Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty

Podsumowanie roku 2013


Od Nowego Roku minął już ponad tydzień, ale na podsumowania nigdy chyba nie jest za późno. Poniżej statystyki odnośnie napopularniejszych notek na blogu „W Korei i nie tylko” w zależności od liczby odwiedzin i poruszanej tematyki.
  

Najpopularniejsze (od początku powstania bloga):

1.  „Koreańczyk w Polsce – wywiad” – W odpowiedzi na sugestię jednego z Czytelników (Łukasz Wi) przeprowadziłam wywiad z Jun Hyungiem, którego w Korei uczyłam języka polskiego, a który obecnie mieszka i studiuje w Poznaniu. Jun Hyung opowiada o swoim życiu w Polsce, o swojej miłości do Żywca i o tym, jak przy kilkunastostopniowym mrozie w klapkach i krótkich spodenkach chodzi na pocztę.

2.  „Presja” – Wpis o ogromnym nacisku koreańskiego społeczeństwa na wygląd zewnętrzy oraz posiadanie luksusowych gadżetów. Mechanizm takiej presji sprawdzam na własnej skórze.

3.  „Morderstwo” – Korea uważana jest za kraj raczej bezpieczny i na podstawie mojego dotychczasowego doświadczenia całkiem słusznie. Niestety społeczne przyzwolenie na przemoc wobec kobiet skutkuje czasem tragicznymi konsekwencjami i może bezpośrednio przekładać się na mój własny w tym kraju dobrobyt.

4.  „Dość już Kangnam style” – Nie mam absolutnie nic przeciwko wygłupom i dobrej zabawie. W moim wpisie na temat kawałka „Kangnam Style” koreańskiego piosenkarza PSY piszę jednak o odpowiedzialności, jaka leży po stronie odbiorcy.

5.  „Pazurek” – Bardziej osobista notka o moich relacjach z Koreankami, a w szczególności o rozczarowującym doświadczeniu z jedną z nich, którą uważałam za coś na kształt przyjaciółki.


Najpopularniejsze w kategorii „koreańskie społeczeństwo”:
                 
1.  „Ciąża” – Korea ma jeden z najniższych przyrostów naturalnych na świecie. Mimo że Prawo Pracy przewiduje całkiem dobre warunki dla przyszłych matek, młode Koreanki nie kwapią się do macierzyństwa. Rzeczywistość bowiem ma się nijak do teorii prawa.

2.  „Gorsza rodzina” – Kilka lat temu odeszła moja babcia. Dostałam z tego powodu kilka dni urlopu, co pozwoliło mi na wizytę w Polsce. Gdyby była to babcia od strony mojej mamy, urlopu takiego jednak nie otrzymałabym. A jeśil akurat padłoby na ojca mojego taty, to dostałabym dni wolnych jeszcze więcej. Wpis o braku elementarnego równouprawnienia między kobietami i mężczyznami w Korei.

3.  „Koreański socjopata” – Gwałty, morderstwa i rozczłonkowywanie ciała zdarza się nawet i w tak ułożonym społeczeństwie jak koreańskie. Co jednak kole w oczy w Korei to brak jakiejkolwiek empatii i wyrzutów sumienia w tego rodzaju przestępstwach. We wpisie próbuję dokonać analizy, dlaczego tak jest.

4.  „Niebieska foliówka” – Przed oczami ciągle widzę mijaną postać, przeniesioną pod ścianę tunelu, przykrytą niebieską foliówką, przez którą przebija bordowa plama krwi. Notka o bezpośredniej styczności ze zjawiskiem samobójstw w Korei.

5.  „Zdrowie” – Koreańczycy mają pozytywnego bzika na punkcie zdrowia. Masowo wspinają się w góry, ćwiczą, chodzą do sauny, zdrowo odżywiają i co rusz wynajdują nowe metody na młodość i rześkość aż po grób. Szczegóły we wpisie.


