Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ho Chi Minh. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ho Chi Minh. Pokaż wszystkie posty

Hanoi


Środa / Czwartek, 7-8 lipca 2004 (Z plecakiem przez Azję) 
Hanoi / Wietnam


Hanoi okazało się być zupełnie inne od Ho Chi Minh, w którym byłam rok wcześniej. Tutaj socjalistyczna wizja nie była aż tak bardzo eksponowana, a architektura miasta i jego ulice zupełnie nie odzwierciedlały charakterystycznego planowania z rozmachem. 

Narodowi bohaterowie

Jedna z głównych ulic Hanoi

W hotelu spotkałam przemiłego Japończyka Kena, który rozbawiał mnie do łez. Między innymi naszymi rozmowami w stylu:

Ja: - Sake?
On: - Soccer?
Ja: - No. Like vodka.
On: - Boiled?

Ja: Sausages.
On: Sausage juice?

Ja: You were saying?
On: Sighing?
Ja: Saying.
On: Singing?

Mały Ken na małym krzesełku

Razem łaziliśmy po Hanoi, jedząc pyszne jedzenie, uczestnicząc w różnego rodzaju zabawach (między innymi wypełnianie rysunków kolorowymi drobinkami piasku), gawędząc z ulicznymi sprzedawcami… Udało mi się nawet wygrzebać czarodziejską lampkę na targowisku ze starociami… Nie mam pojęcia jak ją dowiozę do domu… 

Razem z Wietnamczykami wypełniamymalowanki
kolorowym proszkiem 

Targowisko w Hanoi

Moja czarodziejska lampka
znaleziona gdzieś na targu w Hanoi

Na targowisku można znaleźć dosłownie wszystko

Następnego dnia poszłam odwiedzić Mauzoleum Ho Chi Minha, które zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Podobnie zresztą jak kolejka i uwielbienie rysujące się na twarzach obywateli Wietnamu.

 Samotność w Hanoi

Mauzoleum Ho Chi Minha 

Muzeum Ho Chi Minha  - w środku znajomo



Kompleks Świątyń Angkor


Seul – Wietnam – Kambodża – Wietnam – Seul – opowieści część 6


27 grudnia 2003 (sobota) – Angkor (Kambodża) i Ho Chi Minh (Wietnam)

Kolejny dzień rozpoczął się od ostrych negocjacji z Kambodżanami. Bardziej niż skłonni byli nas zabrać swoimi motocyklami wokół całego Angkor, ale nie byli skłonni w ogóle ujawnić, ile za to chcą. Nauczeni doświadczeniem nie spuszczaliśmy z tonu. W końcu dobiliśmy targu. Była piąta rano, kiedy zmierzaliśmy na motocyklach do Angkor Wat, najsławniejszej ze świątyń całego kompleksu Angkor. Tam czekało na nas budzące się słońce. 

Na powierzchni całego „Zagubionego Miasta” Angkor znajduje się ok. 100 świątyń wybudowanych między IX a XIII wiekiem, kiedy to cywilizacja Khmerów przeżywała szczyt swej świetności. Khmerowie panowali na przestrzeni od dzisiejszego Południowego Wietnamu na północ do Yunnan w Chinach oraz na zachód od Wietnamu aż do Zatoki Bengalskiej. Porażające...

Słońce nie zawiodło. Wstało i tym razem, oblewając całą świątynię swymi promieniami. Z małej polanki obserwowaliśmy powoli wyłaniające się kształty trzech charakterystycznych, schodkowych kopuł. Ruszyliśmy wybrukowanym szlakiem w kierunku świątyni. Po drodze odwiedzaliśmy tajemniczego przeznaczenia zabudowania z szaro-czarnych kamieni. Gdy dotarliśmy do samej świątyni naszym oczom ukazał się przygnębiający widok. Wokół świątyni mnóstwo walających się bloków skalnych, które odpadły od jej fragmentów, żadnych zabezpieczeń przed atakami zachłannych turystów, brak prac konserwatorskich... 

Widok z Angkor Wat

Siedząc tam na górze myślałam o tym, jak to miejsce będzie wyglądało za dwa, trzy lata. Poczułam smutek... ale jednocześnie też wdzięczność, że jeszcze dane mi było zobaczyć coś tak wspaniałego. 

