Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koreańscy pracownicy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koreańscy pracownicy. Pokaż wszystkie posty

[Zakorkowani] Miłość po koreańsku cz.1


W kolejnej audycji "Zakorkowanych" poruszamy temat seksulaności Koreańczyków. Koreańczycy do miłości cielesnej, podobnie jak do większości aspektów swojego życia, podchodzą bardzo pragmatycznie. Wizyty w “love motelach” to nieodzowna część randkowania i sposób na sprawdzenie upodobań i limitów obu stron w sprawach łóżkowych. Miłość fizyczna pomiędzy małżonkami prowadzić ma do poczęcia dziecka, bo po to w końcu ludzie pobierają się. Korzystanie z usług tych samych pań do towarzystwa ma na celu zapewnienie bardziej osobistych relacji z członkami firmowej grupy lub partnerami biznesowymi.

Podejście Koreańczyków do miłości fizycznej, szczególnie tej płatnej, to bardzo kontrowersyjne zagadnienie. W naszej audycji rozmawiamy o „zachodnich księżniczkach”, czyli prostytutkach oddelegowanych przez koreański rząd do obsługiwania stacjonujących w Korei żołnierzy amerykańskich, które musiały nosić plakietki z odpowiednim zaświadczeniem lekarskim; opowiadamy o tym, jak wyglądają współczesne, „oficjalne” dzielnice domów publicznych, ale też o tym, co dzieje się za ladą niektórych tradycyjnych zakładów fryzjerskich i kawiarni. W końcu rozprawiamy się z postrzeganiem korzystania z usług erotycznych jako nierozerwalnej części życia zawodowego Koreańczyka: regularne uczęszczanie do licznych barów karaoke, gdzie mężczyźni obsługiwani są w najróżniejszy sposób przez skąpo odziane dziewoje; erotyczne masaże czasem dla głębszych doznań wykonywane przez niewidome pracownice; grupowy seks oralny w kółeczku i wiele innych. A wszystko to za firmowe pieniądze...

Korzystanie z płatnej miłości to w Korei coś, co uznaje się za normę. To prawo mężczyzny do odreagowania sztywnych nakazów społeczeństwa, ale też i integralna część męskiego DNA, z którym na próżno walczyć. To coś, co się nagminnie robi, ale o czym się raczej nie mówi - mówimy więc my.






Rozmowa kwalifikacyjna


Zamykają za sobą drzwi z grobowo poważnymi minami. Truchtem ustawiają się naprzeciwko. Jeden wydaje komendę, po której następuje synchroniczny ukłon do pasa. Siadają w fotelach. Ręce oparte na kolanach, wyprostowana sylwetka, twarz pozbawiona emocji. Nadszedł czas walki o wszystko, albo nic. Czekają na pytania.

Po odsłuchaniu kilkudziesięciu książkowych „self-introduction” oraz wyuczonych na pamięć, przepełnionych frazesami hymnów na cześć firmy, dla której pracuję, zaczynam wierzyć, że DSME jest najwspanialszą firmą na świecie („the best company in the world”)... i że wszyscy młodzi Koreańczycy są zapaleńcami piłki nożnej („Do you know Park Ji Seong?” po raz trzydziesty czwarty; jeszcze chwila i zacznę sobie rwać włosy z głowy...). Robi się markotno, nie pomaga nawet stos ciastek i cukierków, ani tony darmowej kawy z kawiarni na dole. Razem z Jasonem, Kanadyjczykiem, który tak jak ja został poproszony przez HR o przesłuchanie ponad 400 kandydatów na stanowiska w naszej firmie, decydujemy się zmienić taktykę. Kierujemy się jedynie własnym zdrowiem psychicznym, ale rezultaty przekraczają nasze najśmielsze wyobrażenia.

Na początku doświadczamy różnych reakcji. Ci bardziej spięci, którzy szczerze wierzą, że rozmowa kwalifikacyjna to walka o śmierć i życie, dostają najczęściej nerwowych skurczów twarzy. Jakiś zdradziecki mięsień pod okiem lub w okolicach ust zaczyna niekontrolowanie drgać denuncjując umysłowy paraliż delikwenta (tzw. menbung / 멘붕). Są na skraju paniki – na ich przypudrowane czoła wychodzi zimny pot, wzrok zmienia status z „pewnego” na „rozlatany”. Inni z niedowierzaniem wpatrują się w nas trawiąc przez kilka sekund pytanie, po czym wybuchają nerwowym chichotem. W obu przypadkach dajemy kandydatom trochę czasu na dojście do siebie. Jak rodzice cierpliwie tłumaczymy, czego oczekujemy, podajemy przykłady, stroimy żarty, dajemy w końcu 30 sekund do namysłu. A zadanie jest przecież takie proste: chcemy, żeby opowiedzieli nam o czymś, co uważają, za swoje największe osiągnięcie życiowe, coś z czego są szczególnie dumni, lub coś co świadczy o ich ponadprzeciętności (temat piłki nożnej jest zakazany, chyba że byli na piwie z Park Ji Seongiem). Domagamy się od nich niezwykłości, wyjścia poza szufladki zapełnione po brzegi rupieciami z dobrych ocen, a to wprawia ich w widoczny popłoch. Przynajmniej na początku.



