Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca w Korei. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca w Korei. Pokaż wszystkie posty

Szef



Co tu dużo ukrywać – potrafił być nie do zniesienia. Pojawiał się niezapowiedziany, zawracał głowę niedorzecznymi wywodami i mydleniem oczu. Czasem wsłuchując się jednym uchem w jego wynurzenia, drugim zupełnie odpływałam i w czasie, kiedy nic lepszego nie miałam akurat do roboty, były to całkiem przyjemne chwile relaksu - szczególnie jeżeli związane były z filiżanką cappuccino. Swoją obecność potrafił zaznaczać jednak bardziej dosadnie. Całej grupie projektowej gotowało się w środku na jego weekendowe listy adresowane do wszystkich na wyższym szczeblu, nawet do samego CEO (w koreańskich jaebolach, w których pracują dziesiątki tysięcy ludzi to raczej nie do pomyślenia!). Musieliśmy wtedy tłumaczyć, przygotowywać raporty i nadstawiać karku w obliczu uzasadnionego oburzenia adresatów wiadomości. Przecież to my byliśmy odpowiedzialni za zarządzanie projektem, co również oznaczało konieczność kontroli takich osób jak pan Lee Seh Jung (이세중).

Kilka z jego emaili zachowałam. W jednym z nich z iście poetyckim zacięciem uzmysławia całemu zarządowi, że projekt nad którym właśnie pracujemy zagwarantuje firmie świetlaną przyszłość. Wszystko inne można porzucić już teraz. Cytaty ze specjalistycznych czasopism okraszone chińskimi przysłowiami (w oryginale, a jakże!), metaforami, podkreśleniami, wykrzyknikami i tak kwiecistym stylem, że człowiekowi przychodziły na myśl propagandowe metody państw totalitarnych. Chyba ani razu tego rodzaju czarowania rzeczywistości nie byłam w stanie przeczytać do samego końca. Inny email to ten, w którym skarżył się na nas, ponownie do samego CEO, że działamy na szkodę firmy - nie chcieliśmy zrobić czegoś po jego myśli i bardzo się za to na nas obruszył. Nieważne, że już od wielu lat nie był pracownikiem firmy, a jego rola w projekcie polegała jedynie na pośrednictwie / doradztwie. Nieźle się nam wtedy dostało, choć nie z powodu „podkopywania przyszłości firmy” a znowu za to, że tego rodzaju wyskoków nie byliśmy w stanie kontrolować. Skończyło się na telefonicznych wyzwiskach – głos pana Lee dochodzący ze słuchawki można było usłyszeć na odległość...

Koniec końców wszystko mu wybaczaliśmy. Był to człowiek starszej daty, dawny pracownik wyższego szczebla, który wiele w osobistym i zawodowym życiu doświadczył. Na spotkaniach technicznych, w których uczestniczyła większa grupa, najczęściej zasypiał i w tych momentach jego twarz jeszcze bardziej przypominała buldoga – patrząc na niego nie można było nie odczuwać pewnego rodzaju tkliwości. Po jakimś czasie wybudzał się, słuchał przez chwilę toku dyskusji, po czym wychodził na środek pokoju, brał flamaster w rękę i zaczynał swoją przemowę, najczęściej z tematem mającą niewiele wspólnego. Na tablicy powstawało wtedy wiele kółek i kwadratów. W sytuacjach, kiedy trudno było o porozumienie lub dyskusja zaczynała wymykać się spod kontroli potrafił użyć swojego tubalnego głosu oraz talentu aktorskiego, żeby wstrząsnąć obecnymi – cała dramaturgia w jego wykonaniu była tak absurdalna, że zebrani bezwiednie wychodzili ze swoich okopów, dawali sobie samym przez chwilę odsapnąć i siłą rzeczy spoglądali na całą sytuację z pewnego dystansu. Zazwyczaj w takich momentach ktoś musiał pana Lee hamować, bo mogłoby się skończyć na rozdzieraniu szat lub eksplozji uczuć godnej heroin koreańskich oper mydlanych. Z panem Lee spotkania zawsze nabierały rumieńców.

Kolacje biznesowe w jego towarzystwie również charakteryzowały się pewnym kolorytem. Opowiadał nie tylko o swoich doświadczeniach zawodowych, ale też i o „znajomościach” bardziej osobistej natury – prawdopodobnie przesadzał, kiedy po kilku kieliszkach wina określał siebie samego jako marynarza, na którego w każdym porcie czeka kobieta, ale i tak wielu z naszych partnerów na te rewelacje bezwiednie podnosiło brew. Też i na inne jego opinie, charakterystyczne dla starszego pokolenia w Korei... 

Wołałam na niego sajagnim (사장님) – „szefie”. Chyba podobało mu się to. Mimo całego swojego specyficznego usposobienia był dla mnie jednym z najważniejszych Koreańczyków, jakich na swojej drodze spotkałam. Od samego początku naszej znajomości traktował mnie poważnie - nie przez pryzmat mojej narodowości, pochodzenia, płci, wieku, czy doświadczenia, a w Korei (i w ogóle chyba) to ewenement. Od samego początku szanował mnie bez konieczności udowadniania czegokolwiek z mojej strony, bez żadnego namacalnego powodu. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że nigdy mi się to z żadnym innym Koreańczykiem nie zdarzyło. Regularnie do mnie dzwonił, pytał o zdanie, umawiał na to przednie cappuccino, dyskutował jak równy z równym. Nawet przez te ostatnie miesiące, kiedy zajęta byłam pieluchami Ethana, utrzymywał kontakt. Już wtedy nie było z nim najlepiej, ale ciągle rozmawialiśmy o projekcie mimo że i ja, i on wkraczaliśmy w zupełnie inne, choć chyba najważniejsze z etapów naszych żyć. Ostatni raz zatelefonował, żeby powiedzieć mi, że w końcu zdecydował się na chemioterapię. Do szpitala został przyjęty kilka dni później. Po jakimś czasie otrzymałam z jego komórki wiadomość. Serce zabiło mi mocniej. Jego córka napisała, że zmarł.

Wcześniej, kiedy było z nim bardzo źle i wszyscy oczekiwali na najgorsze, odwiedziłam go w szpitalu. Leżał wychudzony, bo przez jakiś czas kurował się sokiem z buraków i marchwi, ledwo co mógł podnieść głowę. Miałam wrażenie, że widzimy się po raz ostatni. Pamiętam, że jego córka zszokowana była sposobem, w jaki ze sobą rozmawialiśmy, trzymając się za ręce. Mimo najczarniejszych prognoz, Szef wyrwał się z „doliny śmierci”, jak to sam określił, choć później nie był już do końca sobą – pojawiał się niespodziewanie znacznie rzadziej, jego wywody były krótsze i mniej zaangażowane, a dramaturgia mniej spektakularna. Kawy też już nie mógł pić. Może z powodu tej właśnie szpitalnej wizyty córka Szefa poprosiła mnie, żebym na wiosnę spotkała się z nią i opowiedziała jej o ojcu, jakiego znałam ja.

Siadłam więc do komputera, żeby poukładać myśli i powspominać.

Podczas pisania miałam wrażenie, że jest tuż obok. Jak zwykle odkłada filiżankę kawy i zaczyna swój wywód charakterstycznym „as you know...”, zaakcentowany lekkim zwrotem głowy w prawo. 

Bardzo chciałabym usłyszeć, co ma mi tym razem do opowiedzenia.



Szef z żoną.




Czy warto studiować koreanistykę?


„Czy warto studiować koreanistykę?” to jedno z najczęstszych pytań, jakie otrzymuję od Czytelników mojego bloga. Po nim niezmiennie następuje kolejne: „a jeżeli nie koreanistykę, to co?”. Oczywiście podpowiedzi poszukują te osoby, którym marzy się praca i życie w Korei.

