Dieta muffin'owa



Ostatnio z życiowej zgryzoty przybyło mi kilka dobrych kilogramów. A że zaczęło pobolewać mnie kolano, a portki wszelakie uniemożliwiły oddychanie, zdecydowałam się na odbudowanie swojej poprzedniej kondycji.

I im bardziej zawzięcie jestem na diecie, tym z większą rezygnacją na koniec dnia potrzebuję wtrząchnąć mufina. Czekoladowego. 

Bo dieta to cholernie przygnębiająca i frustrująca rzecz.


Goleń mojego VP



Na Zachodzie, gdy robi się gorąco, normalnym jest ściągnięcie marynarki, ewentualnie podciągnięcie rękawów, przy prawdziwym upale (bądź wyczerpujących dyskusjach) otarcie twarzy chustką lub nawet skropienie twarzy zimną wodą.

W Korei mężczyźni podciągają nogawki. Ponad kolano. Po czym prezentują swoją okazałą goliznę szarmancko, ale koniecznie od niechcenia, opierając stopę o kolano drugiej nogi. Prawdopodobnie chodzi również o przewiew innych części ciała, których już ot tak sobie wywalić  na wierzch bezkarnie się nie da.

Dlatego właśnie podczas ważnych rozmów mój wzrok błądzić musi po nierówno owłosionej goleni naszego VP, jego niedopasowanych skarpetach mocno naciągniętych po połowę łydki i tandetnie wyglądających (ale kosztujących pewnie z 400USD) butów z metalowymi sprzączkami. 

Sam miód.


Ludzie i delfiny


U wschodnich wybrzeży Korei, na Morzu Japońskim (uparcie nazywanym przez Koreańczyków Wschodnim), po raz pierwszy na świecie udokumentowano dość szczególne zachowanie delfinów, które w koreańskich gazetach określono mianem „pogrzebu”.

Jeden z deflinów był najwyraźniej bardzo chory i w pewnym momencie nie mógł już sam dotrzeć do powierzchni wody celem zaczerpnięcia oddechu. Inne defliny z jego grupy podjęły o niego walkę, swoim własnym ciałem wypychając go ku górze.

Nie wiem dlaczego  Koreańczycy uznali akurat za pogrzeb próby uratowania jednego delfina przez około dwudziestu swoich pobratymców, ale może dlatego że delfin końcem końców opadł na dno i zakończył tam swój żywot.

Z empatią i współczuciem stwierdziłam, że musiała się tam rozegrać mała tragedia. PWY, próbując chyba mnie pocieszyć, odpowiedział, że to i tak lepiej niż ludzie. Ludzie mają w zwyczaju zostawiać potrzebujących samych sobie (a dokładnie: „don’t give shit about them”)...


Brązowo mi



Koreanki połykają środki przeczyszczające jak cukierki. Efektem jest ich godna pozazdroszczenia filigranowa figura. Niestety efektem ubocznym, z którym to ja muszę się borykać, są dantejskie sceny w firmowych ubikacjach. 


Środa
Otwieram drzwi toalety a tam (za przeproszeniem tych o słabszych nerwach) rzadka sraczka, nawet nie w muszli tylko na sedesie. Rzuca mną o ścianę, ale dzielnie decyduję, że takie małe „gówno” nie zepsuje mi dnia. Małymi acz szybkimi kroczkami drepczę na inne piętro. Wyobrażam sobie biedną Koreankę, która przedobrzyła ze środkami przeczyszczającymi. No bo w końcu jak ona..., okrakiem? Z pozycji stojącej? Odzywa się we mnie Sherlock Holmes.

Czwartek
Otwieram drzwi toalety a tam, niczym deja vu, ta sama scena. Tym razem na kartce papieru A4, sfotografowana przez kogoś bardziej niż ja wkurzonego nagłym spotkaniem twarzą... w twarz (?) z kupą. Pod zdjęciem odezwa do autora rzadkiej sraczki.

