Ostre nożyce zdecydowanym świstem przecinają powietrze wokół mojej głowy. Za każdym pociągnięciem tracę kilkanaście centymetrów nawarstwionej we włosach przeszłości. Naprędce znalezionymi nożyczkami, w obskurnym pokoju koreańskiego akademika, posadzona na samotnym stołku w samym jego środku. Z zaplecionymi dłońmi, jak urzeczona, spoglądam na płytki szarej, gumowej podłogi, uściełanej jasnymi kosmykami. Na ziemi bezładnie tarza się zapis minionych wydarzeń, mojego dawnego życia, które za krótki moment ma znaleźć się w koszu. Rozmyślam o ogromnych, kilkutysięcznych drzewach i ich słojach, w których strukturze wprawne oko odczytać może tajemnice dawnych czasów. Tak samo jak słoje drzew, tak i włosy przechowują echa przeszłości, skrawki wyżłobionego na nich doświadczenia. Średnio w jednym centymetrze jedwabistej nitki zapisane jest wspomnienie jednego miesiąca z mojego życia. Tamtego życia.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anna Sawińska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anna Sawińska. Pokaż wszystkie posty
"Korea - w kraju porannego spokoju" - cz.2
Kolacja firmowa
Mężczyzna w okolicach pięćdziesiątki czołga się po podłodze wykrzykując w moim kierunku płomienne wyznania miłości. Na niziutkich stołach walają się niedopite butelki soju oraz resztki po sushi posypanym opiłkami złota. To mój pierwszy tydzień w pracy. Podczas kilkugodzinnej mocno zakrapianej kolacji ani razu nie tracę głowy, mimo że moi przyszli współpracownicy podpuszczają mnie na wszelkie możliwe spsoby. Chcą sprawdzić, jaką osobą jestem opierając się na starej prawdzie „in vino veritas”. To pierwszy z wielu etapów na drodze do zdobycia ich zaufania. W porównaniu do innych trzymam się całkiem nieźle, więc początkowy test mogę zaliczyć chyba do zdanych śpiewająco. Po zaledwie kilku godzinach od kolacji, wszyscy stawiamy się przed czasem w żołnierskim szyku przy swoich biurkach. W ciągu dnia niektórzy odsypiają na krześle w wyprostowanej pozycji, poruszając jednocześnie długopisem dla zachowania pozorów. Zdolności kamuflażu Koreańczyków wprawiają mnie w osłupienie. Ci mniej odporni biorą kilkunastominutową drzemkę okrakiem na toaletowej muszli.
Podróż służbowa
Drugi tydzień w pracy. Siedzę właśnie w samolocie zmierzającym do Pragi. Nikt nie potrafi mi dokładnie powiedzieć, jaka jest moja rola podczas tego wyjazdu. Do błądzenia we mgle muszę się przyzwyczaić, bo tak będzie wyglądała moja praca przez kolejne kilka lat. Jeden z kolegów, który leci ze mną spóźnia się. Jego nazwisko rozbrzmiewa po całym lotnisku. W końcu wpada zasapany z wielkim kartonem pod ręką. Okazuje się, że to zapasy ramyeonu – koreańskiej zupki instant. Po przylocie do Pragi instalujemy się w hotelowym pokoju konferencyjnym. Pracujemy od świtu do nocy zagryzając koreańskim fast foodem. Po złożeniu dokumentów przetargowych wychodzimy w końcu coś zjeść na zewnątrz. Przecieram oczy ze zdumienia, kiedy wchodzimy do restauracji koreańskiej. Podczas ponad tygodniowego wyjazdu nie udaje mi się skosztować lokalnej potrawy ani razu. Do tego też będę musiała się przyzwyczaić. W kilka dni po powrocie do Korei szef przywołuje mnie do swojego biurka. Podniesionym głosem wyłuszcza mi coś po koreańsku. Bezradnie rozglądam się za tłumaczem, ale moi współpracownicy w napięciu wpatrują się w swoje monitory. Szef zaczyna krzyczeć i czuję, że lepiej mu nie przerywać mimo że nie mam najmniejszego pojęcia, o co mu chodzi. Siadam zszokowana na swoim miejscu. Ktoś przez komunikator wyjaśnia mi, że po podróży służbowej nie wypełniłam listy wydatków w firmowym systemie. O obowiązku i systemie nikt mnie wcześniej nie informuje. Nie poddaję się jednak emocjom. Nie tłumaczę się, nie podnoszę głosu. Z pomocą kolegi wypełniam gąszcz tabelek w języku koreańskim. Test numer dwa zdany.