Koreańczycy są jednym z najwyższych narodów Azji.
Aż zrobiłam sobie zdjęcie z chłopcami, którzy mają
ok. 190cm wzrostu.
Kolega po lewej wspinał się na Annapurnę, a ten po
prawej kierował ruchem helikopterów


Nasza dociekliwość konsekwentnie naoliwia z lekka zardzewiały już mechanizm skrzydeł. Z każdym kolejnym pytaniem skrzydła te rozwijają się zajmując coraz więcej miejsca. Kandydaci w końcu łapią wiatr i odlatują zapominając o właściwym celu swojej wizyty. Z rozgorączkowaniem opowiadają o swoim życiu, deklamują wiersze po japońsku, płynnie mówią po włosku lub chińsku („Pogoda jest piękna, ale ty jesteś dwa razy piękniejsza”), tańczą (breakdance, popping dance), lub uczą nas tańczyć (shuffle dance, moonwalk), śpiewają (Metallica, Michael Jackson, gospel, a nawet pansori), lub każą nam śpiewać (Janis Joplin), grają na wirtualnych bębnach lub w wirtualnego ping ponga (przegrywam...). A potem roześmiani, ale też trochę rozgoryczeni, że to już koniec („I could never imagine!”) wychodzą przyklepując zwichrzone piórka, z wypiekami na twarzy, potykając się o siebie. Pozbawieni kaftanu bezpieczeństwa zszytego z konwenansów. Nadzy i wspaniali.



Inżynierowie próbowali wytłumaczyć nam różnicę
między "elasticity" i "plasiticity". Koncepcyjnie niestety
nie podołali..., a przecież to względnie prosty koncept.


A oto kilka przykładów śmietanki (być może kogoś one zainspirują), z luźnym podziałem na kategorie:


1.       Wolontariat
  • odbudowa Haiti po tsunami razem z ojcem, właścicielem firmy budowlanej
  • odbudowa wybrzeży Indii po tsunami, moralne wspieranie poszkodowanych w szpitalach
  • budowanie wałów przeciwpowodziowych we Francji (dziewczyna)
  • wiele przykładów pracy wolontarystycznej w ramach Habitat for Humanity


2.     Praca
  • 7 miesięcy w Kuwejcie przy budowie elektrowni w ramach stażu u naszej konkurencji
  • staż w organizacji pozarządowej polegający na pracy badawczej na wysypiskach śmieci w Indiach, Turcji i Egipcie („It was smelly”)
  • dowodzenie ruchem helikopterów z wieży kontrolnej
  • rok opieki nad niemowlakami w żłobku (chłopak)
  • zarządzanie renowacją motelu swoich rodziców („The toughest thing in my life”) – 5 pięter, 27 pokoi


3.     Podróże
  • 7 miesięcy w Kenii, dorabianie na podróż nauką matematyki i taekwondo w jednej z misjonarskich szkół
  • podróż do Indii bez absolutnie żadnego przygotowania („I was too busy at school. I just took a plane.”) i 27-godzinny przejazd pociągiem w kierunku pustynii bez kropli wody, jedzenia lub pójścia do toalety („I had no idea it will take 27 hours...”)


4.     Projekty
  • projekt laski dla niewidomych z sensorem kierunkowym, który wysyła do prawego lub lewego ucha sygnał o przeszkodzie
  • patent na zarządzanie zgubionym smartfonem; zdalnie można ściągnąc wszystkie dane, ale także zmieniać hasło dostępu do urządzenia, co skutecznie blokuje możliwość sprzedaży urządzenia przez złodzieja)
  • papierowa łódź z kartonów mleka (od wewnątrz pudełka te mają wodoodporną powłokę) napędzana wiosłami z trzonów papierowych ręczników wypchanych papierem dla twardości – przepłynięcie nią rzeki Han
  • oświetleniowe wskazywanie najbliższego miejsca do parkowania w wielkich marketach (pełna optymalizacja całego ruchu)
  • producja filmu dokumentalnego na temat: „Gdzie podziewają się zwłoki gołębi?” – pytanie pozostało bez odpowiedzi