Najpopularniejsze w kategorii „koreańska kultura”:

1.  „Czas na kimchi” – Przez wiele lat w Korei żerowałam na kimchi wyrabianym przez moją teściową. Pewnego dnia jednak zdecydowałam wziąć się w garść i pomóc jej w przyrządzaniu tej narodowej przystawki towarzyszącej każdemu koreańskiemu daniu.

2.  „Stypa” – Pogrzeby w Korei wyglądają zupełnie inaczej niż te na zachodzie. Uczestniczyłam już w wielu z nich, ponieważ jest to poniekąd obowiązek pracowniczy w przypadku śmierci w rodzinie firmowych kolegów. Detale pod linkiem.

3.  „Pansori” – Pansori to tradycyjny koreański śpiew, którego nie można pomylić z niczym innym. Uwielbiam jego charakterystyczne dźwięki i rytm, który przywodzi mi na myśl jakieś pierwotne, nabuzowane emocjami tańce. Doszło nawet do tego, że ukończyłam dwa semestry tego śpiewu w Narodowym Teatrze Korei.

4.  „Świńskie obrządki” – Opowiadam o tym, dlaczego w Korei rozpoczęciu nowego przedsięwzięcia często towarzyszy głowa świni z banknotami wściśniętymi w jej pysk, lub uszy.

5.  „Koreańskie przesądy i tematy tabu” – Podsumowanie koreańskich przesądów i tematów tabu. Na końcu wpisu odcinek „Zakorkowanych” (audycja o Korei) na ten sam temat.


Najpopularniejsze w kategorii „koreańska rodzina”:

1.  „ Szklaneczka z teściową” – PWY wyjechał pozwiedzać Indie, a ja siadłam do soju z teściową i wysłuchałam opowieści jej życia. Opowiedziała mi między innymi o swoim dzieciństwie, o zamążpójściu i rozwodzie.

2.  „Moi bratankowie” – Krótki wycinek z mojego życia z PWY, czyli te kilka dni w roku, kiedy opiekujemy się dziećmi jego brata.

3.  „Adam i Ewa” – Opis jednego z moich weekendów z PWY.

4.  „Natura obowiązku” – We wpisie przytaczam rozmowę z niezwykle inteligentym Koreańczykiem z mojej pracy, która to w bardzo jasny sposób pokazuje mentalność koreańskich mężczyzn co do podziału obowiązków w firmie zwanej „małżeństwo”.

5.  „Koreańska rodzina” – Szczegółowy opis i audycja na temat sposobu, w jaki funkcjonuje koreańska rodzina.


Najpopularniejsze w kategorii „koreański system edukacji”:

1.  „Talmud w Korei” – Rygor koreańskiego systemu edukacji znany jest chyba na całym świecie. W marcu 2011 świat obiegła piorunująca wiadomość, że Korea jest pierwszym krajem na świecie (oprócz Izraela), gdzie Talmud został wprowadzony do szkolnej listy lektur obowiązkowych. Nic jednak bardziej mylnego...

2.  „Koreański system edukacji” – Opis i audycja na temat sposobu, w jaki w Korei kształci sie nowe pokolenia. Bonusem jest rozmowa z Polką, która w hakwonie (praywatna instytucja edukacyjna) uczy najmłodszych Koreańczyków języka angielskiego.

3.  „Egzaminy” – Egzamin College Scholastic Ability Test determinuje całe życie Koreańczyków – uniwersytet i kierunek, na którym będą studiowali, możliwość pracy w koreańskiej korporacji i późniejszą pozycję w społeczeństwie. We wpisie opowiadam o tym, jak ważny jest ten test i jak się go przeprowadza.

4.  „Segregacja piskląt” – Uczęszczanie do koreańskich hakwonów, czyli prywatnych instytucji edukacyjnych to obowiązkowa część dnia przeciętnego młodego Koreańczyka. W hakwonach można poćwiczyć język, podreperować umiejętności z matematyki, nauczyć się wylepiać garnki, ale także posiąść sekretną wiedzę segregacji piskląt według płci.

