Gorsza rodzina



Dziadek mojej podopiecznej ma już ponad dziewięćdziesiąt lat. Jest w szpitalu i nie czuje się najlepiej. Właściwie nikt już nie ma nadziei na poprawę jego stanu zdrowia. Dziewczyna nie może usiedzieć przy biurku, bardzo to wszystko przeżywa. Dziadkowie praktycznie wychowali ją (rodzice zarabiali pieniądze z myślą o jej wyższym wykształceniu, w Korei odpłatnym). Oboje mieszkają w Daejon, dwie godziny jazdy samochodem z Seulu. Próbowałam dowiedzieć się, ile przysługuje jej dni wolnych od pracy w razie najgorszego. Okazało się, że w przypadku śmierci po stronie matki wolne dni pracownikowi nie przysługują. Trzy dni przyznawane są natomiast w razie śmierci któregokolwiek z dziadków po stronie ojca. W tym drugim przypadku firma wypłaca również kondolencyjną wspomogę oraz opłaca transport reprezentantów, którzy w czasie pracy udają się na stypę (zazwyczaj 1-2 osoby z tego samego działu, w zależności od rangi pogrążonego w żałobie). W związku z powyższym, żeby pożegnać się z dziadkiem, Eunha będzie zmuszona skorzystać ze swojego wakacyjnego urlopu, a my udać się do Daejon na swój własny koszt i to dopiero po pracy. Bo umierający dziadek to ojciec jej matki...

Jeszcze nie tak dawno w Korei kobieta po zamążpójściu przepisywana była w rejestr męża. Od tej pory stawała się elementem drzewa genealogicznego wyłącznie jego rodziny. U rodziców męża spędzała wszystkie święta, sprzątając, przygotowując potrawy i usługując; to rodziców męża regularnie wspierać trzeba było pokaźnymi kwotami. Potomstwo otrzymywało nazwisko swojego ojca (kobieta pozostaje przy swoim nawet po ślubie) i pod względem prawnym nie miało nic wspólnego ze swoimi przodkami po stronie matki. Stąd tradycyjnie ród matki ma znikome znaczenie. Moja teściowa dla przykładu, tylko dlatego że rozwiodła się ze swoim mężem, praktycznie nie przynależy do żadnej rodziny. Z tej swojego męża została wypisana, a powrót do swojej "poprzedniej" nie jest już możliwy. Do tej pory, największe święta w roku - Seollal (Księżycowy Nowy Rok) oraz Chuseok (Święto Dziękczynienia) - spędzamy tylko we trójkę mimo że ma ona całkiem liczne rodzeństwo. Do niedawna nie była nawet oficjalnie rozpoznawana jako rodzina swoich dwóch synów (!), bo ci - mimo że nie mieli kontaktu z ojcem od dobrych kilkunastu lat - ciągle są częścią drzewa genealogicznego wyłącznie jego, a nie matki rodziny.

Większość z tych zwyczajowych norm zachowania przetrwała niestety do dziś (święta spędza się tylko i wyłącznie z rodziną męża; synowe zazwyczaj wykonują całą pracę), choć na poziomie jednostki nie są one praktykowane już w tak kategoryczny sposób. Koreański rząd coraz większą uwagę przykłada do kwestii rónwnouprawnienia i pozycji społecznej kobiet. Pod względem prawnym sytuacja ta nie wygląda już aż tak źle (co ciekawe nie tak dawno zniesiono automatyczną przynależność dzieci do ojca w przypadku rozwodu). Ciągle jednak wpojone w mentalność koreańskiego społeczeństwa, archaiczne poglądy dają o sobie znać w tej, czy innej formie. Tak, jak w mało chlubnym przypadku wewnętrznych regulacji naszej firmy, bądź co bądź, drugiej największej stoczni na świecie; firmie, która uważa się za "globalną".




De Volaille


Panierowany kotlet De Volaille pojawiał się w menu stołówki gdyńskiego internatu raz na tydzień. Tego wyjątkowego dnia nie mogłam doczekać się dzwonka jakoś weselej niż normalnie obwieszczającego koniec lekcji. Torując sobie drogę odstraszającym dźwiękiem trzeszczących glanów biegłam co sił przez korytarz łączący liceum i mój tymczasowy dom, żeby stanąć w kolejce i w zamian za kartkową wydzierkę zaklepać sobie niebo w gębie. Czułam się jak prawdziwa dama powoli krojąc malutkie kawałeczki mięsa, z którego wyciekał roztopiony ser i tłuszczyk z zielonymi przyprawami. Delektowałam się każdym kęsem przedłużając smakową rozkosz do granic możliwości. Zapominałam wtedy o bożym świecie.