Język koreański na pewno warto znać, ale czy potrzebna jest do tego aż koreanistyka? Pamiętajmy, że na studiach filologicznych nie wykłada się wyłącznie języka obcego. W program dydaktyczny wkomponowanych jest wiele innych przedmiotów z historii danego kraju, filozofii, literatury, antropologii kulturowej, religii, sztuki i wiele innych. Osobiście znam kilka osób, które ukończyły koreanistykę na UW i UAM, i które faktycznie całkiem dobrze sobie radzą i w Korei, i w Polsce. W Polsce – przynajmniej jeżeli chodzi o osoby z mojego otoczenia – zajmują się one tłumaczeniami przysięgłymi, ale również i literackimi, współpracują z Ambasadą Korei lub innymi placówkami mającymi na celu promowanie koreańskiej kultury, lub po prostu nauczają języka koreańskiego; grupa przedsiębiorczych dziewczyn założyła też wydawnictwo promujące literaturę Korei w Polsce; jest też kilka osób, które znalazły dobrą pracę w koreańskich firmach, choć zazwyczaj osoby te ukończyły również dodatkowe studia biznesowe. W Korei osoby po koreanistyce wykładają język polski na wyższych uczelniach (głównie w Hankuk University of Foreign Studies), wspierają działalność naszej Ambasady, zajmują się tłumaczeniami oraz pracą naukową, a także wspomagają polskie firmy, które chcą wejść na rynek koreański. Z tego, co się orientuję jednak to odsetek absolwentów koreanistyki w głównych siedzibach koreańskich korporacji jest raczej skąpy. Stąd koreanistykę polecałabym raczej prawdziwym pasjonatom (a według mnie pasja to piękna i niezwykle wartościowa rzecz, którą należy pielęgnować!), a reszcie na pewno wystarczą kursy językowe i zdanie egzaminu S-Topik.

Niestety aktualnie żadna bardziej licząca się firma w Korei nie zatrudni już obcokrajowca tylko dlatego, że ten mówi po koreańsku. Rynek przecycony jest osobami o całkiem solidnych kwalifikacjach, wliczając w to tzw. kyopo, czyli Koreańczyków, którzy wychowali się lub dłużej mieszkali za granicą, i którzy dosyć dobrze, jeżeli nawet nie płynnie, posługują się językiem koreańskim - jest więc z czego wybierać. Nawet stypendyści rządu koreańskiego, którzy ukończyli tutaj najlepsze uniwersytety w wykładowym języku koreańskim muszą dobrze się naszukać, zanim znajdą pracę na poziomie. Konkurencja jest już na pewno o wiele cięższa niż było to te kilkanaście lat temu, kiedy ja rozpoczynałam swoją przygodę z Koreą. Dekoniunktura również w tej sytuacji nie pomaga, ale to oczywiście może zmienić się za jakiś czas.

Sprawne posługiwanie się językiem to obecnie raczej niezbędne minimum wymaganych umiejętności. Do tego firmy preferują osoby z unormowanym statusem wizowym i takie, które z Koreą miały już coś do czynienia. Próbuje się w ten sposób uniknąć trudności związanych z ewentualnym szokiem kulturowym i procesem dostosowywania się do koreańskich reguł gry. Największą szansę na dobrą pracę mają te osoby, które ukończyły najlepsze uczelnie w Korei tj. Seoul National University, Korea University lub Yonsei University (tzw. SKY), a już przebierać w ofertach mogą te osoby, które posiadają dyplom jednego z amerykańskich uniwersytetów należących do Ligii Bluszczowej (Ivy League). Nie muszę chyba wspominać, że obok koreańskiego od obcokrajowca jakoby naturalnie wymaga się również znajomości języka angielskiego.

Co więc studiować, żeby znaleźć pracę w Korei? Tak, jak wspominałam wcześniej ważny jest przede wszystkim dyplom z dobrej uczelni. Koreańczycy mniejszą uwagę przywiązują do studiowanego kierunku – czasem zdarza się tak, że inżynierowie pracują w dziale zasobów ludzkich, a osoby ze specjalizacją w literaturze francuskiej sprzedają tankowce transportujące skroplony gaz. Na tę chwilę polecałabym kilka opcji do rozważenia, które wydają mi się względnie bezpieczne. Pierwsza to studia biznesowe na bardzo dobrej uczelni, które dają bardziej wymierne umiejętności (np. finanse, czy rachunkowość). Do tego na dokładkę warto przemyśleć MBA na lepszych uczelniach w Stanach Zjednoczonych lub ewentualnie w Europie – takie studia mogą być nawet zasponsorowane przez koreańskie przedsiębiorstwo już po uzyskaniu tutaj pracy. Koreańska gospodarka w dużej mierze opiera się na eksporcie, co oznacza, że zapotrzebowanie na korporacyjnych prawników o międzynarodowych kwalifikacjach jest spore i raczej niezmienne. Oczywiście wiązałoby się to z koniecznością zdania egzaminu adwokackiego (tzw. bar examination) najlepiej w Nowym Yorku lub Londynie. Drugie podejście to kierunki ścisłe. Już teraz popyt na inżynierów z zagranicy jest ogromny – wystarczy spojrzeć na firmy takie jak Samsung, które na pęczki zatrudniają Hindusów i Rosjan. Atrakcyjnymi dziedzinami wydaje mi się w tym momencie inżynieria chemiczna i procesowa, ale też i oprogramowania. A już przepięknym połączeniem jest inżynier z podyplomowymi studiami ekonomicznymi, który naprawdę ma biznesową żyłkę!

Niektórzy Czytelnicy pytają się mnie też o możliwość nauczania w Korei języka angielskiego. Wiadomo, że pieniądz jest spory przy całkiem znośnych godzinach pracy. Niestety obecnie legalnie zatrudnia się przede wszystkim native speakerów, bo tego wymaga klient, czyli przede wszystkim bardzo zaangażowane matki koreańskich dzieci. Znam Polaków, którzy udawali obywateli krajów anglojęzycznych, ale w takim wypadku trzeba liczyć się z konsekwencjami pracy na czarno i koniecznością opuszczania Korei co trzy miesiące z powodu braku wizy pracowniczej. Dyplom ukończenia anglistyki i dłuższy pobyt w anglojęzycznym kraju mogłyby szanse legalnej pracy w tym zawodzie na pewno zwiększyć, ale i tak wydaje mi się, że ciężko byłoby uzyskać wiarygodność w oczach Koreańczyków – taki to już naród.

Na koniec zostawiłam sobie poradę moim zdaniem najważniejszą. Najistotniejsze (i jednocześnie natrudniejsze) jest odnalezienie swojej własnej pasji, która  szłaby  w parze z wrodzonymi zdolnościami. Równie istotne jest konsekwentne wdrażanie takiej pasji w życie nawet jeżeli miałoby się to robić wbrew zdrowemu rozsądkowi, czy ogólnie przyjętym normom. Talent jest podstawą, ale jego szlifowanie to sprawa o wiele większej wagi. Trzeba być wytrwałym oraz stale ulepszać i testować swoje umiejętności. To bardzo ciężka praca. Od razu zaznaczam, że nie mówię tutaj o dosyć powierzchownej postawie w stylu „kocham Koreę”, czy „Korea to moje marzenie”, ale o konkretnej działalności, która sprawia radość i przynosi poczucie spełnienia. Pytanie więc „co należy studiować, żeby dostać pracę w Korei” jest według mnie pytaniem postawionym na opak. Zapytać trzeba raczej, „co oferuje mi Korea, dzięki czemu mógłbym się realizować?”. Takie odwrócenie pytania wymaga w pierwszej kolejności zastanowienia się nad samym sobą. Zdaję sobie sprawę, że to dla niektórych zabrzmi to jak idealistyczna herezja, ale moim zdaniem wszelkie działania należy zacząć od siebie, a świat sam się później krok po kroku dopasuje. To być może trochę przerażające, bo może okazać się, że nasza pasja zaprowadzi nas w zupełnie inne miejsce niż Korea, ale myślę, że warto zaryzykować. Dla własnego dobra.



