Pokazywanie postów oznaczonych etykietą system hierarchii. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą system hierarchii. Pokaż wszystkie posty

Gorsza rodzina



Dziadek mojej podopiecznej ma już ponad dziewięćdziesiąt lat. Jest w szpitalu i nie czuje się najlepiej. Właściwie nikt już nie ma nadziei na poprawę jego stanu zdrowia. Dziewczyna nie może usiedzieć przy biurku, bardzo to wszystko przeżywa. Dziadkowie praktycznie wychowali ją (rodzice zarabiali pieniądze z myślą o jej wyższym wykształceniu, w Korei odpłatnym). Oboje mieszkają w Daejon, dwie godziny jazdy samochodem z Seulu. Próbowałam dowiedzieć się, ile przysługuje jej dni wolnych od pracy w razie najgorszego. Okazało się, że w przypadku śmierci po stronie matki wolne dni pracownikowi nie przysługują. Trzy dni przyznawane są natomiast w razie śmierci któregokolwiek z dziadków po stronie ojca. W tym drugim przypadku firma wypłaca również kondolencyjną wspomogę oraz opłaca transport reprezentantów, którzy w czasie pracy udają się na stypę (zazwyczaj 1-2 osoby z tego samego działu, w zależności od rangi pogrążonego w żałobie). W związku z powyższym, żeby pożegnać się z dziadkiem, Eunha będzie zmuszona skorzystać ze swojego wakacyjnego urlopu, a my udać się do Daejon na swój własny koszt i to dopiero po pracy. Bo umierający dziadek to ojciec jej matki...

Jeszcze nie tak dawno w Korei kobieta po zamążpójściu przepisywana była w rejestr męża. Od tej pory stawała się elementem drzewa genealogicznego wyłącznie jego rodziny. U rodziców męża spędzała wszystkie święta, sprzątając, przygotowując potrawy i usługując; to rodziców męża regularnie wspierać trzeba było pokaźnymi kwotami. Potomstwo otrzymywało nazwisko swojego ojca (kobieta pozostaje przy swoim nawet po ślubie) i pod względem prawnym nie miało nic wspólnego ze swoimi przodkami po stronie matki. Stąd tradycyjnie ród matki ma znikome znaczenie. Moja teściowa dla przykładu, tylko dlatego że rozwiodła się ze swoim mężem, praktycznie nie przynależy do żadnej rodziny. Z tej swojego męża została wypisana, a powrót do swojej "poprzedniej" nie jest już możliwy. Do tej pory, największe święta w roku - Seollal (Księżycowy Nowy Rok) oraz Chuseok (Święto Dziękczynienia) - spędzamy tylko we trójkę mimo że ma ona całkiem liczne rodzeństwo. Do niedawna nie była nawet oficjalnie rozpoznawana jako rodzina swoich dwóch synów (!), bo ci - mimo że nie mieli kontaktu z ojcem od dobrych kilkunastu lat - ciągle są częścią drzewa genealogicznego wyłącznie jego, a nie matki rodziny.

Większość z tych zwyczajowych norm zachowania przetrwała niestety do dziś (święta spędza się tylko i wyłącznie z rodziną męża; synowe zazwyczaj wykonują całą pracę), choć na poziomie jednostki nie są one praktykowane już w tak kategoryczny sposób. Koreański rząd coraz większą uwagę przykłada do kwestii rónwnouprawnienia i pozycji społecznej kobiet. Pod względem prawnym sytuacja ta nie wygląda już aż tak źle (co ciekawe nie tak dawno zniesiono automatyczną przynależność dzieci do ojca w przypadku rozwodu). Ciągle jednak wpojone w mentalność koreańskiego społeczeństwa, archaiczne poglądy dają o sobie znać w tej, czy innej formie. Tak, jak w mało chlubnym przypadku wewnętrznych regulacji naszej firmy, bądź co bądź, drugiej największej stoczni na świecie; firmie, która uważa się za "globalną".