5.     Kształtowanie charakteru
  • 7 miesięcy sprzątania toalet w Australii („It was terrible”), żeby zarobić na dwumiesięczną podróż po kontynencie
  • 450-kilometrowy marsz wokoło Korei z 40-kilogramowym plecakiem (30km/dzień) („It was terrible”)
  • 3 lata pracy na wózku widłowym w TESCO, żeby opłacić własne studia
  • wyprawa na Annapurnę bez przewodnika lub bagażowych („I don’t really like mountains. I just wanted to check whether I can do it”)
  • wyjazd do Nowej Zelandii w celu uzyskania inspiracji od byłego menedżera funduszy, który rzucił pracę i założył farmę strusi (decyzja o wyjeździe podjęta po zobaczeniu filmu dokumentalnego w telewizji)
  • świetny angielski z kalifornijskim akcentem bez jednego nawet wyjazdu za granicę: samodzielna nauka przed lustrem – też gestykulacji i sposobu bycia – wszystko po to, żeby mieć dostęp do globalnej wiedzy na temat astrofizyki
  • wyprawa rowerowa z Seulu do Seokcho przez góry Seoraksan: 9 godzin bez jednego zejścia z roweru („Last 3km on a hill were the worst. I thought I was dying”; „From that experience I know I can do anything”.)


6.     Hobby
  • audiofil: odlał sobie w gipsie formę ucha, żeby firma precyzyjnie dopasowała mu słuchawki
  • dziewczyna trenująca 10 lat kendo („I usually win, also with boys, but they don’t know that I am a girl”)
  • producent R&B: w następnym roku wydany zostanie jego pierwszy krążek
  • inżynier-romantyk, który długopisem pisze listy do swojej dziewczyny i wysyła je pocztą; w wolnych chwilach lubi „piłowanie metalu” (nie starczyło nam już czasu, żeby dopytać się, co ma dokładnie na myśli)


Nie obyło się też bez sytuacji absurdalnych, kiedy to naprawdę ani ja, ani Jason, nie byliśmy w stanie zachować już powagi – po dziesiątkach rozmów jakaś zapadka w mózgu niebezpiecznie odchyla się w kierunku języczka „filuteria” i nic już nie można na to poradzić. Kilka razy naprzemiennie musieliśmy chować się pod stołem z powodu wstrząsających naszymi ciałami konwulsji śmiechu. Oto przykłady:


Pytanie:                 Do you know the name of Busan mafia?
Odpowiedź:            Ok. Let me introduce myself.

Pytanie:                 How do you relieve your stress?
Odpowiedź:            I have a girlfriend.

Pytanie:                 How are you?
Odpowiedź:            I am single.

Pytanie:                 What was the highlight of your 7-month stay in England?
Odpowiedź:            I got my English name “James”.

Pytanie:                 What do you do in Maryland?
Odpowiedź:           Crap!! (dziewczyna miała na myśli, że jada się tam kraby, czyli   

                            „crab”, a nie „crap”, czyli robi... kupę)


Doświadczenie, które miało być dla mnie drogą przez mękę, dało mi mnóstwo pozytywnej energii. Koreańscy dwudziestoparolatkowie – przynajmniej ci, których poznałam – to ludzie nieprzeciętni. Wystarczy tylko podłubać chwilę, przebić się przez skorupę wystudiowanego formalizmu, a światło dzienne ujrzy cała plejada niezłych charakterków. To ludzie, którzy jeżeli tylko odpowiednio ukierunkowani, mogą podbić świat. Teraz rozumiem, jak wielka jest między nimi konkurencja i cieszę się, że jestem już poza jej zasięgiem. Przynajmniej na razie...




Koncert



W koreańskiej firmie, żeby zostać docenionym (czyt. mieć szansę na promocję według rokrocznego rozdziału) nie wystarczy być utalentowanym, pracowitym i wydajnym. Na ewaluację osoby składa się wiele innych czynników pozornie nie związanych z uzyskiwanymi w pracy wynikami. Oprócz łutu szczęścia do kategorii tej bezsprzecznie należy zaangażowanie w pozazawodowym życiu firmy: wspinanie się z CEO po górach, punktualne pojawianie się w pracy (czas przybicia karty zapisywany jest automatycznie w systemie), ilość wykorzystanych w roku dni wolnych, lub na przykład… uczestniczenie w koncercie.

W tym roku każdy z piętnastu departamentów w naszej firmie miał za zadanie przygotować występ z okazji nadchodzącego Nowego Roku. Ludzie, którzy na co dzień projektują, budują i sprzedają warte dziesiątki, a czasem setki milionów USD statki, platformy wiertnicze, turbiny wiatrowe oraz elektrownie, musieli stanąć na scenie i odśpiewać wybrany przez siebie utwór. Jak zwykle okazało się, że Koreańczycy są niesamowicie utalentowani – grają na instrumentach, tańczą i śpiewają tak, jak profesjonaliści. A co najważniejsze dobrze się przy tym bawią. 