Na zdjęciu moja koleżanka Dominika, która 
ze skupieniem czyta pierwszą książkę mojego pióra. 
Składanie słów w przekaz, który pozostawia po sobie 
(miejmy nadzieję) ślad to jedna z moich największych pasji. 



[Zakorkowani] Koreański system edukacji


Gwarancją „jakości” dziecka jest pieniądz na niego wydany. Im bardziej ekskluzywny szpital, w którym przyszło na świat, czym droższy żłobek i przedszkole, do którego uczęszczało, tym większa ma być miłość rodziców i ich zaangażowanie w przyszłość swojego potomka. Takie właśnie dzieci dostają więcej punktów w swoim życiowym Curriculum Vitae pnąc się kolejno po szkolnych szczeblach aż przychodzi czas na College Scholastic Ability Test - egzamin determinujący przyjęcie na dany uniwersytet w Korei.

Egzamin ten jest chyba najbardziej dramaturgicznym doświadczeniem w całym życiu Koreańczyka. Dostanie się do jednego z uniwersytetów SKY (Seoul University, Korea University, Yonsei University) otwiera furtkę do względnie pomyślnej przyszłości. Dyplom uniwersytetu, do którego się uczęszczało jest szczególnie ważnym kryterium nie tylko w walce o pracę w dobrej firmie, ale również może wpłynąć na jakość kariery zawodowej. Absolwenci tych samych uniwersytetów tworzą wewnątrzfirmowe „kliki” (od czasu do czasu odbywają się potajemne spotkania takich klubów) wspierając się nawzajem w różnego rodzaju przepychankach. Alma Mater jest liczącym się kryterium przy wręczaniu promocji, delegowaniu pracowników za granicę, przemieszczaniu się między najatrakcyjniejszymi działami w firmie. Ukończenie uniwersytetu z pierwszej trójki dodaje też społecznego prestiżu.

Życie koreańskich dzieci i nastolatków podporządkowane jest więc nauce. Rodzice wypruwają sobie żyły, żeby posłać swoje pociechy do jak najlepszych instytucji wychowawczych – co roku słyszy się o takich, którzy w namiotach koczują na chodniku celem zapisania swojego dziecka do renomowanego przedszkola; a przyjemność taka potrafi kosztować kilkanaście tysięcy dolarów! Po standardowych zajęciach rodzice muszą dodatkowo opłacić prywatne „hakwony”. Dzieci potrafią spać 4-5 godzin dziennie, nie mają czasu na nawiązanie poprawnych relacji ze swoimi rówieśnikami, każdy dla każdego jest potencjalnym konkurentem w tym ślepym wyścigu szczurów. A na tych, którzy mają inny pomysł na spędzanie swojego czasu w ławce czekają kary cielesne.

Koreański system edukacji sieje postrach wśród społeczności globalnej. Dochodzi do takich absurdów, że wierzy się nawet, iż koreańscy rodzice przed snem czytają swoim pociechom Talmud. Nic bardziej mylnego. W Korei najważniejsza jest punktacja na wspomnianym już College Scholastic Ability Test w związku z czym Koreańczycy nie skupiają się zanadto na kreatywnym rozwiązywaniu problemów, czy zastosowaniu zdobytej wiedzy w praktyce. Liczą się wykute na pamięć fakty oraz jak najefektywniejsza metoda wyboru właściwej odpowiedzi na testach. W tym Koreańczycy zdecydowanie przodują. Sytuację tę świetnie obrazuje fakt, że niektórzy Koreańczycy mają jedną z najwyższych punktacji w międzynarodowych testach z języka angielskiego, a nie potrafią się w tym języku komunikować nawet na poziomie podstawowym.


Zdjęcie: Gość specjalny „Zakorkowanych” – Olga,
nauczycielka języka angielskiego w koreańskim hakwonie.


W kolejnym odcinku audycji "Zakorkowani", kórą przygotowuję razem z Leszkiem Moniuszko (aka "Yellowinside) mam ogromną przyjemność gościć Olgę, która jest nauczycielką języka angielskiego w hakwonie niedaleko Seulu. Dzieli się ona z nami swoimi własnymi doświadczeniami i spostrzeżeniami dotyczącymi nie tylko systemu edukacyjnego, ale też tym, jak to jest być nauczycielem w Korei. Wywiad z Olgą i audycja dotycząca koreańskiego systemu edukacji do odsłuchania poniżej:






[Zakorkowani] Obcokrajowiec w Korei


Korea Południowa to pod względem etnicznym ciągle jeden z najbardziej homogenicznych krajów na świecie. Bardziej zjawiskowy napływ cudzoziemców nastąpił dopiero po 2002 roku, kiedy to Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej rozpromowały ten kraj na całym świecie. Korea poszła za ciosem i rozpoczęła skomasowaną promocję swojego kraju jako głównego celu turystycznego w Azji. Jednocześnie rozpoczęto intensywne działania marketingowe mające na celu rozpowszechnienie za granicą koreańskiej popkultury. Silna gospodarka, dobre zarobki przy niskich podatkach i wysoki poziom życia przypieczętowały znaczenie Korei jako jednego z ciekawszych krajów imigracyjnych.





Mimo swojej początkowej atrakcyjności Korea nie jest najłatwiejszym miejscem do osiedlenia się na dłużej. Pomijając kompleksowość języka, czy zupełnie odmienne realia życia to właśnie poczucie wyższości narodowej i kulturowej Koreańczyków jest tym czynnikiem, który może najbardziej zniechęcać cudzoziemców. Etnocentryzm to jeden z najgłębiej zakorzenionych paradygmatów w świadomości Koreańczyków, co wychodzi sporadycznie i bez szkody dla żadnej ze stron podczas niezobowiązujących kontaktów, ale już bardziej bezpośrednio doskwiera jeżeli chodzi o życie zawodowe.

Kwestia koreańskiej ksenofobii przeplata się dosyć często w konwersacjach między obcokrajowcami; praktycznie każdy z cudzoziemców jej w jakimś stopniu doświadczył. Może to być zakaz wejścia do klubu albo sauny dla obcokrajowców, albo niezapraszanie pełnoetatowego, ale cudzoziemskiego pracownika na firmową kolację, czy spotkania dotyczące jego projektu. Zdarzają się też bardziej dosadne sytuacje, których między innymi i ja doświadczyłam np. pytanie, czy mam zamiar mieć dziecko z moim koreańskim mężem, bo przecież krew Koreańczyków od pokoleń jest taka „czysta”. To jednak nic w porównaniu do traktowania obywateli innych krajów azjatyckich – tutaj rasizm Koreańczyków przejawia się w bardziej widoczny i bezpośredni sposób. W niektórych przypadkach są to sytuacje naprawdę bardzo przykre.  