5.  „Szpitalna preselekcja” – Współzawodnictwo w Korei powoduje, że dostanie się do jednego z trzech najlepszych uniwersytetów graniczy z cudem. Konkurencja jest tak zaciekła, że o przyjęciu do lepszej szkoły może zadecydować nawet rodzaj szpitala, w jakim przyszło się na świat...


Najpopularniejsze w kategorii ”praca w koreańskiej firmie”:

1.  „Rozmowa kwalifikacyjna” – Ze względu na moją znajomość angielskiego Zasoby Ludzkie proszą mnie czasem o rozmowę z kandydatami na nowe stanowiska w mojej firmie. Dialog z młodszym pokoleniem Koreańczyków to dla mnie świetny eksperyment porównawczy między starszą i młodszą Koreą.

2.  „Okresowe badania” – Jedną z korzyści pracowania dla koreańskiego jaebola są regularne badania lekarskie. W notce opisuję, jak to wygląda w praktyce.

3.  „Team” – Czasem trudno jest uwierzyć w opowieści obcokrajowców dotyczących ich pracy w koreańskiej korporacji. We wpisie opisuję grupę, z którą pracowałam w 2010 roku.

4.  „Burząca się krew – what is it good for?” – Pracując dla koreańskiej firmy trzeba uzbroić się po uszy w zbroję przeciw absurdom. Czasem też trzeba przenieść całe swoje biurko samodzielnie do innego budynku...

5.  „Koncert” – W Korei promocje jedynie w niewielkim zakresie zależą od wyników. Przede wszystkim liczą się przepracowane lata i dobre układy. Jest jeszcze kilka innych rzeczy, które mogą pozytywnie wpłynąć na decyzję o przyznaniu wyższego stanowiska...


Najpopularniejsze w kategorii „Zakorkowani – audycja o Korei”:

1.  „Obcokrajowiec w Korei” – Wpis i dwa dwa odcinki o tym, jak żyje się obcokrajowcom w Korei. Razem z moim współkomentatorem Leszkiem rozmawiamy o postrzeganiu cudzoziemców przez Koreanczyków oraz o tym, jak w praktyce wygląda w tym kraju kariera zawodowa oraz życie z Koreańczykiem u boku.

2.  Miłość po koreańsku (cz.1)” – Koreański przemysł seskualny znany jest chyba na całym świecie. To nieodłączna część życia wielu koreańskich pracowników firm, żołnierzy, ale też i przeciętnego Koreańczyka. Razem z „zakorkowanym” Leszkiem opowiadamy o szczegółach tej sfery życia w Korei.

3.  Miłość po koreańsku (cz.2)” – Mimo przytłaczającej powszechności usług seksualnych Koreańczycy muszą również znaleźć partnera na całe życie. Zakorkowani opowiadają o tym , jak w Korei wygląda miłość romantyczna między kobietą i mężczyzną.

4.  „Przestępstwa na tle seksualnym” – Trochę statystyk i informacji o tym, jak w Korei rozpatruje się przemoc na tle seksualnym. W opisie i audycji dzielę się swoimi osobistymi, niezbyt przyjemnymi doświadczeniami.

5.  „Mniej zamożni i ubóstwo w Korei” – Korea uważana jest przez wielu za kraj miodem i mlekiem płynący. Niestety wiele osób żyje na granicy ubóstwa, szczególnie tych starszych, którzy własną krwawicą zbudowali dzisiejszą Koreę. Więcej o zjawisku biedoty w Korei w opisie i załączonej audycji.


Najpopularniejsze w kategorii „podróże”:

1.  „Moja Malezja” – Kilka słów o moim pobycie na Langkawi (Malezja).

