Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wulkany. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wulkany. Pokaż wszystkie posty

Nocna wspinaczka na wulkan Marapi


Piątek, 28 maja 2004 (Z plecakiem przez Azję)
Bukit Tinggi i wulkan Marapi (Sumatra) / Indonezja 




Rano szczesliwie spotkalam sie z Chris'em. Zdecydowalismy sie na wspolny, troche lepszy pokoj. Tak wychodzi taniej. ;) Zwiedzilismy miasteczko, poholenderskie fortyfikacje, japonskie schrony wybudowane indonezyjska sila robocza. Urocze miejsce...

Bukit Tinggi

Przestala mi dzialac karta bankomatowa. Juz wczesniej odrzucalo moj pin, ale myslalam, ze to kwestia tutejszych bankomatow. Tymczasem wybralam cala kase z drugiego konta, a to ciagle nie chcialo dzialac. Mail do A.

Bankomat

Chris namowil mnie na nocne zdobywanie najaktywniejszego wulkanu na Sumatrze - Marapi - droga przez dzungle. Wypytalam sie miejscowych, czy aby nie jest to za trudne dla astmatyka. Nie, skadze.

Chmura dla zaostrzenia apetytu i zapomnienia o pieniadzach... Ogromnie ziemniaki z nadzieniem z tunczyka, i piwko, i deser. Pychota. I opowiesci. Opowiesc o tym, jak za 50USD mozna przeleciec kambodzanska dziewczynke a nastepnie zaladowac je kule w leb. Opowiesc o tym, jak wychodzi sie z narkotykowego nalogu. Opowiesc o tym, jak Sandra Bullock backpack'uje przez Laos. Opowiesc o tym, jak polyka sie popiol z wlasnego ojca. Opowiesc o tym, jak dwukrotnie jest sie doszczetnie obrabowanym w Tajlandii. Opowiesc o tym, jak to jest byc samotnym i miec dwie "fuck buddies". Opowiesc o fontannie z kupy. Ciekawy gosc z tego Chrisa.

I opowiesc o tym, jak nalezy szybko konczyc zwiazek, gdy nie widzi sie konca zycia z dana osoba. Bez wzgledu na to, jakbardzo zerwanie boli. I przypomina mi sie Sally z Australii, ktora zyje z Pakistanczykiem tak, jakby przyszlosci istniala. A nie istnieje... Na tym etapie mojej "podrozy" zdecydowanie przyznaje racje Chris'owi.

Chmura przed dwoma godzinkami snu. Nie spie. Nie moge zasnac juz trzecia noc.

Pobudka o 22.00. Chris uzycza mi swoich traperskich spodni. Zaplatuje je w pasie na dwie gumki do wlosow. Latarki, plaszcze przeciwdeszczowe, sweter, woda, odpowiednie buty. Jestemy gotowi. Wyruszamy.

Nasz przewodnik okazuje sie byc przemilym 49-latkiem, ktory wyglada na trzysiestke. Jedziemy zaprzyjazniona taksowka pod podstawe gory. Marsz zaczyna sie znosnie, kamienista droga. Szybko sie jednak mecze. Brakuje mi tchu. Po godzinie moje cialo przyzwyczaja sie jednak do wysilku. Wokol cisza zaklocana szmerami nocnych zwierzat, ciemnosc rozpraszana swiatlem latarek i tepy odglos naszych krokow... Co jakis czas przystajemy, spogladamy na zasypiajace Bukit Tinggi, na bardzo bliski ksiezyc i chmury ponizej nas.

Wspinaczka okazuje sie coraz bardziej trudna. Czasem Chris musi mnie podsadzac od dolu a przewodnik wciagac od gory. Niczym malpka musze wspinac sie po pionowych skalach, konarach drzew, lianach... z latarka w jednej i patykiem w drugiem dloni. Swiece sobie pod nogi, zeby nie zalamywac mojego mozgu tym, co przede mna. Kilka razy mam ochote sie poddac, ale nie wypowiadam mojego zwatpienia na glos wiedzac, ze dziala to zabojczo dla woli. Ide nie myslac, ze ide. Juz nie boje sie dzungli noca. Juz jest mi wszystko jedno.

Za kazdym razem, kiedy przystajemy pot owiewany jest coraz zimniejszym powietrzem. Mam mokre stopy, kluje mnie chlod, chce mi sie spac...

Chris i ja - kawa i kanapka w środku dżungli
po drodze na szczyt wulkanu Marapi

Krotki odpoczynek, male ognisko, najcudowniejsza kawa na swiecie, najsmakowitszy paczek. Mam zdretwiale nogi. Chowam glowe miedzy kolano odgrzebujac resztki mojej woli. Powietrze jest rzeskie a gwiazdy blisko.

