Jeden dzień. Polska, jaką pamiętam.



Ostre nożyce zdecydowanym świstem przecinają powietrze wokół mojej głowy. Za każdym pociągnięciem tracę kilkanaście centymetrów nawarstwionej we włosach przeszłości. Naprędce znalezionymi nożyczkami, w obskurnym pokoju koreańskiego akademika, posadzona na samotnym stołku w samym jego środku. Z zaplecionymi dłońmi, jak urzeczona, spoglądam na płytki szarej, gumowej podłogi, uściełanej jasnymi kosmykami. Na ziemi bezładnie tarza się zapis minionych wydarzeń, mojego dawnego życia, które za krótki moment ma znaleźć się w koszu. Rozmyślam o ogromnych, kilkutysięcznych drzewach i ich słojach, w których strukturze wprawne oko odczytać może tajemnice dawnych czasów. Tak samo jak słoje drzew, tak i włosy przechowują echa przeszłości, skrawki wyżłobionego na nich doświadczenia. Średnio w jednym centymetrze jedwabistej nitki zapisane jest wspomnienie jednego miesiąca z mojego życia. Tamtego życia.





Stoję przed lustrem łazienki wpatrując się bez ruchu w moje nowe oblicze. Drgające, cicho buczące jarzeniówki, otulone przybrudzonymi kloszami, z wysiłkiem rozpraszają przygnębiający mrok pomieszczenia. Zmarniałe już owady wytrzepują w konwulsjach resztki swojego żywota. Wiem, że tam w środku ciągle jestem tą samą osobą. Z lustra spogląda na mnie jednak ktoś zupełnie inny – nie mogę rozpoznać rysów tej twarzy, nie potrafię niczego wyczytać z tych oczu. Moja głowa staje się nieznośnie lekka, przed oczyma widzę już tylko szybko postępującą, mrowiejącą ciemność. Jestem obok, gdzieś poza ponurą atmosferą pomieszczenia. Myślę o kolejnym początku. Jestem jak niemowlę, które wszystkiego musi nauczyć się od nowa.




*
Jestem tak malutka, że nie potrafię jeszcze nawet mówić. Rodzice wpatrują się we mnie z uwielbieniem nie zdając sobie sprawy, że wcale nie śpię. W kokonie z kożuszka czuję się bezpiecznie. Po moim ciele rozchodzi się ciepło doskonałe – ciepło właściwe dla niedzielnych poranków pod pościelą, kiedy za żadne skarby nie chce się wyjść z łóżka. Spod lekko przymrużonych oczu, bez poruszania źrenicami, obserwuję przemykające za oknem obrazy: szarawe, zimowe niebo i betonowe słupy podtrzymujące grube, gumowe kable. Mama długo później tłumaczy mi, że kable te muszą w plusowej temperaturze luźno zwisać, bo pod wpływem mrozu mają tendencję do kurczenia się. Faktycznie dyndające na mroźnym wietrze przewody są jakby bardziej napięte. Świat na zewnątrz melancholijnie prześlizguje się przez moje pole widzenia. Pozwalam wszystkiemu płynąć przedłużając moment, kiedy na powrót będę musiała stać się bezradnym niemowlęciem. Nie potrafię samodzielnie usiąść, a już wszystko wiem i wszystko rozumiem. 


*
Mam trzy ulubione zabawki. Pierwsza to brzoskwiniowy samochodzik, odkryty jeep właściwie, z wyjmowanymi razem z osią kołami i wyciąganą ramą przednich szyb, w której szyb tak naprawdę nie ma. Druga zabawka to żółty miś z czarnymi oczami i czarnym nosem, z którym zawsze zasypiam. Trzecia to robot, którego dostaję od rodziców pod choinkę. Robot to niezwykły, bo zbudowany z sześciu ruchomych bloków: głowa, ręce, tułów i nogi. Na klatce piersiowej ma srebrne guziki wymalowane na niebiesko-czerwonym tle. Pierwszy raz widzę coś tak pięknego. Wychodzę na korytarz naszego mieszkania i zrezygnowana siadam na drewnianej podłodze. Podłoga na krótki moment odwraca moją uwagę od kwestii robota z powodu sraczkowatego koloru farby olejnej, którą jest pomalowana. To nie ten kolor, co chciała mama, ale innego nie było. Jest mi coraz smutniej. Rodzice wychodzą do mnie zaniepokojeni dochodzącym ich szlochem. Ściskając w ręku butelkę szampana mówię im, że kiedyś ja też im kupię coś tak wspaniałego, może nawet takie właśnie wino.

