Poranek z felis


O 6:20 dzwoni budzik. Słyszę jej pospieszne tuptusie, skok przez zaroletowane okno sypialni, macho-wyzywający miauk na powitanie tuż nad moją twarzą. „Pobudka! Czas na poranek piękności” – eskimosowo trąca mnie zimnym noskiem. Niezrażona brakiem reakcji bezpardonowo rozpoczyna od ubijającego masażu szyi uświetnionego dawką mruczących wibracji. Te podobno dobrze wpływają na stan kości. Po jakimś czasie przechodzi do językowego peelingu twarzy - zbyt szorstkiego jak na mój gust. W końcu dopieszcza mnie zawziętym tapirem włosów używając przy tym dla lepszego rezultatu na przemian wystawianych i chowanych pazurków. Z przymrużonych oczu kipi mniamniuśne szczęście i kompletne usatysfakcjonowanie popełnionym dziełem.

Po dwudziestu minutach przymusowych pięlęgnacji wstaję z łóżka. Moja felis szarżuje, wyciąga przednie łapki na moje uda domagając się wyżyn człowieczego ramienia. To w podzięce za jej porankowe starania – teraz moja kolej na rewanż. Staję przed lustrem ze srebrnym futrzakiem przewieszonym przez bark. Szyja i twarz w buraczkowych konstelacjach plam, włosy porządnie nastroszone – przypominam Tinę Turner z ”We don’t need another hero” w filmie „Mad Max”. Felis pomiałkuje chrapliwie przy każdym moim musknięciu wyczulonego na dotyk grzbietu; mruczy do ucha w porannym upojeniu tkliwością.

Patrząc na odbicie w lustrze myślę, że miłość to przyzwolenie na niepomyślane kompromisy.






Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...