Wewnętrzna walka


W Korei zasady promocji wewnątrz firmy są zdeterminowane przez mniej więcej jednolite standardy stosowane w całym kraju. Promocja na wyższe stanowisko nie zależy od osiągnięć, a przeważnie od lat przepracowanych w firmie. Oznacza to, że wystarczy „bujać się” przez jakiś czas (zazwyczaj 16 lat), żeby dojść do poziomu General Manager/Director, od którego to poziomu zabawa nabiera innego kolorytu. Wtedy to dalszy awans zależy już w jakiejś części od wyników, a w jakiejś części (znacznie większej) od tego, kogo się zna. Jest to dosyć bezwzględna walka na noże z misternie kopanych dołków, relacji (ten sam uniwesytet, ilość razem wypitego soju, żony przyjaciółki etc.), gmatwaniny przysług i ich przewidywanego potencjału w przyszłości. A jest o co walczyć. Od pozycji Vice President mianowicie jest się tzw. imwonem, czyli executive, a za tym idzie własne biuro, własny szofer, prestiż, ogromne pieniądze etc.

Standardowy system promocji w kroeańskich chaebolach wygląda następująco:

0-4 lata:          사원/sawon (Stuff)
4-8 lat:            대리/deri (Assistant Manager)
8-12 lat:          과장/kwajang (Manager)
12-16 lat:         차장/chajang (Senior Manager)
16~ :               부장/bujang (General Manager/Director)
                      수석부장/suseok bujang lub 이사/isa (Director) --> tytuł przejściowy
                      상무/sangmu (Vice President)
                      전무/jeonmu (Executive Vice President)
                      부사장/busajang (Department President)
                      사장/sajang (CEO)

Od bujanga wzwyż angielskie tytuły mogą różnić się w zależności od wielkości firm czy obszarów ich działalności. Ważne jest to, że ta hierarchiczna struktura jasno reguluje nie tylko relacje między pracownikami ale też ich zarobki. Dlatego też Koreańczycy nie negocjują, ani często nawet nie podpisują umowy o pracę. Wiedzą, że ich warunki będą dokładnie takie same, jak innych osób na tym samym stanowisku. Co roku dział zasobów ludzkich wysyła podsumowanie wynagrodzenia na przyszły rok odgórnie ustalając podwyżkę (zazwyczaj ok. 5% rocznie), a czasem, tak jak to ma miejsce obecnie w niektórych firmach, zamraża zarobki lub nawet obniża je wyższej kadrze o ok. 10% z powodu kryzysu ekonomicznego. I nic na to poradzić nie można.

W przypadku obcokrajowców rzeczy mają się zupełnie inaczej i w dużej mierze zależą od wewnętrznej polityki każdej z firm. Niektóre firmy zatrudniają cudzodziemców na takich samych warunkach, jak Koreańczyków, inne z kolei podpsują z nimi kontrakty tymczasowe. W obu przypadkach umowa taka musi być rokrocznie odświeżana ze względu na konieczność odnawiania wizy pracowniczej.

W relacjach biznesowych z Koreańczykami należy liczyć się z bardzo niską etyką postępowania. Oczywiście jeżeli bierze się pod uwagę kanony zachodnie. W Korei mianowicie jednym ze standardów jest coś, co my określamy pejoratywnym mianem „kłamstwa” i „łapówkarstwa”. W Korei te dwa mechanizmy są stosowane na porządku dziennym jako najbardziej naturalne metody osiągania swoich celów. Kłamstwa nie konfrontuje się z powodu głęboko zakorzenionej konieczności „zachowania twarzy” drugiej osoby, a ofiarowywanie kopert jest zazwyczaj traktowane jako czyste posunięcie strategiczne lub niewinny gest wdzięczności. Koreańczycy oba te instrumenty mają dopracowane do najmniejszych szczegółów i bardzo swobodnie używają ich w relacjach z niczego nieświadomymi obcokrajowcami. Nawet tymi, których sami zatrudniają, o czym niedawno miałam nieprzyjemność przekonać się na własnej skórze. 