Konkurencja była zaciekła – chodziło nie tylko o reputację danego departamentu, czy „wdzięczność” przełożonego, ale też o tysiączek dolarów zachęty. Oto, co z tego wyszło:







I na deser zwycięzca z przytupującą blondyneczką :) 


Powrót



Spałam już dosyć twardo, gdy PWY wrócił do domu. Jak zwykle usiadł przy łóżku i dał mi buziaka czochrając włosy jak dziecku. Z zadowoleniem bąknął, że udało mu się przyjść wcześniej. Ja również ucieszyłam się, że chłopak będzie mógł dłużej pospać, a i ja wyśpię się pozbawiona nocnych, złych podszeptów nawiedzających mnie od czasu do czasu podczas jego nieobecności. 

Rano idąc do pracy zdałam sobie sprawę z niedorzeczności sytuacji. PWY wrócił do domu po północy...



Weryfikacja


O szalonej kampanii antynikotynowej w naszej firmie pisałam już wcześniej w notce „Zasłona Dymna”. Przyszedł czas na sprawdzenie rezultatów. Jak się okazało jednak nie na podstawie testu krwi, a moczu. Dzisiaj na jednym z pięter firmy zagnieździła się pani z tajemniczymi instrumentami przypominającymi paskowe testy ciążowe. Każdy miał za zadanie nasiusiać do papierowego kubeczka, którego zwykle używa się do kawy instant, po czym pani pobierała odrobinę cieczy pipetką i skraplała plastikowe cudo. Po uzyskaniu wyniku, każdy musiał złożyć podpis w specjalnej tabelce rezultatów.

Na piętrze przeznaczonym do testów żeńskiej populacji naszej firmy wężyk z podekscytowanych młodych pracowniczek, dla których badanie jest świetną okazją do wymiany plotek i radosnych pogaduszek. Co chwila ktoś na siebie wpada z kubeczkiem niebezpiecznie wzburzając przy tym fale najróżniejszych odcieni żółci. W powietrzu unosi się charakterystyczna woń. Co bardziej efektywne grupy dziewcząt obstawiają jedną koleżankę, która napełnia kubeczek po brzeg, a następnie na korytarzu hojnie dzieli się siuśkami ze swoimi koleżankami. No bo po co się męczyć ryzykując skrzywioną strugę i nieprzyjemne jej konsekwencje?! 

Podobnie postępują mężczyźni, tyle że z zupełnie innych powodów. Oni są po prostu chytrzy. A ja, co jest chyba zupełnie zrozumiałe, nie mam im tego absolutnie za złe... W końcu każdy się chyba zgodzi, że tysiąc dolarów drogą nie chodzi. No proszę jak się nawet ładnie zrymowało!


Burząca się krew - What is it good for?


W języku koreańskim istnieje taki związek frazeologiczny “dostałem gorączki” (열 받았어), któremu to wyrażeniu odpowiada nasze “zalała mnie krew”. Na przekór mojej wybitnej wyrozumiałości oraz wrodzonej cierpliwości, krew zalała mnie dzisiaj po raz wtóry. I to tak, że cała zrobiłam się buraczkowa.

Dekretem sławetnych już w tym blogu Zasobów Ludzkich (HR) naszej firmy kilkadziesiąt osób musi przenieść się do innego budynku. To wynik rokrocznej reorganizacji i utworzenia nowej, „elitarnej” grupy, mającej na celu skoncentrować się na rozwoju zupełnie nowych gałęzi interesu.

Tak cholernie jesteśmy elitarni, że dzisiaj powiadomiono nas, że przeprowadzić musimy się... sami. Tłumacząc bardziej obrazowo – sami musimy się spakować oraz przenieść swoje dokumenty, kwiatki, telefony, komputery i wszelkie inne pierdoły do nowego budynku. Żeby tego było mało zacząć możemy dopiero w piątek... po godzinie szóstej wieczorem...

Gorączkę dostali wszyscy. Po koreańsku jednak każdy zaciska zęby i woli o tym nie myśleć, nie przeżuwać tego poniżającego traktowania. Bo co z tego przyjdzie? I tak nie można tej decyzji zmienić. A co ja mogę zrobić? Absolutnie nic. Nie jestem przecież księżniczką; jak inni mogą, to dlaczego nie ja; skoro pracuję w Korei, to powinnam podlegać rządzącym nią prawom, jak każdy inny Koreańczyk; a jak nie mogę tego znieść, to przecież nikt nie zmusza mnie do pracy tutaj. 