Pewnego dnia, podczas tej boskiej konsumpcji, przysiadła się do mnie chłopczyca, którą miałam na oku już od pewnego czasu. Podobnie jak ja była nowa i przez to jakaś taka nie na miejscu. Miałam nadzieję na początek jakiejś życiowej przyjaźni. Ta jednak zaczęła barwnie opowiadać mi o okropieństwach związanych z zarzynaniem niewinnych zwierzątek, tylko po to by nasycić moją De Volaille'ową chuć. Zapytała, czy swojego psa też bym zjadła. De Volaille skonsumowałam pod jej zdegustowanym spojrzeniem, w ciszy i z pełną premedytacjąTo był niestety koniec naszej nie napoczętej znajomości.

Psa spróbowałam kilkanaście lat później w Korei. Nie swojego tylko takiego hodowanego specjalnie na ubój, jak u nas krowy, czy świnie. Ot zupa (bosintang) z kawałkami mięsa do złudzenia przypominającego, i w wyglądzie i w smaku, wieprzowinę. 


Bosintang - zupa z psa


W Korei też miałam okazję konsumować ruszające się jeszcze ośmiorniczki (wynik pośmiertnych skurczy zakończeń nerwowych, mam nadzieję) i innego rodzaju dziwactwa, do których zachodnia kultura nie ma serca. Lubię po prostu wzbogacać się o nowe doświadczenia wiedząc przy tym, gdzie kończą się moje granice. Lepiące się do podniebienia macki poświartowanego żyjątka są właściwie na samym koniuszku mojej wytrzymałości.




Koreańczycy uwielbiają jeść. I uwielbiają mięso - szczególnie koreańska wołowina (hanwoojest w cenie. Wspólne barbecue przy buteleczce soju to sprawa niemalże kulturowego dziedzictwa narodowego, a zaangażowani wegetarianie to znikoma grupa ludzi wywołująca u standardowego Koreańczyka powątpiewające uniesienie brwi. Z moich obserwacji wynika też, że ogólnie rzecz biorąc Koreańczycy traktują zwierzęta bardziej przedmiotowo. Rzadko kiedy w relacjach człowiek - zwierzę mowa jest o lojaności czy przyjaźni. To społeczeństwo oparte na pragmatycznych zasadach, które wpojone ma w swoją mentalność religię odgórnie zaprogramowanej użyteczności/roli każdej żyjącej istoty. Mężczyzna ma spłodzić dzieci i zarabiać na rodzinę. Kobieta ma spłodzone dzieci urodzić, wychować oraz zająć się domem. Zwierzęta są przeważnie po to, żeby je jeść. Tyle w temacie.

Takie podejście do rzeczywistości świetnie obrazują restauracyjne bilbordy. Obok pasących się, łaciatych krówek na tle zielonej, zalanej słońcem doliny wlepiane są obrazki krwistego czerwonego mięcha na talerzu. To samo w sklepach mięsnych - obok zdjęć pociesznych świnek z zakręconymi ogonkami konsumujących z werwą czerwone jabłuszka, zawieszony na haku, pokaźny kawał golonki. U nas taka reklama byłaby narzędziem walki wegatarian. W Korei to dźwignia handlu. Wspomnieć muszę też o śliczniutkich kurczaczkach, które zapoczątkowały powyższy potok tkliwych wspominek o gdyńskim De Volaille. W drodze do pracy mianowicie wpadła mi w ręce ulotka. Przestarszyłam się, że znowu przeszła mi obok nosa Wielkanoc i już nawet zaczęłam poddawać się piekącemu uczuciu nostalgii. Żółte pisklęta, kicające króliczki, niedziela palmowa, święconki, jajko, lanie wodą... Przez ciągle zaspane oczy dotarło do mnie w końcu przesłanie ulotki. Fried chicken z dostawą do domu. A teraz, już wieczorem, zauważyłam, że te kurczaki to mają jakieś dziwne dzioby... 