Szok kulturowy
Podchodzi do mnie przystojny Koreańczyk w dojrzałym wieku. Zaprasza na kawę do kafejki na dół. Po trzech latach Samsungowego reżimu z trudem łapię oddech, kiedy zwraca się do mnie bezpośrednio. W końcu to pracownik zarządu. Na tym szczeblu nikt przecież nie powinien zwracać na mnie najmniejszej uwagi. Przeżywam drugi szok kulturowy. Zdaję sobie sprawę, że kultura organizacyjna w Samsungu, z którą musiałam się zderzyć, jest ewenementem nawet dla Koreańczyków. Rozmawiamy na temat mojej poprzedniej pracy i o tym, co chciałabym robić na właśnie co otrzymanym stanowisku. Mężczyzna, który będzie moim mentorem przez następne siedem lat pyta, co jest dla mnie najważniejsze w życiu. Odpowiadam, że chciałabym umrzeć z delikatnym uśmiechem na twarzy.
Tradycyjny ślub
Bufiaste pantalony, lniana halka ze spódnicą na sprężynach, gorsecik, kolejna halka ze spódnicą wierzchnią, a na to haftowany kubraczek z szerokimi rękawami. To nie wszystko. Pracownica skansenu przynosi mi szatę ślubną, którą trzeba założyć dodatkowo na wierzch. Przez złączone dłonie przewiesza mi wyszywaną płachtę materiału, którą muszę prezentować w niewzruszonej pozycji przez następne dwie godziny. W kok wpina mi długą szpilę, która po obu końcach podtrzymuje wstążki spływające na moją klatkę piersiową. Gumka pod brodą podtrzymuje koszyczek zamocowany na czubku mojej głowy. Na policzkach przylepione mam dwie czerwone kropki. Wpatruję się w lustro i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że wyglądam jak napuszona kobra. W końcu rozpoczyna się cermonia. Wokół mnie tradycyjne koreańskie domki, na środku zastawiony jadłem stół, w tyle zespół przygrywający na tradycyjnych koreańskich instrumentach. Na dziedziniec w lektyce niesionej przez czterech mężczyzn wkracza mój koreański mężczyzna. Kłaniając się w pas ofiarowuje mojej mamie kaczkę. To prezent w zamian za moją rękę. Przez stół kłaniamy się sobie bijąc czołem o ziemię. Dwie kobiety obok podtrzymują mnie za łokcie i ramiona, żebym była w stanie podnieść się z podłogi z jako taką gracją. Pijemy alkohol, kosztujemy kilku dań. Po godzinie przedstawienia wodzirej ogłasza nas mężem i żoną. Z trudem wciskam się do ciasnej karocy. Sześciu mężczyzn podnosi mnie i niesie za mężem do wioski, która ma być od tej pory moim nowym domem.
Powyższy tekst pojawił się na przełomie maja i czerwca w "Monitorze Polonijnym" ze Słowacji. Oryginał można przeczytać poniżej:
II część artykułu - zapraszam na stronę 30-31:
"Korea - w kraju porannego spokoju" - cz.1
Rozmowa kwalifikacyjna
Siedzę u szczytu ogromnego drewnianego stołu. Po obu bokach zasiada kilkunastu Koreańczyków w niemalże identycznych garniturach. Wpatrują się we mnie intensywnie, bez słowa i bez jakiejkolwiek emocji na twarzy. Biorę głęboki oddech i otwieram przygotowaną na tę okazję prezentację. To ostatni etap konkursu o Globalne Stypendium Samsunga. Do finału dostało się dziesięć osób. Dwie z nich polecą do Korei na co najmniej cztery lata. Nie żywię zbyt wielkiej nadziei, że jedną z nich będę akurat ja, ale i tak mam zamiar wypaść jak najlepiej. Z uśmiechem na twarzy opowiadam o swoim planie marketingowym dla koreańskiej rice-cooker, czyli elektrycznego garnka do gotowania ryżu. Mój uśmiech odbija się jednak bez echa o skamieniałe twarze siedzących przede mną Azjatów. Absurdalność sytuacji zaczyna niepokojąco mnie rozbawiać. Kiedy jeden z Koreańczyków poważnym głosem pyta mnie, czym zajmuje się mój tato, muszę kontrolować się, żeby zupełnie nie wpaść w stan bezmyślnej wesołości. Odpowiadam, że jest nauczycielem, na co Koreańczycy po raz pierwszy obdarzają mnie zadowolonym potakiwaniem głowy. Po kilku dniach odbieram telefon. Mam w ciągu kilku tygodni spakować się i po raz pierwszy w życiu wsiąść do samolotu, który wywiezie mnie na drugi koniec świata.