Jedynym wyjściem, jakie mamy, to zrobić z tego wszystkiego jedno wielkie, żartobliwe przedsięwzięcie. I wycisnąć z niego tyle radości, ile się tylko da. Bummer.



Badanie



Przyjechał do nas szpital na kółkach. W audytorium poustawiano parawany, przytachano aparaturę, zaaranżowano stanowiska pracy i opracowano efektywny przepływ aspirantów. Obok budynku firmy zaparkował autobus, w którym odpalono urządzenia rentgenowskie. Lekarze różnych dziedzin wdziali swoje budzące respekt fartuchy, pospiesznie zamieszali w kubkach rozpuszczalną kawę i zaczęło się. Ultrasonografia narządów wewnętrznych, badanie wzroku, słuchu, zębów, pomiar gęstości kości, drożności żył, pobór ogromnych ilości krwi (mało nie zemdlalam w minutę po zabiegu) i skromniejszej ilości cieczy mniej szlachetnej (dosyć pociesznie wszyscy biegaliśmy z odkrytymi papierowymi kubeczkami w dłoni – takimi samymi, jak te od kawy). Na koniec pogadanka z lekarzem, ogólny pomiar ciała (wzrost, waga, procentowy udział wody, tkanki tłuszczowej, mięśni) oraz prześwietlenie klatki piersiowej.

Powyższe badania to przyjęty standard w większych koreańskich firmach. Niektóre korporacje oferują swoim pracownikom o wiele większy pakiet usług, które oceniane są na około 500 USD na osobę. Udać się już wtedy trzeba do szpitala na bardzo kompleksowe badania, włączając w to tomografię całego ciała, gastroskopię (zmorą Koreańczyków jest rak żołądka więc jest to dosyć standardowe badanie wykonywane z roku na rok) wykonywaną na żywca (zazwyczaj kobiety) lub po uśpieniu pigułkami (zazwyczaj mężczyźni), a nawet - jak ktoś ma już bardzo ochotę - kolonoskopię...


Zasłona dymna


W Korei palenie jest nawykiem praktykowanym nagminnie i bezkarnie nawet w miejscach publicznych. Papieros jest nieodzownym elementem szklaneczki soju (koreańska wódka 19%), wieczornego barbecue i nocnych wojaży zestresowanych mężczyzn (kobiety palą bardzo rzadko). Nic nie da się z tym zrobić - można tylko biernie wdychać. Jeszcze nie tak dawno mężczyźni palili w pracy (mój szef nawet teraz pozwala sobie na ten wybryk tyle że po godzinie szóstej), a nawet w samolotach koreańskich linii lotniczych. Mimo że koreańskie papierosy są względnie słabe to rak płuc, obok raka żołądka, jest jednym z największych zabójców Koreańczyków. (Być może również z powodu dużego zanieczyszczenia powietrza.)  

Moda na niepalenie wchodzi do tego kraju dosyć opornie. Dwa lata temu w jednym z większych chaeboli prezydent wydał zarządzenie według którego ci, którzy rzucą palenie otrzymają specjalne bonusy. Pracownicy musieli podpisać deklarację – wyboru nie mieli z powodu niepisanej groźby zaniżonej oceny rocznej. Teraz podobno wychodzą po dwie, trzy osoby na parking i palą w zaciszu własnego samochodu tak, żeby nikt ich nie przyuważył. 

W niektórych koreańskich korporacjach jednym z elementów oceny pracowników wyższego szczebla jest liczba palących osób w grupie, którą zarządzają. A to z bardzo prostej przyczyny. Palący pracownik musi wyjść na papierosa średnio 4-5 razy dziennie. Każda taka przerwa to co najmniej 15 minut, co oznacza, że dziennie pracownik nie wypracowuje około godziny. W tygodniu to już pół dnia, a w miesiącu to dwa dni spędzone na paleniu zamiast na pracy! Zasoby ludzkie również wspierają próby zerwania z nałogiem poprzez udział w wywołujących wiele emocji programach. Dla przykładu w mojej firmie każdemu kto podpisze deklarację (a każdy musi podpisać włączając w to niepalących) wypłaca się tysiąc dolarów. Po kilku miesiącach przeprowadza się badania krwi, żeby sprawdzić, czy pracownik dotrzymał słowa. Jeżeli nie udało mu się wytrwać w postanowieniu to on i wszyscy zadeklarowani z tego samego departamentu muszą zapłacić firmie po tysiąc sto dolarów (10% kary). Jeżeli wszyscy pracownicy w danej grupie udowodnią swoją wstrzemięźliwość, to na konto każdej osoby wpłynie od firmy kolejne tysiąc dolarów nagrody. Wyborny przykład odpowiedzialności zbiorowej z delikatnym odchyleniem dyskryminującym tak naprawdę niepalących (paradoks!).