2.  „Długo oczekiwane Spotkanie” – Rekiny wielorybie można z łatwością zobaczyć w kilku miejscach na świecie przeznaczonych pod mamonę turystów. Moim marzeniem jest złapać jednego na wolności, żeby przez chociażby krótką chwilę popatrzyć mu w oczy. Próbowałam już odnaleźć go kilka razy nurkując na Filipinach.

3.  „Wyprawa z PWY” – O mojej niezapomnianej wyprawie z PWY w koreański łańcuch gór Jiri.

4.  „Ginseng Festival (Geumsan)” – Stara jak świat relacja (rok 2006) z Festiwalu Żeńszenia w koreańskim Geumsan.

5.  „Szaleństwo Coober Peddy” – Jedno z najbardziej odjechanych miejsc, jakie udało mi się odwiedzić do tej pory: Coober Peddy w Australii. Kopalnie opali, dug-outy, eksponaty z filmów science-fiction (to tutaj kręcono film „Mad Max”!) i niesamowita wielokulturowość.


Zapraszam do lektury!



Moja Malezja


Do Malezji po raz pierwszy zawitałam podczas mojej podróży solo po Azji w 2004 roku. Z powodu napiętego harmonogramu udało mi się odwiedzić jedynie Kuala Lumpur oraz wyspę Tioman, na którą dostałam się autobusem i łódką z Singapuru. Malezja wywarła na mnie już wtedy bardzo dobre wrażenie mimo licznych zaczepek ze strony meżczyzn (typowe w krajach muzułmańskich jeżeli kobieta podróżuje sama). Wydawała mi się krajem bogatszym (ale też i droższym) na tle innych krajów Azji Południowo-Wschodniej, z bardzo różnorodną populacją (np. skąpo odziani transwestyci obok kobiet w czarnych, wszystko zasłaniających burkach), o bardzo ciekawej architekturze (pozostałość kolonialnego wpływu Portugalii, Holandii i Wielkiej Brytanii wymieszana z nowoczesnymi budynkami) i niesamowitą przyrodą – do dzisiaj pamiętam ogromnego, starego warana z niebieskim językiem, wielkie żółwie pływające w turkusie przybrzeżnych wód, czy ciekawskie małpki zerkające zza gałęzi lasów deszczowych. Pamiętam też trudności w kupnie orzeźwiającego wieczór piwa (alkohol zakazany jest dla muzułmanów, czyli ok. 58% społeczeństwa) i niedowierzanie na widok muzułmańskich kobiet taplających się w morzu w zestawach snorkellingowych nałożonych na... odkrywające jedynie oczy szaty.













 Od tego czasu odwiedziłam Malezję kilka razy i za każdym razem powracałam z tego kraju z bardzo dobrymi wspomnieniami. Spodobało mi się tam do tego stopnia, że w 2007 roku wybrałam się w podróż poślubną na KotaKinabalu (Borneo), a tydzień temu spędziłam swoje wakacje na Langkawi. To były jedne z najpiękniejszych podróży w moim życiu – nie ma jak wypoczynek na łonie tak wspaniałej natury.











Mówiąc z pozycji osoby, która zna Malezję jedynie na podstawie krótkotrwałych odwiedzin, wydaje mi się też, że Malezyjczycy to raczej wyluzowany naród. W przeciwieństwie do Koreańczyków wśród ludzi nie czuć pośpiechu, jakiegoś wewnętrznego przymusu, żeby szybko gdzieś dojść, czy coś zrobić; wszystko toczy się tutaj swoim własnym, naturalnym rytmem podporządkowanym sile wyższej. Takie podjeście nie jest jednak równoznaczne z lenistwem, czy nieróbstwem. Ani razu nie zdarzyło mi się, żeby coś było źle lub nie na czas zorganizowane. Wręcz przeciwnie – odniosłam wrażenie, że Malezyjczycy poważnie podchodzą do swoich obowiązków; co więcej wkładają w pracę część swojego serca. Malezyjczycy ujęli mnie również swoją uprzejmością i wielkim, połyskującym uśmiechem.