Reklama dźwignią handlu
- ulotka z restauracji serwującej  mięso z kaczki.


Kłopot z Czarnym Smokiem


Kilka dni temu powitaliśmy w Korei Nowy Rok. Tym razem księżycowe obchody wprowadziły nas w Rok Czarnego Smoka Wodnego (Black Water Dragon). Smok jest jedyną mityczną bestią pośród dwunastu zwierząt chińskiego kalendarza astrologicznego, a ten czarny (wodny) zdarza się raz na sześćdziesiąt lat. Stąd też, podobnie jak Rok Białego Tygrysa (2010), ma być to rok wyjątkowy. Oczekuje się, że liczba noworodków utrzyma się w tendencji zwyżkowej - dzieci urodzone w 2012 roku mają być bowiem z automatu uzbrojone w "boski" pierwiastek. Nic tylko zakasać rękawy i do roboty!

Jak już kilka razy wspominałam, w Korei wiele dziedzin życia kręci się wokół mamony. Nic nadzwyczajnego więc w tym, że rezolutni przedsiębiorcy koreańscy i tym razem wyniuchali czającą się za rogiem szansę na prosperitę. Czarny smok, na pewno bardzo dostojny i wdzięczny symbol sam w sobie, został sprowadzony do roli komercyjnej plakietki naklejanej na dzieciaczkowe ciuszki, butelki, zabawki, wózki... - nie ma temu końca. Czytałam nawet o specjalnym pojemniku ze smokową nalepką z przeznaczeniem na... pępowinę. Sklepy prześcigają się też w ofercie prezentów ślubnych (zegarków, biżuterii, porcelany itd., itd.), na których koniecznie widnieć musi emblemat czarnego smoka - przecież nowożeńcy, jeżeli się tylko odpowiednio zmobilizują, jeszcze w tym roku mogą przekuć w czyn "black dragon baby". 

Ktoś ma jeszcze jakieś pytania odnośnie fundamentów koreańskiej gospodarki?


Vector of 'illustration a funny black dragon the symbol of the year'
Szczęśliwego Nowego Roku!


Świńskie obrządki


Świnia to zwierz w Korei szczególny. Kiedy pojawi się w snach, Koreańczycy pędem maszerują do kolektury, żeby (prze)kupić swój los. A to z powodu niespotykanej płodności lochy - podobno za jedynym zamachem potrafi ona wydusić z siebie do piętnastu różowiutkich prosiaczków. Któż miałby za złe pomnażanie swojego majątku w tak przebojowy sposób? Drugim, chyba jednakowo spektakularnym omenem jest to, że chiński ideogram oznaczający świnię (豚wymawia się w hanji jako "don", co w języku koreańskim oznacza właśnie pieniądze (돈).

Świnia odgrywa również niemałą rolę w koreańskim (i nie tylko) szamanizmie. Niektóre obrządki tego rodzaju przeniknęły do codziennej kultury Koreańczyków i są dosyć powszechnie praktykowane po dzień dzisiejszy. Przykładem może być gosa (고사), rytuał, który zapewnić ma nowemu przedsięwzięciu wszelaką pomyślność. 

Dla przykładu w zeszły weekend ojciec mojej koreańskiej podopiecznej kupił samochód. Nie jest to jednak zwykły pojazd, a taksówka - czyli biznes, mający za zadanie podreparowanie finansów rodziny. Stąd gosa na szczęście. Sposób postępowania? Na jednym z bardziej tradycyjnych rynków, na przykład Namdemun Market, kupujemy głowę świni. Im bardziej uśmiechnięta (!) tym lepiej, ale też i tym drożej. To makabryczne popiersie lokujemy w pobliżu samochodu, wśród owoców, tradycyjnych, ryżowych ciastek tteok (떡), suszonych ryb i innej strawy. Niezbędne jest też sfermentowane wino ryżowe, makgeolli, co by spryskać obficie opony, a resztę wypić na zdrowie. W międzyczasie rodzina oraz zaproszeni goście składają  trzy pokłony oraz wpychają koreańskie wony do pyska, uszu i nozdrzy świni - wszystkie te pieniążki idą do kieszeni właściciela. Po obrządku głowę świni najczęściej wyrzuca się, ale zdarza się, że jest ona gotowana i konsumowana.