Wszystkie zabawki trzymam w pudle, które tato zbija mi z desek pilśniowych. Pudło jak ulał pasuje pod stół, a i sprzątanie jest łatwe – wystarczy wszystko wrzucić do środka. Do domu wprowadzają się jednak żółtawe kurczaczki i musze oddać je, żeby miały gdzie mieszkać. Jest mi trochę żal, ale jak widzę pisklaki to od razu mi przechodzi. W łazience zawieszamy nad nimi lampę, która ma je ocieplać zamiast brzucha ich własnej mamy. Moja mama mówi, że nie tak łatwo utrzymać je przy życiu. Chce mi się płakać. W nocy wymykam się do nich, żeby sprawdzić, czy żyją. Szepczę, że muszą szybko urosnąć, a wtedy to wszystko pójdzie już z górki.

Ozdabiam z mamą ściany pokoju. Obie wzdychamy do magicznego wizerunku Limahla, z jego słonecznymi promieniami włosów wokół głowy. To ten co śpiewa „Nigdy niekończącą się opowieść”. Plakat przylepiamy na mąkę ziemniaczaną rozrobioną z wodą. Grudki mąki wystają spod gazety, ale to chyba już lepsze niż obsypujący się tynk. Jesteśmy z siebie bardzo zadowolone, tata zachwycony jest już chyba trochę mniej.

W naszej kuchni stoi ogromny piec. Bezpośrednio na tym piecu mama smaży plasterki ziemniaków. Przebieram nogami z niecierpliwości. „Mamo już?”. Nareszczie mama odkraja kawałek świeżutkiego masła, nakłada go na ziemniaka, lekko posypuje solą i pakuje w moje spragnione gardło. Jestem w siódmym niebie, ale śmiać mogę się jedynie oczami, bo takie gorące te ziemniaki. 

Mamy nie ma, a tata idzie właśnie na pole. Przed wyjściem zamyka drzwi na zamek i kilka razy sprawdza, czy nie można ich otworzyć. Nie lubię sama zostawać w domu. Stawiam taboret przed oknem i wdrapuję się na niego, żeby przeczekać pustkę. Obserwuję jak tata w gumowcach, z taczką przed sobą, zmierza w kierunku ziemniaczanych krzewów. Czas zamiera, kiedy ktoś zaczyna szarpać klamkę drzwi. Na początku nieśmiało, a potem z coraz większym animuszem. Za sobą słyszę powolne kroki, jeden za drugim. Na stopach ten ktoś ma kajdany, wyobrażam sobie jak ciągnie za sobą ciężki łańcuch. Nie mogę się poruszyć. Do domu wraca w końcu tata, otwiera kluczem drzwi. Ciągle siedzę bez ruchu wpatrując się w rząd garaży i pole ziemniaków za oknem. Tata pyta, kto przeniósł paczkę cukru na lodówkę i dopiero słysząc jego głos jestem w stanie odwrócić się. Odpowiadam mu, że to duch zakuty w łańcuchy.