Tym razem nie odpuściłam. W ciągu tygodnia postarałam się o małą rewolucję, która zakończyć może się dla mnie albo publicznym zgilotynowaniem, albo wielką wygraną. Mój kontrakt wygasa w następną środę...


Cztery bliskowschodnie przypadki



1. Różowy Sweterek

Koreańczycy, a w szczególności koreańska płeć brzydka, nie grzeszą zbyt wyrafinowanym smakiem jeżeli chodzi o ubiór. Owszem są to zazwyczaj markowe i drogie fatałaszki, ale dobrane, w powiedzmy sobie szczerze, mało wyszukany sposób. Zdarzają się krawaty w kółeczka, koszule w kratkę i garnitury w paski. A wszystko to w zwartej kupie na jednym modelu. O doborze kolorów już nie wspomnę. Charakterystyczne są też spodnie podciągnięte pod pępek, przepasane paskiem z metalową „tabliczką” dumnie demonstrującą dany brand. Sześć lat w Korei pozwoliło mi na wystarczający „exposure”, żeby nie ulegać już większym porywom zdziwienia.

Wchodząc do naszego biura w Omanie nie brałam pod uwagę więc ewentualności tego rodzaju wstrząsów. Moją głowę zapełniały zupełnie inne algorytmy prawdopodobnych powikłań sytuacyjnych. Mrugając oczami w niedowierzaniu zamarłam więc na chwilę, kiedy przed moimi oczami niepspodziewanie wyrósł zupełnie niedorzeczny sweterek. Sweterek miał przykrótkie rękawki, przaśnie opinał pinpongowy brzuszek i pozwalał dokładnie określić odcień brązu sutków noszącego go pana. Co gorsze sweterek raził kraśnym różem i swoimi trzema czerwonymi pasami biegnącymi w linii prostej przez klatkę piersiową i rękawki. Zaintrygowana, podczas rozmów z ubranymi w całkiem porządne garnitury mężczyznami i sweterkowym wyjątkiem, rozważyłam kilka możliwości. „Różowy Sweterek” mógł być po prostu daltonistą, który nastawił pranie na zbyt wysoką temperaturę. A może przedłużyła mu się podróż służbowa na tyle, że nie miał innego wyjścia jak włożyć ostatnią czystą rzecz, prezent od małoletniej córki, jaki żona zapakowała mu do walizki, żeby zawsze pamiętał o swojej rodzinie. „Różowy sweterek” mógł też być szalonym geniuszem, który zupełnie nie zwracał uwagi na tego rodzaju przyziemne sprawy. Albo po prostu pozycja mężczyzny pozwalała mu na umyślne bądź niezamierzone prowokacje i rozkoszowanie się bądź najzwyczajniejsze ignorowanie wywoływanego przez siebie poruszenia.

Nazwisko „Różowego Sweterka”, mimo nabożności z jaką zostało wyszeptane mi w zaciszu korytarza, nie odbiło się w moich wspomnieniach żadnym echem. Na dalsze wyjaśnienia nie było czasu.


2. Dubajska Wiza

Na lotnisku w Dubaju okazało się, że, w przeciwieństwie do Koreańczyków, muszę wykupić „package”, jeżeli chcę spędzić w mieście kilka godzin. „Package” składał się z wizy oraz opłaty za pokój w jednym z hoteli. Razem 210 USD. Rzecz jasna miejsca noclegowego nie potrzebowałam, mój samolot odlatywał za 8 godzin. Służby lotniskowe jedynie słusznie założyły jednak, że jeżeli zdecydowałabym się nielegalnie w kraju pozostać, to przenocowałabym właśnie w wykupionym wcześniej miejscu, gdzie lokalne służby innego rodzaju mogłyby mnie komfortowo schwytać. Po kilku chwilach pokojowej dyskusji, „Różowy Sweterek”, tym razem już ubrany w elegancko skrojony garnitur, szastnął kartą kredytową o blat wykupując moje miejsce noclegowe. Wiedziałam już, że opcja szalonego geniusza niedbającego o trywialne sprawy ziemskiego padołu odpada.