Jednocześnie warto podkreślić, że światopogląd Koreańczyków nie ma charakteru siłowego (nikt nikogo nie gania z kijami baseballowymi), nie jest aktywnie i publicznie promowaną ideologią nienawiści; jest natomiast głęboką wiarą Koreańczyków, że ich naród pochodzi z jednej linii krwi (wspomniana „czysta krew”), co według niektórych predysponuje nawet do uznania Koreańczyków za osobną rasę człowieka. W przekonaniu tym Koreańczycy nie widzą żadnej niedelikatności tak, jakby ich wyższość była powszechnym i uznawanym na całym świecie faktem. Homogeniczność i odrębność całej spuścizny kulturowej jest dla Koreańczyków powodem do ogromnej dumy, ale już nie do aktywnego narzucania jej ludziom spoza kraju. Odwiedzając Koreę nie należy się więc raczej obawiać o jakiekolwiek zagrożenie natury fizycznej – Koreańczycy są przeważnie niezmiernie uprzejmi (co prawda troszeczkę bardziej dla osób białych), a także coraz bardziej „poprawni politycznie”. Widać tutaj efekt starań rządu koreańskiego oraz mediów, które pośrednio (opery mydlane z udziałem obcokrajowców itp.) lub bezpośrednio (programy dedykowane rozmowom o Korei, w których uczestnikami są cudzoziemcy) informują o właściwej etykiecie oraz edukują społeczeństwo co wolno, a co jest niedopuszczalne.

O podejściu Koreańczyków do obcokrajowców jako odrębnej grupy społecznej rozmawiam szczegółowo z Leszkiem (Yellowinside) w naszej audycji „Zakorkowani”. Zapraszam do odsłuchania poniżej:




Przez ostatnie dziesięć lat Korea stała się krajem o wiele bardziej przyjaznym dla obcokrajowców, co znajduje swoje odzwierciedlenie w liczbach – w roku 2002 w Seulu mieszkało ok. 600 tysięcy cudzoziemców, ale już w roku 2012 liczba ta urosła do 1,5 miliona. Obcokrajowcom zaproponowano bogatszy wachlarz rozwiązań wizowych, rozbudowano usługi w języku angielskim zarówno w sektorze publicznym jak i prywatnym, stworzono dedykowane ośrodki pomocy we wszelkich sprawach dnia codziennego, wyodrębniono specjalne centra medyczne w obrębie szpitali ogólnych, a nawet wprowadzono szereg bezpośrednich korzyści wynikających jedynie z tytułu posiadania obcego paszportu (zapomogi, ulgi podatkowe itp.). W ciągu dekady Korea uległa pod tym względem godnej naśladowania transformacji.

Mimo wielu udogodnień systemowych życie w Korei może okazać się bardzo wymagające. Znalezienie pracy bez dyplomu z rozpoznawanej na świecie uczelni, bez znajomości języka koreańskiego i angielskiego to syzyfowa praca. Firmy preferują kandydatów, którzy są bezpośrednio obeznani z koreańską kulturą i którzy mają unormowane stosunki wizowe. Szczęśliwcy, którym uda się już wejść w poczet koreańskiej kadry pracowniczej muszą następnie stawić czoła bardzo specyficznej kulturze korporacyjnej. Uwiarygodnienie swojej osoby w oczach koreańskich współpracowników, uzyskanie ich akceptacji i zaufania, a także pełnoprawne włączenie do kręgu osobistych i zawodowych relacji to kolejny orzech do zgryzienia.





Wielu obcokrajowców musi również radzić sobie w Korei z głębokim uczuciem osamotnienia. Trudno jest nawiązać wspólny język z Koreańczykami na tyle, żeby swoją relację z nimi można było określić mianem prawdziwej przyjaźni (Koreańczykom też niełatwo przychodzi bratanie się z cudzoziemcami). Na myśl przychodzi mi przykład mojej bliskiej przyjaciółki, która pomimo znajomości języka koreańskiego i niezwykłej gracji, z jaką poruszała się po meandrach kultury koreańskiej nie mogła dostosować się do jednego - biurowej izolacji pracowników. Ania potrzebowała rozmowy, pogaduszek, zwykłej ludzkiej interakcji, a w koreańskiej firmie zamiast życia słychać było jedynie stukanie w klawiaturę odizolowanych przegrodami pracowników.

Ci, którzy pozostają z Koreańczykami w relacji mąż - żona muszą borykać się z bagażem roli, jaką kultura koreańska narzuca na barki danej jednostki w komórce rodzinnej. Od kobiety wymaga się nie tylko opieki nad domem i dziećmi, ale również aktywnej pomocy teściom, włączając w to przekazywanie na ich konto określonej sumy pieniędzy; na mężczyźnie spoczywa obowiązek zarobienia na wszelkie wydatki rodziny. Wielu obcokrajowców nie radzi sobie z tak kategorycznym podziałem funkcji w rodzinie, z czego wynika wiele konfliktów.

W drugim odcinku audycji „Zakorkowani” pt. „Obcokrajowiec w Korei” podchodzę z Leszkiem do opisywanego zagadnienia od strony jednostki i spraw praktycznych. Jak znaleźć pracę w Korei? Jak przeżyć w osobliwej kulturze korporacyjnej? Czy możliwa jest prawdziwa przyjaźń z Koreańczykiem? W jaki sposób funkcjonować w ramach koreańskiej rodziny? Opowiadamy z Leszkiem również o tym, jak nam samym żyje się w Korei. Zapraszam do odsłuchania poniżej.






Okresowe badania


Leżę na na plecach w zaciemnionym, ciepłym pokoju. Przede mną, na zawieszonym ekranie, bije moje własne serce. Widzę je po raz pierwszy w życiu. Wydaje mi się niesamowicie duże, ale też i bardzo zdrowe. Równomiernymi skurczami pompuje krew nie wahając się ani przez moment. Słucham jak z ogromnym ciśnieniem wyrzuca ciecz do obiegu i nie mogę opanować uczucia wzruszenia. Właśnie obserwuję organ, który bez ustanku pracuje po to, żebym każdego dnia mogła dokonać czegoś nowego. Wpatrując się w monitor czuję się jakbym obserwowała swoje własne życie; mam jego namacalny dowód. To lepsze niż wiele filmów, które miałam okazję ostatnio oglądać.

Po echu serca przychodzi czas na USG wszystkich narządów wewnętrznych i krtani, tomografię płuc, mamografię, cytologię i na koniec gastroskopię w uśpieniu. W międzyczasie pobranie krwi, moczu, badanie ciśnienia, wzroku, pomiary fizyczne. Biegam za Koreanką od jednego gabinetu do drugiego w rytm „ppalli, ppalli” („szybko, szybko”), dzięki czemu całą wizytę w gabinecie kończę w przeciągu 2,5 godziny.






Sponsorowane badania okresowe to jeden w wielu przywilejów pracowania w koreańskiej korporacji. W zależności od firmy oferowany jest innej wartości pakiet, a jego rozpiętość zależy również od wieku pracownika. W mojej firmie osoby poniżej 40 lat mają dosyć standardowe, coroczne badanie, które przeprowadzane jest zazwyczaj późną jesienią. Do firmy przyjeżdża wtedy przenośny szpital, w audytorium ustawia się tymczasowe „gabinety” (jest nawet USG narządów wewnętrznych), a na parkingu stoi autobus z aparaturą rentgenowską. Chętni mogą zaszczepić się przeciwko grypie. Firma PWY z kolei podchodzi do sprawy bardziej kompleksowo wysyłając swoich pracowników na niesamowicie szczegółowe badania o wartości przekraczającej setki USD. Identyczne badanie oferowane jest za połowę ceny dla rodziny pracowników – stąd moja dzisiejsza wizyta w klinice.

Koreańczycy bardzo dbają o swoje zdrowie. Kiedy tylko mogą ćwiczą (bieganie, basen, jeżdżenie na rowerze sala gimnastyczna, itp.) chodzą na saunę, rozprostowują się, masują i zażywają zdrowotne mikstury. To wszystko żeby przeciwdziałać stresowi oraz konsekwencjom ciągłego siedzenia przed komputerem i nadużywania alkoholu podczas obowiązkowych hwesików (kolacje firmowe). Koreańczycy chodzą też dosyć często do lekarza i wykonują profilaktyczne badania.