*
Na nazwisko ma chyba Baraniecka. Nie pachnie zbyt przyjemnie, trochę mnie też przeraża. Jej twarz poorana jest głębokimi bruzdami starczych zmarszczek, na głowie ma kwiecistą chustę, a w fałdach jej olbrzymiej spódnicy spokojnie mogłabym przechować wszystkie moje skarby. Ciekawe, czy ma w nich jakieś własne. Fascynuje mnie i mimo strachu lubię do niej chodzić. Jest oschła, surowa w obyciu, ale zawsze uraczy mnie szklanką ciepłego jeszcze mleka, takiego prosto od krowy, z pianką na powierzchni. W swej niezgrabności rozlewa je trochę na ceratowy obrus w czerwono-białą kratę, a ja ukradkiem wycieram plamy, żeby nie zauważyła. Od czasu do czasu do jej podmurowanej chałupy przyjeżdża Elusia. Elusia ma krótkie, marchewkowe włosy i bardzo delikatne rysy twarzy. Wygląda na chorowitą, jakby miała w sobie za mało krwi, ale jak przychodzi co do czego, to nigdy nie szuka wymówek – obie nie możemy nasycić się notorycznie zbyt krótkim dniem. Babcia nie chce, żeby Elusia za często wychodziła, ale i na to znajdujemy sposób. W końcu płot okalający podwórze domu i stodołę Baranieckiej to jedynie zmurszałe, pokryte mchem kawałki desek. Wcale nie tak trudno obluzować w nich zardzewiałe gwoździe. Elusia ukrywa jakiś sekret o swoich rodzicach, ale nie wiem, jak zadać właściwe pytanie. Nigdy ich nie spotykam. 


*
Przed domem stoi rząd kilku murowanych garaży. Wejścia do każdego z nich broni potężna, drewniana brama zamykana na zasuwę i wielką kłódkę. Na tyłach naszego garażu tata buduje domek dla kur, z bezpośrednim wyjściem do ogrodzenia. Kokoszki mają tam swój spacerowy deptak, ale też i jadłodajnię. Nie dziwota, że za każdym razem w radosnych podskokach przepychają się, żeby jak najszybciej wydostać się na zewnątrz. Tylko pan Steć ma samochód. Boję się wejść do jego garażu, ale wchodzę właśnie na przekór temu strachowi. Wzdłuż ścian pustego pomieszczenia poustawiane są drewniane pudełka z śrubami pokrytymi czarnym smarem. Pachnie tutaj dziwnie, chyba jakimś metalem. Stąpam cicho po betonowej posadzce. Wyczuwam w tym miejscu ciemność i w jednym momencie oblewa mnie przenikliwe zimno. Przestraszona, w niekontrolowanym odruchu, zabieram ze sobą jedyną kolorową rzecz, jakiś dokument. Postanawiam, że ma to być mój kolejny skarb tak samo jak łyżeczka do herbaty, na której graweruję nożem duże „A” i pieniążek, który chowam na przyszłość w zawiasie lodówki. Wiem, że robię źle i mama od razu widzi, że coś jest ze mną nie tak. Odkrywa mój skarb pod poduszką i bardzo się denerwuje. Zza drewnianych pręt łóżeczka pomalowanego białą farbą olejną wpatruję się w jej krzyczącą twarz. Każe mi natychmiast odnieść znalezisko. Nie pomaga mi nawet wydostać się z głębin łóżka. Na bosaka, w piżamie wychodzę na ciemne podwórko. Zaciągam się szlochem, choć nie wiem czy bardziej ze strachu, czy bardziej dlatego, że mama jest zawiedziona. Kiedy przechodzę przez ulicę nadjeżdża samochód i ostrym blaskiem świateł wystawia mnie na widok. Czuję się jeszcze bardziej obnażona. To pewnie wraca pan Steć. Na pewno zrobi mi coś złego, więc w myślach przygotowuję wszelkie scenariusze obrony. Wbiegam jak szalona do czarnej dziupli garażu, rzucam kolorowy dokument i wracam pędem do domu. Słyszę jak ktoś mnie z tyłu woła. Nie obracam się.


*
„Szybciej, szybciej!” krzyczę do taty. Czuję jak mimo zmęczenia ponownie zbiera się w sobie, żeby pociągnąć sanki jeszcze szybciej. Rozpędza się powoli na ośnieżonej jezdni i łapiąc momentum prze na przód jak parowóz. Jego rudawe kozaki wyrzucają w moim kierunku przylepione do podeszw okruchy śniegu. Prędkość aż wściska moje małe ciałko w ochronną obręcz na tyle sanek. Zaśmiewam się do rozpuku. Tata ciężko dysząc w końcu zwalnia i śmiejemy się razem – tata z zaparowanymi od własnego oddechu okularami, ja z buraczkowymi od mrozu policzkami.

