Pan Chark



To nie jest takie proste splunięcie i już. Zwykłe odessanie śliny i jej ukradkowe pozbycie się gdzieś do kanału.

To o wiele bardziej skomplikowany proces, pociągający za sobą konieczność uruchomienia ukrytych siatek mięśni, a nawet zaangażowania niektórych organów wewnętrznych. Ba! Czasem mam wrażenie, że jest to jedna z niewielu rzeczy, w którą Koreańczycy szczerze angażują całą swoją duszę! Wydobyty z podejrzanych komór ciała surowiec również jest bardziej skomplikowanej natury niż jakaś tam byle jaka ślina.

Tak więc najpierw następuje głęboki wdech i wstępne przefiltrowanie gardła. Ledwo uchwytny moment refleksji nad tym, co ma za chwilę nastąpić. Następnie do gry przystępują mięśnie. Klatki piersiowej, ramion a przede wszystkim brzucha. Chwila koncentracji, wsłuchanie się w rytm płuc, głęboki wdech i dramatyczna walka z zalegającą skrzela flegmą. Żeby tylko wydobyć ją w jednym jak najdorodniejszym kawałku. Jak każdemu wysiłkowi towarzyszyć temu musi gwałtowany skok ciśnienia owocujący trwającym ułamek sekundy wytrzeszczem oczu. No i dźwięk, którego z niczym innym pomylić się nie da. Ten niesamowity chark, wydobyty siłą całego swojego jestestwa z najgłębszych pokładów trzewi. Dźwięk, na odgłos którego całe piętro w mojej pracy zamiera. Sroka za oknem również.

I oto jest. Żółta lub zielona, o galaretkowatej konsystencji i zadowalającej gabaryturze. 

Plusk. 

Do kubeczka po kawie. 
Albo do wspólnie używanego kosza na śmieci.

Wspólnie, bo przeze mnie i przez niego...


Śmierć w saunie


Po sobocie spędzonej w pracy wybrałam się z PWY na saunę. Sauna jak to sauna – moczenie nóg w gorących bąbelkach, zakopywanie się w rozgrzanych kryształach soli, kilkuminutowe pocenie się w żarze pieca z pachnącymi deskami sosny w środku, dłuższe poty w saunach z ziółkami, glinkami, minerałami, odświeżanie w lodowej komorze... Idealne miejsce do odstresowania wydarzeń ciężkiego tygodnia.

Wszystko byłoby świetnie gdyby nie telewizja, kórej na co dzień w domu nie mamy. Nieszczęśliwym trafem, w czasie odpoczynku między jedną sauną a drugą, kupiliśmy sobie coś na kształ lodów i w czasie ich zajadania razem z innymi zaczęliśmy śledzić program o... raku żołądka. Temat już sam w sobie niezbyt sprzyjał atmosferze odpoczynku ale stwierdziłam, że w sumie to o raku żołądka wiele nie wiem więć może czegoś się nauczę (w Korei rak żołądka jest jednym z najczęstszych przypadków raka; myślę, że w dużej mierze wina to okrutnie ostrego jedzenia i niespożytych ilości alkoholu, które tutaj się wypija).

Moje oczekiwania były proste. Chciałam się dowiedzieć o powodach, sposobach leczenia, przebiegu oraz statystykach związanych z tego rodzaju rakiem. Zamiast tego poczęstowano mnie traumą, z której otrząśnięcie zajęło mi kilka dni...

W czasie ciąży u trzydziestoletniej kobiety wykryto raka żołądka. Miała ona do wyboru aborcję i natychmiastowe przejście intensywnego leczenia bądź donoszenie ciąży i niewiele szans na przeżycie. Wybrała to drugie. Najwidoczniej z powodów finansowych (bo innych nie potrafię sobie wyobrazić)  matka i mąż dziewczyny zdecydowali się wyrazić zgodę na obecność sępów telewizyjnych podczas ostatnich miesięcy jej życia. Dzięki temu właśnie mogłam być świadkiem przeobrażania się ślicznej dziewczyny w wijące się z bólu, nie mające kontaktu z rzeczywistością resztki człowieka. Kamera nie oszczędzała nikogo i niczego: brzuch pełen cieczy i jej odsączanie na żywca, krwawienie podczas załatwiania się, toczenie się w zupełnym zgięciu do recepcji i błaganie o kolejną dawkę morfiny.... no i przede wszystkim sam ból. Ból tak wielki, że wykrzywia twarz w jeden wielki do nikogo nie podobny grymas, swoją intensywnością hamując jakąkolwiek możliwość wydania przynoszącego ulgę krzyku. Taki ból jest chyba najwyższą formą samotności.