W naszej grupie jest ponad 30 osób, z tego 80% to wieloletni i zadeklarowani palacze... 

And I can’t help but wonder... Czyżby moja firma była w tarapatach finansowych?


Siódma czterdzieści



Absurd to rzecz powszednia w koreańskiej rzeczywistości. Zjada się go na śniadanie i przeżuwa podczas kolacji. Niedorzeczność goni niedorzeczność i tak w kółko, bez końca. Myślałam, że zdążyłam się juz przyzwyczaić i filozoficznie uodpornić. A tutaj rano powtórka z rozrywki, krew ponownie burzy bieg w mych żyłach. Nie za mocno już, w końcu nie ten wiek, ale zawsze.

Z powodu częstych podróży służbowych co najmniej dwa weekendy w miesiącu spędzam na pakowaniu i rozpakowywaniu, porządkowaniu ubrań, bieganiu do pralni chemicznej. Jeden tydzień dochodzę do siebie po zmianach czasu i kilkunastogodzinnych (a czasem kilkudziesięciogodzinnych) lotach w pozycji kucznej. Puchnie mi z tego powodu operowane kolano i boli kręgosłup o uroczo wypadniętym dysku. Nadgodzin za weekendowe podróże i podczas nich pracę nie otrzymuję, podobnie też za pracę w czasie koreańskich dni wolnych. Jednym słowem, jak dla mnie, jestem bohaterem.

Aż do czasu kiedy dostaję emaila (skierowanego nie tylko do mnie, ale do całej grupy już po raz drugi), że ten kto nie jest w stanie przychodzić do pracy przed 7.40 rano (praca rozpoczyna się o 8.00) nie jest predysponowany do pracy w tym zespole i powinien zastanowić się jeszcze raz nad własnymi priorytetami. Jedynie osoby będące w stanie wykrzesać z siebię odrobinę samozaparcia, osoby czujące powołanie i dążące do maksymalizacji efektywności w pracy kwalifikują się na pozycję członka naszej grupy. A są to właśnie takie osoby, które w pracy pojawiają się co najmniej dwadzieścia minut przed czasem. W związku z tym usilnie prosi się o respektowanie tej reguły. 

No to ja się chyba nie nadaję. 
I z tego, co rozumiem, reszta moich współpracowników również.


Postęp



Czasem ogarnia mnie bezbrzeżne zwątpienie. Nie wiem, czy postęp społeczny w Korei kiedykolwiek zrówna się z postępem gospodarczym, który dokonał się tutaj w zbyt krótkim czasie.


Za mną na krześle chrapie współpracownik. Kompletnie pijany po poprzedniej nocy, z rozbełtaną koszulą poplamioną kimchijigae. Głowa bezładnie zwisa z poręczy, od  czasu do czasu jakiś bełkot dobiega z jego otwartego na oścież gardła. Ręce majtają się w podrygach snu, rozwalone nogi eksponują poplamione czymś krocze. Nikt z Koreańczyków nie reaguje, nikt nie komentuje. Dzień jak co dzień w jednej z największych koreańskich korporacji...

Pisałam kiedyś o fascynującym życiu koreańskiego metra i w nim agresji. Najbardziej przerażającym jego elementem są dla mnie koreańskie ajumy (starsze, zamężne kobiety). Są to istoty, które bez okruchu żenady torują sobie drogę łokciami, torebkami i parasolkami. A robią to z widoczną satysfakcją i nadmiernym rozmachem. Naprawdę trzeba uważać, żeby nie nabawić się jakiejś kontuzji. Już po „zaklepaniu” miejsca dla całej swojej drużyny koleżanki drą się wniebogłosy (czyt. rozmawiają) swoimi krwisto wymalowanymi ustami zupełnie nie zwracając uwagi na współpasażerów. Bardzo denerwująca sprawa szczególnie po kilkunastogodzinnym dniu pracy. Dzisiaj kolejny odcinek w temacie tym razem w wersji wizualnej:


Przerwa obiadowa



Każda większa korporacja w Korei ma w swoim budynku stołówkę i salę gimnastyczną. Często posiłki (śniadanie, obiad, kolacja) i dostęp do klubu jest dla pracowników darmowy lub oferowany za niewielką opłatą.  

Od czasu, kiedy wypadł mi dysk musiałam zmienić swój tryb życia. Codziennie w  czasie obiadu schodzę do klubu fitness na czterdziestominutową gimnastykę z elementami jogi i siłownię. Po czym w dziesięć minut pochłaniam obiad na szesnastym piętrze naszego budynku. Po pracy albo ponownie idę na salę gimanstyczną – tym razem, żeby przez godzinę szybko pochodzić – albo wybieram się na basen.

