Seoul BLISS'Inn


Pierwsza rezerewacja wywołała bardzo duży uśmiech, a cztery banknoty w ręce przyniosły więcej satysfakcji niż największy bonus, jaki otrzymałam od firmy. Bo w Seoul BLISS’Inn włożyliśmy razem z PWY dużo serca, nawet więcej niż we własny dom.


Seoul BLISS'Inn - nowiutki guesthouse w samym centrum Seulu (Insadong), który można wynająć na okres pobytu w Korei za całkiem przystępną cenę.














Są ludzie, którzy wypruwają sobie żyły, żeby umościć własne gniazdo poza miastem, zasadzić obok domku rodzinne drzewo i postawić przy nim budkę dla wiernego psa. Są ludzie, którzy samodzielnie projektują wnętrza swoich świeżo nabytych mieszkań i pieczołowicie kompletują poszczególne elementy jego wyposażenia, żeby potem z lubością opowiadać o nich swoim gościom. Trudno się temu dziwić, bo chęć zapuszczenia korzeni, stworzenia czegoś namacalnego, wyjątkowego, czy podstawowa potrzeba posiadania niewzruszalnego azylu to jak najbardziej naturalne odruchy.

Mówi się, że po wystroju mieszkania wiele można powiedzieć o człowieku, który je zamieszkuje. W moim przypadku reguła ta nie ma chyba jednak zastosowania. Do tej pory przeprowadzałam się już tyle razy, że każde kolejne mieszkanie traktuję jako przejściowy etap w życiu. Moja aktualna umowa najmu wygasa w grudniu i nie wiem nawet, czy uda mi się ją przedłużyć na następne dwa lata. Być może będę musiała pakować manatki po raz kolejny. Z tego chyba względu nie przywiązuję większej uwagi do tego, jak wygląda mój dom, nie wydaję majątku na kolekcjonowanie kolejnych przedmiotów, nie przyozdabiam wnętrz – ozdobny wielkanocne, które otrzymałam od rodziców to w moim domu całoroczna dekoracja, a o choince, która cały czas stoi obok monitora przypominam sobie zazwyczaj w kwietniu. Ważne są dla mnie tylko cztery rzeczy: duża, niezagracona przestrzeń (też, żeby moja kotka mogła się do woli wybiegać, bo przecież dla niej to cały, caluśki świat), bardzo wygodne łóżko (śpię na naturalnym lateksie), wanna do gorącej kąpieli podczas zimowych wieczorów z książką i czerwonym winem oraz ogromne biurko do pracy. Reszta to zlepek przypadków, z którymi w żaden sposób się nie utożsamiam, bo stanowią rezultat nie moich wyborów: wielkie kwiaty w mało gustownych donicach to spuścizna zamkniętego biura firmy, w której pracował PWY (nikt nie chciał ich wziąć i gdyby nie ja poszłyby na śmietnik); materac w salonie to podwórkowe znalezisko (kanapa stoi, no cóż, w... kuchni), większość kompletów pościeli podobnie jak garnki i rice cooker to prezenty od firmy; pralka i wielki monitor (telewizora nie posiadamy) to prezenty od przyjaciół PWY; hantle i piłka do ćwiczeń to darmowe gadżety wysłane razem z subskrypcją magazynu, którą zakupiliśmy w prezencie dla kolegi; wszystkie szafki w salonie, przedpokoju i kuchni to standardowo wmontowane wyposażenie mieszkań w naszym bloku. Jedynie sypialnia i moje „biuro” to nasz własny świadomy ślad. Dla osoby, która mnie nie zna, widok mojego mieszkania może być z lekka... żenujący. Dlatego nie przepadam za odwiedzinami ludzi, którzy nie do końca rozumieją kim jestem, bo wydaje mi się, że powierzchowna interpretacja tego rodzaju wnętrz może być dla mnie poniekąd krzywdząca.



Moje biurko podczas tworzenia aktualnego wpisu.



Moje "biuro", gdzie spędzam większość czasu w domu.

Z Seoul BLISS’Inn było inaczej. Guest House stał się naszym wspólnym przedsięwzięciem i sama praca nad nim cieszyła najbardziej. Razem chodziliśmy po mieszkaniach, żeby wybrać to najwłaściwsze, kombinowaliśmy skąd wziąć pieniądze, tworzyliśmy checklisty, dyskutowaliśmy, biegaliśmy po sklepach i siedzieliśmy do rannych godzin wybierając w internecie pasujące elementy wyposażenia (tak naprawdę to PWY siedział, ja totalnie wymęczona głośno chrapałam na swoim naturalnym lateksie~~). Na koniec czyściliśmy, szorowaliśmy, składaliśmy, zawieszaliśmy i dopieszczaliśmy.


Lokalizacja Seoul BLISS'Inn - naprawdę najlepsza miejscówka w Seulu.


Opłaciło się. Nie chodzi o te cztery banknoty, ale sprawdzian, który razem z PWY przeszliśmy śpiewająco. Przez kilka tygodni musieliśmy żyć na jeszcze większych obrotach niż zwykle, żeby w terminie wszystko zapiąć na ostatni guzik. Nie obyło się bez kilku drobnych naburmuszeń, ale te szybko pierzchły pod wpływem dłuższego przytulenia. Ponownie odkryłam, że świetnie się z PWY uzupełniamy i że niemal czytamy sobie w myślach. Zgraliśmy się jeszcze bardziej, jeszcze bardziej utwierdziliśmy się w przekonaniu, że razem możemy dokonać naprawdę wiele. Mimo niewyspania i stresu całe przedsięwzięcie okazało się niesamowitą frajdą. Frajdą, która przyniosła nam mnóstwo osobistej satysfakcji.





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...