Tak, jak za każdym razem powrót z zielonych krajobrazów do betonu Korei był bardzo trudny. Nawet kimchi smakowało trochę ostrzej niż zwykle. Dobrze było jednak wejść w progi własnego domu, wykąpać się w znajomej łazience i przez cały dzień głaskać stęsknionego i spragnionego miłości kota.


2013.08.03-13_Langkawi and Rebak Island (Malaysia)



Długo wyczekiwane Spotkanie


Po raz pierwszy miałyśmy spotkać się lata temu w Donsol na Filipinach. Od dawna chciałam Ją zobaczyć na żywo, zachłysnąć się Jej majestatycznym pięknem, pobyć chwilę u Jej boku, choć odrobinę zarazić się Jej splendorem. Nie mogłam się doczekać. Razem z Psiółką Dominiką i Psiółkiem Jakubem, których zaciągnęłam na ten zapomniany skrawek Ziemi prawie że siłą, spędziliśmy dłuższy czas na chyboczącej się rybackiej łodzi oczekując na Jej przybycie. Słońce coraz intensywniej zaczynało kąsać nasze blade, nieprzyzwyczajone do tropików skóry – a Jej ani widu ani słychu. Po jakimś czasie na horyzoncie naszych nastrojów zaczęły pojawiać się ciemne chmury. Wbrew twardej logice wykładanej mi przez Psiółka Jakuba, upierałam się przy kolejnych piętnastu minutach, bo a nuż może po prostu spóźni się. Zdarza się to przecież najwspanialszym Kobietom, a już szczególnie tym o prawdziwie wolnej duszy. Ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu nie pojawiła się. Z nosami zwieszonymi na kwintę, krztynkę rozdrażnieni niepowodzeniem, zapakowaliśmy manatki i udaliśmy się na White Beach zaznawać bardziej przyziemnych rozkoszy. Moją była sztampowa Cuba Libre z przerwami na San Miguel. A może odwrotnie.


Wypatrywanie w miejscu gdzie
powinna się pojawić Ona.

Jakub i Dominika widocznie już znudzeni 
oczekiwaniem...

Pomocny rybak wdrapał się na maszt,
co by nie przegapić Jej przybycia.


To było w Święta Bożego Narodzenia w 2006 roku. Teraz ponownie nadarza się okazja, żeby Ją zobaczyć i tak jak ostatnim razem dostaję wypieków na samą myśl o Jej planowanym przybyciu. Tym razem jednak jestem o wiele lepiej do tego spotkania przygotowana. Po pierwsze umówiłam się z nią w kilkunastu różnych miejscach, w różnych dniach i o różnych godzinach. Będę Jej zacięcie wypatrywała przez cały nadchodzący tydzień tak, żebyśmy się czasem nie rozminęły. Bo to ten typ Kobiety, która chadza sobie tylko znanymi ścieżkami i o nikogo względy nie zabiega. Ostatnie kilka tygodni spędziłam też na basenie i na siłowni, żeby być w stanie dotrzymać Jej tempa i zapanować nad własnym zachwytem, jak już się pojawi – byłabym rozgoryczona koniecznością rejterady z powodu zbyt szybko zużytego tlenu.

Już jutro lecę na nurkowe spotkanie z moją RekinicąWielorybią...  



Ja i Whale Shark - wizualizacja z Wikipedii :)




Wyprawa z PWY


Między mną a PWY jest wiele różnic. On widzi większość spraw w czarno - białych kolorach, mając przy tym solidny fundament moralny, żeby takiego rozgraniczenia dokonywać w sposób, który mi imponuje. We mnie natomiast jest o wiele więcej szarości, znaków zapytania, męczącego czasem zrozumienia dla spraw zupełnie takiego zrozumienia nie wartych. Jest między nami na szczęście też wiele części wspólnych, a jedną z nich jest sposób, w jaki organizujemy sobie czas. Kręci nas wszelka optymalizacja – na przykład przed podróżami wszystko wolimy mieć zapięte na ostatni guzik tak, żeby podczas wyprawy nie tracić już nerwów i drogocennych chwil na rzeczy maluczkie.