W czasie przerwy obiadowej wiele Koreanek schodzi do szatni razem ze mną. Nie po to jednak, żeby się przebrać i pogimnastykować. Z szafek wyciągają one koce, peleryny, poduszki, podnóżki, opaski na oczy (lub po prostu ręczniki), a nawet ogromne koce elektryczne (w lecie w Korei w budynkach jest okrutnie zimno z powodu klimatyzacji). Przez całą godzinę śpią na podłodze, jedna obok drugiej, telefon obok telefonu; często gaszą w całej szatni światło. Po ćwiczeniach przeskakuję leżące ciała, telefonem oświetlam sobie wnętrze własnej szafki, biorę szybki prysznic i wychodzę. Pozostawiam Koreanki w błogim śnie –a mają one jeszcze dziesięć minut. 

Bo Koreanki te obiadów nie jadają...


Dobrzy ojcowie



Do godzin porannych deliberują bełkotem, jak tu być Dobrym Ojcem. W oparach alkoholu, o wypchanych żołądkach, paląc jednego za drugim.

W domach zaryglowane żony odwalają czarną robotę. Złej Matki. Zakneblowane społecznym gorsetem muszą zrozumieć, zaufać, być ostoją, stać murem.

Bo Dobrzy Ojcowie zrobiliby wszystko, naprawdę w s z y s t k o dla swoich dzieci.  

To miłość bezgraniczna.
To miłość w najczystszej postaci.


Team



Jakość pracy w dużej mierze zależy od ludzi, z jakimi się pracuje.

Mam świetnego szefa. Wysyła mnie non stop w podróże służbowe, pyta o zdanie w większości wypadków (ku rozdrażnieniu mojego bezpośredniego przełożonego), wymaga dużej odpowiedzialności i ciężkiej pracy ale zawsze w świetnych projektach. Ma też magiczną właściwość zasypiania w każdym możliwym momencie, a po przebudzeniu bezproblemowego kontynuowania wątku bez żadnego uszczerbku dla płynności dyskusji. Dlatego też kontynuuję swoje sprawozdania nawet jeżeli smacznie pochrapuje przede mną, zatopiony w swoim skórzanym krześle. Najbardziej podziwiam w nim to, że nie podnosi na nikogo głosu, nie okazuje zdenerwowania, czy frustracji. Wszelkie złe emocje kipiące z ludzi dookoła chwyta w ręce, obraca w garści przed zaciekawionymi oczami, wyrzuca przez okno po zrozumieniu ich tła, po czym kontynuuje rozmowę odnosząc się wyłącznie do jej treści.

Reszta mojej grupy jest równie... nietuzinkowa. Lider grupy to ekstremalnie mało konkretny, starszy pan, który w jednym zdaniu, a nawet w jednym ciągu (a każde słowo jest wyraźnie oddzielone od kolejnego pauzą filozoficznego zastanowienia) potrafi zmieścić „tak, i wtedy, tak czy owak, i wtedy, tak, tak więc... no tak”. A ponieważ gustuje w pogaduszkach najprostszy przekaz może trwać czasem i pół godziny. Poza tym przemiły mężczyzna, dzielnie znoszący czternastogodzinowe trudy lotów klasą ekonomiczną i to pomimo swoich tytanowych dysków.

Nad projektem w Kanadzie pracuję z dwoma osobnikami płci męskiej. Jeden ma bardzo wstrząsający zwyczaj potężnego charkania. Po obiedzie przeszklone drzwi do naszego piętra wesoło podrygują w rytm wypluwanej prez niego w łazience flegmy. W odpowiedzi dzień w dzień na czas przerwy obiadowej uzbrajam się w odtwarzacz mp3. Z głośną muzyką. Pracuje mi się z nim bardzo dobrze – wyjazdowe rzeki piwa razem przepite robią swoje. Drugi miał wypadek helikopterowy (przeżył tylko on i mój szef) i teraz jest zaawansowanym alkoholikiem. Wygląda bardzo smutno, je tylko ryż. Rano nie warto organizować z nim spotkań. Nikt nie lubi z nim współpracować. Moim zdaniem ma niesamowite poczucie humoru i czasem potrafi zaskoczyć iście genialną błyskotliwością.

W kalifornijskim projekcie towarzyszył mi były pracownik Accenture, który konsekwentnie przychodzi do pracy, kiedy chce oraz namiętnie kwestionuje polecenia przełożonych (obie cechy bardzo rzadko spotykane w kulturze koreańskiej). Poza tym prawdziwy gentleman – przynajmniej dla mnie. Wyraźnie traktuje mnie jak prawdziwą damę.