Nasza grupa rozdzieliła się. Część, z wraźną niechęcią, musiała udać się na nudnawe spotkania. Ja, wraz ze swoim koreańskim współpracownikiem, oddelegowana zostałam jako przyboczna eskorta „Różowego Sweterka” celem dowolnego rozdysponowania wolnego czasu. Nie żebym miała coś przeciwko temu – w Dubaju nigdy nie byłam i chciałam zobaczyć jak najwięcej przewidując, że druga okazja szastnięcia przez kogoś kartą kredytową może mi się nie przydarzyć. Okazało się, że „Różowy Sweterek” uwielbiał robić zakupy i tak udaliśmy się do największego na świecie shopping mallu. 


3. Diamentowy Zegarek

Od z góry nie zaplanowanych zakupów boli mnie głowa. Dlatego zawsze z góry spisuję listę potrzebnych mi rzeczy, przemykam przez sklepy z największą możliwą efektywnością, po czym wracam w jakieś mentalnie spokojne zacisze. Ogromne akwarium, z niesamowitymi stworzeniami w środku wynagrodziło mi jednak, i to z nadwyżką, smętne snucie się po kolących w oczy luksusem i halogenowym oświetleniem sklepach. Zdarzyło się też coś, czego po zakupach nie spodziewałabym się. Zostałam mianowicie podstępnie i bez większej świadomości rozdziewiczona.

Ze zrozumiałych względów do sklepów takich jak Tiffany’s nie chadzam. „Różowy Sweterek” jednak zaciągnął nas do kilku tego rodzaju salonów, aż końcem końców wylądowaliśmy w Piaget. Tam poprzyglądał się on kilku zegarkom, po czym kazał sobie pokazać jeden z nich. Poruszeni zainteresowaniem klienta asystenci, drygiem wdziali jedwabne rękawiczki, z nabożeństwem wyjęli z oszklonego i opatentowanego obostrzeżeniami okna wystawowego całkowicie pokryty diamentami zegarek, po czym przynieśli go na atłasowej tacy do naszego stolika. Zegarek był śliczny. Refleksy światła przepięknie odbijały się od wypolerowanych diamencików. Pomyślałam, że ciągle jest to jednak tylko zegarek. Nic więcej. I że tylko ludzie, którzy nie wiedzą, co w życiu jest naprawdę ważne, potrafią przykładać wagę do tego rodzaju drogich błyskotek. „Różowy Sweterek” zapytał o cenę. Asystent nerwowo postukał coś na tandetnym kalkulatorze i pokazał nam cenę - 150,000USD. „Różowy Sweterek” leniwie kiwnął głową, spojrzał na mnie i spytał, czy chciałabym go przymierzyć.

Czas stanął w miejscu. Zegarek przyjemnie otaczał moją dłoń idealnie rozłożonym ciężarem. Chłodził nadgarstek szlachetnym chłodem diamentów. W ciszy jaka nastała przyglądałam się mu i nie mogłam nadziwić się uczuciu, które ogarnęło mnie po raz pierwszy w życiu. Na swojej ręce miałam mieszkanie w Polsce, całkiem dobry samochód, albo setki, jeżeli nie tysiące, wykarmionych dzieci w Afryce. I coś jeszcze. Coś, czego nie mogłam uchwycić... W jakimś nagłym przerażeniu wyrwałam się z odrętwienia i spojrzałam w oczy „Różowemu Sweterkowi”. Przyglądał mi się intensywnie i zdawał się sycić moją reakcją. Uczuciem, jakie malowało się na mojej twarzy.

Po wyjściu ze sklepu przez dłuższy czas i ja i „Różowy Sweterek” zatopieni byliśmy w swoich własnych myślach. Myślach, które wcale nie były wesołe.