Bardzo mi się to podejście podoba.
Dzięki niemu odkryłam, że moje serducho jest przesympatyczne.



Rozmowa kwalifikacyjna


Zamykają za sobą drzwi z grobowo poważnymi minami. Truchtem ustawiają się naprzeciwko. Jeden wydaje komendę, po której następuje synchroniczny ukłon do pasa. Siadają w fotelach. Ręce oparte na kolanach, wyprostowana sylwetka, twarz pozbawiona emocji. Nadszedł czas walki o wszystko, albo nic. Czekają na pytania.

Po odsłuchaniu kilkudziesięciu książkowych „self-introduction” oraz wyuczonych na pamięć, przepełnionych frazesami hymnów na cześć firmy, dla której pracuję, zaczynam wierzyć, że DSME jest najwspanialszą firmą na świecie („the best company in the world”)... i że wszyscy młodzi Koreańczycy są zapaleńcami piłki nożnej („Do you know Park Ji Seong?” po raz trzydziesty czwarty; jeszcze chwila i zacznę sobie rwać włosy z głowy...). Robi się markotno, nie pomaga nawet stos ciastek i cukierków, ani tony darmowej kawy z kawiarni na dole. Razem z Jasonem, Kanadyjczykiem, który tak jak ja został poproszony przez HR o przesłuchanie ponad 400 kandydatów na stanowiska w naszej firmie, decydujemy się zmienić taktykę. Kierujemy się jedynie własnym zdrowiem psychicznym, ale rezultaty przekraczają nasze najśmielsze wyobrażenia.

Na początku doświadczamy różnych reakcji. Ci bardziej spięci, którzy szczerze wierzą, że rozmowa kwalifikacyjna to walka o śmierć i życie, dostają najczęściej nerwowych skurczów twarzy. Jakiś zdradziecki mięsień pod okiem lub w okolicach ust zaczyna niekontrolowanie drgać denuncjując umysłowy paraliż delikwenta (tzw. menbung / 멘붕). Są na skraju paniki – na ich przypudrowane czoła wychodzi zimny pot, wzrok zmienia status z „pewnego” na „rozlatany”. Inni z niedowierzaniem wpatrują się w nas trawiąc przez kilka sekund pytanie, po czym wybuchają nerwowym chichotem. W obu przypadkach dajemy kandydatom trochę czasu na dojście do siebie. Jak rodzice cierpliwie tłumaczymy, czego oczekujemy, podajemy przykłady, stroimy żarty, dajemy w końcu 30 sekund do namysłu. A zadanie jest przecież takie proste: chcemy, żeby opowiedzieli nam o czymś, co uważają, za swoje największe osiągnięcie życiowe, coś z czego są szczególnie dumni, lub coś co świadczy o ich ponadprzeciętności (temat piłki nożnej jest zakazany, chyba że byli na piwie z Park Ji Seongiem). Domagamy się od nich niezwykłości, wyjścia poza szufladki zapełnione po brzegi rupieciami z dobrych ocen, a to wprawia ich w widoczny popłoch. Przynajmniej na początku.



Koreańczycy są jednym z najwyższych narodów Azji.
Aż zrobiłam sobie zdjęcie z chłopcami, którzy mają
ok. 190cm wzrostu.
Kolega po lewej wspinał się na Annapurnę, a ten po
prawej kierował ruchem helikopterów


Nasza dociekliwość konsekwentnie naoliwia z lekka zardzewiały już mechanizm skrzydeł. Z każdym kolejnym pytaniem skrzydła te rozwijają się zajmując coraz więcej miejsca. Kandydaci w końcu łapią wiatr i odlatują zapominając o właściwym celu swojej wizyty. Z rozgorączkowaniem opowiadają o swoim życiu, deklamują wiersze po japońsku, płynnie mówią po włosku lub chińsku („Pogoda jest piękna, ale ty jesteś dwa razy piękniejsza”), tańczą (breakdance, popping dance), lub uczą nas tańczyć (shuffle dance, moonwalk), śpiewają (Metallica, Michael Jackson, gospel, a nawet pansori), lub każą nam śpiewać (Janis Joplin), grają na wirtualnych bębnach lub w wirtualnego ping ponga (przegrywam...). A potem roześmiani, ale też trochę rozgoryczeni, że to już koniec („I could never imagine!”) wychodzą przyklepując zwichrzone piórka, z wypiekami na twarzy, potykając się o siebie. Pozbawieni kaftanu bezpieczeństwa zszytego z konwenansów. Nadzy i wspaniali.



Inżynierowie próbowali wytłumaczyć nam różnicę
między "elasticity" i "plasiticity". Koncepcyjnie niestety
nie podołali..., a przecież to względnie prosty koncept.


A oto kilka przykładów śmietanki (być może kogoś one zainspirują), z luźnym podziałem na kategorie:


1.       Wolontariat
  • odbudowa Haiti po tsunami razem z ojcem, właścicielem firmy budowlanej
  • odbudowa wybrzeży Indii po tsunami, moralne wspieranie poszkodowanych w szpitalach
  • budowanie wałów przeciwpowodziowych we Francji (dziewczyna)
  • wiele przykładów pracy wolontarystycznej w ramach Habitat for Humanity


2.     Praca
  • 7 miesięcy w Kuwejcie przy budowie elektrowni w ramach stażu u naszej konkurencji
  • staż w organizacji pozarządowej polegający na pracy badawczej na wysypiskach śmieci w Indiach, Turcji i Egipcie („It was smelly”)
  • dowodzenie ruchem helikopterów z wieży kontrolnej
  • rok opieki nad niemowlakami w żłobku (chłopak)
  • zarządzanie renowacją motelu swoich rodziców („The toughest thing in my life”) – 5 pięter, 27 pokoi


3.     Podróże
  • 7 miesięcy w Kenii, dorabianie na podróż nauką matematyki i taekwondo w jednej z misjonarskich szkół
  • podróż do Indii bez absolutnie żadnego przygotowania („I was too busy at school. I just took a plane.”) i 27-godzinny przejazd pociągiem w kierunku pustynii bez kropli wody, jedzenia lub pójścia do toalety („I had no idea it will take 27 hours...”)


4.     Projekty
  • projekt laski dla niewidomych z sensorem kierunkowym, który wysyła do prawego lub lewego ucha sygnał o przeszkodzie
  • patent na zarządzanie zgubionym smartfonem; zdalnie można ściągnąc wszystkie dane, ale także zmieniać hasło dostępu do urządzenia, co skutecznie blokuje możliwość sprzedaży urządzenia przez złodzieja)
  • papierowa łódź z kartonów mleka (od wewnątrz pudełka te mają wodoodporną powłokę) napędzana wiosłami z trzonów papierowych ręczników wypchanych papierem dla twardości – przepłynięcie nią rzeki Han
  • oświetleniowe wskazywanie najbliższego miejsca do parkowania w wielkich marketach (pełna optymalizacja całego ruchu)
  • producja filmu dokumentalnego na temat: „Gdzie podziewają się zwłoki gołębi?” – pytanie pozostało bez odpowiedzi


5.     Kształtowanie charakteru
  • 7 miesięcy sprzątania toalet w Australii („It was terrible”), żeby zarobić na dwumiesięczną podróż po kontynencie
  • 450-kilometrowy marsz wokoło Korei z 40-kilogramowym plecakiem (30km/dzień) („It was terrible”)
  • 3 lata pracy na wózku widłowym w TESCO, żeby opłacić własne studia
  • wyprawa na Annapurnę bez przewodnika lub bagażowych („I don’t really like mountains. I just wanted to check whether I can do it”)
  • wyjazd do Nowej Zelandii w celu uzyskania inspiracji od byłego menedżera funduszy, który rzucił pracę i założył farmę strusi (decyzja o wyjeździe podjęta po zobaczeniu filmu dokumentalnego w telewizji)
  • świetny angielski z kalifornijskim akcentem bez jednego nawet wyjazdu za granicę: samodzielna nauka przed lustrem – też gestykulacji i sposobu bycia – wszystko po to, żeby mieć dostęp do globalnej wiedzy na temat astrofizyki
  • wyprawa rowerowa z Seulu do Seokcho przez góry Seoraksan: 9 godzin bez jednego zejścia z roweru („Last 3km on a hill were the worst. I thought I was dying”; „From that experience I know I can do anything”.)