Traktor ciągnący moje sanki przeraża mnie. Mimo że jest przede mną obawiam sie, że jego grubo wyżłobione opony znienacka zmienią bieg i zaatakują mnie. Kurczowo chwytam się swojego pojazdu co chwila sprawdzając, czy sznurek porządnie trzyma się sanek przede mną. Na samym końcu jest najstraszniej. Na zakrętach szerokim łukiem zamiatam jezdnię, niektóre sanki wywracają się nawet do góry nogami. Traktor zatrzymuje się wtedy, ponownie sadowimy się na sankach – stopy koniecznie na płozach – i z wolna ruszamy dalej. Wszystko wokół jest białe tak, że aż bolą oczy. Dzisiaj na ognisku ma być świeżo upolowany dzik.

Idziemy z tatą na górkę. To jest to miejsce tuż za cmentarzem. Jak na mój wiek mam bardzo duże sanki i całkiem nieźle sobie z nimi radzę. Tym bardziej, że tata uczy mnie, jak kierować nimi za pomocą stóp. Rozpędzam się, wskakuję na przygotowane do zjazdu sanki, łapię sznurek niczym wodze konia i lekko hamując lewą nogą omijam sterczącą ze śniegu gałęź. Tata, dziwnie poddenerwowany, mówi na dole, że musimy już iść do domu. „Jeszcze trochę”! proszę i w końcu daje za wygraną. Widzę, jak drobnymi kroczkami schodzi do rowu. Nie wiem, co robi zwrócony do mnie tyłem, ale jego postura wskazuje na wyraźne rozluźnienie, kiedy tuż obok jego biodra zaczyna unosić się para. 


*
Jajka naszych niosek nie mają sobie równych. W niedzielę tata robi najlepszy na świecie kogel mogel. Palcem wskazującym wybieram pulchną maź z kubka, a mama jak zwykle krzyczy, że od tego jest łyżeczka. Tata z przekorą oblizuje na to swój wielki paluch. Śmiejemy się rozbawieni. Na podwórku jest jeden taki kogut, który ma mnie na oku. Kilka razy już mnie zaczepiał. Pewnego dnia wskakuje mi na głowę i zaczyna dziobać w czoło. Leje się krew. Krzycząć wniebogłosy biegam z kogutem na głowie w poszukiwaniu mamy. Potem z wielkimi grabiami w dłoni, gonimy koguta, co by mu też w rewanżu napędzić trochę strachu. Kilka dni później mama gotuje z niego pyszny rosół. Po podwórku ścigają mnie też gęsi, ale one jakoś nie idą pod nóż. Są piękne, kiedy rozwijają swoje śnieżnobiałe skrzydła, puszą się i sycząc przeganiają mnie ze swojego terytorium. Są wtedy z dwa razy większe ode mnie.

Moi rodzice hodują też króliki. Kocham je bardzo, szczególnie te malutkie, ale przeżywam ogromny szok, kiedy giną pod fizycznym naciskiem mojej miłości. Potem króliki widuję już tylko patroszone przez tatę, jako danie na stole, albo w formie nowouszytego przez dziadka kożucha. Nigdy już ich tak bardzo nie lubię. W o wiele większych klatkach hodujemy nutrie. Tata zakazuje mi zbliżać się do nich wskazując na ich wielkie, pomarańczowe zęby. To nimi przeżerają sobie drogę na wolność tak, że tata musi załatywać dziury w podłodze płachtami metalu. Dużo jest z tym roboty. Z nutrii robimy w końcu futerko dla mamy. Nosi je bardzo długo.


*
Po lewej stronie garażów stoi groźnie wyglądający śmietnik. To prostopadłościan z betonu otwierany od góry ciężką, skrzypiącą klapą z przeżartego rdzą metalu. Często wyobrażam sobie, że pan Steć wpycha mnie do środka i zamyka za mną zasuwę. Dlatego za każdym razem, kiedy chcę wejść na górę – a tylko ja potrafię to zrobić – uważnie się rozglądam, czy pana Stecia nie ma w pobliżu. Wdrapuję się na śmietnik zdrapując sobie kolana i raniąc łokcie o jego chropowatą powierzchnię. Wokół śmietnika rosną też pokrzywy i mimo usilnych starań, żeby je ominąć, zawsze kończę z bąblami na rękach i nogach. Już na górze bunkier jest jednak przyjemnie nagrzany od słońca, a i widok z góry jest przepiękny, więc warto. Mogę się też tam schować w gałęziach stojącej obok śliwy – to w razie jakby przyjechał pan Steć. Mimo swojego kruchego wyglądu śliwa obradza dorodnymi, fioletowymi owocami, które rozpływają się w ustach. Niekiedy owoce mają malutkie, brązowe robaczki i już nie raz je w nieuwadze pożeram. 