W mojej grupie jest też mężczyzna, który bez przerwy nosi białe rękawiczki natrętnie przypominając mi szofera eleganckiego wozu. To z powodu choroby skóry. Dalej mamy dziewczynę bezpardonowo wrolowaną w rolę sekretarki, gdy takowa z hukiem odeszła z pracy. W rezlutacie koleżanka jest wściekła jak osa (i słusznie) i żeby zarezerwować bilet lotniczy muszę przekonywać ją miłą pogawędką i dobrej jakości kawką. 

Do tego doliczyć należy trzech nowoprzybyłych: jeden nie może oderwać się od swojego iPhone’a (dźwięki dochodzące z tego diabelskeigo urządzenia doprowadzają wszystkich do szału); drugi wygląda jakby połknął miotłę (nawet jego szczęka wygląda na sztywną); trzeci to młodziutka dziewczyna – i tutaj nie dostrzegłam jeszcze żadnej specyficznej cechy oprócz względnej pewności siebie (duży plus).

Na domiar kolorytu na samym końcu jest ktoś jeszcze. Obcokrajowiec. Kobieta. Ja.


Śpiąca królewna



Stała w rogu z błogim wyrazem twarzy. Splecione z przodu dłonie, zamknięte oczy, głowa oparta o ścianę. Bez jednego ruchu. Bez cienia zainteresowania tym, co dzieje się wokół niej.

Przeszłam obok. Zrobiłam, po co przyszłam. Umyłam ręce i na palcach podeszłam do drzwi. Spojrzałam na nią raz jeszcze. 

Koreanka spała w najlepsze stojąc w rogu firmowej łazienki...


Zemsta



Liczyłam na ten wyjazd. Chciałam zobaczyć spieczone słońcem, białe murowane domy. Chciałam przejechać terenówką drogę z Muskatu do Duqm, chciałam przekonać się jak bardzo słone jest Morze Arabskie, chciałam napić się specyficznej kawy wsłuchując się w miauczącą muzykę Bliskiego Wschodu. A przy okazji wdrożyć energię odnawialną w Omanie.

Liczyłam na ten wyjazd więc pracowałam. Odwaliłam, bez zbędnego przechwalania się, całą robotę.

Wczoraj przez przypadek i to całkiem podły przypadek dowiedziałam się, że mogę zapomnieć o okularach słonecznych, odparzonej pupie i turbanie na głowie. Mój współpracownik, Koreańczyk, z wyraźną satysfakcją wręczył mi bilety na BEZPŁATNY „Energy Show” w KOREI mówiąc, że on to nie może pójść, bo pojutrze leci do Omanu. Z powodu mojego projektu. Po czym dodał, że mogę sobie pójść na targ... z mężem.... w czasie weekendu... Na koniec jeszcze tylko głupawo się rozchichotał rad ze swojego żartu.

Obmyślam zemstę. Na zimno.
I niech mnie trafi jeżeli jeszcze w tym roku nie polecę do Omanu.


Koreański tygrysek



Większość koreańskich przydomków w adresach emailowych pochodzi od imienia i nazwiska ich właścicieli. Normalna rzecz. Czasem jednak zdarzają się kwiatki w stylu „leader”, „genius” czy „handsome”... O ile w prywatnych adresach to ujść pewnie może to w wielkiej korporacji już chyba mniej. No bo co ja mam sobie pomyśleć otrzymując wiadomość od kogoś z nazwą „bastard”?

Przez jakiś czas torpedowana byłam babelfiszowymi tłumaczeniami tekstów koreańskich na angielski, wysyłanymi przez nieznanego mi pracownika firmy, w której pracuję. Teksty traktowały o „odważnym wznoszeniu się na wyżyny”, „dochodzeniu na szczyty”, „żarze oczyszczania”, „odwadze w radosnym oddaniu się’”, ‘”oczekującej na szczycie nagrodzie” etc. ... Mimo natychmiast nasuwających się konotacji założyłam niewinnie, że facet może być jedynie zagorzałym katolikiem, a tłumaczenia po prostu niefortunne. W końcu w każdym porannym kimbab’ie, jedzonym w metrze na śniadanie, znajduję przeszmuglowane wersety z Biblii, a nocą czerwone neony przykościelnych krzyży dzielnie konkurują z równie czerwonymi neonami "love motelów".

Po kolejnych dawkach dwuznacznych tekstów moja wiara w dobre intencje tajemniczego człowieka zaczęła się jednak delikatnie osłabiać. 

Sprawdziłam adres amanta. 

Wiadomości przychodziły od... „tygryska”.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...