6.     Hobby
  • audiofil: odlał sobie w gipsie formę ucha, żeby firma precyzyjnie dopasowała mu słuchawki
  • dziewczyna trenująca 10 lat kendo („I usually win, also with boys, but they don’t know that I am a girl”)
  • producent R&B: w następnym roku wydany zostanie jego pierwszy krążek
  • inżynier-romantyk, który długopisem pisze listy do swojej dziewczyny i wysyła je pocztą; w wolnych chwilach lubi „piłowanie metalu” (nie starczyło nam już czasu, żeby dopytać się, co ma dokładnie na myśli)


Nie obyło się też bez sytuacji absurdalnych, kiedy to naprawdę ani ja, ani Jason, nie byliśmy w stanie zachować już powagi – po dziesiątkach rozmów jakaś zapadka w mózgu niebezpiecznie odchyla się w kierunku języczka „filuteria” i nic już nie można na to poradzić. Kilka razy naprzemiennie musieliśmy chować się pod stołem z powodu wstrząsających naszymi ciałami konwulsji śmiechu. Oto przykłady:


Pytanie:                 Do you know the name of Busan mafia?
Odpowiedź:            Ok. Let me introduce myself.

Pytanie:                 How do you relieve your stress?
Odpowiedź:            I have a girlfriend.

Pytanie:                 How are you?
Odpowiedź:            I am single.

Pytanie:                 What was the highlight of your 7-month stay in England?
Odpowiedź:            I got my English name “James”.

Pytanie:                 What do you do in Maryland?
Odpowiedź:           Crap!! (dziewczyna miała na myśli, że jada się tam kraby, czyli   

                            „crab”, a nie „crap”, czyli robi... kupę)


Doświadczenie, które miało być dla mnie drogą przez mękę, dało mi mnóstwo pozytywnej energii. Koreańscy dwudziestoparolatkowie – przynajmniej ci, których poznałam – to ludzie nieprzeciętni. Wystarczy tylko podłubać chwilę, przebić się przez skorupę wystudiowanego formalizmu, a światło dzienne ujrzy cała plejada niezłych charakterków. To ludzie, którzy jeżeli tylko odpowiednio ukierunkowani, mogą podbić świat. Teraz rozumiem, jak wielka jest między nimi konkurencja i cieszę się, że jestem już poza jej zasięgiem. Przynajmniej na razie...




Koncert



W koreańskiej firmie, żeby zostać docenionym (czyt. mieć szansę na promocję według rokrocznego rozdziału) nie wystarczy być utalentowanym, pracowitym i wydajnym. Na ewaluację osoby składa się wiele innych czynników pozornie nie związanych z uzyskiwanymi w pracy wynikami. Oprócz łutu szczęścia do kategorii tej bezsprzecznie należy zaangażowanie w pozazawodowym życiu firmy: wspinanie się z CEO po górach, punktualne pojawianie się w pracy (czas przybicia karty zapisywany jest automatycznie w systemie), ilość wykorzystanych w roku dni wolnych, lub na przykład… uczestniczenie w koncercie.

W tym roku każdy z piętnastu departamentów w naszej firmie miał za zadanie przygotować występ z okazji nadchodzącego Nowego Roku. Ludzie, którzy na co dzień projektują, budują i sprzedają warte dziesiątki, a czasem setki milionów USD statki, platformy wiertnicze, turbiny wiatrowe oraz elektrownie, musieli stanąć na scenie i odśpiewać wybrany przez siebie utwór. Jak zwykle okazało się, że Koreańczycy są niesamowicie utalentowani – grają na instrumentach, tańczą i śpiewają tak, jak profesjonaliści. A co najważniejsze dobrze się przy tym bawią. 

Konkurencja była zaciekła – chodziło nie tylko o reputację danego departamentu, czy „wdzięczność” przełożonego, ale też o tysiączek dolarów zachęty. Oto, co z tego wyszło:







I na deser zwycięzca z przytupującą blondyneczką :) 


Kartka



Nagle zrobiło się całkiem świątecznie. Po raz pierwszy tej zimy spadł śnieg. Dużo lekkiego puchu, który razi oczy odbijającymi się w nim promieniami słońca. Sąsiadka z naprzeciwka cudownie zmaga się z kolędami wygrywanymi na pianinie. A ja dostałam bardzo wyjątkową dla mnie kartkę od podopiecznej. Wesołych!

Kartka od koreańskiej podopiecznej


Wykopana z gniazda


W Korei koperty z pieniędzmi wręcza się na każdym kroku. Nie chodzi mi tutaj o nagminne w tym kraju łapówki, a o formę pomocy udzielanej człowiekowi znajdującemu się akurat w potrzebie. Rodzina, współpracownicy, przyjaciele, znajomi składają się dla danej osoby w przypadku śmierci w rodzinie (rodziców, dzieci, rodzeństwa, dziadków), pierwszych urodzin dziecka (często wyprawia się wtedy charakterystyczne przyjęcie), ślubu, poważniejszej operacji itd. Na każdą tego rodzaju okazję pieniądze (standardowo ok. 50USD) wkłada się do koperty z odpowiednim do zajścia drukiem w języku chińskim (uznawany jest on za język bardziej oficjalny), opatrując ją własnym imieniem i nazwiskiem i innymi umożliwającymi identyfikację informacjami jak firma, czy dział, w którym się pracuje. Jest to o tyle ważne, że dane te wraz z wielkością załączonej sumy wpisywane są skrupulatnie do notatnika, którym podczas uroczystości zarządza specjalnie ku temu wyznaczona osoba urzędująca przy wejściu. Wpłacając więc pieniądze do kieszeni innych ma się mniejszą lub większą pewność, że odwdzięczą się one w podobny sposób w przyszłości.

Kiedyś taki system działał mi na nerwy. Co chwila ktoś kolekcjonował koperty dla ludzi, których nawet dobrze nie znałam. Miałam wrażenie, że przynajmiej w moim przypadku jest to inwestycja bez pokrycia. Do czasu operacji kolana i własnego ślubu. Wtedy dopiero zrozumiałam, że system ten bardzo pomaga w sytuacjach nagłych, kiedy to ni stąd ni zowąd wyłożyć trzeba większe sumy. A i na pewno kosz kopert wspomaga budżet w większym stopniu niżby samemu odkładało się pieniądze w stopniu, w którym wydaje się je na innych. Jest tak przynajmniej do pewnego momentu w życiu, kiedy to już większą porcją uczestnictwa w systemie jest wręczanie kopert raczej niż ich otrzymywanie. Nawet jednak w bardziej zaawansowanym wieku inwestycje tego rodzaju mają sens dzięki swojemu dziedzicznemu charakterowi. Tak więc jeżeli rodzic wręcza kopertę na ślub córki swojego przyjaciela, to ten również wspomoże dziecko pierwszego jeżeli nadarzy się ku temu okazja. I nie będzie to pomoc jednorazowa.

