celem zaczerpnięcia oddechu. Inne defliny z jego grupy podjęły o niego walkę, swoim własnym ciałem wypychając go ku górze.

Nie wiem dlaczego  Koreańczycy uznali akurat za pogrzeb próby uratowania jednego delfina przez około dwudziestu swoich pobratymców, ale może dlatego że delfin końcem końców opadł na dno i zakończył tam swój żywot.

Z empatią i współczuciem stwierdziłam, że musiała się tam rozegrać mała tragedia. PWY, próbując chyba mnie pocieszyć, odpowiedział, że to i tak lepiej niż ludzie. Ludzie mają w zwyczaju zostawiać potrzebujących samych sobie (a dokładnie: „don’t give shit about them”)...


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...