Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hanoi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hanoi. Pokaż wszystkie posty

Samotność w Hanoi



Poniedziałek - Wtorek, 12-13 lipca 2004 (Z plecakiem przez Azję) 
Hanoi / Wietnam

Po Ha Long Bay wróciłam na dwa leniwe dni do Hanoi. Spędziłam je na korzystaniu ze sławnych usług krawieckich i pałętaniu się po mieście w poszukiwaniu za niczym…

Hanoi o poranku 

Trochę też zaczęła mi już doskwierać samotność...

Samotność źle wpływa na człowieka... 



Hanoi


Środa / Czwartek, 7-8 lipca 2004 (Z plecakiem przez Azję) 
Hanoi / Wietnam


Hanoi okazało się być zupełnie inne od Ho Chi Minh, w którym byłam rok wcześniej. Tutaj socjalistyczna wizja nie była aż tak bardzo eksponowana, a architektura miasta i jego ulice zupełnie nie odzwierciedlały charakterystycznego planowania z rozmachem. 

Narodowi bohaterowie

Jedna z głównych ulic Hanoi

W hotelu spotkałam przemiłego Japończyka Kena, który rozbawiał mnie do łez. Między innymi naszymi rozmowami w stylu:

Ja: - Sake?
On: - Soccer?
Ja: - No. Like vodka.
On: - Boiled?

Ja: Sausages.
On: Sausage juice?

Ja: You were saying?
On: Sighing?
Ja: Saying.
On: Singing?

Mały Ken na małym krzesełku

Razem łaziliśmy po Hanoi, jedząc pyszne jedzenie, uczestnicząc w różnego rodzaju zabawach (między innymi wypełnianie rysunków kolorowymi drobinkami piasku), gawędząc z ulicznymi sprzedawcami… Udało mi się nawet wygrzebać czarodziejską lampkę na targowisku ze starociami… Nie mam pojęcia jak ją dowiozę do domu… 

Razem z Wietnamczykami wypełniamymalowanki
kolorowym proszkiem 

Targowisko w Hanoi

Moja czarodziejska lampka
znaleziona gdzieś na targu w Hanoi

Na targowisku można znaleźć dosłownie wszystko

Następnego dnia poszłam odwiedzić Mauzoleum Ho Chi Minha, które zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Podobnie zresztą jak kolejka i uwielbienie rysujące się na twarzach obywateli Wietnamu.

 Samotność w Hanoi

Mauzoleum Ho Chi Minha 

Muzeum Ho Chi Minha  - w środku znajomo



Psy na rzeź i pionowe przepaście w Kaew Neua


Wtorek, 6 lipca 2004 (Z plecakiem przez Azję)
W drodze z Vientiane / Laos  do Hanoi / Wietnam


Mimo bardziej niż parszywego samopoczucia zdecydowałam się na długą w założeniu, bo 24-godzinną, jazdę „autobusem” do Hanoi. W rzeczywistości skończyło się na ponad 40-godzinnym horrorze. Zanim wyjechaliśmy z Vientiane 4(!) godziny zbieraliśmy po drodze ludzi razem z ich dobytkiem mierzonym w wiatrakach, lodówkach i żywym inwentarzu. Co się dało pakowane było na dach autobusu, który z powodu ciężaru ledwo co wyrabiał się na zakrętach. Kilka dodatkowych godzin spędziliśmy na próbach wydostania zakopanego w błocie pojazdu, a następne kilka na granicy w Kaew Neua.

To było naprawdę jedno z najgorszych doświadczeń w moim życiu, kiedy to naprawdę myślałam, że albo umrę na trawiącą mnie chorobę zanim dotrę do Hanoi, albo po prostu zginę w przeciążonym autokarze. I wszystko było mi jedno.

W Kaew Neua czekały nas kolejne atrakcje. Długa kolejka pojazdów zdawała się nie mieć końca a tuż obok naszego autobusu stała ciężarówka ledwo zipiących psów (część już nieżywych, bądź z połamanymi gnatami) przeznaczonych na rzeź w Wietnamie. Te trochę żwawsze psy ostatnimi siłami wyły w niebogłosy… Żal, smutek i oślepiający wręcz smród zwalały z nóg moje ciało trawione dodatkowo przez gorączkę… Za nic nie byłam w stanie obmyślić planu wypuszczenia psów na wolność…

Psy wiezione do Wietnamu na rzeź

Po odpowiedniej (czyt. nielegalnej) opłacie udało nam się przejechać granicę. Jak okazało się później, granica ta otwarta być jeszcze nie powinna, gdyż drogi po górskich serpentynach nie mają żadnych zabezpieczeń… Ba! Nie są nawet pokryte asfaltem, wokół trwają roboty budowlane, a nawet słychać odgłosy wysadzanych w powietrze części gór. 

To cud, że to przeżyłam...

Powiedzieć, że miałam duszę na ramieniu to stanowczo za mało. Czując jak na zakrętach przeciążony autobus chyli się ku przepaści, moja dusza dawno negocjowała już ze Świętym Piotrem… Naprawdę tego nie da się opisać…



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...