Piątek
Sfotografowana kupa ciągle straszy.


Pożegnanie



Przyjechali w sile czterech jednym z tych wąskich, maleńkich, koreańskich microvan’ów. W torbiastych spodniach po kolana, z widocznymi gumkami markowych gatek, w za dużych T-shirt’ach, ze złotymi łancuchami na szyi, diamentowymi kolczykami (lub jednym) w uszach i z dużymi, świecącymi błyskotkami, zegarkach. Czterech postawnych Nigeryjczyków w filigranowym, białym Damasie. 

Patrząc jak wymieniają akumulator Matiza, żeby go w ogóle zastartować, rozmyślałam jak bogate życie miał (i będzie miał) ten samochodzik. To nie był jakiś tam zwykły pojazd, męczący się w jednym kraju, z jedną rodziną prze wiele lat. Został on sprowadzony przez Amerykanina do Korei, gdzie jego wyjątkowość na tle innych nudnych koreańskich wozów podkreślała ręczna skrzynia biegów. Potem był Polak, który obwoził jego koła po calutkim Seulu albo i dalej (tak, tak, pamiętam nasze zgubienie się w drodze na lotnisko, jakieś zaklęte mgłą ulice i prawie spóźnienie się na samolot do Manilii). A jeszcze potem byłam ja i PWY, mój Koreańczyk. No a teraz Nigeryjczycy i wkrótce już Nigeria, gdzie będzie woził kolejną rodzinę gdzieś po piaskowych wertepach. Iście światowy wóz. 

W końcu zastartował i zabrali go.
A mnie w oku zakręciła się łza.


Dream Land


Podczas mojej drugiej wizyty w Australii utwierdziłam się w przekonaniu, że jest to najwspanialsze miejsce na świecie. Kraj ten ma po po prostu wszystko to, co potrzebne mi jest do Szczęścia. 


Przepiękne, błękitne niebo z bajecznymi zachodami słońca, które, za dnia i niezależnie od pory roku, kładzie wszystko i wszystkich magicznym, wydłużonym cieniem. Ocean, który rozbija się wściekłymi falami o zapierające dech w piersiach widokiem klify. Wyludnione plaże z turkusową wodą. Parki i ogrody botaniczne w środku miasta, gdzie nie niepokojone urzędują najróżniejsze zwierzaki. Rozłożyste drzewa o niesamowicie grubych pniach, z gałęziami wijącymi się w niespodziewanych kierunkach. Możliwość żeglowania po przecudownych zatokach i nurkowania w głębinach oceanu. Pachnące czystością i oceanem powietrze. Dla lubiących wspinaczka po okolicznych górach. Z drugiej strony nowoczesna i ciekawa architektura miasta. Wysoki standard życia. Różnorodność kultur, a co za tym idzie restauracji i dobrego jedzenia. Wina o aksamitnym, głębokim smaku z jednych z najstraszych (jeżeli nie najstarszych) winnic na świecie. I to wszystko jedynie w okolicach Sydney

A jeżeli to się znudzi (nie wyobrażam sobie jednak takiej sytuacji) to zawsze można odwiedzić las deszczowy w okolicach Cairns, wdrapać się na pobliski szczyt, czy też ponurkować na Wielkiej Rafie Koralowej (prawie dwumetrowe żółwie, rekiny, wieloryby etc.). Po drodze warto wpaść na kilka wysepek o białym piasku i bolącej przezroczystością wodzie, zatoki gdzie figlarzą delfiny i z trudem reprodukują się wieloryby. Dalej można udać się na kilka dni do jednego z najbardziej nieskażonych ludzką ręką parku – Kakadu National Park, gdzie nie sposób nie natknąć się na złowrogie krokodyle, potężne orły, jadowite węże, rażące zielenią łąki i bardzo stare drzewa. Dalej to już tylko kaniony w okolicach Alice Springs z charakterystycznymi, wysuszonymi drzewami eukaliputsowymi, busz o krwawo czerwonej ziemi i sztuka Aborygenów, porażający intensywnością magii Ayers Rock lub Katja/Olgas, kopalnie opali do poszukiwaczy szczęścia i pustynia dla odważnych.