4. Szalony Autobus

Obecnie największy na świecie shopping mall ma jak na razie jedynie dwa punkty postoju taksówek. O tym jednak dowiedzieliśmy sie po kilku nieskoordynowanych przebiegach wzdłuż i wszerz zagmatwanych korytarzy domu handlowego. Obsługa mianowicie, skądinąd bardzo usłużnie, udzielała nam zupełnie sprzecznych informacji co do najlepszego miejsca złapania kursu na lotnisko. Biegać też musieliśmy dosyć szybko, ponieważ godzina odlotu naszego samolotu do Korei zbliżała się wielkimi krokami. Wyjście na zewnątrz i próby złapania taksówki na ulicach zakorkowanego i totalnie rozkopanego Dubaju nie wchodziło w rachubę. Ostatecznie, mimo naszych usilnych tłumaczeń i próśb, kazano nam stać w ogromnej kolejce tak, jak każdy normalny człowiek. Spoceni poddaliśmy się. „Różowy Sweterek” wyglądał na lekko zaaferowanego, ale zupełnie nie było widać po nim złości, czy zdenerwowania. Niespotykane jak na Koreańczyka i to cholernie wysoko ustawionego (co już wcześniej ustaliłam). 

Najwidoczniej podobnie zbłąkanych podróżnych było więcej, bo nagle ogłoszono podstawienie specjalnego autobusu dla tych, którzy spieszą się na samolot. Odjazd zajął nam około piętnastu minut żywej dyskusji między panem z obsługi, a naszym kierowcą. Okazało się też, że kierowca kierowcą chyba nie był, bo nie wiedział na przykład jak zastartować auto, nie wspominając już o zmianie biegów. Wyjechaliśmy na miasto. Tam kilkakrotnie zgasł nam silnik, a jak już ruszyliśmy to jechaliśmy nie szybciej niż 20km/h. Trzeci bieg zdawał się być głównym problemem. Odetchnęliśmy z ulgą jednak, gdy przed nami zamajaczył się drogowskaz z kierunkiem na Terminal 1 i 3 lotniska. Z lekkim już sercem, pewni szczęśliwego zakończenia tej niefortunnej podróży, zaczęliśmy prześcigać się w żartach i opisie swoich przeterminowanych już najczarniejszych wyobrażeń. I wtedy stało się nieprawdopodobne. Kierowca ni stąd ni zowąd zaczął skręcać z lewego pasa w uliczkę po prawej stronie niemalże powodując karambol. W akompaniamencie trzech zrozpaczonych krzyków i zewsząd dochodzących, donośnych klaksonów, drogowskaz na lotnisko schylił się za czarną już nocą linią horyzontu. 

„Różowy Sweterek” startegicznie stanął na schodkach autobusu, ja usadowiłam się po jednej stronie pierwszych siedzeń, a mój współpracownik po drugiej. Rozpoczęliśmy misję autopilotażu. Migowego, ponieważ kierowca, który kierowcą nie był, nie potrafił powiedzieć ani słowa po angielsku. Od czasu do czasu zatrzymywaliśmy się też pytając o drogę przechodniów. Iskierka nadziei na nowo zatliła się w naszych sercach, kiedy to oczom naszym ukazał się ponownie długo wyczekiwany drogowskaz. Tym razem jednak pozostaliśmy w milczeniu nie chcąc kusić złego. Licho jak to licho znowu jednak z nas zakpiło. Kierowca wykonał dokładnie ten sam manewr, co poprzednio. Również w akompaniamencie trzech zrozpaczonych krzyków, hamujących kół i donośnych klaksonów. Po czym stwierdził, że on na lotnisko nie pojedzie. Jego misja to hotele, a nie lotnisko („no airport, hotel, sorry ya?!”).

