Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samobójstwa w Korei. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samobójstwa w Korei. Pokaż wszystkie posty

Koreański socjopata


Noże. Pierwszy do otwierania listów, drugi rzeźniczy. Jeden z nich łamie się, kiedy próbuje rozczłonkować ciało dziewczyny. Postępy dokumentuje zdjęciami rozsyłanymi do znajomych. Od dawna ciekawiło go, jak zareagują na wiadomość o tym, że kogoś zamordował. Sam też zastanawiał się, jak to jest odebrać komuś życie. Siedemnastolatkę spotkał miesiąc temu na randce w ciemno. Dzisiaj zaprosił ją do motelu, zgwałcił, a następnie udusił. Nie oczekiwał, że poćwiartowanie ciała ludzkiego zajmie mu aż 16 godzin. Wieczorami, po pracy w coffee shopie dużo czytał w internecie o anatomii człowieka i nie wydała mu się ona jakoś szczególnie skomplikowana. Musi wyjść, żeby zaopatrzyć się w lepszy nóż. Przy okazji kupuje plastikowy worek. Nowe ostrza okazują się do bani. Może nimi jedynie pokroić miękkie kawałki ciała. Spuszcza je jeden po drugim do toalety. Pozostałość umieszcza w worku i jedzie taksówką do domu. Przed wejściem do klatki wyrzuca worek do śmietnika.



<Źródło>


Pytam znajomej Koreanki, skąd ten wysyp socjopatów wśród koreańskiej młodzieży. Odpowiada, że młode pokolenie Koreańczyków pozbawione jest tożsamości. To ludzie, w których wnętrzu zieje ogromna pustka. To sprawnie działające maszyny ograbione z wiary w cokolwiek, również w siebie samego. Niektórzy, żeby ją czymś wypełnić uciekają się do makabrycznych czynów. Poprzez przemoc wyrabiają sobie miejsce w społeczeństwie; dzięku odrzuceniu stają się na zasadzie kontrastu jego częścią. W końcu przynależą.

Za taką sytuację w dużej mierze odpowiada sposób funkcjonowania koreańskiego społeczeństwa. Od przeciętnego Koreańczyka wymaga się, żeby w określonym wieku wszedł on w związek małżeński i spłodził potomka. Na samotną osobę po trzydziestce patrzy się z podejrzliwością. Skoro nie znalazła jeszcze partnera, to na pewno musi być z nią coś nie tak. Kobiety bezdzietne uważane są za niepełnowartościowych członków wspólnoty. Ich funkcja w społeczeństwie to przecież albo żona i matka, albo obiekt seksualny. Na nic pomiędzy nie ma miejsca. Presja społeczna powoduje, że po szczegółowej analizie atrybutów osoby spotkanej na kolejnej z kilkudziesięciu randek w ciemno, człowiek decyduje się na praktyczny związek i posiadanie dzieci. Miłość jest sprawą drugorzędną.

Poczęte w takich związkach dzieci stają się instrumentami w rękach rodziców. Dziecko nie jest owocem miłości dwóch osób, tylko zabezpieczeniem na stare lata; swoistą inwestycją w ich przyszłość. Dla dzieci poświęca się całe swoje życie: matki zrobią wszystko, żeby ich pociechy dostały się za kilkanaście lat na najlepsze uniwersytety; ojcowie muszą na to wszystko zapracować. Dzieci przymusza się do całodziennej nauki okradając je w ten sposób z beztroskiego dzieciństwa i możliwości niezobowiązującej interakcji z rówieśnikami. Z tego względu nie wykształcają one podstawowych umiejętności społecznych – każdy traktowany jest jak potencjalny wróg, rywal w konkursie na wyższy szczebelek drabiny społecznej. Zamiast empatii i wrażliwości dzieci uczy się dążenia do celu za wszelką cenę, po trupach. Konkurencja jest na tyle ostra, że litość, czy pomoc innym rozumie się jako słabość, niepotrzebną stratę czasu.

A potem przychodzi pustka, której niczym nie można wypełnić; którą nie można rozwiązać problemów narastających z wiekiem. Bo w pustce – jak to w pustce – brak jest jakiejkolwiek treści, na której można by oprzeć swoje działania. Bez korzeni, samodzielnie przetestowanych wartości moralnych, osoby takie nie mogą mieć szacunku dla samych siebie; nie mogą mieć wiary, że ich życie ma znaczenie. Jednostki mentalnie silniejsze do końca życia walczą o przynależność zadowalając się jej pozorami: pracą, alkoholem, miłością za pieniądze. Zgadzają się z duchowym spustoszeniem próbując wpasować się w koreańską rzeczywistość, jak najlepiej potrafią.