Małe żyjątka hipnotyzują mnie. Nie można odgonić mnie od pająków, dżdżownic, gąsienic, szczypawek, stonóg, a już w ogóle przepadam za połyskującymi na tęczowo żukami. Robią na mnie ogromne wrażenie swoją chitynową zbroją dźwiganą na rachitycznych nóżkach. Mam zwyczaj odrywania kończyn lub skrzydełek żyjątkom, żeby zobaczyć, co się dalej stanie. Wyniki moich eksperymentów są jednak mało budujące i nieodwołalnie zawieszam je. Raz na podwórko wjeżdża ogromny kombajn. Czerwony potwór wypluwa zboże na jutową płachtę, a ja już z daleka dostrzegam, że oprócz ziaren w jego sidła wpadają również najróżniejsze robaczki. Kiedy rodzice nie patrzą dopadam sypkiej góry i wyszukuję co ciekawsze stworzonka. Znajduję takie, których nigdy wcześniej nie widziałam, ale jest i też kilka stonek, które czasem wszyscy musimy zbierać do słoika. Stonka to taka uboga krewna biedronki. Nie wiem czemu ludzie tak nie lubią stonek. Są w sumie podobne do biedronek, ale faktycznie bez kropek nie mogą przynosić szczęścia. Zawsze mi ich szkoda, kiedy bez rezultatu próbują wydostać się z tych wszystkich słoików. Tata nie chce mi powiedzieć, co się z nimi potem robi. W takim samym słoiku przynoszę do domu żaby. Może to brat i siostra, może zakochana para, ale kiedy łapię je na łące są całkiem blisko siebie, więc muszą się przynajmniej znać z widzenia. Mama mówi, że mogę im złapać muchę na kolację, ale jestem już tak zmęczona, że idę spać. Rano zastaję żaby martwe, co wprawia mnie w czarną rozpacz. Mama tłumaczy, że to nie przez muchę, a brak tlenu. Poprzedniego dnia szczelnie zamykam wieczko, żeby czasem nie uciekły i nie zrobiły sobie krzywdy. 


*
Pola bujnych traw tańczą w rytm aksamitnego wiatru, to w lewo, to w prawo. Soczysta zieleń współbrzmi z błękitem nieba i biało-czarnym umaszczeniem muciek, które wpatrują się we mnie intensywnie w nagłych momentach bezruchu pomiędzy kolejnym przeżuwaniem zielska. Trochę się ich boję i dokładnie w tych samym momentach bezruchu przystaję, wpatrując się niemalże bez dechu w ich wielkie oczy. Ożywcze powietrze, przecinane od czasu do czasu zdrowym zapachem krowich placków, zaróżawia moje policzki. Kładę się na wilgotnej ziemi, czuję jej żyzność pomiędzy palcami. Wsłuchuję się w miłosne drgania świerszczy, kumkanie żab, wesoły szczebiot ptaków. Robię grube wianki z kwiatów mleczu, kończyny i chabrów, a potem nadymanymi polikami pomagam dmuchawcom rozpraszać po świecie ich nasionka. W podskokach biegnę przez udeptane ścieżki. Jestem beztroska, wolna, szczęśliwa. Śmieję się cicho wyciągając ręce w kierunku słońca.

