Zabieg



Nie byłam w stanie zaparkować. Z niezrozumiałych przyczyn wykonywałam dziwaczne manewry, aż w końcu po prostu rozpłakałam się. Przycupnęłam samochodem na moment, żeby odetchnąć i skoncentrować się. Zamiast wzięcia się w garść łzy popłynęły jeszcze bardziej rwącą rzeką. Po raz czwarty spróbowałam wjechać na wolne miejsce parkingowe, ale i tym razem bez powodzenia – obdarłam o słup cały bok, na zasadzie „niech się dzieje, co chce”. Byłam zdumiona. Nie wiedziałam, co się dzieje. Zazwczaj z parkowniem nie mam zbytnich problemów. Dopiero kiedy spróbowałam wyjść z samochodu doszło do mnie, że koszmar powrócił. Ogromny ból, którego bezwiednie nie chciałam przyjąć do wiadomości, a który zupełnie odebrał mi możliwość normalnego myślenia. Kręgosłup.

Kilka miesięcy temu wypadł mi dysk. Nie byłam w stanie nałożyć skarpetki, podnieść filiżanki herbaty, czy umyć głowy. Przez kilkanaście dni byłam jak wmurowana w łóżko (jest taka scena w „Gwiezdnych Wojnach”, gdzie Han Solo zamrożony zostaje przez Darth Vader’a w karbonitowej płycie – jego zatopiona twarz dokładnie oddawała moje samopoczucie). Wszyscy lekarze, do których się zwróciłam jednomyślnie zalecali operację. Odmówiłam. Przez prawie rok ćwiczyłam, pływałam, chodziłam na fizjoterapię, jednocześnie pracując i latając po kilkanaście (czasem kilkadziesiąt) godzin niemalże co miesiąc to tu, to tam. Pamiętam tylko jeden tydzień bez absolutnie żadnego bólu – podczas wakacyjnej podróży po Słowacji. 

Tym razem poszłam do szpitala z głębokim pragnieniem odcięcia wypadniętego dysku. Znowu na zasadzie „niech się dzieje, co chce”, „zrobiłam wszystko, co było w mojej mocy”. Operacja endoskopowa jest dosyć standardowa i mało inwazyjna. W uproszczeniu: na boku robi się niewielkie nacięcie (dzięki temu nie narusza się mięśni wokół kręgosłupa), wprowadza endoskop i odcina część dysku uciskającego na nerwy. Zazwyczaj pacjent wraca na drugi dzień do domu z natychmiastową poprawą, która przy odrobinie ćwiczeń trwać może do końca życia. 

Niepomiernie zdziwiłam się liczbą osób w naszej firmie, które taką operację przeszły. Każda osoba, z którą rozmawiałam miała jakiś problem z kręgosłupem. Bez wyjątku każdy miewał od czasu do czasu ostre bóle w krzyżu, z którymi walczył za pomocą ćwiczeń, pływania lub akupunktury. Doszłam do wniosku, że to kolejna choroba cywilizacyjna. Nasze ciała przez dziesiątki tysięcy lat prawie w ogóle nie ewoluowały jeżeli chodzi o układ kostny. Strukturalnie jesteśmy zbudowani do ciągłego poruszania się (zdobywanie pożywienia), a nie do siedzenia przez kilkanaście godzin przed komputerem lub w samolocie. Kolejne piekiełko „cywilizacji”, które sami sobie zgotowaliśmy.

W ciągu kilku lat poziom usług medycznych adresowanych do obcokrajowców uległ niesamowitej poprawie. W Seoul National University Hospital skierowano mnie do specjalnie utworzonego International Health Center, gdzie niemal natychmiast mogłam spotkać się z lekarzem ogólnym, mowiącym świetnie po angielsku. Koreańczycy muszą czekać w długiej kolejce, żeby dostać się do jakiegokolwiek doktora w dużym szpitalu (a właśnie te uniwersyteckie cieszą się najlepszą reputacją). Recepcjonistka sprawnie zarezerwowała mi wszelkie badania, zdjęcia MRI, rentgen, pobieranie krwi. Po szpitalu oprowadzała mnie wolontariuszka, dzięki której mogłam złożyć moje umęczone ciało na leżankach zamiast martwić się, do których drzwi zajrzeć, gdzie wziąć numerek, gdzie zapłacić, i gdzie w końcu stanąć w kolejce. W sytuacji, gdzie ból praktycznie odbiera zmysły, to prawdziwa ulga. Zbawieniem też jest teściowa, która wozi pacjentkę w pozycji horyzontalnej na tylnym siedzeniu swojego samochodu.

Neurochirurg również mówił po angielsku. Ogromnie zdziwił się porównując zdjęcia z rezonansu magnetycznego z zeszłego roku i wykonane obecnie. Dysk praktycznie wrócił na swoje miejsce – nastąpiła ogromna poprawa! A to wszystko dzięki ćwiczeniom. Niestety okazało się, że przyczyna bólu jest tym razem o wiele poważniejsza, ale że jestem jeszcze młoda (!), to mam szansę na poprawę. Tymczasem zalecił zastrzyki ze steroidami aplikowanymi na żywca w kręgosłup (epidural cortisone injection, tzw. znieczulenie zewnątrzoponowe), które natychmiast miały złagodzić ból. I znowu okazało się, że ludzie wokół mnie mają duże z takowymi doświadczenia. Ba, niektórzy poddają się zabiegowi co kilka miesięcy! W jakim ja świecie żyję?

Kroplówka, weflon, testy na alergię i w końcu zabieg. Trzeba mieć dosyć mocne nerwy, żeby poddać swój kręgosłup koreańskim lekarzom. Są oni znani z brawury (która czasem daje olśniewające wyniki) – ale też i niesamowitej precyzji – oraz kulturowego zaprogramowania „ppali, ppali” („szybko, szybko”). Zakapturzeni asystenci wtaszczyli mnie na stół ze specyficznymi gąbczastymi wypukłościami celem przyjęcia odpowiedniej pozycji, ponakrywali płachtami eksponującymi jedynie odcinek lędźwiowy, wyjodynowali i zaczęło się. Tak, jak podejrzewałam – wszystko w trybie zagrożenia pożarowego, które znacznie wpływało na szybkość bicia mojego serca (puls zdradzał mój stan dźwiękiem rozbrzmiewającym po całej sali). Lekarz powiedział: „nie ruszaj się”, „teraz zaboli” i bez żadnej przerwy na przygotowawczy oddech zatopił pierwszą z igieł (chyba?) w kręgosłupie. Potem drugą i trzecią. Coś tam nie bardzo pasowało (prawidłowe ułożenie monitorowane jest na rentgenie) więc powiercił trochę przyprawiając mnie o siódme poty, poobjaśniał procedurę internistom, po czym dał rozkaz wciśnięcia cieczy. „O, nie!, Stop!” – znowu coś poruszał i dał ponowny znak – jedynie ostatnim odruchem woli nie zerwałam się z łoża i z wrzaskiem nie wybiegłam ze szpitala. Sam zabieg trwał może z piętnaście minut. Po czym powstałam, niczym sfinks z popiołów, bez żadnego bólu. Do końca dnia spędzonego w szpitalu zupełnie straciłam czucie w obu półdupkach (bardzo zabawne uczucie) i musiałam radzić sobie z ciągłymi „mrówkami” przechodzącymi z lewej na prawą nogę. Dnia kolejnego wszystko ustało.

Cała historia miałaby pozytywne zakończenie, gdybym tylko znowu nie musiała siedzieć godzinami w pracy przed komputerem...


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...