Trochę ponad tydzień temu musiałam nagle polecieć do Polski z powodu śmierci mojej babci. Licząc się z własnym brakiem komfortu podczas otrzymywania kopert po powrocie zakupiłam kilka „Żubrówek”, co by uczucie to podarunkami choć trochę zminimalizować. Kopert nigdy jednak nie ujrzałam. Na początku czułam jedynie lekkie zaskoczenie. Dzień po dniu jednak z jakiegoś powodu ogarniało mnie coraz większe przygnębienie – niesamowita chandra wręcz – i nie za bardzo byłam w stanie zidentyfikować podłoża tak złego samopoczucia. Nie chodziło tutaj bynajmniej o same pieniądze - noża na gardle na pewno nie mam, a i przywiązana do nich aż tak bardzo nie jestem. 

Sprawę przemyślałam pewnego wieczoru przy winie. Zatrudnienie na zasadzie stałego pracownika w firmie, gdzie aktualnie pracuję, otrzymałam dopiero w zeszłym roku. Byłam pierwszym obcokrajowcem (nie wspominając już o słabości swej płci), któremu to się udało (a jest ich w naszej firmie kilkaset). Walka o stanowisko, przyznanie koreańskiego tytułu (co jest bardzo ważne w tym hierarchicznym społeczeństwie) i wynikających z niego praw zajęło mi ponad trzy lata. W czasie tym koło nosa przeszła mi możliwość pracy na placówkach w USA i Kanadzie – właśnie z powodu zatrudnienia tymczasowego. Co ważniejsze jednak wydawało mi się, że dzięki swojej pracy uzyskałam szacunek przełożonych i współpracowników, a nawet ich zaufanie (rzecz w Korei rangi niezwykle ważkiej). Dostawałam w końcu niebagatelne projekty, ciągle gdzieś mnie wysyłano, miałam świetne, czasem nawet bardziej osobiste, relacje z niemalże wszystkimi dookoła. Postępowałam według zasad koreańskich wyłączając z tego jedynie sytuacje zupełnie dla mnie nie do zaakceptownia – w takich przypadkach usuwałam się po prostu w cień. Po otrzymaniu w tym roku własnego zespołu uległam wierze, że osiągnęłam namiastkę czegoś wyjątkowego – w końcu, po tylu bataliach, zostałam przez Koreańczyków zaakceptowana jako jedna z nich. Na chwilę opuściłam gardę wystawiając  się na cios samozadowolenia.

Po powrocie z Polski potraktowano mnie jak „zwykłego” obcokrajowca. To był kubeł zimnej wody, którego absolutnie nie spodziewałam się. Arbitralnie założono, że wystarczą mi wyrazy współczucia, bo tak przecież robi się „na Zachodzie”. Ma to zdecydowanie swoją logikę, ale nie w moim przypadku, kiedy sama od dziewięciu lat próbuję żyć według zasad lokalnych. A nie jest to aż tak proste, z czego moi współpracownicy doskonale zdają sobie sprawę. Być może to tylko faux pas, brak pomyślunku z ich strony, ale posunięcie to ubodło mnie do samych trzewi. Odebrałam to jako policzek, osobistą porażkę i w jakiś sposób przejrzałam w końcu na oczy. Koreańczycy nigdy nie zaakceptują mnie jako „swojej”. 

Jestem teraz zawieszona w bolesnym niedowierzaniu, że te dziewięć lat przeżyłam bazując jedynie na ułudzie przynależności. Bardzo, ale to bardzo trudno mi tę prawdę przęłknąć. PWY mówi, że mogę znaleźć inną przystań, umościć sobie bezpieczniejszy matecznik. Na tę chwilę jednak wypadłam z gniazda, a raczej bezwzględnie mnie z niego wykopano (choć przyjmuję do wiadomości, że prawdopodobnie nie było to celowe), a wicher zwątpienia miota mną chaotycznie z lewa na prawo. I nie wiem, gdzie pozwoli mi wylądować.


Powrót



Spałam już dosyć twardo, gdy PWY wrócił do domu. Jak zwykle usiadł przy łóżku i dał mi buziaka czochrając włosy jak dziecku. Z zadowoleniem bąknął, że udało mu się przyjść wcześniej. Ja również ucieszyłam się, że chłopak będzie mógł dłużej pospać, a i ja wyśpię się pozbawiona nocnych, złych podszeptów nawiedzających mnie od czasu do czasu podczas jego nieobecności. 

Rano idąc do pracy zdałam sobie sprawę z niedorzeczności sytuacji. PWY wrócił do domu po północy...



Weryfikacja


O szalonej kampanii antynikotynowej w naszej firmie pisałam już wcześniej w notce „Zasłona Dymna”. Przyszedł czas na sprawdzenie rezultatów. Jak się okazało jednak nie na podstawie testu krwi, a moczu. Dzisiaj na jednym z pięter firmy zagnieździła się pani z tajemniczymi instrumentami przypominającymi paskowe testy ciążowe. Każdy miał za zadanie nasiusiać do papierowego kubeczka, którego zwykle używa się do kawy instant, po czym pani pobierała odrobinę cieczy pipetką i skraplała plastikowe cudo. Po uzyskaniu wyniku, każdy musiał złożyć podpis w specjalnej tabelce rezultatów.

Na piętrze przeznaczonym do testów żeńskiej populacji naszej firmy wężyk z podekscytowanych młodych pracowniczek, dla których badanie jest świetną okazją do wymiany plotek i radosnych pogaduszek. Co chwila ktoś na siebie wpada z kubeczkiem niebezpiecznie wzburzając przy tym fale najróżniejszych odcieni żółci. W powietrzu unosi się charakterystyczna woń. Co bardziej efektywne grupy dziewcząt obstawiają jedną koleżankę, która napełnia kubeczek po brzeg, a następnie na korytarzu hojnie dzieli się siuśkami ze swoimi koleżankami. No bo po co się męczyć ryzykując skrzywioną strugę i nieprzyjemne jej konsekwencje?! 

Podobnie postępują mężczyźni, tyle że z zupełnie innych powodów. Oni są po prostu chytrzy. A ja, co jest chyba zupełnie zrozumiałe, nie mam im tego absolutnie za złe... W końcu każdy się chyba zgodzi, że tysiąc dolarów drogą nie chodzi. No proszę jak się nawet ładnie zrymowało!


Burząca się krew - What is it good for?


W języku koreańskim istnieje taki związek frazeologiczny “dostałem gorączki” (열 받았어), któremu to wyrażeniu odpowiada nasze “zalała mnie krew”. Na przekór mojej wybitnej wyrozumiałości oraz wrodzonej cierpliwości, krew zalała mnie dzisiaj po raz wtóry. I to tak, że cała zrobiłam się buraczkowa.

Dekretem sławetnych już w tym blogu Zasobów Ludzkich (HR) naszej firmy kilkadziesiąt osób musi przenieść się do innego budynku. To wynik rokrocznej reorganizacji i utworzenia nowej, „elitarnej” grupy, mającej na celu skoncentrować się na rozwoju zupełnie nowych gałęzi interesu.

Tak cholernie jesteśmy elitarni, że dzisiaj powiadomiono nas, że przeprowadzić musimy się... sami. Tłumacząc bardziej obrazowo – sami musimy się spakować oraz przenieść swoje dokumenty, kwiatki, telefony, komputery i wszelkie inne pierdoły do nowego budynku. Żeby tego było mało zacząć możemy dopiero w piątek... po godzinie szóstej wieczorem...

