Pożegnanie



Przyjechali w sile czterech jednym z tych wąskich, maleńkich, koreańskich microvan’ów. W torbiastych spodniach po kolana, z widocznymi gumkami markowych gatek, w za dużych T-shirt’ach, ze złotymi łancuchami na szyi, diamentowymi kolczykami (lub jednym) w uszach i z dużymi, świecącymi błyskotkami, zegarkach. Czterech postawnych Nigeryjczyków w filigranowym, białym Damasie. 

Patrząc jak wymieniają akumulator Matiza, żeby go w ogóle zastartować, rozmyślałam jak bogate życie miał (i będzie miał) ten samochodzik. To nie był jakiś tam zwykły pojazd, męczący się w jednym kraju, z jedną rodziną prze wiele lat. Został on sprowadzony przez Amerykanina do Korei, gdzie jego wyjątkowość na tle innych nudnych koreańskich wozów podkreślała ręczna skrzynia biegów. Potem był Polak, który obwoził jego koła po calutkim Seulu albo i dalej (tak, tak, pamiętam nasze zgubienie się w drodze na lotnisko, jakieś zaklęte mgłą ulice i prawie spóźnienie się na samolot do Manilii). A jeszcze potem byłam ja i PWY, mój Koreańczyk. No a teraz Nigeryjczycy i wkrótce już Nigeria, gdzie będzie woził kolejną rodzinę gdzieś po piaskowych wertepach. Iście światowy wóz. 

W końcu zastartował i zabrali go.
A mnie w oku zakręciła się łza.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...