Niektórzy, jako panaceum na tkwiącą w nich czarną dziurę, wybierają proste wyjście: samobójstwo. To czyste rozwiązanie wszelkich kłopotów dla tych, którzy nie mają już żadnej nadziei. Inni zaznaczają swoją obecność w bardziej dosadny sposób – odwołując się do przemocy, a czasem do czynów przestępczych, które porażają swoją przypadkowością, znieczulicą i brakiem jakichkolwiek wyrzutów sumienia.


Pytam mojej znajomej, jak Koreańczycy reagują na czyny socjopatów, opisywane na pierwszych stronach gazet. Odpowiada, że ludzie nie mają już „miejsca” w swoim życiu na analizę źródeł takich zachowań. Cieszą się tylko, że zdarzyło się to komuś innemu i... grubo po północy sami odbierają swoje dzieci-inwestycje ze szkolnej biblioteki.




Niebieska foliówka



Początkowo nie zwracam uwagi na przedłużający się postój metra gdzieś w połowie drogi do pracy. Rano, kiedy pociągi kursują w bardzo krótkich odstępach czasu zdarza się, że kilkunastosekundowe opóźnienie jednego z nich powoduje na torach korki. Jak co dzień słucham Trójki, przeglądam wiadomości, w końcu zamykam oczy oddając się ostatnim chwilom półsnu.

Z drzemki wyrywa mnie ostry głos konduktora. Napiętym tonem ogłasza, że z powodów niezależnych odjazd metra opóźni się. Spieszących się pasażerów uprasza się o zmianę środka lokomocji. Część pasażerów szybko ulatnia się, ja postanawiam poczekać na naprawę pociągu. Najprawdopodobniej chodzi o jakąś usterkę, z którą sprawni Koreańczycy poradzą sobie w mgnieniu oka. Ponownie zamykam oczy.

Po dziesięciu minutach w sufitowych głośnikach ponownie rozbrzmiewa natarczywy głos motorniczego. Przeprasza za sytuację i ponownie sugeruje spieszącym się zamianę metra na autobus. Tym razem jako powód postoju podaje... wypadek.

Jak zawsze siedzę w pierwszym wagonie. Dzisiaj z jakiegoś pwoodu usiadłam jednak prawej stronie tak, że widzę koniec ogrodzonego peronu. Szarpią mną złe przeczucia. Nagle nadbiegają strażacy oraz ratownicy pogotowia. Rozkładają przed bramką łóżko – jest tuż przede mną: brązowy materac na zimnych metalowych stelażach i gumowych, dużych kółkach. Odwracam wzrok.

Kilku zaciekawionych pasażerów wychodzi na zewnątrz. Wokół noszy tworzy się mała grupka gapiów. Serce bije mi coraz mocniej. Spoglądam na współpasażerów. Większość z nich ciągle zatopiona jest w swoich ksiażkach, gierkach i muzyce. Niektórzy wykorzystują dodatkowy czas na sen. Jakaś kobieta krzyczy, że takie rzeczy nie powinny zatrzymywać pracy metra i że należy znaleźć jakieś zastępcze rozwiązanie.

Do pracy spóźniam się czterdzieści minut. Z ciągłym uciskiem na żołądku idę po swoją podwójną dawkę Americano. Znajoma pani w kafejce mówi mi, że trochę inaczej wyglądam i że wie, co jest tego powodem. Podnoszę w zdziwieniu brwi i pytam, skąd wie. Odpowiada, że Twitter. Poranny wypadek na linii numer 1 jest dzisiaj na pierwszym miejscu wyszukiwanych historii.


Wracam do swojego biurka. Przed oczami ciągle widzę mijaną postać, przeniesioną pod ścianę tunelu, przykrytą niebieską foliówką przez którą przebija bordowa plama krwi.



Samobójstwo Prezydenta



Dzisiaj rano w Korei wielu mężczyzn zawiązało żółte krawaty. Wiele kobiet przyozdobiło swój pracowniczy ubiór żółtym dodatkiem. To był wyborczy kolor poprzedniego prezydenta Korei (2003-2008), Roh Moo Hyun’a (노무현), który zeszłej soboty ok. 6.30 rano popełnił samobójstwo rzucając się ze skały niedaleko swojego domu w maleńkiej wiosce Bongha Maeul (봉하마을). Dzisiaj ma miejsce jego pogrzeb.