Jak zwykle wszystko kręci się wokół pieniędzy. Żeby wejść do Angor każdy turysta musi zapłacić ok. 20USD. Cały kompleks jest wpisany w rejestr UNESCO jako World Heritage, a co za tym idzie odpowiednie sumy pieniędzy są przelewane na jego konserwację. Niestety każda suma dostaje się w ręce jakiejś firmy paliwowej (tak przynajmniej głosi plotka), która, jak nietrudno zgadnąć, nie zaprząta sobie głowy jakimiś tam świątyniami. Nóż się w kieszeni otwiera...

Jak już sobie tak pomyślałam to spojrzałam w dół i zdjęła mnie totalna trwoga. Mimo że wejście było bardzo trudne (wysokie na ok. 30cm, nierówne, oszlifowane przez deszcz, kamienne schody, o szerokości ok. 15cm i całkowitej wysokości ok. 50m) to zejście wydało mi się zupełnie niemożliwe. Tym bardziej, że mam bardzo osłabione kolano. Oczywiście należało zapomnieć o jakiejkolwiek poręczy, czy zabezpieczeniu. 

Jedyna droga - prawie pionowe schody w dół

Tak więc, z wiadomych powodów nie spiesząc się, zdecydowałyśmy się z moją Współlokatorką na spacer po szczycie świątyni. Od czasu do czasu nerwowo szukałyśmy wzrokiem innej możliwości zejścia na dół. Dawno nie miałam takiego stracha. W końcu wypatrzyłyśmy zejście z chyboczącą się poręczą wykonaną z jakiegoś metalowego prętu. I tak tyłem, co by nie spoglądać śmierci w oczy, zeszłyśmy na dół. Katharsis.

Mimo że najsłynniejsza, Angkor Wat nie wzbudziła we mnie aż tak wielkiego zachwytu (z drugiej strony w jaki sposób oni to wybudowali to ja nie mam pojęcia). O wiele bardziej podobał mi się Bayon, a już Ta Prohm totalnie zaparła mi dech w piersiach. Po drodze oczywiście zaglądaliśmy do mnóstwa innych świątyń i praktycznie pod koniec dnia poczuliśmy przesycenie scenerią świątynną. To jest możliwe.

Wracając do eskapady... Świątynia Bayon jest bardzo charakterystyczna ze względu na ok. 200 wykutych w kamieniu twarzy lodowato uśmiechającego się Avalokitesvara. Czasem twarze są tak zakamuflowane, że dopiero po baczniejszym przyjrzeniu się, można kształt ich wydobyć z kamiennych bloków. Twarzy jest mnóstwo, jedna na drugiej... Przytłaczające...

Bayon i mnóstwo twarzy wykutych w skalnych blokach

Lodowaty uśmiech na twarzy Avalokitesvara

Ta Prohm natomiast wprawiła mnie w ekstazę. Otóż cała świątynia buddyjska pozostawiona została miłosnemu uściskowi dżungli. Wygląda to dokładnie jak z filmów o Indiana Jones. Porośnięte zeschniętym mchem (bo to pora nie deszczowa była), owite konarami oraz korzeniami drzew posągi, budyneczki, wąskie przejścia... 

Ta Prohm w miłosnym uścisku dżungli

Ta Prohm – sceneria niczym z filmów o Indiana Jones

Trudno opisać uczucia, które towarzyszyły mi przy zetknięciu z tą tajemniczą cywilizacją. Oglądając te wszystkie świątynie czułam ogromny respekt i niemalże nabożny podziw dla wysiłku i sprytu, jaki włożono w całe przedsięwzięcie. Niemalże każda świątynia przytłaczała swoim dostojeństwem obecności Czegoś i groźbą tajemnicy nie do pojęcia. 

Wieczorem udaliśmy się na lotnisko, gdzie jeden z Kambodżan wyznał mi miłość. W Kambodży żona kosztuje ok. 2000USD. Te ładniejsze ok. 3000USD... (Jako obcokrajowiec nie kosztowałam chyba nic. Hehe.) Nie dziwota, że na każdym kroku chcą biednego turystę oskubać („tak dowóz na sunset był za darmo, ale należy się tyle i tyle")... Trzeba się naprawdę wystrzegać. Nawet za możliwość opuszczenia Kambodży należy zapłacić 15USD. 

Wieczorem dolecieliśmy do Ho Chi Minh. Powitały nas szczury biegające po chodniku oraz pan siusiający na jego środku.


