"Za rękę z Koreańczykiem"


Do ostatniej chwili planowałam wkleić tutaj odrobinę tylko przerobiony opis mojej nowej książki pt. “Za rękę z Koreańczykiem”, który jakiś czas temu przygotowałam dla wydawnictwa celem rozpowszechnienia w mediach. Zasiadłam do komputera i nagle poczułam ciężar w klatce piersiowej, jakbym musiała zrobić coś żmudnego, coś, do czego nie mam serca. Zdziwiłam się, bo przecież zazwyczaj pisanie sprawia mi niebagatelną przyjemność. Układanie myśli na białej kartce wyrzuca mnie na orbitę odmiennego stanu umysłu niczym narkotyk, tyle że bez efektów ubocznych. Kiedy piszę, czuję się spełniona, więc skąd ta niespodziewana emocja?




Chodzi chyba o to, że “marketingowy pitch” to nie to, na co zasługują Czytelnicy niniejszego bloga. Ktoś kiedyś powiedział mi, że moje wpisy na blogu są zbyt osobiste, niektóre może nawet zbyt intymne, ale chyba przy takiej formie wyrażania siebie pozostanę, nawet jeżeli to emocjonalne obnażanie się może kosztować mnie czasem spory zawrót głowy. Daruję sobie więc tutaj suche fakty, a skupię się na serduchu, co z dużym znakiem zapytania bije na wyciągniętej do Was dłoni.  

Na biznesową, suchą promocję nie zasługują również bohaterzy mojej książki – ludzie z krwi i kości, którzy podzielili się prywatnymi skrawkami swojego życia u boku koreańskiej połówki. Prawda jest taka, że być może książka “Za rękę z Koreańczykiem” to świadectwo jednego z najważniejszych okresów w ich życiu. Może kiedyś, za kilkadziesiąt lat, Monika, Olek, Magda, Bartek i Beata powrócą do lektury już jako trzęsący się staruszkowie i zaszkli się im nad jej stronami oko. Wyobrażam sobie, jak różne uczucia mogą nimi wtedy targać w zależności od tego, jak potoczy się ich życie. Pozostaje mi tylko mocno trzymać kciuki, żeby uczucia te miały radosny wydźwięk.

Obie moje książki to w końcu dla mnie samej coś więcej niż dodająca autorytetu pozycja bibliograficzna na koncie. W pierwszej pokazałam przemianę, jaka nastąpiła we mnie pod wpływem przeprowadzki do Korei oraz to, w jaki sposób przez pierwsze pięć lat życia w tym kraju interpretowałam tutejszą rzeczywistość i moje w niej miejsce. To bardzo osobista analiza. “W Korei” to też spełnienie najdawniejszych marzeń – wydałam w końcu książkę i do tej pory lubię pogładzić sobie jej okładki jak matka wierzgającą stópkę pierworodnego.




“Za rękę z Koreańczykiem” to kontynuacja tego marzenia, ale też i ważny dla mnie etap, który mam nadzieję utwierdzi mnie w moim dalszym pomyśle na życie. Tak się składa, że dzisiaj otrzymałam wspaniałą informację o zaliczeniu mojego opowiadania wpoczet antologii emigracyjnej “Jeden Dzień”, co również biorę pod tym względem za bardzo dobry omen. W tym zakresie wiele zależy od Was.




W mojej ostatniej publikacji opisałam również własny związek z Woo Youngiem, bardziej znanemu Czytelnikom jako “PWY”, co wcale nie było dla mnie łatwe. Nasza relacja nie jest idealna, żadna nie jest, ale wydobyć na światło dzienne myśli, które czasem na zawsze pozostać chcą na tyle głowy to duże wyzwanie. Dlatego “Za rękę z Koreańczykiem” to też dla mnie stawienie czoła własnym demonom, co jest ryzykowne, bo do końca nie wiadomo, z czego można zdać sobię sprawę.




I chyba tyle. Ciekawa jestem jak przyjmiecie moją nową książkę, jakie będą Wasze przemyślenia. Niezależnie jednak od wszystkiego mam zamiar kontynuować swoją pracę literacką, choć już może niekoniecznie będzie ona związana z tematyką Korei. Nadal będę jednak dzieliła się swoimi przemyśleniami i informacjami o tym kraju tak długo, jak przyjdzie mi tutaj żyć.



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...