Prezydent Roh różnił się od poprzednich prezydentów, a także swojego następcy Lee Myeong Bak’a (이명박), pod wieloma względami. Przez większość swojej kariery jako prawnik, a następnie polityk, skupiał się na obronie praw człowieka, podważał skorumpowaną do szpiku kości polityczną i biznesową rzeczywistość Korei, sprzeciwiał się głęboko zakorzenionemu regionalizmowi. Dążył do zbudowania prawdziwie demokratycznego systemu w kraju, który w swojej historii nowowczesnej doświadczył jedynie autokratycznych rządów grupy spowinowaconych ze sobą wybrańców. 

Już jako prezydent doprowadził do ocieplenia stosunków z Koreą Północną (projekt lini kolejowej łączącej oba kraje, spotkania rodzin rozdzielonych wojną koreańską, budowa kompleksu przemysłowego tuż przy granicy), czy Stanami Zjednoczonymi (FTA). Jego wewnętrzna polityka przyniosła rezultaty przejawiające się wzrostem PKB na poziomie 4-5% rocznie. Prezydent Roh z czasem jednak coraz bardziej zaczął przeszkadzać wielkimchaebol’om i grupom politycznym, których kieszenie częściej były inwigilowane, a którym tradycyjny system łapówkarstwa nie mógł zapewnić intratnych kontraktów lub uprzywilejowanego traktowania. Media, które w Korei w 99.9% kontrolowane są przez wielkie korporacje lub inne grupy wpływu, rozpoczęły nie kończącą się nagonkę na Roh. W 2004 został on postawiony w stan oskarżenia o nielegalność elekcji i niekompetencję w sprawowaniu władzy. Trybunał Konstytucyjny odrzucił pozew i przywrócił Roh na stanowisko prezydenta Korei.

Mimo ożywionego na nowo poparcia społeczności krąg zwolenników Roh zaczął po jakimś czasie ponownie topnieć. Tym razem chodziło o ceny mieszkań. Tak jak na Zachodzie podczas wyborów szafuje się obietnicą niższych podatków, tak w Korei obiecuje się wysokie ceny mieszkań. Prezydent Roh natomiast uważał, że ceny takowych są sztucznie zawyżone działaniem spekulantów (ponad 1M USD za najzwyklejsze siedemdziecięciometrowe mieszkanie w dzielnicy Kangnam) i próbował uregulować ten rynek między innymi proponując przeniesienie stolicy państwa do Daejon (대전). Wielu ludziom też nie przypadł do gustu dosyć bezpośredni i prostolinijny styl bycia Roh. Nie używał on kwiecistej mowy, nie posługiwał się dyplomatycznym żargonem, był naturalny w swoich odruchach. Wielu zarzucało mu, że jego konfrontacyjna bezpośredniość w walce z koreańskimi zaszłościami dyktatorskimi była nie na miarę stanowiska prezydenta Korei. Że powinien był robić to bardziej dyplomatycznie i mądrze (tzn. chytrze). Z tego też powodu nazywano go "prezydentem głuptaskiem" (바보 대통령) - on nie miał nic przeciwko temu.

W roku 2008 jego kadencja skończyła się (w Korei prawo zabrania reelekcji) i jako jedyny prezedent Korei, zamiast zabarykadować się za murem przepięknej posesji w Seulu, Rohudał się KTX (szybka kolej) do Bongha (populacja: 121 osób), żeby zamieszkać tam ze swoją rodziną w całkiem skromnym domku. Tłumy ludzi odwiedzały wioskę wdając się w dyskusje z byłym prezydentem lub po prostu wyrażając swoje uznanie. Do czasu, kiedy afera kopertowa, w którą był zamieszany, nie wyszła na jaw.

Prezydent Roh przyjął 6M USD łapówki. Przyznał się do winy, przeprosił i oświadczył, że stracił twarz (w Korei jedna z najwyższych wartości osobistych). Poprosił społeczeństwo Korei, żeby nie uznawało go już za bojownika o demokrację, czy ideał godny naśladowania. Kilka miesięcy później popełnił samobójstwo.

Samobójstwo było w mojej opinii jedyną rzeczą, którą prezydent Roh mógł zrobić, żeby uratować spuściznę swojej prezydentury. Żeby potwierdzić i na nowo uwiarygodnić wartość tego, w co wierzył. A co ważniejsze, żeby dać Korei szansę na dalszą rekonstrukcję zgniłego systemu. Jeżeli nie popełniłby samobójstwa jego występek ugruntowałby jedynie to, przeciw czemu walczył całe życie. Zarówno w oczach społeczeństwa, jak i w swoich własnych.

