Nie za bardzo wiedziałam, co się wokół mnie dzieje. Bez
okularów niewielę widzę; mam nawet wrażenie, że mniej rozumiem. Fakt, że
poczułam lekkie ukłucie niepokoju, kiedy wśród rozmazanych plam
zidentyfikowałam jedną o wiele bielszą i to wokół mojej głowy, ale doszłam do
wniosku, że w tym momencie i tak jest już za późno na piski protestu. Niech się
dzieje, co chce – do zmian należy podchodzić z odwagą i pełną determinacją.
Moja rezolutność spuchła jak przedziurawiony balon, kiedy założyłam okulary.
Moje włosy były zupełnie białe.
![]() |
| Ja w odsłonie wiedźmińskiej po jednej z niefortunnych wizyt u fryzjera. |
Obcokrajowcy mogliby pisać książki na temat koszmarów
przeżytych za sprawą koreańskich fryzjerów. Nasze włosy zupełnie inaczej się
układają i w odmienny sposób reagują na farby w porównaniu do twardych, mocnych
włosów Koreańczyków. Do tego dochodzi kwestia stylu – tutaj szczególnie cierpią
cudzoziemcy płci brzydkiej, bo jedną z bardziej powszechnych fryzur
Koreańczyków jest przysłowiowy już grzybek. A grzybek - i mówię tutaj o tym
tradycyjnym dwuwarstwowym, a nie jego wychuchanej odmianie obserwowanej u
K-Popowych pacholąt - nikomu chyba nie schlebia.
PWY pocieszał mnie, jak mógł. Niestety pola do popisu w
tym zakresie za wiele nie było więc w końcu wymamrotał, że „mu się podoba, bo... wyglądam tanio” („You look cheap. I like it”).
No cóż, przynajmniej mnie rozśmieszył. Moje włosy nie tylko miały kuriozalny
kolor, ale na domiar złego były też w tragicznym stanie. Jak się okazało mój
oprawca przed nakładaniem farby zastosował wybielacz – tak postępuje się, gdy
Koreańczyk chce zafarbować włosy na blond. Włosy na mojej głowie po prostu
obumarły; pod prysznicem miałam wrażenie, że myję jakieś gumowe strąki. Po
jakimś czasie poszłam do kolejnego fryzjera, tym razem na Kangnam (bogata
dzielnica Seulu), gdzie za piękny kolor, odżywki i super ścięcie zapłaciłam...
400USD. Nogi się pode mną ugięły po raz drugi.
Myślałam, że nic gorszego niż wygląd Wiedźmina spotkać
mnie już nie może. A jednak. Od czasu mojego ostatniego pobytu w Polsce w maju
2012 roku wyhodowałam już na tyle poważne odrosty, że musiałam udać się do
fryzjera. Tym razem jednak poprosiłam o coś łatwiejszego, a mianowicie o
zafarbowanie całych włosów na kolor bardziej przypominający mój naturalny,
czyli generalnie ciemniejszy blond. Sprawa wydawała mi się prosta. Przed
oddaniem się w ręce fryzjera (tym razem zaopatrzyłam się już przezornie w
soczewki) objaśniłam mu moje wszystkie wołające o pomstę do nieba doświadczenia
łącznie z pokolorowanymi na pomarańczowo odrostami, które to doświadczenie, a
jakże, również było moim udziałem. Fryzjer zaśmiał się tylko pogardliwie i
stwierdził, że moje perturbacje musiały być owocem pracy osób wybitnie niekompetentnych.
Mam się niczym nie przejmować.
Efekt jego kompetencji? Odrosty w kolorze blond i reszta
włosów w kolorze zielonkawym (fryzjer jowialnie określił wynik swoich działań
jako „khaki brown”). Najgorsze w tym wszystkim jest chyba to, że pracownicy
zakładu byli zachwyceni rezultatem. „Na
włosach obcokrajowców wszystko wychodzi!!!”. PWY na mój widok zaniemówił. Tym
razem nie miał nic do powiedzenia.
Płyńcie łzy moje.