28 grudnia 2003 (niedziela) – Ho Chi Minh (Wietnam)

Przyszedł czas na zwiedzanie Ho Chi Minh (tudzież Sajgonu, choć w rzeczywistości to jedynie dzielnica Ho Chi Minh). Zaczęliśmy od War Crimes Museum, gdzie można było zobaczyć mrożące krew w żyłach zdjęcia z czasów kolonizacji francuskiej oraz Wojny Wietnamskiej. Przy wejściu zobaczyliśmy załamane twarze ludzi, którzy najwyraźniej próbowali się pozbierać po tym, co zobaczyli...

Śmierć, ból, rozpacz, bezsilność, niedowierzanie...

Rezultaty wybuchów bomb z napalmem, bomb fosforowych, bomb...

Konsekwencje zrzucenia przez Amerykanów tzw. agent orange oraz innych toksyn... Deformacje nie do wyobrażenia... Ciała jak harmonijki, z kilkucentymetrowymi odrostami zamiast nóg, z genitaliami na brzuchu... Piekło. Nie do opisania...

Możliwy jest taki moment, kiedy człowiek przestaje być człowiekiem. Widać to w oczach niektórych żołnierzy, którym robiono zdjęcia. W ich oczach można dostrzec pustkę, jaką wojna dokonała w ich człowieczeństwie. W oczach tych widać wiedzę, że ich życie na zawsze zostało odmienione. Bez szansy na ratunek. Bez szansy na powrót do normalnego życia, nawet jeżeli przeżyją...

Wojna jest Złem.

Wieczór spędziliśmy spokojnie. Odgrzebując z popiołów wiarę w ludzkość...



Deltą Mekongu: Ho Chi Minh - Mytho - Can Tho - Chau Doc


Seul – Wietnam – Kambodża – Wietnam – Seul – opowieści część 2

Opowieści ciąg dalszy...

21 grudnia 2003 (niedziela) – Delta Mekongu: Ho Chi Minh - Mytho - Can Tho (Wietnam)

Z samego rana w niedziele odwieziono nas na brzeg rzeki skąd odpłynęliśmy więcej niż podejrzaną szalupą w kierunku otchłani Mekongu, na powierzchni którego mieliśmy spędzić trzy dni. Tego dnia, na różnych odcinkach rzeki, zmienialiśmy łodzie trzy razy.

Tak naprawdę dopiero po tej wycieczce zrozumiałam, co dla ludzi oznacza rzeka. Wietnamczycy traktują ją jako podstawę egzystencji. Czerpią z niej niezbędną do życia wodę (często widzieliśmy kobiety i mężczyzn kąpiących się, myjących głowy – zawsze w ubraniach), łowią ryby, sprzedają na rzece pożywienie. Ich domy pobudowane są na wysokich balach, co wygląda tak:

Drewniane domy na brzegu Mekongu 
Ho Chi Minh różni się znacznie od poziomu życia tutaj na Mekongu. Dopiero tutaj można było zobaczyć jak biednie ludzie potrafią żyć. Tak czy owak nie oszczędzano nam pozdrowień, uśmiechów, ciekawych spojrzeń. Bardzo przyjaźnie nastawiony naród. Niestety niektórzy nie mieli nawet swoich ubogich drewnianych domków nad brzegiem. Ci musieli się zadowolić życiem na swoich domach – szalupach:

Domy – szalupy z całymi rodzinami na Mekongu 

Po drodze wstąpiliśmy na obiad do jednego z domków znajdujących się na suchej powierzchni, gdzie zaprezentowano nam ręczny sposób wyrobu drewnianych pałeczek, łyżek i innych przedmiotów codziennego użytku. Do obiadku zaśpiewała nam pani przy akompaniamencie tradycyjnych instrumentów wietnamskich. Następnie udaliśmy się łodzią do kolejnej osady. Tym razem było to miejsce, gdzie wyrabiano ręcznie cukierki. Od samego początku od samego końca wykorzystuje się każdą najmniejszą część kokosa – sok, miąższ oraz skorupki na podpałkę:

Przygotowywanie masy z miąższu i soku kokosa 

Przy stole siedzą panie, które w naprawdę zawrotnym tempie wyciągają długie pasma cukierków ze specjalnego piekarnika, tną je na kawałki, po czym zawijają we wcześniej przygotowane papierki. Przypomina się jakaś reklama? ;)