Koreańczycy, słysząc o aferze łapówkarskiej, stracili nadzieję, że w Korei cokolwiek może się zmienić. Czuli się wystrychnięci na przysłowiowego dudka. Czuli się zawiedzeni i oszukani przez kogoś, komu bezgranicznie w tej akurat sferze ufali. W ustach pozostał im niesmak. Roh uznał, że jedynym sposobem na oczyszczenie swojego imienia jest zapłacenie za swoje potknięcie ceny najwyższej. Oddał życie za coś, co w oczach wielu w Korei jest raptem jednym z najzwyklejszych sposobów prowadzenia biznesu. Wywołał tym sporą konsternację pośród koreańskiego społeczeństwa, a ta doprowadziła do publicznej debaty na przekór zacierającej już ręce z zadowolenia obecnej Władzy. Ludzie na nowo uwierzyli w Roh.

Drugim powodem, dla którego Roh Moo Hyun musiał popełnić samobójstwo to bezlitosna krucjata obecnego rządu, który kazusem byłego prezydenta chciał ukonstytuować odwieczny porządek rzeczy. Nieproporcjonalnie zmasowany atak na Roh miał na celu podważenie dokonań całej jego kadencji. Szyderczy śmiech wylewał się artykułami, wywiadami, informacjami telewizyjnymi i przygotowaniami do pokazowego procesu. Obecny rząd zamierzał zrobić z Roh i całej jego rodziny kozła ofiarnego dla pożywki swojej własnej popularności. Roh swoim samobójstwem pokazał im środkowego palca u dłoni. Bardzo dużego palca.

Roh Moo Hyun



"너무 많은 사람들에게 신세를 졌다나로 말미암아 여러 사람이 받은 고통이 너무 크다앞으로 받을고통도 헤아릴 수가 없다여생도 남에게 짐이   밖에 없다건강이 좋지 않아서 아무 것도  수가 없다책을 읽을 수도 글을  수도 없다너무 슬퍼하지 마라삶과 죽음이 모두 자연의  조각아니겠는가미안해 하지 마라누구도 원망하지 마라운명이다화장해라그리고  가까운 곳에아주 작은 비석 하나만 남겨라오래된 생각이다.”

„Jestem dłużny zbyt wielu ludziom. Skala ciężaru, który spowodowałem jest nie do zniesienia. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie brzemienia, które od tej pory będzie moim udziałem. Z powodu mojego obecnego stanu nie jestem w stanie nic zrobić. Nie potrafię przeczytać książki, nie mogę zabrać sie do pisania. Nie bądźcie zbyt smutni. Czyż życie i śmierć nie są naturalnym wszystkiego porządkiem? Nie przepraszajcie. Nie czujcie do nikogo urazy. Taka jest kolej rzeczy. Skremujcie mnie. I postawcie jedynie bardzo mały nagrobek blisko mojego domu. Myślałem już o tym od jakiegoś czasu”.

________________________________
Więcej zdjęć tutaj.


Sznurek i pętelka



Korea żyje dramatem. Jest nim przesączona niczym babka olejkiem zapachowym. Tapla się w nim z uciechą godną radości wieprza puszczonego samopas w deszczowe błocko. Spotkanie Koreańczyka, który potrafi oszczędzić rozmówcy opisów krwi, znoju, łez i potu, a zamiast tego zajmująco porozmawiać na inne tematy, jest prawdziwym ewenementem. Cierpienie mianowicie jest wartością stanowiącą o statusie Koreańczyka. Im gorzej, tym lepiej. Zadowolenie jest mocno podejrzane, jest czymś wstydliwym, czymś, co należy zakopać pozorami obojętności i pozwalać kiełkować jedynie w czterech ścianach swojego domu. Ba! Zadowolenie trąci arogancją, o którą łatwo szczególnie u obcokrajowców. Oni bowiem ośmielają się cieszyć się życiem, a nawet radością tą od czasu do czasu się dzielić. A życie przecież jest ciężkie! Musi być!