O 7.00 rano dochodzimy do wulkanu na Marapi (Gora Ognia). Ostatni etap wydaje mi sie najtrudniejszy. Trzeba ostroznie wspinac sie po ruchliwych kamolach, ktore bolesnie wbijaja sie w stopy. Poza tym widze juz, co jest przede mna i jak daleko. Kilka razy mam ochote powiedziec, ze ja tu poczekam. Ze ja tutaj sobie odpoczne... Ide jednak dalej. 

Już za chwilę szczyt...

Nasz przewodnik w księżycowym krajobrazie wulkanu Marapi

W koncu ukazuje sie nam. Ksiezycowy krajobraz po erupcji w latach szescdziesiatych. Jestesmy jedynymi ludzmi na szczycie wulkanu. Gesta para dusi nas intensywnym zapachem siarki, gdy wiatr zawieje w nasza strone. Krater jest ogromny z prawie wertykalnymi zoltozielonymi scianami i oglosami bulgotu w dole. Obchodzimy wulkan dookola obserwujac wschodzace slonce i chmury ponizej nas.

W oparach siarki wulkanu Marapi

Brzeg krateru

Przewodnik i ja w chmurach

Schodzimy. Droga w dol okazuje sie jeszcze trudniejsza. Trzeba skoncentrowac sie, zeby stapnac na wlasciwe podloze. Zeby sie przypadkiem nie posliznac. A wokol mokre liscie, pod nimi warstwa sliskiej gliny, ruszajace sie kamienie. Pierwsza padam ja. Staczam sie kilka metrow w dol. Laduje twardo na kolanie. Bardziej siebie niz moich wspoltowarzyszy przekonuje, ze nic sie nie stalo. Boli jak skurczybyk.

Finalowy bambusowy, ruchomy mostek
przy zejsciu w dol

Musimy sie spieszyc. Musze zlapac autobus to Padang o 12.00 (2 godziny drogi), skad odlatuje moj samolot do Singapuru. Kolej na przewodnika, potem dwa razy pada Chris. Zaczyna kulec.

Schodzac w dol mam kilka razy lzy w oczach. W swietle dnia zdaje sobie sprawe, ze wspinaczka ta byla ponad moje sily. Chris ma identyczne odczucia. To, co widze schodzac oslabia mnie. Nigdy nie pokonalabym tej gory w dzien. Uswiadomilam sobie, jak latwo mozg narzuca cialu ograniczenia. Niesamowite doswiadczenie. Trwajace 12 godzin.

Juz na dole okazalo sie, ze zaprzyjazniony taksowkarz nie czeka na nas. Moj autobus odjezdza za 30 minut. Jezeli go nie zlapie, nie zlapie samolotu. Nie mam dostepu do pieniedzy wiec jestem udupiona. Czy robi to na mnie wrazenie? Zadnego. Jestem brudna, smierdze, ledwo powlocze nogami. Chris ostatkami sil zatrzymuje przejezdnego motocykliste i blaga go, zeby mnie podwiozl do miasta. Ja nie mam sily otworzyc buzi. Pospiesznie zegnam sie z Chrisem i w droge. Gdy przyjezdzam pod hotel jest 11.55. Dzwonia, zeby autobus poczekal!!! Mowia mi, zebym sie spokojnie wykapala, spakowala i zeszla na dol. Bezproblemowo. Uff.

O 12.30 zajezdza autobus ;). Glupi ma szczescie? Nie ma zysku bez ryzyka? Co jest prawda?

Pokonalam swoj rekord - 2892m. ;)



Wulkan Kawah Ratu



Poniedziałek, 17 maja 2004 (Z plecakiem przez Azję)
Okolice Bandung, góra Tangkuban Prahu (Jawa) / Indonezja  



Z samego rana, troche na wpechanego, przylaczam sie do dwoch Francuzow - Claire i Roman'a. Dokladnie tak jak ja chca zobaczyc dwa wulkany i wykapac sie w goracych zrodlach. Udajemy sie do miejsca, w ktorym skupia sie wiekszosc colt'ow. Juz w srodku czekamy az zgromadzi sie 15 osob - wymagane minimum. Na siedzeniach dla dwoch osob musi siedziec cztery ;). Ruszylismy. Ciasnota, lejacy sie pot, ludzie na dachu. Ale jest wesolo...