Ostatnia faza produkcji cukierków:
krajanie na kawałki i ręczne zawijanie
 

Przepłynęliśmy przez Mytho, zatrzymaliśmy się w Can Tho po czym dotarliśmy do wioski, gdzie mieliśmy się przespać. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłam biegające po pokojach jaszczurki, które zjadają z zapałem komary. Polubiłam je. Wtedy też, po raz pierwszy w życiu, zobaczyłam kolorowego motyla, który mierzył około 20 cm. Nie mogłam uwierzyć, że jest prawdziwy... Przed kolacją zdecydowaliśmy się na małe szaleństwo – jazdę motocyklami, które spokojnie można pożyczyć od zawsze zainteresowanych zarobkiem Wietnamczyków. Muszę powiedzieć, że nie wychodziło mi za pierwszym razem. Jakieś biegi, przełączniki, zapadnie... No cóż... Przemiły Wietnamczyk, widząc moje małe zdolności, stwierdził: „no dziewczyny hop na motocykl”. Tak więc wskoczyłyśmy na mały motocykl... ja i Kanadyjka. Przejażdżki nigdy nie zapomnę. Coś jako rollercoaster. ;) Wietnamczyk pruł z gracją między ludźmi, bryczkami, zwierzętami niczym szalony. Zachodziło słońce, pachniało pole, ludzie schodzili się do domów by wspólnie pooglądać na zewnątrz telewizor (jeden na całą wieś jak przypuszczam), wiatr zatykał dech w piersi... Czułam się jak wtedy, kiedy byłam mała i mieszkałam na wsi. Sama naturalność. Naprawdę czułam ukojenie... W ciągu rekordowego czasu dotarliśmy do drugiej osady, która nie wyglądała już tak dobrze jak resort, w którym mieszkaliśmy. W większości domów nie było elektryczności, wszędzie walały się śmieci, piszczała bieda. Płowowłosa Kanadyjka i ja zrobiłyśmy niesamowite wrażenie. W jednym momencie zleciało się do nas mnóstwo osób, które patrzyły na nas z niedowierzaniem. Było przemiło. Rozmawialiśmy na migi, śmialiśmy się... Czasem znajomość języka nie jest potrzebna.

Po powrocie, na pokładzie bardzo fajnej łodzi, zaproponowano nam przednią kolację, po której odbyliśmy nocną przejażdżkę po rzece. Jeszcze tylko fenomenalny masaż, piwko, spacer po okolicznym małym zoo i w kimono. ;) 


22 grudnia 2003 (poniedziałek) – Delta Mekongu: Can Tho - Chau Doc (Wietnam)

Rano wpakowano nas w maleńkie wywrotne łódeczki, które zmierzały w kierunku tzw. „floating market”. Mogliśmy doświadczyć „prawdziwego”, nawodnego życia, jakie prowadzą tamtejsi Wietnamczycy. Każdego ranka mianowicie, w jednym miejscu spotyka się cała kupa łódek z owocami, pożywieniem i innego rodzaju towarami. Ludzie pływają między sobą, wymieniają, sprzedają lub kupują to i owo. Z większości łodzi wystają długie patyki z zawieszonymi na nich towarami, które się na danej szalupie sprzedaje. Od czasu do czasu przepływają łodzie z colą , innymi napojami, gumami do żucia...

Floating market na delcie Mekongu 

Następnie udaliśmy się w jedną z najpiękniejszych części podróży tą samą małą łódeczką, która zdawała się rozpadać. Oto pani, która przybija młoteczkiem jeden z wystających gwoździków. ;)

Rozpadająca się łódeczka i próby jej naprawy 

Wracając do najpiękniejszej części delty Mekongu... Zaczęło świecić piękne słońce kiedy wpłynęliśmy w wąskie, prawie nie zamieszkane kanały rzeki. Wokoło palmy, zielone jeszcze banany, kokosy, przemykające zwierzątka. Totalna dzika natura. Krokodylów tylko brakowało.

Bananowce z zielonymi jeszcze owocami 

Następnie udaliśmy się do jednej z wiosek, by zobaczyć produkcję „rice paper”. Nie będę się wdawała w szczegóły. Powiem tylko że ja wraz z moją Współlokatorką dosyć poważnie zgubiłyśmy się. Przeszłyśmy dobrych kilka kilometrów, zagłębiając się coraz bardziej i bardziej w nadrzeczną dżunglę. Nawet się cieszę, bo zobaczyłyśmy, to co chyba niewielu turystom zdarza się zobaczyć. ;) Niestety dostałyśmy niezłą burę od Faceta mojej Współlokatorki... Właściwie doszło do bardziej niż ostrej wymiany zdań między Nim a mną... No tak, zamieszanie było ogromne, panika, szukanie... No ale tak czy owak nic nas nie pożarło ani nie porwało. ;)

W ponurej atmosferze kontynuowaliśmy naszą podróż. W Long Xuyen odwiedziliśmy kilka świątyń oraz ogromną farmę krokodyli. Mało zawału nie dostałam jak jeden z nich rzucił się na moją Współlokatorkę, gdy ta przeskakiwała nad małym kanalikiem. Dobrze że była siatka. Nie należy lekceważyć tych zwierząt. One jedynie tak leniwie wyglądają... a ich oczy nie zdradzają zupełnie nic. I to jest najgorsze.