Wszyscy roześmieliśmy się jak jeden mąż. To był już ten poziom absurdu, który łamie nawet najtwardszych pesymistów. Nie mogliśmy się przestać rechotać (bo inaczej tego nazwać nie można) aż do hotelu, gdzie wysiedliśmy. Tam poinformowano nas, że hotel nie ma swoich taksówek i że goście mają prawo do korzystania z hotelowego van’u. My gośćmi rzecz jasna nie byliśmy... 


Zachować twarz



Koncept „zachowania twarzy” w konfucjonizmie trafnie zobrazowany jest anegdotą o koreańskich pilotach. Nie wiem, na ile jest  w tej opowieści prawdy, ale podobno zdarzenie to miało miejsce na którymś z niemieckich lotnisk kilkanaście lat temu. Otóż kapitan, człowiek o długoletnim doświadczeniu, podchodząc do lądowania zapomniał wysunąć kół. Siedzący obok, niższy rangą i wiekiem pilot, nie zwrócił mu na to uwagi. Wytknięcie tak podstawowego błędu osobie „wyższej” byłoby równoznaczne z podważeniem jego kompetencji, a co za tym idzie okryciem przełożonego hańbą. W konsekwencji samolot z setkami pasażerów wylądował na brzuchu. Obyło się bez ofiar.

Mieszkając w Korei spotykam się z tego rodzaju zachowaniami bardzo często. Czasami są to przypadki naprawdę kuriozalne - jak wtedy kiedy vice prezydent mówi, że Kaledonia to stolica Papui Nowej Gwinei, a zgromadzeni z powagą kiwają na zgodę głowami i nawet po spotkaniu nikt nie komentuje gafy. Czasem jednak podejście takie pomaga obu stronom poczuć się dobrze (i człowieczo?) - tak jak wtedy, kiedy starszy już strażnik naklei mi krzykliwie żółte i za nic nie schodzące ostrzeżenie na przednią szybę samochodu za zaparkowanie przy spływie kanałowym, a potem okazuje się, że parkowanie w tym miejscu jest jak najbardziej dozwolone. Strażnik zdaje sobię sprawę ze swojego błędu, ja przepraszam i mówię, że nie będę już tutaj parkowała, on czuje ulgę, ja czuję się dobrze ze swoim zachowaniem, a potem, za każdym razem jak przyjeżdżam na parking, strażnik przyjaźnie macha do mnie ręką i  szerokou śmiecha się resztkami zębów. 

Nigdy nie myślałam jednak, że w pewnym momencie to ja będę tą starszą osobą, która popełnia błąd i której nikt tego błędu bezpośrednio nie wytknie chcąc zachować jej twarz. To była dla mnie nowość.