Pierwsze wspomnienie
Jest sierpień 2002 roku. Drzwi lotniska otwierają się przede mną bezszelestnie. Próbuję wziąć głębszy oddech, ale gardło zatyka mi fala wilgoci, która gwałtownie uderza w moje wysuszone klimatyzacją ciało. W jednej chwili moja skóra pokrywa się mgiełką rosy, a ubranie staje się jakby cięższe. Zaintrygowana rozglądam się wokoło. Niebo nabrzmiałe przyciężką szarością chmur odrobinę odstręcza, podobnie jak monstrualne betony słupów podtrzymujących lotniskową konstrukcję. Na szczęście humor poprawia mi niezwykle życzliwy pracownik lotniska, który sprawnie pakuje mój bagaż do luku autobusowego i „szybko, szybko” popędza mnie do środka autokaru. Pędząc w niezwykle wygodnym fotelu przyglądam się nowemu światu za oknem. Nie wiem, czy to z powodu zmęczenia, ale wszystko wydaje mi się jakieś takie bezbarwne. Tak, jakby ktoś nałożył na obraz filtr odbierający kolorom żywotność. Autobus spowalnia. Z autostrady zjeżdżamy do centrum Seulu. Przyglądam się znaczkom koreańskiego alfabetu, których natarczywa wszechobecność przyprawia mnie o zawrót głowy. Mijam ponure stragany pozabijane metalowymi płachtami i myślę sobie, że ten drugi koniec świata to może po prostu... koniec świata. W tym samym miejscu dwanaście lat później, w roku 2014, otworzony zostanie Dongdaemun Design Plaza & Park – nowoczesny kompleks, któremu stać ma się zagłębiem mody dla całej Azji i Pacyfiku. W roku 2002, jadąc z lotniska w kierunku Korea University, nawet na myśl mi nie przychodzi, że ciągle będę jeszcze wtedy w Korei.
Alma Mater
Jeszcze przed wyjazdem do Korei prezes Samsunga w Polsce bierze mnie na dywanik i pyta, czy jestem w stanie spać po trzy, cztery godzinny dziennie. Zanim otworzę usta próbuję odpowiedzieć sobie w głowie, dlaczego niby miałabym spać tak krótko. Rozpościerzony na skórzanym fotelu Koreańczyk wyjaśnia mi, że w takim właśnie trybie żyją koreańscy studenci. To jedyny sposób na to, żeby w zadowalającym stopniu opanować ogrom materiału. Presja ma być podobno ogromna. Zaczynają nachodzić mnie wątpliwości, czy aby na pewno dam sobie radę. Odganiam je jednak szybko niczym natrętną muchę. Okazuje się, że słusznie. Już na miejscu sumienność koreańskich studentów przeraża mnie, ale z trochę innych niż sugerowane przez prezesa powodów. Zamiast niezbędnych fragmentów książek Koreańczycy studiują każdą jedną linijkę, wliczając w to spis treści, przedmowę, podziękowania i przypisy. Uczą się pamięciowo, mają problem z łączeniem ze sobą poszczególnych kropek. Obawiają się nieskrępowanej dyskusji do tego stopnia, że nawet ja - osoba, która rzadko kiedy zabiera głos na zajęciach w Polsce – podejmuję dyskusję tylko po to, żeby pchać wykładane tematy do przodu. Ostatecznie dwa lata studiów kończę w trzy semestry. Przed rozpoczęciem pracy w Głównej Siedzibie Samsunga zapożyczam się i wyruszam w trzymiesięczną podróż z plecakiem po Azji.
Po godzinach
Z nieśmiałością wypróbowuję swój własny głos. Zimny metal mikrofonu uświadamia mi, że nigdy przedtem nie miałam tego urządzenia w dłoni. Nie mam wprawy w śpiewaniu, a już w szczególności nie przed grupą mało znanych mi ludzi. Ukradkiem przypatruję się zgromadzonym w przyciemnionym pokoiku osobom. Nikt nie zwraca na mnie większej uwagi, kiedy nucę pod nosem wybraną przeze mnie „Like a virgin” i wystukuję kod następnej piosenki do kolejki. Na stole stoi kilka butelek piwa, pod które podjadamy wysuszone na wiór kałamarnice. Na miasto wychodzimy kilka razy w tygodniu. Koreańscy studenci są pod tym względem nie do zdarcia, choć następnego dnia muszą odespać w uniwersyteckich bibliotekach zmaltretowani libacjami poprzedniej nocy. Muszę przyznać, że zabawa jest jednak przednia. Pod wpływem czaru nocy Seul przeobraża się z zalatanej codziennymi obowiązkami dziewuchy w mizdrzącą się kurtyzanę, która wabi karminową czerwienią neonów, kalejdoskopem pubów i restauracyjek i innymi przybytkami młodzieńczego grzechu. Już wiem, że z łatwością można się w tym miejscu zatracić.
Powyższy tekst pojawił się w kwietniu w "Monitorze Polonijnym" ze Słowacji. Oryginał można przeczytać poniżej:
I część artykułu - zapraszam na stronę 29-30:
Subskrybuj:
Posty
(
Atom
)