Farma krokodyli w Long Xuyen 

Krokodyle pakowane są do specjalnych drewnianych klatek i wysyłane na przeróbkę: kozaczki, torebki i takie tam... Brrr....

W końcu busikiem dojechaliśmy do Chau Doc, miasteczka graniczącego z Kambodżą, gdzie mieliśmy spędzić noc. Wieczorem przeszliśmy się po miasteczku. Po ulicach jeździli rowerami masażyści grzechocząc grzechotkami na znak oferowanych usług. Na ulicach inni ludzie innym ludziom stawiali bańki, jeszcze inni pili sobie spokojnie piwko.... 

Udaliśmy się na spoczynek.



Rykszą po Ho Chi Minh


Seul – Wietnam – Kambodża – Wietnam – Seul – opowieści część 1

Trochę czasu już minęło ale na szczęście pozostały wrażenia, które skrupulatnie zapisywałam w swoim notatniku.

Gwoli przypomnienia eksploracja południowego Wietnamu i Kambodży miała miejsce w dniach 19 grudnia 2003 - 3 stycznia 2004.


19 grudnia 2003 - piątek: Seul-Inchon (Korea)

O 14.00 miałam egzamin ze statystyki, który kończył się o godzinie 17.00. Zważywszy, że dojazd do lotniska zabiera ok. dwóch godzin a wylot był o godzinie 19.30 musiałam skończyć szybko. Sytuacja była o tyle poważna, że jakoś nie było czasu studiować. ;) Ponadto jeszcze przed wyjazdem musiałam wyprowadzić się do innego akademika z powodu remontu instalacji grzewczej. Żeby nie było za łatwo w ogóle prawie nie spałam kończąc którąś tam z prac poprzedniej nocy. Do tej pory jest dla mnie tajemnicą jak ja to zrobiłam. Prawdopodobnie udało mi się to z dużą pomocą mojej Współlokatorki. Dziękuję ;).

Rano do Seulu przyleciał Facet Współlokatorki. Po egzaminie (no dobra, spisałam hehe) wyruszyliśmy we trójkę na lotnisko. Mieliśmy nawet dobry czas. Po drodze jednak Facet Współlokatorki zgubił w autobusie swoje okulary. Podczas gdy ja stałam w ogromnej kolejce do check-in’u oni poszukiwali ich z zacięciem. Potem przyszli (okulary zniknęły – może dlatego że nie miały oprawek ;) i tak sobie staliśmy jak osły... Wszyscy wykończeni ostatnimi wydarzeniami (on - podróż, my - przeprowadzka, egzaminy, brak snu) no i jakoś tak nie zauważyliśmy, że czas jednak PŁYNIE (!!!). I tak właśnie zamknęli nam bramkę przed nosem. Tłumaczyliśmy, prosiliśmy, groziliśmy... Na próżno. No ale przynajmniej dostaliśmy bilet na rano. Zapakowaliśmy się więc do autobusu, zakupiliśmy odpowiednią ilość niezbędnego trunku i tak spędziliśmy noc w hotelu, w którym to dokładnie opisałam ten właśnie falstart (patrz notka z 19 grudnia 2003).


20 grudnia 2003 - sobota: Ho Chi Minh/Sajgon (Wietnam)

Dolecieliśmy po południu do Ho Chi Minh. Nie mieliśmy większych problemów z odprawą chociaż i tutaj stempelek i tam ankietka i jeszcze jeden karteluszek do wypełnienia i absolutnie „niedozgubienia”. ;) 

Gdy wyszliśmy z lotniska buchnęła na nas fala wilgotnego ciepła, co było bardzo miłym akcentem po zimie w Korei. Od razu truchtem podbiegło do nas kilku taksówkarzy czyhających na dobry zarobek. Zostawiliśmy na dwa tygodnie jedną torbę z niepotrzebnymi kurtkami, szalikami etc. w przechowalni (budka na zewnątrz lotniska, gdzie bagaże trzyma się pod stołkiem), po czym wyruszyliśmy z taksówkarzem, który zaproponował nam najtańszą cenę za dojazd do De Tham, ulicy bardzo popularnej wśród backpackerów.