Nigdzie chyba nie ma takiej różnorodoności, takiej magii i piękna jak w Australii. I nieważne są cholernie wysokie podatki, drożyzna, beznadziejne lotnisko, i lokalizacja w tym zakątku świata, gdzie faktycznie chyba tylko diabeł mówi dobranoc. Ważne jest to, że zobaczyłam tam mojego pierwszego humbaka (długopłetwowiec; po ang. humpback whale), który ni stąd ni zowąd podpłynął do naszej samotnej łodzi gdzieś na środku oceanu. Który, widocznie ciekawy, okrążył ją w kilkukrotnych, masywnych, popisowych wynurzeniach. Który opadając plecami na powierzchnię wody, tworzył z rozpryskiwanych, drobniutkich kropelek ulotne tęcze. Który był tak blisko, że przy jednych z wyskoków mało co nie uderzył naszej łodzi (a był od niej większy~~). Który spowodował, że w zachwycie nie byłam w stanie powstrzymać napływających do oczu łez, nie wspominając już o zrobieniu jakiegokolwiek zdjęcia.

Australia jest po prostu miejscem, które swoją magią wyrywa się głęboko w najbardziej pierwotne poziomy duszy. A dla takiego uczucia warto i żyć i umrzeć.

Długopłetwowiec (Humpback whale) - zdjęcie zrobione przez jednego z współpodróżników.



Żółw zielony - zdjęcie zrobione przez jednego z współnurków.




Anemonki i ich domek - zdjęcie zrobione przez jednego z współnurków.


Gdzieś po drodze od Bondi do Coogie Beach.

Więcej zdjęć tutaj.


Snowy & Mimi


Myślałam, że będzie uroczo. Dwa małe, śliczne kotki przez dwa tygodnie. W moim domu. Z moją, dorosłą już kocicą. Na moją depresję i wakacyjny wyjazd ich właścicielki do Europy. Nie mogłam się doczekać.

Zaczęło się od szarmanckiego ostrzenia i tak już ostrych pazurków gdziekolwiek popadnie. Nasza kanapa i krzesła, wszystkie skóropodobne, bardzo przypadły kociaczkom do gustu. M. ostrzegła mnie, żebym nawet nie myślała o obcinaniu im pazurków ale ja zdeterminowana i doświadczona anielskim zachowaniem Nabi przy tego rodzaju pielęgnacjach, zabrałam się do dzieła. Pisk, jak przy obdzieraniu ze skóry, szamotanie się, gryzienie, syczenie. Końcem końców na całe dwadzieścia udało mi się obciąć jeden, a cały dom okryć musiałam kapami, kocami, ręcznikami...

Kuwetę, wedle zaleceń właścicielki umiejscowiłam w naszej toalecie. Niestety szybko okazało się, że kuweta jest za mała dla dwóch dorastających kotek, a brak osłony powoduje szerokołuczny wyrzut piasku na całą podłogę łazienki. Ten połączony z pryskającą po całym pomieszczeniu wodą kąpielową tworzy mało przyjemnie bagienko (w Korei w podłodze łazienkowej jest ściek więc Koreańczycy są przyzwyczajeni do dużego rozmachu podczas oblucji, rezultatem czego jest totalnie zmoknięte pomieszczenie). Zdecydowaliśmy się więc na wyniesienie kuwety na balkon, obok podobnego wychodku Nabi (ale z nakładką na wszystkie boginie!). Niestety nie dało to oczekiwanych efektów. Budząc się kolejnego dnia doświadczyłam niemałego szoku znajdując w naszej wannie zamaszyste kupy w słonecznie żółciutkich kałurzach... Przenieśliśmy kuwetę pod łazienkę. Za każdym razem, kiedy otwieraliśmy drzwi do toalety ukochane kotki próbowały wemknąć się niepostrzeżenie i z niewinną miną, „że niby co?”, do środka. Jeżeli nie zdążyliśmy zareagować z odpowiednim refleksem, te znowu z nonszalancją i niebywałą szybkością robiły to, co widocznie uznały za swój święty obowiązek...