Rytuał gosa (고사) - w uśmiechiętym pysku, nozdrzach i uszach zmasakrowanej świni sterczą koreańskie banknoty.


Pokłony przed pyskiem świni - prośba o pomyślność nowo otwieranego biznesu, w tym przypadku zakupu samochodu na taksówkę.


Gosę odprawia się w większości nowo otwieranych interesów - biur, hal produkcyjnych, zakupu samochodu na taksówkę itd. Co ciekawe, niedawno dowiedziałam się, że nawet w naszej stoczni, przed lądowaniem statku lub platformy wiertniczej podobny rytuał jest konsekwentnie egzekwowany po to, żeby zapewnić konstrukcji bezwypadkowość. Dopiero w obecności właściciela, podczas oficjalnej ceremonii nadawania nazwy, ucieka się do bardziej zachodniego zwyczaju tj. rozbijania szampana o burtę/strukturę budowli. Stąd może takie powodzenie koreańskich stoczni?


Blog Roku 2011


„W Korei i nie tylko”, jeszcze w swojej starej wersji, dotarł do finału konkursu „Bloga Roku” jedynie w roku 2008. Wtedy był to jeszcze blog bardziej osobisty, momentami emocjonalnie porywczy. To na pewno nie był dla mnie najspokojniejszy okres – kilka miesięcy wcześniej odeszłam z Samsunga i zatrudniłam się w innym chaebol’u, wyszłam za mąż za PWY (znanego wytrwalszym Czytelnikom Koreańczyka), większość bardzo bliskich mi Polaków zdecydowała się opuścić Koreę już na zawsze. W jakimś sensie wiele rzeczy musiałam raz jeszcze zacząć od nowa.

Wydaje mi się, że przez cztery ostatnie lata trochę dojrzałam, uspokoiłam się wewnętrznie, pogodziłam się z tym, kim jestem i co sobą reprezentuję. To było jak bardzo głęboki oddech. Ten czas chyba największej, ale też i najbogatszej samotności w moim życiu zaowocował podsumowaniem lat 2003-2007 spędzonych w Korei o niej esejami, które zostaną wydane już w maju tego roku przez wydawnictwo Kwiaty Orientu. Nie ukrywam, że jestem tym podekscytowana i że jest to ścieżka, którą chciałabym podążać. Żeby jednak drogę tę z powodzeniem przemierzyć dotrzeć muszę do ludzi, którzy mogliby uznać moje pisanie w ten, czy inny sposób za wartościowe. Stąd uczestnictwo w konkursie na Bloga Roku i prośba o Wasz głos.

Jeżeli uważacie, że dzięki moim wpisom udało się Wam zajrzeć za kulisy codziennego życia w Korei i że dowiedzieliście się czegoś wyjątkowego o odwiedzanych przeze mnie miejscach w Azji, proszę „polubcie” mojego bloga po prawej stronie, podzielcie się do niego linkiem na swoim portalu społecznościowym lub po prostu zagłosujcie:


SMS na numer: 7122
TREŚĆ: D00198



KOSZT: 1,23 złote (dochód będzie przeznaczony na turnusy rehabilitacyjne dla niepełnosprawnych)
ZAMKNIĘCIE GŁOSOWANIA: 19 stycznia 2012







Moja Nabi z cyklu Nabi & Grass Love


Śmierć Kima



Medialnie burzliwych tematów na temat Korei Południowej staram się raczej nie poruszać. Jako absolwentka stosunków międzynarodowych z jakimś tam doświadczeniem w MSZ oraz z całkiem dobrą wprawą we współpracy z rządami kilku krajów, mam mniej więcej wyobrażenie o tym, czym jest polityka i jak subtelnym instrumentem są dla niej media.


Śmierć Kim Jong Il’a ponownie wywołała na Zachodzie pożądaną zawieruchę. Jak króliki mnożyły się pogadanki, analizy, opinie, scenariusze przyszłych wydarzeń. Media zaliczyły szczyty słupków oglądalności/czytalności, eksperci z czułością poprzeliczali honoraria na swych kontach... a następca dyktatora Kim Jong Eun zyskał na wiarygodności w oczach swojego narodu jako przywódca, który sieje strach na całym globie.