Pierwsze wrażenia? Rozbolała mnie głowa od zanieczyszczenia. W Ho Chi Minh nie ma wielu samochodów. Za to od cholery jest przestarzałych motocyklów, które kopcą i przeraźliwie hałasują. Mało zawału nie dostaliśmy, kiedy te motocykle mijały się na skrzyżowaniach z całym pędem. Światła są, a jakże, ale delikatnie mówiąc nie mają zastosowania w praktyce. Hehe. Motocykle i samochody wymijają się jak chcą i kiedy chcą. W lewo, w prawo, pod prąd, chodnikiem... I wszyscy robią to z lekką zwinnością, brakiem jakiegokolwiek stresu, powiedziałabym, że nawet z lekkim zabawowym roztargnieniem. Niczym do muzyki... Nawet smukłe, delikatne Wietnamki, siedzące prościutko w obcasikach i sukieneczkach (często w cudownych tradycyjnych) oraz w ochronnych maskach na twarzy... Dzień jak co dzień. Spodobało mi się bardziej niż bardzo. ;)

Dojechaliśmy do De Tham, które wygląda tak:

Ulica De Tham/Pham Ngu Lao 
 
Znaleźliśmy tani hotel przy pomocy kilku nachalnych pań naganiaczy. I wyruszyliśmy. Najpierw coś do zjedzenia. Wietnamskie jedzenie okazało się c-u-d-o-w-n-e. Po prostu. Tradycyjna pooh (zupa), spring rolls, wietnamskie piwo Sajgon (trochę mocniejsze od koreańskiego lurowatego Hite lub OB)... Żyć nie umierać. Podczas posiłku podchodziły do nas kobiety sprzedające papierosy, obrazki, hamaki, książki, przewodniki Lonely Planet po śmiesznie niskiej cenie (wyglądają tak samo ale są „sprawnymi” kopiami). Naprawdę ciężko o prywatność...

Po jedzeniu poszliśmy do jednego z mnóstwa stoisk oferujących najróżniejsze wycieczki po okolicy. Kupiliśmy trzydniową wycieczkę po delcie Mekongu i dalej rzeką do Phnom Penh w Kambodży. Zostawiliśmy paszporty w celu otrzymania wizy (wydało się to nam niebezpieczne no ale cóż... nie mieliśmy wyboru) i wyruszyliśmy na miasto. Właściwie było już ciemnawo (dziwnym się to nam wydało o godzinie ok. 18.00) więc zdecydowaliśmy się na szybki rzut okiem po mieście z wygodnego punktu siedzenia – rykszy. I znowu konieczne negocjacje... i w drogę... Mieliśmy naprawdę niezłego cykora, który mieszał się z atakiem spazmatycznego, histerycznego, niedowierzającego śmiechu, kiedy to ryksze z nami na pokładzie pędziły pod prąd, kiedy skręcały tuż pod koła motocyklów nie bacząc na nic i na nikogo. Było wesoło i niebezpiecznie. Wyglądało to mniej więcej tak:

Tłum motocyklistów wokół ogromnego marketu Ben Thanh 

Po wyprawie weszliśmy do najzwyklejszej knajpy, do której chadzają zwykli Wietnamczycy po pracy... na degustację kolejnego piwka. Pani przyniosła nam kufle z wielką bryłą lodu w środku i piwem na dokładkę. Takie przynajmniej odniosłam wrażenie... Zwyczajna knajpa to stoły i krzesła, jak u nas w komunistycznej stołówce szkolnej.

Zmęczeni zdecydowaliśmy się wrócić do hotelu. Po drodze oglądaliśmy podejrzane budynki w opłakanym stanie, rykszarzy śpiących na swoich rowerach ustawionych gdzieś w zaciemnionym kącie, szczury biegające między nimi. Mimo biedy jednak czułam w tym jakąś taką zwyczajną zgodę na to, jak jest. Zgodę bez rezygnacji jednak. Bez żadnego zastanawiania się „dlaczego tak a nie inaczej”, „dlaczego ja a nie on”... Wietnamczycy wydali mi się ludźmi, którzy żyją daną chwilą... jakakolwiek ona by nie była. Pamiętam, że poczułam spokój.



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...