Kiedy Mimi i Snowy oswoiły się już z otoczeniem i Nabi na tyle, żeby uznać terytorium za podległe jedynie sobie, rozpoczęły się dzikie szarże przez dom. Spadały doniczki, książki, szklanki, kubki z gorącą kawą, zawieszały się komputery, rozlewała się ich woda w pómisku, a sucha karma rozsypywała się we wszystkich możliwych kierunkach. Kilka razy dziennie. Kiedy wracając z pracy otwieralam drzwi domu, wyglądał on jakby przeszło przez nie lekkie tornado.

Do tego doszła moja alergia. Bo ja, hmm, mam alergię na sierść kotów. Napuchnięte, załzawione oczy, cieknący nos, a w nim zaimplementowane na stałe kawałki chusteczek higienicznych, świszczące płuca. A co za tym idzie praktycznie brak snu...

No i Nabi. Nie odzywa się do mnie, jest w widocznej depresji, przytyła...
PWY też musi od czasu do czasu wyjść z domu, żeby przez przypadek nie wyrzucić słodyczy za okno.

Zachciało mi się kociaczków... Ale czy nie są... przesłodkie?

Snowy



Mimi

Więcej zdjęć tutaj.


Zmagania



Wiem, że świat jest piękny aż dech w piersiach zatyka. Wiem, że nie mam tutaj zbyt wiele czasu więc nie chcę tracić czasu na zbędności. Jestem wdzięczna za to, że jestem. I jestem głodna tego, co mnie jeszcze czeka. To z jednej strony. Płynącej z serca.

Z drugiej strony, płynącej gdzieś z udręczonego mózgu, przez 30 minut nie jestem w stanie podjąć decyzji o 10-minutowym spacerze. W niewygodnej pozycji, na twardym krześle, mogę obserwować jedynie jak przez palce ucieka mi czas.

Wszystko tak strasznie boli.


Nina Simone



Przez przeciągający się czas każdy dzień to ciężka przeprawa. Aż do momentu, gdy wkładając na noc zatyczki do uszu, wszystko się kończy. Obrazy, myśli i dźwięki.  Zostaje tylko jeden głęboki wdech i szumiąca w skroniach krew. Moja.

Za dnia Ona jest moją zatyczką. Nina Simone.
(Dzięki BK)










Zachować twarz



Koncept „zachowania twarzy” w konfucjonizmie trafnie zobrazowany jest anegdotą o koreańskich pilotach. Nie wiem, na ile jest  w tej opowieści prawdy, ale podobno zdarzenie to miało miejsce na którymś z niemieckich lotnisk kilkanaście lat temu. Otóż kapitan, człowiek o długoletnim doświadczeniu, podchodząc do lądowania zapomniał wysunąć kół. Siedzący obok, niższy rangą i wiekiem pilot, nie zwrócił mu na to uwagi. Wytknięcie tak podstawowego błędu osobie „wyższej” byłoby równoznaczne z podważeniem jego kompetencji, a co za tym idzie okryciem przełożonego hańbą. W konsekwencji samolot z setkami pasażerów wylądował na brzuchu. Obyło się bez ofiar.