A co się dzieje w Korei? Wielkie NIC. Ludzie nie przemykają ukradkiem ulicami, nie ukrywają pod hełmami rozlatanych ze strachu oczu, nie wandalizują sklepów w poszukiwaniu pożywienia, nie chowają się w schronach. Owszem przeglądają gazety, oglądają telewizję, czasem wydarzenie to skomentują – najczęściej chodzi o to, ile stracą na swoich inwestycjach lub czy oficjalne kondolencje się należą, czy nie – ale całą medialną sieczkę wywołującą sztuczny strach, potężne narzędzie manipulacji, pozostawiają odbiorcy za granicą.

Z rezerwą pisałam o incydencie na wyspie Yeonpyeong i innych tego rodzaju potyczkach na Półwyspie. Tak samo skomentuję śmierć Kim’a tutaj – tym razem słowami mojego dobrego kolegi z Gwangju, Leszka Moniuszko (YellowInside), tymczasowego korespondenta dla TVP INFO:







Koncert



W koreańskiej firmie, żeby zostać docenionym (czyt. mieć szansę na promocję według rokrocznego rozdziału) nie wystarczy być utalentowanym, pracowitym i wydajnym. Na ewaluację osoby składa się wiele innych czynników pozornie nie związanych z uzyskiwanymi w pracy wynikami. Oprócz łutu szczęścia do kategorii tej bezsprzecznie należy zaangażowanie w pozazawodowym życiu firmy: wspinanie się z CEO po górach, punktualne pojawianie się w pracy (czas przybicia karty zapisywany jest automatycznie w systemie), ilość wykorzystanych w roku dni wolnych, lub na przykład… uczestniczenie w koncercie.

W tym roku każdy z piętnastu departamentów w naszej firmie miał za zadanie przygotować występ z okazji nadchodzącego Nowego Roku. Ludzie, którzy na co dzień projektują, budują i sprzedają warte dziesiątki, a czasem setki milionów USD statki, platformy wiertnicze, turbiny wiatrowe oraz elektrownie, musieli stanąć na scenie i odśpiewać wybrany przez siebie utwór. Jak zwykle okazało się, że Koreańczycy są niesamowicie utalentowani – grają na instrumentach, tańczą i śpiewają tak, jak profesjonaliści. A co najważniejsze dobrze się przy tym bawią. 

Konkurencja była zaciekła – chodziło nie tylko o reputację danego departamentu, czy „wdzięczność” przełożonego, ale też o tysiączek dolarów zachęty. Oto, co z tego wyszło:







I na deser zwycięzca z przytupującą blondyneczką :) 


Kartka



Nagle zrobiło się całkiem świątecznie. Po raz pierwszy tej zimy spadł śnieg. Dużo lekkiego puchu, który razi oczy odbijającymi się w nim promieniami słońca. Sąsiadka z naprzeciwka cudownie zmaga się z kolędami wygrywanymi na pianinie. A ja dostałam bardzo wyjątkową dla mnie kartkę od podopiecznej. Wesołych!

Kartka od koreańskiej podopiecznej


Zielono mi


Jeszcze kilka lat temu podczas koreańskiego, parnego lata miałam zwyczaj nosić ze sobą zwiewny sweterek lub opatulać się chustą za każdym razem, kiedy wkraczałam do metra. Tam bowiem panował poniżej dwudziestostopniowy chłodek, który nie wróżył nic dobrego przy nagłym wyrwaniu się z objęć prawie czterdziestostopniowego upału – o paskudne przeziębienie w takiej sytuacji bardzo łatwo. W zimie natomiast na odwrót – moja sempiterna przyrumieniała się na zaciekle podgrzewanych siedzeniach, co przyprawiało mnie o siódme poty i rozalkową spiekotę na policzkach. Na bazie mojego rozległego doświadczenia na tym polu mogę z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że dosyć trudno było (i jest?) w Korei o temperaturowe feng shui, ying i yang.