Dziewczyna w końcu umiera. Ale nie tak napisami z datą, godziną jej śmierci i filozoficzną retrospekcją... Umiera na moich oczach. Leży na boku, zlepione włosy, niewidzące ogromne oczy, matka obok. W pewnym momencie podrywa się na łóżku, patrzy w około, z powrotem kładzie się i widzę, po prostu widzę - ja, zupełnie obca, przypadkowa osoba zajadająca lody w saunie - jak jej oczy tracą blask. Na Boga, jakie mam do tego prawo? Następuje stwierdzenie zgonu przez lekarza, zawodzenie matki, bicie pięściami w ścianę męża... Wymarzony kurwa sobotni wieczór.

Ja tego po prostu nie rozumiem. Nie potrafię i chyba nawet nie chcę zrozumieć, dlaczego Koreańczycy lubują się w wybitnie kreatywnym tworzeniu i przeżywaniu największych życiowych dramatów („życie musi być ciężkie”). I nie rozumiem dlaczego nie potrafią wykrzesać zwykłego ludzkiego, naturalnego (nie kontrolowanego hierachią czy całą resztą społecznych zasad) odruchu poszanowania dla życia drugiego człowieka. Jak można z tragedii drugiej osoby robić operę mydlaną? Bo to naprawdę opera mydlana była (Koreańczycy nie używają określenia „soap opera” tylko „drama”; i słusznie jeżeli wziąć pod uwagę aktorki ryczące w pięciominutowych odstępach) – nie dowiedziałam się niczego o samej chorobie, a przez następne trzy dni musiałam walczyć z podłą depresją próbując wymazać z pamięci ten niknący z oczu blask. 

Uważam, że to poważny problem/ułomność Koreańczyków. Jakieś takie zagubienie w odczuwaniu nie wymuszonej empatii, zupełny brak taktu, przekonanie o moralnej wyższości cierpienia i pewnej nieprzyzwoitości w byciu szczęśliwym oraz traktowanie ludzkich dramatów jako pożywki dla codziennych rozmów przy kawie (dla własnego zdrowia psychicznego nie będę już nawet wspominała o kolejnym przykładzie takowej, która miała miejsce wczoraj...). Przywołuje mi to na myśl osoby, które czują potrzebę oglądania zdjęć z najbardziej masakrycznych wypadków - u niektórych ludzi jedynie ekstremalne bodźce potrafią wywołać ludzkie odruchy, co w rezultacie daje takiej osobie poczucie przynależności do przymiotnika "ludzki". A to już wydaje mi się krok od jakiejś choroby psychicznej.

I tak. Może i podeszłam do tematu zbyt emocjonalnie i jednostronnie. Ale od sobotniego wieczoru jestem znowu na bakier z Koreańczykami. I kondycja ta do chwili obecnej nie chce mi przejść...



30USD za 118km/h




Przyszedł wczoraj. Na romantycznie różowym papierze, z ślicznym ujęciem samochodu, rozpiską co, gdzie i jak, oraz o której godzinie. Pełna kultura.

Mój pierwszy w życiu mandat. Za 30 dolarów.

W Korei system nawigacyjny kupuje się z trzech powodów. Pierwszy to najbardziej chyba na świecie powikłany system dróg, autostrad, mostów i tuneli. Drugi powód to precyzyjność takiego systemu oraz natężony ruch uliczny, którego taki system pozwala uniknąć (rzeczywista analiza sytuacji na drogach). Trzeci powód to porozstawiane co jakiś czas kamery, które automatycznie załatwiają sprawę naszych policjantów z suszarkami, a przed którymi system taki ostrzega.