Na ekranach dramatyczne monologi przerywane rozdzierającym szlochem, rwanie szat od Prady i włosów prosto od fryzjera na Kangnam, pięciominutowe ujęcia płaczących krokodylimi łzami niewiast, czy unoszących się słusznym gniewem i dodających sobie animuszu gromkim krzykiem mężczyzn. Od czasu do czasu spoliczkowanie, a już przynajmniej energiczne wstrząśnięcie bezwładnej w niemej rozpaczy niewiasty. Bezbronne kobiety bowiem albo nie są w stanie pojąć wewnętrznego rozedrgania mężczyzny, nie potrafią zrozumieć jego ukrytych, ale w większości przypadków szlachetnych, motywów postępowania, albo są najzwyczajniej w świecie przez wszystkich wokoło bezlitośnie i niesprawiedliwie szykanowane. Nawet komedie przytłaczają swoim poziomem i tematyką. Oferma przez przypadek zjada kanapkę z całkiem świeżą porcją spermy swojego kolegi, dziewczyna poddaje się skrobance podczas szkolnej przerwy, grubaska, dzięki operacji plastycznej przechodzi całkowitą metamorfozę, co pozwala jej w końcu zaistnieć na scenie w roli piosenkarki. I niech mnie szlag, jeżeli życie tutaj nie jest ciężkie.

Praca, wartość numer jeden w życiu każdego szanującego się Koreańczyka, jest chyba najbardziej okazałym źródłem argumentów uzasadniających wyjątkową nieznośność tego psiego życia. Szef jest bezduszną maszyną, który wymaga rzeczy niemożliwych („Impossible is nothing”), wylewa swoje frustracje na poddanych, traktując ich jak osobistych pucybutów. Sytuacja w pracy jest na tyle skomplikowana, że nikt oprócz zainteresowaengo nie jest w stanie tego zagmatwania ogarnąć. Zresztą sam zainteresowany nie za bardzo skłonny jest pokusić się o próbę wyjaśnienia, zasłaniając się ścisłą tajemnicą lub wyjątkową delikatnością sprawy. Nadomiar złego żona żąda jakiegoś idiotycznego spaceru, pobawienia się z bachorem, albo odwalenia dawki małżeńskiego obowiązku kopulacyjnego. Dramat za dramatem.

Sposobów na wszystkie te życiowe dramaty jest kilka. Już w poniedziałek (przecież musieliśmy spędzić stresujący weekend z rodziną) upijamy się w trzy dupy tak, że o poranku w drodze do pracy, przechodząc obok miejsca swojego własnego pawia, nie możemy wyjść z oburzenia nad chamstwem i brakiem ogłady co poniektórych. We wtorek robimy sobie małą przerwę po to, żeby w środę i czwartek, najlepiej za firmowe pieniądze, być w stanie żłopać zmieszane piwo i whiskey wychylane kufel za kuflem. Potem, jak już chlanie się znudzi, udajemy się do karaoke, gdzie przy płaczliwym zawodzeniu, możemy utulić swoje troski w roznegliżowanych ciałach pań do towarzystwa (coraz częściej gustujemy w Rosjankach). Czasem też w kółeczku, z innymi panami na współ, możemy rozładować się bardziej dosłownie, z głowami panienek między nogami. Trzeba przy tym dodać, że tego rodzaju niewinne igraszki również mogą być przyczyną wielu zmartwień. Często jesteśmy bowiem siłą wręcz zaciągani w miejsca, w których absolutnie nie mamy ochoty bywać. Szefowi odmówić się przecież nie da. Iście psie to życie.

Wyżej wymienione sposoby rozwiązywania problemów są chlebem powszednim dla większości „normalnych” Koreańczyków. Dla tych odbiegających od surowego standardu wyznaczonego przez konfucjański kodeks, pozostaje często sznurek i pętelka. Bo wielu nie może wytrzymać tego kotła podłości, które Koreańczycy sami sobie beztrosko warzą. Ci, którzy próbują szukać pomocy u specjalistów, muszą liczyć się z piętnem „chorego psychicznie” i kategoryczną alienacją. A i wizyta u specjalisty to 70USD za pół godziny rozmowy, z czego część przypada na wypytanie pacjenta o jego status finansowy, wysokość wynagrodzenia i dotychczasowe inwestycje.