Nie tak dawno sprawy przybrały bardziej zasadniczy obrót, jeżeli chodzi o walkę ze zmianą klimatu - przyszła do nas moda na zieloną poprawność. Kraje rozwinięte, dbające o przyszłość ludzkości i kuli ziemskiej – a co ważniejsze – kraje na ich losy wpływające, muszą przecież brać na swój karb ciężar zmian w sposobie myślenia przeciętnego człowieka. I tak na niewielkich, dostępnych jeszcze skrawkach ziemi (75% powierzchni Korei Południowej to góry) montować zaczęto turbiny wiatrowe, kolektory słoneczne oraz projekty wykorzystania energii pływów, podkreślając tym samym statut Korei jako kraju nieobojętnego na losy świata. Koncerny otrzymały niepisane zadanie rozwijania własnych, zielonych technologii, co też ma być w jakimś sensie środkiem zaradczym na kryzysowy zastój w biznesie. Posypała się plaga przejęć i fuzji, ośrodki naukowe zatarły dłonie na przypływ funduszy i ścisłą współpracę z wielkim graczami na rynku. Wszyscy wydają się być zadowoleni.

Rząd sprytnie wykorzystał powyższą propagandę również na poziomie jednostki. Ni stąd ni zowąd zaczął on podejmować wartkie próby społecznego uświadomienia o problemach energetycznych kraju – szczególnie dyskutuje się o malejących zasobach rezerw (coraz częstsze blackout’y), co spowodowane jest geometrycznie rosnącym z(nad)użyciem prądu przez obywateli. W windach wywiesza się rodzajowe scenki o tym, jak należy oszczędzać energię przez odpowiednie korzystanie z klimatyzacji, ogrzewania (zaleca się 20˚C) czy domowych urządzeń. We wcześniej wspomnianym metrze świetniejsza część mojego ciała czuje się już w zimie trochę bardziej komfortowo; w lecie maszyniści z mniejszym już rozmachem obdarowują pasażerów zimnym powiewem z sufitowych wiatraków. Ba! – ukrócono nawet skład wagonów... 

Jak zwykle dochodzi jednak do absurdów. W toalecie mojej firmy wykręcono większość żarówek. Smartfonem muszę więc oświetlać sobie mroczne wnętrza kabiny (jest taka specjalna aplikacja!), co wymaga w pewnych sytuacjach zdolności iście akrobatycznych. W lecie tego roku kurek z ciepłą wodą istniał w sposób smutnie bezużyteczny; zimą na ogrzewanie nie mam co liczyć nawet przy kilkunastostopniowym mrozie. W sali gimnastycznej naszej firmy rozgrzać się mogę jedynie własną pracą mięśni. W lobby pracownicy café szczękają zębami na powitanie klienta. Klient siedzi przy kawie w kompletnym umundurowaniu zimowym, podobnie zresztą jak pracownicy na niektórych piętrach, gdzie ogrzewanie ograniczono do minimum. Wielu z nich zakupiło rękawiczki bez palców, żeby być w stanie klepać na klawiaturze – a klepią też w płaszczach na grzbiecie. U mnie grzeje się dwa razy na dzień i podczas tych dwóch godzin po kręgosłupowym rowku ścieka mi pot, a rozalki ponownie wychodzą na moje policzki – grzejniki pracują pełną, zacietrzewioną parą. Pozostałą część czasu spędzam podgrzewając się poduszką elektryczną, czasem też w płaszczu. W ciągu dnia w naszym budynku uniemożliwia się korzystanie z przynajmniej jednej windy – dzisiaj miałam nawet przyjemność zjechać jedną bez absolutnie żadnego oświetlenia. Tak musi wyglądać zejście do piekła...

Coraz bardziej odnoszę wrażenie, że uczestniczę w kolejnym narodowym „spięciu się w sobie” koreańskiej populacji, które to miało już miejsce kilka razy w historii tego kraju. I jak zwykle Koreańczycy, mimo że przez moment irytują się tak absurdalnym pomysłami, po chwili już poddają się swemu losowi w stoicki sposób, bez większego szemrania. A wszystko to dla dobra i świetlanej przyszłości swojego narodu.



Milenijne Ppeppero


Po Walentynkach (dla chłopców), White Day (dla dziewcząt) przyszedł czas na Ppeppero Day (dla wszystkich). Każdego roku jedenastego listopada zakochani wręczają sobie coś na kształt paluszków do połowy oblanych czekoladą. Ich patykowaty kształt ma symbolizować właśnie cyfry 11/11. Tym razem jest to Ppeppero zupełnie wyjątkowe, bo przypada na datę 11/11/11 – święto ma więc charakter przełomowy. W związku z tym spodziewam się dzisiaj dosyć dużej dozy lukierowanego szaleństwa, przywracającego o słodkawy zawrót głowy.