Gorączkę dostali wszyscy. Po koreańsku jednak każdy zaciska zęby i woli o tym nie myśleć, nie przeżuwać tego poniżającego traktowania. Bo co z tego przyjdzie? I tak nie można tej decyzji zmienić. A co ja mogę zrobić? Absolutnie nic. Nie jestem przecież księżniczką; jak inni mogą, to dlaczego nie ja; skoro pracuję w Korei, to powinnam podlegać rządzącym nią prawom, jak każdy inny Koreańczyk; a jak nie mogę tego znieść, to przecież nikt nie zmusza mnie do pracy tutaj. 

Jedynym wyjściem, jakie mamy, to zrobić z tego wszystkiego jedno wielkie, żartobliwe przedsięwzięcie. I wycisnąć z niego tyle radości, ile się tylko da. Bummer.



Paszport


Koreańczycy są bardzo dumni ze swojej narodowości. W sumie nic w tym dziwnego – ja również jestem zadowolona z tego, że jestem Polką. Każdy ma swoje powody i na swój sposób każdy ma rację – to kwestia dobrze pojmowanego patriotyzmu i tolerancji.

Różnica chyba tkwi jednak w tym, że Koreańczycy – przeważnie ci starszej daty - uważają się za naród wybrany, wyjątkowy czystością krwi (Koreańczycy są przekonani o homogeniczności swojej rasy) oraz bogactwem ponad pięciotysiącletniej kultury, posiadający najzdrowszą kuchnię na całym świecie, język, który poziomem swojego wysublimowania jest nie do ogarnięcia dla cudzoziemców, oraz coś niespotykanego nigdzie indziej, co jest określane mianem „jeong” (정). Jeong można zdefiniować jako bezwarunkową lojalność, głębokie uczucie przywiązania, nierozerwalną więź oraz umiejętność zupełnego poświęcenia się bez oczekiwania na nagrodę lub uznanie. Koreańczycy przekonani są, że w świecie zachodnim tego rodzaju oddanie nie istnieje, bo stoi w kontraście do wyznawanego przez nas kultu indywidualizmu (= egocentryzmu). Postawa taka razi bezwstydnym, bo zupełnie nieświadomym (!) etnocentryzmem, a czasem niestety trąci nawet o rasizm – szczególnie w stosunku do przedstawicieli innych krajów azjatyckich.

Na co dzień ta megalomania narodowa przejawia się na przykład tak:

<Podczas podróży służbowej na przejściu granicznym; dialog przerabiany przeze mnie już dziesiątki razy…>
- (ze zdziwieniem) Nie masz koreańskiego paszportu?
- Nie.
- Przecież wyszłaś za Koreańczyka.
- Tak, ale posiadając paszport Unii Europejskiej mogę bez problemu się po niej poruszać i pracować na jej terenie bez specjalnego pozwolenia. (próbuję wyjaśnić sprawę pragmatycznie)
- Ile lat mieszkasz już w Korei?
- Ponad osiem.
- <po chwili namysłu> Acha, to znaczy JESZCZE nie masz koreańskiego paszportu?
- …


Badanie



Przyjechał do nas szpital na kółkach. W audytorium poustawiano parawany, przytachano aparaturę, zaaranżowano stanowiska pracy i opracowano efektywny przepływ aspirantów. Obok budynku firmy zaparkował autobus, w którym odpalono urządzenia rentgenowskie. Lekarze różnych dziedzin wdziali swoje budzące respekt fartuchy, pospiesznie zamieszali w kubkach rozpuszczalną kawę i zaczęło się. Ultrasonografia narządów wewnętrznych, badanie wzroku, słuchu, zębów, pomiar gęstości kości, drożności żył, pobór ogromnych ilości krwi (mało nie zemdlalam w minutę po zabiegu) i skromniejszej ilości cieczy mniej szlachetnej (dosyć pociesznie wszyscy biegaliśmy z odkrytymi papierowymi kubeczkami w dłoni – takimi samymi, jak te od kawy). Na koniec pogadanka z lekarzem, ogólny pomiar ciała (wzrost, waga, procentowy udział wody, tkanki tłuszczowej, mięśni) oraz prześwietlenie klatki piersiowej.

Powyższe badania to przyjęty standard w większych koreańskich firmach. Niektóre korporacje oferują swoim pracownikom o wiele większy pakiet usług, które oceniane są na około 500 USD na osobę. Udać się już wtedy trzeba do szpitala na bardzo kompleksowe badania, włączając w to tomografię całego ciała, gastroskopię (zmorą Koreańczyków jest rak żołądka więc jest to dosyć standardowe badanie wykonywane z roku na rok) wykonywaną na żywca (zazwyczaj kobiety) lub po uśpieniu pigułkami (zazwyczaj mężczyźni), a nawet - jak ktoś ma już bardzo ochotę - kolonoskopię...


Zasłona dymna


W Korei palenie jest nawykiem praktykowanym nagminnie i bezkarnie nawet w miejscach publicznych. Papieros jest nieodzownym elementem szklaneczki soju (koreańska wódka 19%), wieczornego barbecue i nocnych wojaży zestresowanych mężczyzn (kobiety palą bardzo rzadko). Nic nie da się z tym zrobić - można tylko biernie wdychać. Jeszcze nie tak dawno mężczyźni palili w pracy (mój szef nawet teraz pozwala sobie na ten wybryk tyle że po godzinie szóstej), a nawet w samolotach koreańskich linii lotniczych. Mimo że koreańskie papierosy są względnie słabe to rak płuc, obok raka żołądka, jest jednym z największych zabójców Koreańczyków. (Być może również z powodu dużego zanieczyszczenia powietrza.)  

Moda na niepalenie wchodzi do tego kraju dosyć opornie. Dwa lata temu w jednym z większych chaeboli prezydent wydał zarządzenie według którego ci, którzy rzucą palenie otrzymają specjalne bonusy. Pracownicy musieli podpisać deklarację – wyboru nie mieli z powodu niepisanej groźby zaniżonej oceny rocznej. Teraz podobno wychodzą po dwie, trzy osoby na parking i palą w zaciszu własnego samochodu tak, żeby nikt ich nie przyuważył. 

W niektórych koreańskich korporacjach jednym z elementów oceny pracowników wyższego szczebla jest liczba palących osób w grupie, którą zarządzają. A to z bardzo prostej przyczyny. Palący pracownik musi wyjść na papierosa średnio 4-5 razy dziennie. Każda taka przerwa to co najmniej 15 minut, co oznacza, że dziennie pracownik nie wypracowuje około godziny. W tygodniu to już pół dnia, a w miesiącu to dwa dni spędzone na paleniu zamiast na pracy! Zasoby ludzkie również wspierają próby zerwania z nałogiem poprzez udział w wywołujących wiele emocji programach. Dla przykładu w mojej firmie każdemu kto podpisze deklarację (a każdy musi podpisać włączając w to niepalących) wypłaca się tysiąc dolarów. Po kilku miesiącach przeprowadza się badania krwi, żeby sprawdzić, czy pracownik dotrzymał słowa. Jeżeli nie udało mu się wytrwać w postanowieniu to on i wszyscy zadeklarowani z tego samego departamentu muszą zapłacić firmie po tysiąc sto dolarów (10% kary). Jeżeli wszyscy pracownicy w danej grupie udowodnią swoją wstrzemięźliwość, to na konto każdej osoby wpłynie od firmy kolejne tysiąc dolarów nagrody. Wyborny przykład odpowiedzialności zbiorowej z delikatnym odchyleniem dyskryminującym tak naprawdę niepalących (paradoks!).

W naszej grupie jest ponad 30 osób, z tego 80% to wieloletni i zadeklarowani palacze... 

And I can’t help but wonder... Czyżby moja firma była w tarapatach finansowych?


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...