Za nic nie mogę domyć rąk. Obok mojego domu stoi stary orzech. Codziennie wyczekuję owoców pod jego pniem. Tracę jednak cierpliwość i po wielu próbach udaje mi się w końcu strącić zieloną bulwę. Jest jeszcze niedojrzała i nie chce odejść od łupiny orzecha. Próbuję ją odgryźć, ale straszliwa gorzkość skóry skutecznie mnie zniechęca. Ścieram bulwę na chropowatej powierzchni jezdni zostawiając charakterystyczne mokre pasy, jeden obok drugiego. Palce moich dłoni coraz bardziej zabarwiają się na żółto-brązowy kolor. Ten kolor nie schodzi przez kilka następnych dni. Docieram w końcu do rdzenia. Kamieniem rozłupuję łupinkę i palcem wydobywam połówki wilgotnego orzecha. Z lubością żuję zimnawy miąższ owocu, którego niebiański smak rozpływa się po moim podniebieniu. 

Pociąg sapie z wysiłku wolno posuwając się po zardzewiałych torach. Kiedy z niewiadomego powodu staje pośrodku dwóch połaci gęstego lasu boję się, że nie da już rady ponownie pociągnąć za sobą stłoczonych w nim ludzi. Podróżnicy ściskają w rękach wiklinowe kosze. Wszyscy spieszymy się, żeby jako pierwsi tego ranka wskoczyć w las i zebrać dopiero co wysypane po deszczu grzyby. Każdy ma sobie tylko znane miejsca, do których powraca jak do pierwszej miłości. Czuję wewnętrzną niecierpliwość grzybozbieraczy, kiedy niezgrabnie próbuję zejść z wysokich schodów pociągu. Schody te, tak jak pociąg, straszą mnie rudą rdzą i ciężkawą konstrukcją z żelaznej kraty. W końcu jesteśmy sami. Wchodzimy z mamą i tatą do lasu jak w progi świątyni. Mówimy cichym głosem, żeby tylko nie spłoszyć tutejszych czarów. W ciszy lasu brzmienie mojego głosu wydaje się zupełnie inne. Dopiero w tej przytłaczającej ciszy słyszę tony, o których wcześniej nie mam pojęcia. Co chwilę rozglądam się za rodzicami, żeby się nie zgubić. Są momenty, kiedy nie wyłaniają się zza grubych drzew przez dłuższy czas. Stoję wtedy jak wryta słuchając lasu, onieśmielona tym światem nie z tego świata. Wyobrażam sobie, że jestem tutaj sama. Cisza przygniata mnie swoją gęstością, aż buczy mi od niej w uszach. Boję się zrobić najmniejszy ruch. W końcu słyszę ciche nawoływanie mamy. Ma długie, brązowe pukle włosów i zawsze do lasu przyrządza mięsistego kurczaka. Rozkładamy się przy upadłym konarze, owiniętym w pulchny mech. Odwijam pieczone udko ze sreberka, a mama podaje mi ogórka kiszonego. To jeden z tych, które razem z czosnkiem i koperkiem wciskamy z mamą kilka miesięcy wcześniej do słoików na gumkę, takich ze śmieszną sprężynką. Popijam herbatę z termosu. Jem w milczeniu wsłuchując się w śpiewające życiem korony drzew, wdychając świeżość, która wypełnia najodleglejsze zakątki mnie całej. Śliskie kapelusze maślaków z powpinanymi dla ozdoby trawkami wesoło sterczą z naszych koszów. Porównujemy, kto co uzbierał. Mama jeszcze raz tłumaczy mi, dlaczego zbierając grzyby zawsze trzeba pozostawić część nóżki w glebie. To tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że cały ten las to jedna wielka zależna od siebie, wiecznie żyjąca sieć. Zbieramy wszystkie śmieci, podnosimy uklepaną trawę. Z wdzięczności nie pozostawiamy za sobą żadnego śladu.


*
Stoję przed lustrem wolno przeczesując długie włosy. Każdy ich centymetr to świadectwo mojego życia w Korei, w miejscu odległym na wszelkie wyobrażalne sposoby. Mam dwa serca, ale teraz już – za każdym razem, gdy spoglądam w lustro – bez problemu rozpoznaję, kim jestem. Jestem tą łąką bujną tańczącą na wietrze, parującymi plackami krów, zapachem lasu tajemniczego, żabami ukatrupionymi w słoiku. To jest właśnie moja Ojczyzna.









Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...