Od jakiegoś czasu, raz w tygodniu, daję lekcje języka polskiego przemiłemu piętnastolatkowi (nazwijmy go JH), który zakochał się w Polsce. Lekcje te sprawiają mi ogromną frajdę, a że wymagają ode mnie ogromnego wysiłku (ktoś probował uczyć języka polskiego po koreańsku?) traktuję je jako sport wyczynowy~~. Tak czy owak pewnego dnia JH poprosił mnie o pomoc w zapisaniu go na letni kurs języka polskiego w Polsce. Znalazłam mu fajny program we Wrocławiu, pomogłam w formalnościach, skontaktowałam się z odpowiednimi osobami celem dogadania detali. W kalendarzu zapisałam datę wyjazdu – 13 sierpnia. Wszystko wydawało się zapięte na ostatni guzik. W zamyśle miałam tylko jeszcze plan przygotowania dla JH informacji odnośnie transportu z lotniska do akademika, ciekawych miejsc, dobrych pubów etc. JH odwołał zajęcia więc w ostatni weekend spokojnie udałam się ze znajomymi na wyprawę nad rzeczkę, odkładając wcześniej wspomniane przygotowania na nadchodzący tydzień. Do domu wróciłam w niedzielę wieczorem i dopiero wtedy do ręki wzięłam telefon. A tam wiadomość: „Właśnie wyjeżdżam. Napiszę do Pani już z Polski, jak będę miał jakieś pytania”. Na początku nie wiedziałam, o co chodzi. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Sprawdziłam wysłane do niego emaile – wszystkie wyraźnie mówiły o wyjeździe w sierpniu, a nie w lipcu! Telefonu nikt nie odbierał - JH był już dawno w powietrzu - a do rodziców kontaktu nie miałam. Zaczęłam rozważać spacer na pobliski posterunek policji celem ustalenia ich numeru telefonu albo przynajmniej nawiązanie kontaktu z Ambasadą Korei w Polsce. No bo gdzie on będzie spał? Kto się zajmie zdezorientowanym, nie mówiącym po angielsku (czy po polsku), snującym się po pustych korytarzach Uniwersytetu Wrocławskiego piętnastolatkiem z Korei? Wtedy też dopiero zdałam sobie sprawę ze znaczenia ostatnio nasilonej częstotliwości wysyłanych do mnie przez JH smsów. „Czy Jelenia Góra jest daleko od Wrocławia?”, „Czy we Wrocławiu można uprawiać boks?”, „Jak się nazywa osoba, do której mam się zgłosić, bo gdzieś zagubił mi się email?”, „Jak mam dojechać z lotniska do akademika?”... Do tego jeszcze odwołanie lekcji w sobotę... No jak ja mogłam się nie domyśleć, że mu się coś pomyliło?

I wtedy sprawdziłam raz jeszcze stronę szkoły językowej.
Kurs języka polskiego zaczyna się od 14... lipca...


Samsung Summer Festival


W zeszły czwartek i piątek miała miejsce kulminacja Samsung Summer Festival, który rok w rok organizowany jest dla nowo zatrudnionych (45 tura). 

Nowo zatrudnieni (w tym roku 9,500 sztuk!) przez dwa tygodnie ćwiczą układy taneczne, przygotowują pokazy, śpiewają ochocze piosnki – jednym słowem ćwiczą się w duchu totalnego kolektywizmu. Podobno od 10.00 rano do północy…

Wszyscy mają identyczne ubranka - za duże (co by myśli nie zjeżdżały na boczne tory) i w kolorze zależnym od przynależności do danego działu Firmy.

Pomarańczowi – Telecommunication Network (JA!); 
Czarni: Obcokrajowcy (też JA!).


W dniu przedstawienia elita narodu koreańskiego równomiernie podskakuje, klaszcze, tańczy, układa wzory z flag ponad głowami, wykrzykuje wielkie hasła na cześć Firmy. Każda jedna osoba jest niezastąpionym trybikiem w całym mechanizmie. Od jej wysiłku zależy dobro całej grupy.

Różne działy, różne kolorki.

Są tygrysy walczące ze smokami, orły, legioniści, pogrzeby, źli bogowie i dobre wróżki… Wszystko patetyczne, poważne, dostojne, zapięte na ostatni guzik. 

Tygrys (reprezentatywne zwierzątko Korei) zwycięża smoka.

Orzeł – kolejny patetyczny symbol.

Wszystko RAZEM, ramię przy ramieniu, dla WSPÓLNEGO sukcesu.

Na koniec wysiłki tutejszych gwiazdek, gratulacje od Magic Jonhsona, holenderskiego trenera koreańskiej reprezentacji piłki nożnej (nie pamiętam nazwiska) i innych Wielkich Ludzi. Pierś rośnie.

Niczym na olimpiadzie, ogień z płonącego przy scenie znicza przekazany zostaje przez „Wysoką Osobę” uczestnikom festiwalu. Po chwili całe pole jarzy się tysiącami płomyków z wcześniej rozdystrybuowanych świeczek. Ponad nami na niebie rozpryskują się przecudowne fajerwerki.

Na twarzach Koreańczyków widać Dumę, Nadzieję, Wiarę, i Lojalność.

I o to proszę państwa chodziło!



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...