W opisywanym przypadku najwyraźniej ostrzegł mnie za poźno albo to właśnie wtedy próbowałam sił samochodu i ciężko było wyhamować ze 160km/h (PWY oczywiście musiał wtedy spać...). No cóż, dokładnie nie pamiętam jak to było ze mną 1 maja o godzinie 10:58:37...



Pasażer jest obecnie standardowo wymazywany z ujęcia, ponieważ w przeszłości dochodziło do zbyt wielu pozwów o spowodowanie rozpadu rodziny. Często okazywało się bowiem, że siedzącą obok kierowcy kobietą wcale nie była żona...

Ciężka noga kierowcy w takim towarzystwie nie dziwi~~.


Akacje



W Korei zakwitły akacje. 

Tuż u podnóża góry Surak (수락산), gdzie mieszka mama PWY, słodki zapach obrzmiałych białym kwiatem drzew upaja zmysły podczas wieczornego spaceru.

Wiatr falami zanosi zapach do wnętrz domów dobrotliwie zatrzymując na chwilę czas.

Głęboko oddycham, żeby nie zapomnieć.


Moi bratankowie


W obecności dzieciaków rozpływam się w dwie lewe ręce i okaz stanowczej bezradności. Nie to że za nimi przepadam czy czuję przypływ macierzyńskich emocji. Absolutnie nie. Bardziej chodzi o to, że dzieci są dla mnie jak małe istotki z kosmosu, z którymi normalnie nie sposób się komunikować. A ja niestety (?) nie potrafię na zawołanie wydawać jakichś pisków, robić min albo pleść głupot i to w obecności osób trzecich (solo zdecydowanie lepiej mi wychodzi). Udaje mi się w ten sposób rozmawiać jedynie z moją kotką, a ta w rewanżu przynajmniej odpowiada i rozumnie na mnie patrzy. Dzieciaki wręcz przeciwnie – ni w ząb nie potrafią pojąć o co mi chodzi i te okresy ciszy, kiedy żując misia patrzą na mnie okrągłymi oczkami, a ich mózgi ciężko pracują nad rozszyfrowaniem moich słów, są bardzo krępujące... Bo najczęściej w takich sytuacjach obracają się po chwili na pięcie i uciekają w popłochu... Wtedy to ja czuję się jak kosmita...


Od kilku tygodni w weekendy opiekujemy się z PWY dziećmi jego starszego brata, mieszkającego na Cebu. Muszę przyznać, że za każdym razem jest to dla mnie duży stres. Ogarniające mnie wtedy uczucie fajtłapowatości jest dla mnie bowiem mocno niekomfortowe. Zawiedzione spojrzenia PWY też nie dodają mi otuchy. Tak czy owak bycie „małą mamą” (작은 엄마) – dla dzieci żona młodszego brata ojca – do czegoś zobowiązuje... Robię więc te miny, plotę głupoty i opowiadam niestworzone historie tak dobrze, jak tylko potrafię. A potem w niedzielę wieczorem wypijam zasłużoną butelkę czerwonego wina co by dojść do siebie...




Sue Hyeon


Geon podrywający koleżankę. :]



Koreański tygrysek



Większość koreańskich przydomków w adresach emailowych pochodzi od imienia i nazwiska ich właścicieli. Normalna rzecz. Czasem jednak zdarzają się kwiatki w stylu „leader”, „genius” czy „handsome”... O ile w prywatnych adresach to ujść pewnie może to w wielkiej korporacji już chyba mniej. No bo co ja mam sobie pomyśleć otrzymując wiadomość od kogoś z nazwą „bastard”?