I tak ikona kina koreańskiego, uwielbiana przez tłumy, ciągle popularna, przepiękna kobieta, Choi Jin Shil, ni stąd ni zowąd wiesza się. Wszyscy, podnosząc w nagłym osłupieniu głowy znad buchającego parą kotła, pytają w niedowierzaniu „dlaczego?”. Ach, no tak! Przecież kobieta samotnie wychowująca dwójkę dzieci musi być niezrównoważona psychicznie. Musi z nią być coś nie tak. I nieważne, że kilka razy sfotografowano Panią Choi całą w siniakach zabieraną do szpitala po tym, jak szerokokątnie popieścił ją małżonek. Widocznie sobie na to w jakiś sposób zasłużyła. Pani Choi zdecydowała się po jakimś czasie na rozwód, w konsekwencji czego przyjaciele się od niej odwrócili, reżyserzy przestali proponować ciekawe role, a internauci końcem końców obarczyli ją za śmierć innego aktora, Ahn Jae Hwan’a, który popełnił samobójstwo z powodu długów nie do spłacenia. Pani Choi znalazła się poza nawiasem społecznym i nic nie wskazywalo, że może do niego być ponownie dodana. Pozostał więc sznurek i pętelka. Po kilku dniach, co dało się przewidzieć, przyszedł czas na transwestytę, Jang Chae Won’a, a potem geja, Kim Ji Hoo. Wszyscy oni nie pasowali do przeklętego konfucjańskiego kotła.

Samobójstwo jest jednym z trudniejszych problemów moralnych. Pomijając kwestie religijne, wielu ludzi twierdzi, że nie może ono stanowić sposobu rozwiązywania problemów. Niemniej jednak warto chyba zdać sobie sprawę, że dla nielicznej grupy ludzi, którzy popełnili samobójstwo, czyn ten był świadomym aktem woli, a nie formą ucieczki od zastanej rzeczywistości. Inaczej ma się jednak rzecz w Korei. Samobójstwo nie jest i nigdy nie będzie aktem woli. W konfucjonizmie propagującym bardzo szczelny kolektywizm nie ma miejsca bowiem na niezależne podejmowanie decyzji. Wszystkie zasady, relacje między ludźmi, formy zachowania, cały sposób na życie, są bardzo szczegółowo nakreślone i wzajemnie ze sobą powiązanie. I tak samobójstwo przybiera tutaj formę eskapizmu wyznaczonego przez wolę skolektywizowanej, bezbarwnie identycznej, bezpiecznie żyjącej w swym kociołku, tłuszczy. W rezultacie dochodzi do samobójstw lesbijek, które zmusza się do zamążpojścia i rodzenia dzieci, dziewczyn, którym zabrania się wyjścia za mąż za „nieodpowiednich” kandydatów, samotnych matek, starych panien, rozwódek, gejów, transwestytów, młodzieży, która nie radzi sobie ze sztywnym gorsetem zasad koreańskiego społeczeństwa. Niestety w Korei występują też inne, bardziej kretyńskie formy samobójstwa, jak chociażby te fanów Pani Choi, których fala nastąpiła w kilka dni po śmierci aktorki. Tego rodzaju decyzje można chyba przypisać jedynie przywiązaniu do mody, która w Korei jest również jednym z wyznaczników statusu społecznego. Jeżeli więc Pani Choi, "celebrity", popełniła samobójstwo, to ja też to zrobię. Z drugiej strony może jest to druga twarz kolektywizmu na zasadzie „wszyscy się teraz razem powieśmy”. Ale tutaj jestem już chyba za bardzo cyniczna.

Korea jest na pierwszym miejscu wśród krajów OECD jeżeli chodzi o liczbę samobójstw. Ostatnie wydarzenia nie są niczym nowym. Nastąpiła po prostu kumulacja samobójczych śmierci koreańskich „celebrities” i stąd o tej niechlubnej statystyce dowiedział się cały świat. Przez ostatnich sześć lat nasłuchałam się wystarczająco wiele tego rodzaju wiadomości, żeby (niestety) nie robiło na mnie to już większego wrażenia. Na Koreańczykach zresztą też nie. Jeżeli jakiś podlotek popełni samobójstwo, szkoły nie są zamykane, nikt nie odprawia minuty ciszy, ani nie pozwala na uczczenie pamięci ofiary w jakikolwiek inny sposób. Nikt też za bardzo nie dochodzi prawdziwych przyczyn tragedii, nie wspominając już o organizacji publicznej debaty.

W 1997 roku, z powodu kryzysu finansowego, Koreańczycy masowo skakali pod koła metra. W czarnych foliówkach na głowie, żeby poprzez publiczne rozpoznanie nie przynieść hańby swojej rodzinie. W tym roku mamy kryzys, który podobno jest najpoważniejszym od czasów Wielkiej Depresji. Koreańskie władze w pośpiechu montują szklane osłony na peronach stacji metra. Zawsze jest jednak ten sznurek i pętelka w zaciszu czterech ścian domu. 

W Korei życie toczy się dalej. Prawami selekcji naturalnej.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...