Mieszkając w Korei spotykam się z tego rodzaju zachowaniami bardzo często. Czasami są to przypadki naprawdę kuriozalne - jak wtedy kiedy vice prezydent mówi, że Kaledonia to stolica Papui Nowej Gwinei, a zgromadzeni z powagą kiwają na zgodę głowami i nawet po spotkaniu nikt nie komentuje gafy. Czasem jednak podejście takie pomaga obu stronom poczuć się dobrze (i człowieczo?) - tak jak wtedy, kiedy starszy już strażnik naklei mi krzykliwie żółte i za nic nie schodzące ostrzeżenie na przednią szybę samochodu za zaparkowanie przy spływie kanałowym, a potem okazuje się, że parkowanie w tym miejscu jest jak najbardziej dozwolone. Strażnik zdaje sobię sprawę ze swojego błędu, ja przepraszam i mówię, że nie będę już tutaj parkowała, on czuje ulgę, ja czuję się dobrze ze swoim zachowaniem, a potem, za każdym razem jak przyjeżdżam na parking, strażnik przyjaźnie macha do mnie ręką i  szerokou śmiecha się resztkami zębów. 

Nigdy nie myślałam jednak, że w pewnym momencie to ja będę tą starszą osobą, która popełnia błąd i której nikt tego błędu bezpośrednio nie wytknie chcąc zachować jej twarz. To była dla mnie nowość.

Od jakiegoś czasu, raz w tygodniu, daję lekcje języka polskiego przemiłemu piętnastolatkowi (nazwijmy go JH), który zakochał się w Polsce. Lekcje te sprawiają mi ogromną frajdę, a że wymagają ode mnie ogromnego wysiłku (ktoś probował uczyć języka polskiego po koreańsku?) traktuję je jako sport wyczynowy~~. Tak czy owak pewnego dnia JH poprosił mnie o pomoc w zapisaniu go na letni kurs języka polskiego w Polsce. Znalazłam mu fajny program we Wrocławiu, pomogłam w formalnościach, skontaktowałam się z odpowiednimi osobami celem dogadania detali. W kalendarzu zapisałam datę wyjazdu – 13 sierpnia. Wszystko wydawało się zapięte na ostatni guzik. W zamyśle miałam tylko jeszcze plan przygotowania dla JH informacji odnośnie transportu z lotniska do akademika, ciekawych miejsc, dobrych pubów etc. JH odwołał zajęcia więc w ostatni weekend spokojnie udałam się ze znajomymi na wyprawę nad rzeczkę, odkładając wcześniej wspomniane przygotowania na nadchodzący tydzień. Do domu wróciłam w niedzielę wieczorem i dopiero wtedy do ręki wzięłam telefon. A tam wiadomość: „Właśnie wyjeżdżam. Napiszę do Pani już z Polski, jak będę miał jakieś pytania”. Na początku nie wiedziałam, o co chodzi. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Sprawdziłam wysłane do niego emaile – wszystkie wyraźnie mówiły o wyjeździe w sierpniu, a nie w lipcu! Telefonu nikt nie odbierał - JH był już dawno w powietrzu - a do rodziców kontaktu nie miałam. Zaczęłam rozważać spacer na pobliski posterunek policji celem ustalenia ich numeru telefonu albo przynajmniej nawiązanie kontaktu z Ambasadą Korei w Polsce. No bo gdzie on będzie spał? Kto się zajmie zdezorientowanym, nie mówiącym po angielsku (czy po polsku), snującym się po pustych korytarzach Uniwersytetu Wrocławskiego piętnastolatkiem z Korei? Wtedy też dopiero zdałam sobie sprawę ze znaczenia ostatnio nasilonej częstotliwości wysyłanych do mnie przez JH smsów. „Czy Jelenia Góra jest daleko od Wrocławia?”, „Czy we Wrocławiu można uprawiać boks?”, „Jak się nazywa osoba, do której mam się zgłosić, bo gdzieś zagubił mi się email?”, „Jak mam dojechać z lotniska do akademika?”... Do tego jeszcze odwołanie lekcji w sobotę... No jak ja mogłam się nie domyśleć, że mu się coś pomyliło?

I wtedy sprawdziłam raz jeszcze stronę szkoły językowej.
Kurs języka polskiego zaczyna się od 14... lipca...


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...