Przez jakiś czas torpedowana byłam babelfiszowymi tłumaczeniami tekstów koreańskich na angielski, wysyłanymi przez nieznanego mi pracownika firmy, w której pracuję. Teksty traktowały o „odważnym wznoszeniu się na wyżyny”, „dochodzeniu na szczyty”, „żarze oczyszczania”, „odwadze w radosnym oddaniu się’”, ‘”oczekującej na szczycie nagrodzie” etc. ... Mimo natychmiast nasuwających się konotacji założyłam niewinnie, że facet może być jedynie zagorzałym katolikiem, a tłumaczenia po prostu niefortunne. W końcu w każdym porannym kimbab’ie, jedzonym w metrze na śniadanie, znajduję przeszmuglowane wersety z Biblii, a nocą czerwone neony przykościelnych krzyży dzielnie konkurują z równie czerwonymi neonami "love motelów".

Po kolejnych dawkach dwuznacznych tekstów moja wiara w dobre intencje tajemniczego człowieka zaczęła się jednak delikatnie osłabiać. 

Sprawdziłam adres amanta. 

Wiadomości przychodziły od... „tygryska”.


Cud nad Hanem



Od prawie czterech tygodni boli mnie kręgosłup. Właściwie to nazywa się to chyba lumbago. 

Próbowałam wszystkiego. Byłam na akupunkturze, aplikowano mi ogniste bańki i rażono mięśnie prądem. W czasie przerwy obiadowej schodziłam na dół do sali gimanstycznej i leżałam z nogami na ławce podgrzewając się ciepłem podłogi (w Korei ogrzewana jest podłoga, a nie kaloryfery). Przed spaniem moczyłam się w gorącej wodzie z solą, a podczas snu ogrzewałam plecy poduszką elektryczną. 

I wielkie nic.

Doktor powiedział mi, że mam prosty kręgosłup. A prosty kręgosłup bardzo podatny jest na zmęczenie – szczególnie jeżeli większośc dnia siedzi się przed komputerem. Potem dodał, że moje prawe biodro jest niżej niż lewe (co może być akurat prawdą, bo od czasu operacji cały ciężar ciała opieram na lewej nodze). Stwierdził, że ponieważ ból zdaje się „schodzić na dół”, to musi to być kwestia systemu nerwowego. Kazał zrobić mi specjalne „zdjęcia”, żeby sprawdzić, czy aby coś gdzieś czegoś nie uciska. 

Czułam się podle. Wszystko mnie bolało i z uporczywego bólu nie mogłam skupić się na pracy. Zadzwoniłam do mamy. Ta poradziła mi, żeby zażyć kompleks witaminy B. A przy okazji też żelazo. Koreańska dieta bowiem jest w owe bardzo uboga. Po odłożeniu słuchawki zobaczyłam, że na moim biurku stoją zapomniane przez cały boży świat tabletki musujące jeszcze z Polski – magnez i witamina B6.

Zażyłam.  

Po około dwóch godzinach ból zdecydowanie zmalał. Po następnej dozie prawie przeszedł! To było naprawdę jak jakiś cud! To ja się tutaj męczę przez prawie miesiąc, a natychmiastowe, proste rozwiązanie jest na wyciągnięcie ręki!

W życiu chyba często tak właśnie bywa...


Lekcja rosyjskiego



Mój szef (właściwie to już „były szef”) jest właśnie w podróży służbowej w Rosji. M., moja rosyjska współpracowniczka, otrzymała od niego emaila następującej treści:


"Could you help me to say a few things in Russian?

Hello
Thank you
Bye
Yes
No
Great!
You are pretty :-)
etc."


Gorąco zaleciłam M., żeby do tłumaczenia ostatniego wyrażenia dodała troszeczkę „papryczki”. Mam nadzieję, że jakaś jurna rosyjska białogłowa porządnie przyłoży mojemu szefowi w pysk. Co by się w końcu na interesach biedaczyna mógł skupić.


Wieczór




Dobrze jest czasem się zatrzymać. 
Nieplanowanie i w środku wszystkiego.


Położyć się na puszystym dywanie z nogami na kanapie.
Włączyć muzykę i od czasu do czasu dotknąć dłonią o dłoń.


Uzupełniać się każdym kolejnym ruchem.
W niewymuszonej ciszy.


Leżeć koło siebie.
Bezszelestnie wśpiewując się w kobiecy głos.


