Jesienią w górach Korei


Mimo że urodziłam się w górach nigdy za nimi za bardzo nie przepadałam (może z wyjątkiem Gór Sowich, do których mam duży sentyment). Odkąd pamiętam podczas wspinaczek miałam problemy z oddychaniem (lekka astma) i bolącym kolanem, co zdecydowanie rozpraszało mnie w doznaniach estetycznych. Zawsze ciągnęło mnie bardziej do wody – żeglowanie, pływanie, nurkowanie. PWY kupił mi jednak buty do wspinaczki (Korea jest podobno najlepszym producentem takowych butów –  np. marka K2). No a żeby uzasadnić wydatek musieliśmy wybrać się w góry. I mimo początkowych oporów z mojej strony okazało się, że PWY znowu dokładnie wiedział jak mnie uszczęśliwić.


Korea w niemalże 75% pokryta jest górami. Jest więc z czego wybierać. Z powodu mojej operacji kolana, która miała miejsce kilka lat temu, zdecydowaliśmy się najpierw na Suraksan (수락산). Ta ma bowiem wśród Koreańczyków opinię sprzyjającego lekkiej i przyjemnej wędrówce wzgórka. I faktycznie, starsi panowie ze swoimi paniami, w profesjonalnym odzieniu i osprzętowaniu, lekko podśpiewując, raźnym kroczkiem wędrują bez przystanku na sam szczyt. W moim przypadku było trochę gorzej, bo żeby dojść na dość niski wierzchołek (ok. 640m) musiałam wędrować przez ok. 5 godzin po różnego rodzaju pagórkach. A spacer ten zawierał również prawie pionowe ściany skalne, na które trzeba było się wspinać przy pomocy lin. I nie wspomnę już o helikopterze, który musiał po drodze zabrać jakiegoś mniej uważnego pechowca. Tak czy owak przeżyłam (ledwo), a co więcej, uczucie satysfakcji i duma z kolana spowodowały, że zachciało mi się więcej. W sobotę więc wybraliśmy się na bardziej ambitny (aczkolwiek niższy – ok. 600m) szczyt – Górę Soyo (소요산). Do Soyosan, podobnie zresztą jak do Suraksan, można dostać się metrem. Zajmuje to ok. 1 godziny jadąc z północy Seulu. Góra ta jest bardzo stroma więc wejście na nią i zejście zajęło nam ok. 4 godzin. Sama wspinaczka była miejscami wyczerpująca (bardziej miałam problemy z oddechem niż kolanem – bez inhalatora się nie obyło), za to widoki, kolory i zapachy po prostu oszałamiały. Na  szczycie góry, ku mojemu zdumieniu, odkryliśmy kopiec grobowca – widać było, że sami Koreańczycy są zaskoczeni tym odkryciem (w Korei zazwyczaj chowa się ludzi u podnóża gór lub popioły umieszcza się w małych katakumbach na specjalnych cmentarzach). 

Tak naprawdę jednak chciałam napisać o koreańskiej jesieni, która właśnie w górach rozkwita najpiękniej. Nigdzie na świecie nie widziałam tak krwawej czerwieni, intensywnej pomarańczy zachodzącego słońca, soczystej zieleni i ognistych żółci jak na tutejszych drzewach. To wszystko prawdziwie zapiera oddech szczególnie w promieniach jasnego słońca i głębi niebieskiego nieba, które w tym czasie rządzą koreańską pogodą. Cudownie jest przeżywać to piękno w świeżym powietrzu lekko mrożącym zarumienione poliki, a potem jeść placka z ośmiorniczką i zieleniną (파전) zapijając sfermetnowanym winem ryżowym (동동주). W tę sobotę wybieramy się na Górę Myeongseong (명성산) – 923m. J




Soyosan - gdzieś niedaleko szczytu




Soyosan - koreańska wersja kasztanowców



Soyosan - u podnóża góry koncert z kolorów


Soyosan - ekplozja kolorów


Soyosan - krwiste czerwienie


Soyosan - samotnie stojące



Soyosan - ognisko liści



Soyosan - czerwień napotkana po drodze na szczyt

Więcej zdjęć tutaj.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...