Skórki i pestki


Uwielbiam owoce. W ciągu dnia objadam się nimi co najmniej w trzech sesjach. Pierwsza ma miejsce o 10-tej rano, kiedy w mojej firmie rozlega się muzyka wzywająca pracowników do kilkuminutowego odprężenia. Dla mnie to czas na jabłko. Jem je ze skórką, co wprowadza Koreańczyków w absolutną panikę, bo Koreańczycy jabłka spożywają jedynie obierane – skórka, nawet ta porządnie wymyta, zawierać ma zbyt wiele chemikaliów (mój szef poradził mi, żebym po wymyciu jabłek pozostawiała je na noc w roztworze wody i octu jabłkowego). Takie podejście wyniosłam z domu - mój tato do tej pory konsumuje jabłka w całości, łącznie z ogryzkiem.

O godzinie 15-tej muzyka ponownie sączy się z firmowych głośników, co dla mnie oznacza relaks z bananem (bez skojarzeń!) lub winogronami. Winogrona jem ze skórką i pestkami (jeżeli już są), na widok czego Koreańczycy bezskutecznie próbują ukryć spojrzenie pełne politowania nad barbarzyńcą ze wschodniej Europy - w Korei z winogron, szczególnie tych koreańskich, wysysa się jedynie środek odkładając skórki na bok. Koreańskie winogrona są jak dla mnie jednak smakowo wątpliwe, więc ograniczam się do tych importowanych, "całozjadalnych".

Wieczorem, choć to podobno nie służy sylwetce uznanej w Korei za normę piękna (czyt. wyglądowi patyka), delektuję się persymonkami, czereśniami, winogronami, truskawkami, gruszką, albo arbuzem. Na owoce wydaję majątek, bo w Korei płacić trzeba za nie jak za zboże. Ale niech już będzie – to zamiast torebki od Prady albo Louis Vuitton.

Koreańska gruszka

Koreańskiego arbuza, persymonę i gruszkę uważam za prawdziwe arcydzieła natury. Ociekająco soczyste, słodziuchne, idealne na gorącą wilgoć lata lub jesienny wypad w góry. Pychota! Teraz mamy lato, więc w moim owocowym menu dominuje arbuz. Wszelkie arbuzy, również te koreańskie, pochłaniam, a jakże, razem z pestkami. Taplanie się paluchami w miąższu owocu wydaje mi się mało higieniczne, a wyciąganie pestek łyżeczką lub widelcem poważnie nadszarpuje moją radość konsumpcji. Jem więc arbuza takim, jakim go matka natura stworzyła, a Koreańczycy niezmiennie reagują na to okrzykiem niedowierzania. Nawet PWY, który świadom jest mojego arbuzowego usposobienia za każdym razem żartobliwie „nie może zrozumieć, dlaczego Polacy są tacy leniwi”. Najciekawszy jednak komentarz, który kilkakrotnie udało mi się już usłyszeć, pięknie (i dosadnie) obrazuje rzeczowość, z jaką Koreańczycy podchodzą do życia: „przecież i tak pestki przechodzą przez organizm w nienaruszonym stanie - do niczego się więc mu nie przydają, a swoimi cechami fizycznymi mogą wyrządzić po drodze jakieś szkody”.

Ja tam nie sprawdzałam, ile życiowej prawdy jest w powyższym stwierdzeniu (szczegónie jego pierwszej części) i sprawdzać chyba nie będę. Fizycznej szkody jak do tej pory również nie poniosłam. W związku z powyższym pozostaję przy swojej tradycji szamania owoców w całości. To jedna z tych właściwości, które chyba się nie zmienią nawet po tylu latach mieszkania w Korei...

Według Koreańczyków smacznego arbuza poznaje się 
po jak najmniejszym "guziczku" na jego spodzie. Kolejnym 
kryterium jest zielona łodyżka ciągle doczepiona do góry 
arbuza oraz odpowiedni dźwięk wydawany przy opukiwaniu.




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...