Po okolo godzienie docieramy do gory Tangkuban Prahu. Zeby zobaczyc wiekszy z wulkanow musimy przemierzyc 4,5km pod gore. Mnie to przeraza. Francuzow nie. Poniewaz ich dwoje a ja jedna zapada decyzja o marszu. Po 1,5km docieramy do odgalezienia prowadzacego do Kawah Domas - mniejszego ale ciagle aktywnego wulkanu. Spacer jest przyjemny, przez wilgotna zolc i zielen dzungli. Kiedy docieramy na miejsce, naszym oczom ukazuja sie zrodla parujacej cieczy, a do nosa dociera smrod siarki. Unoszaca sie w kilku miejscach para, przemieszczajaca sie ponad spopielonymi, zzielenialymi i pozolklymi kamieniami, robi wrazenie. Razem z napotkanymi Koreankami moczymy nogi w jednym ze zrodelek. Woda ma ok. 50 stopni, parzy i jest nasycona siarka. Doskonala podobno na choroby skory. W innym bulgoczacym zrodelku gotuja sie nam jajka. Pychota.

Wulkan Kawah Domas

Po odpoczynku decydujemy sie na ostra wspinaczke do wiekszego wulkanu - Kawah Ratu. Marsz pod gore okazuje sie dla mnie nielada wyzwaniem. Co chwila musze przystawac by zlapac oddech. Serce wali jak oszalale. Dochodzimy do chatki, w ktorej mieszka starsza kobieta z malym chlopcem i horda psow. Kobieta z desperacja probuje sprzedac nam jakies kubki, ciastka, wode... 

Chłopiec napotkany po drodze na Kawah Ratu

Potem kilka razy malo co nie poddaje sie maszerujac pod gore... Za kazdym razem mysle, ze to jest wlasnie moj limit. Za kazdym razem jednak cos kaze mi na nowo podjac wysilek. Gdy dochodze na szczyt malo nie padam z wrazenia - 1830m. Dla mnie to absolutny rekord. Jestem z siebie dumna. Kawah Ratu okazuje sie byc ogromnym wulkanem, ale ledwo podrygujacym. Ostatnia erupcja miala miejsce kilkadziesiat lat temu. Kilkadziesiat osob zginelo. 

Wulkan Kawah Ratu
Schodzimy na dol. Sledzi nas pies. Ciagle pozostaje w bezpiecznej odleglosci. To jeden z hordy kobiety z chatki. Kobieta z chatki krzyczac biegnie za nami przez kilkanascie minut. Miekne. Daje jej troche pieniedzy na jedzenie. Nie, nie potrzebuje kubeczka. Dziekuje. Dotyka mnie. W Kawah Domas ponownie jajeczka i stopy w siarczystej wodzie. ;)

Kobieta mieszkająca na zboczach wulkanu
Kawah Ratu i jej pies.

Chatka kobiety z dzieckiem na Kawah Ratu.

Do hot springs mamy 8km. Wlasciciel jaj mowi jednak, ze skrotem mozna dojsc do pol herabcianych w godzine i stamtad zlapac transport publiczny. Mowi, ze mozemy isc sami albo on nam pokaze droge. Wie doskonale, co robi, choc my sobie jeszcze z tego nie zdaljemy sprawy. Oswiadczamy, ze idziemy sami. Droga jest bardzo sliska. Padam. Leje sie krew. Po chwili nie mamy pojecia, gdzi isc. Bezradni wolamy wlasciciela jaj. Negocjaje. Nie, nie tedy. To za trudna droga i o wiele dluzsza. Prowadzi nas przez dzungle sciezka dla mnie malo widoczna. Tempo jest bardzo szybkie. Trzeba uwaznie patrzyc pod nogi i na zagradzajace droge chaszcze. Podoba sie nam. 

W koncu dochodzimy do plantacji herbaty. Wyglada to niesamowicie. Cale wzgorza pokryte sa intensywnie zielonymi krzakami o tej samej wysokosci. Miedzy nimi waskie przejscia dla plantatorow lub zbieraczy. Jest przepieknie.

Plantacja herbaty wokół Bandung.

Dochodzimy do drogi. Tam, krotki odpoczynek, herbatka w tego wlasnie pola, mila rozmowa. Minibusem dojezdzamy do goracych zrodel. Jest ich mnostwo wokolo. Wszystkie intensywnie paruja, splywajac gdzies z gor. Woda jest intensywnie slona i mocno napowietrzona. Kapiel niczym spozywanie pepsi. Taplamy sie, biczujemy pod wodospadem, wygrzewamy. Rewelacja. Moja rana zostaje zdezynfekowana. 

Ja w naturalnych gorących źródłach.

Wieczorem wracamy do Bandung. Znowu male klamstwa miejscowych. Nie, o tej porze nic juz do Bandung nie jedzie. Ja was moge zawiezc motocyklem... 

Dzien byl naprawde przedni, Francuzi okazali sie przeciwienstwem moich o nich stereotypow, a piwo po calodniowym wysilku mialo cudowny smak. 

Zdecydowanie odprezylam sie.



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...