Jak co roku zagorzali przeciwnicy Ppeppero Day powtarzają opowieści o tym, jak to lata temu koncern Lotte Confectionery z determinacją posłużył się skomasowanym arsenałem marketingowym i stworzył ten dzień od podstaw po to, żeby podnieść swoje zyski ze sprzedaży. Nie wnikając w dyskusję o prawdziwości oskarżeń, faktycznie akcja ta prawodopdobnie uratowała spółce życie. Od lat dziewiędziesiątych bowiem każdego roku tylko w listopadzie firma ta rejestruje około 60% swoich rocznych przychodów.

Wariacje na temat ppeppero: choco, original, white cookie, tiramisu.


Konsumpcjonizm w Korei to jeden z fundamentów codzienności. Koreańczycy uwielbiają kupować markowe produkty, ponieważ ich posiadanie świadczy do pewnego stopnia o statusie społecznym. A w społeczeństwie, gdzie surowa hierarchia dyktuje stosunki między ludźmi, status jest praktycznie wszystkim. I tak wszelkie Louis Vuitton, Dior, Chanel, Hermes rozchodzą się jak świeże bułeczki. Tutejsze kobiety w znakomitej większości przypadków żyją zakupami, sezonowymi wyprzedażami i sklepami duty free. Z takiego stanu rzeczy doskonale zdają sobie co sprytniejsi biznesmeni wykorzystując ten swoisty manieryzm społeczeństwa do granic możliwości i w każdej dziedzinie życia. 

Pozostając w temacie sztucznie skonstruowanych uroczystości, mających na celu wyzwolenie zakupowych demonów wśród niewinnych, koreańskich owieczek podam dla przykładu „miłosny kalendarz” Korei: 

  • 14 styczeń: Diary Day 
--> zakochani wymieniają się kalendarzami, w których zaznaczać będą  na czerwono daty ważnych wydarzeń w swoim związku (na przykład setny, dwusetny, trzysetny i tysięczny dzień od pierwszego spotkania) 

  • 14 luty: Valentine’s Day 
--> dziewczęta kupują czekoladki chłopcom 

  • 14 marzec:  White Day 
--> chłopcy w rewanżu kupują czekoladki dziewczęciom 

  • 14 kwiecień:  Black Day 
--> single świętują swój dzień spożywając „czarne” jedzenie, czyli makaron z sosem z czarnej fasoli (jajangmyeon) w nadziei szybkiego odnalezienia swojej drugiej połówki 

  • 14 maj:  Yellow and Rose Day 
--> samotni zbierają się razem przy misce curry (zaleca się ubiór w odcieniu żółci), a ci którzy tego dnia odnajdą swoją miłość wymieniają się różami 

  • 14 czerwiec:  Kiss Day 
--> to czas pierwszego pocałunku i najrozmaitszych wyznań

  • 14 lipiec: Silver Day 
--> pary mają prawo zwrócić się do „senirów” z prośbą o sfinansowanie randki; sami zakochani wymieniają się podarunkami ze srebra

  • 14 sierpień: Green Day 
--> pary ubierają się na zielono, spacerują w parkach i piją powszechnie znany trunek serwowany w zielonej butelce, czyli narodowe soju

  • 14 wrzesień:  Music and Photo Day 
--> to dzień popełniania słodziutkich zdjęć, ale też zabawy do białego rana

  • 14 październik:  Wine Day 
--> pary spotykają się w atmosferycznej restauracji i przy winie dyskutują nad jakością swojego związku i snują plany na przyszłość

  • 21 październik:  Apple Day 
--> to wbrew oczekiwaniom dzień przeprosin; tym, którym zaszło się za skórę wręcza się wtedy jabłka (w języku koreańskim „sagwa” oznacza bowiem i jabłko i prośbę o przebaczenie)

  • 11 listopad: Ppeppero Day 
--> zakochani wymieniają się czekoladowymi paluszkami przypominającymi kształtem datę 11/11
  • 14 listopad: Orange and Movie Day 
--> zakochani piją sok pomarańczowy, który swoją kwaskowością ma przypominać im o bardziej „kwaśnych” momentach, które mogą w przyszłości nadejść; następnie udają się do kina

  • 14 grudzień: Hug Day 
--> za oknem zima więc czas na małe przytulanko




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...