Spoglądać na siebie od czasu do czasu.
Z półuśmiechem i powoli zamykanymi powiekami.
Bezpretensjonalnie.


Być ze sobą w tym jednym i jedynym momencie.
Jakby nie istniał cały świat.
Albo czas.




Zapowiedź



natarczywie nieoczekiwanie 

pomarańczowy telewizorek z zielonym obrazem i czterema pokrętłami do regulacji koloru albo za cicho albo za głośno sparaliżowana przy oknie na stołku za mną duch w łańcuchach mąkę z kuchni do przedpokoju młodych świat i dwa artykuły przez mamę pokrowiec na krzesło pomarańczowo brązowy naprawdę ciemno różowe plastikowa lampka na biurko brązowa denerwujące umocowanie zabawka psoty mężczyźni wokoł stołu karty wódka dym tytoniowy dziadka spokój i uciecha łyżeczka kawy obrona słabszej i przyduszona przez silnego wylatuje ze szkoły lalka z rosji chodząca dzika róża większa ode mnie na czerwonym dywanie w czarne esy floresy sanki i koń tato szyny na twarzy w kuligu zamieci dzik i zamarnięte jedzioro piosenkowe zające na kładce w autobusowej podróży do domu wszystkowiedząca już z półotwartym okiem w ramionach i niebieskim futerku mijające słupy elektryczne gonzo niebieski zapomniany tornister bijatyka z piękną igłowa drukarka na trzęsącym się stoliku kasia chyba piłeczka palantowa w mój brzuch królowa trzepaków i gumy do grania zapach swieżego parkietu i deszcz za oknem nowego domu żaluzje babci toaletka i wszystkie te skarby leci krew będą dzieci zawód taty greckie wazy kopiowane kawa rozlana na tapecie ciemno brązowe kafelki w kuchni zatrzaśnięte drzwi i wybita szyba do stawiania kroków przez odstająca tapeta ciemno różowa w kwiaty tato baranem do lekarza szpital wychodzące włosy majacząca ciemność podrapana szyja ucieczka snu kawa po szkole kalkulator pod choinkę i czerwony słownik dom stary po prawej stronie z indykiem fartuszek z bufiastymi rękawkami biało fioletowy czerwony telefon w nocy mamy maszyna do szycia niebieska poduszka elektryczna zabić przecież mogła wylana woda z pralki i skrzecząca górka z nabrzmiałego parkietu w białym drewnianym łóżku głośny płacz i ciemny korytarz kaczorki zółte z ciepłem lampy czarny kotek w górze przed wyprawą do babci srebro w wilgotnej ziemi doniczki ewa śmiech do rozpuku akacje i skałki cmentarz ciszy mecz piłki nożnej tata sędzia gola! autobus policyjny z powybijanymi oknami szkło na podłodze wygrana w 7 posunięciach niekontrolowany śmiech taty czerwony rower i przejechany czarny po porzeczkach klucz na niebieskiej wstążce opatulony folią dywan w przedpokoju barek czarna czekolada za mglistą szybką w lodówce za krew może nie zorientują się sen mocny tato metalową rurą w okno ospa i zagumkowana piżama wyboje i wiatr napędzany rowerem po osiedlu wycinanka z włoskami czarne jaskółki na akwareli za duży sweter długie włosy zapach dojrzałych traw a w nich pierwszy czarne paznokcie woda wiatr i żagle za duże sztormiaki i siusiu do czerpaka pomidory w puckiej i dryf bez foka śmiech do rozpuku po stracie załogantki urwane pasy balastowe połamane krzesło gęsi skrzydeł trzepot za mną bez tchu naszyjnik długi trójkątny posrebrzany z nagą kobietą na czarnym tle i jej długie ciemne falowane włosy ciemno w pociągu ciężar na moim ciele przybita do siedzenia smak goryczy sól w ustach pędzący wiatr otwartego okna telewizor dźwigany podczas choroby dla mojej rozrywki nie odbiera dyktando ewy lipskiej

jak to możliwe że jestem gdzie jestem


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...