Weekendowy wypad w Góry Jiri (Jirisan/지리산), które znajdują się na południu Korei, był nieplanowanym (!) odstępstwem od tej reguły. Oboje byliśmy zmęczeni po tygodniu pracy i nawet piątkowe pakowanie kilku ciuchów szło nam na pod znakiem dwóch lewych rąk. Po kilku ospałych godzinach za kierownicą (oboje czuliśmy się jak budzące się ze snu niedźwiedzie) dotarliśmy na miejsce w sobotę późnym ranem, zostawiliśmy samochód na parkingu i wyruszyliśmy w góry zmagając się z niezwykle silnym wiatrem. Nie za bardzo wiedzieliśmy dokąd idziemy, gdzie będziemy spać i jak nazajutrz wrócimy po samochód. Po około kilometrze zorientowaliśmy się, że nie mamy ze sobą żadnej gotówki. Przyzwyczajeni, że wszędzie można płacić kartami, nie pomyśleliśmy, że przecież w którejś z wiosek, gdzie chcieliśmy się przespać naprawodpodobniej nie ma ani bankomatu, ani terminala do bezgotówkowych transakcji. Popukaliśmy się w głowę i na głębokim wdechu zawróciliśmy.


PWY wdaje się w dyskusję z miejscowym starcem.


Po kilku godzinach marszu szlak zaczął jakby zacierać się. Wokoło dziewiczy śnieg, chaszcze i ostre kolce. Kilka razy zawróciliśmy skręcając w alternatywne ścieżki, ale za każdym razem kończyły się one podobnie – zaroślami nie do przebycia. PWY kazał mi czekać i sam poszedł na zwiady. Tymczasem słońce zaczęło zachodzić, a ziąb wzmagać się. Las powoli wchodził w fazę mroku, z dziwnymi pohukiwaniami, zawodzącym wiatrem i złowróżbną ciszą pomiędzy jego powiewami. Z poziomu gałęzi obserwowały nas wielkie gawrony. PWY z mozołem przedzierał się przez gąszcz nastroszonych badyli, żeby zorientować się, co rozpościera się ze szczytu pagórka, ale niczego nie wskórał. Zdecydowaliśmy się zawrócić po raz drugi w ciągu dnia. Po kilkunastominutowym marszu w dół dotarliśmy do drogowskazu, którego dziwnym trafem wcześniej nie zauważyliśmy.


Jeszcze na szlaku powoli wysiadają mi kolana.


Szlak, który powinien zająć maksymalnie cztery godziny zajął nam prawie sześć. Przez ostatni odcinek drogi PWY odwracał moją uwagę posępnymi baśniami o Lisicy o Dziewięciu Ogonach (Kumiho/구미호) pochodzącymi z koreańskiego folkloru. Ich ponura treść świetnie współgrała z atmosferą zapadającego wieczoru w lesie, z nagle wyłaniającymi się zza wzniesienia grobowcami i przemykaniem nocnych zwierzątek. Zafascynowana opowieściami, ale też i sposobem, w jaki PWY budował napięcie, nie zauważyłam upływającego czasu, odmrożonego nosa i potwornego zmęczenia. Dotarliśmy do wioski. 

Lisica o dziewięciu ogonach (Kumiho /구미호)
Źródło: Wikipedia

W swoim domku przyjęła nas para przemiłych dziadków, którzy oddali nam swój pokój do przenocowania. W ciasnawej kuchni razem zjedliśmy przepyszną kolację (jedzenie w tym regionie słynie na całą Koreę), trochę porozmawialiśmy i wymęczeni poszliśmy spać. Leżenie na podłodze jak zwykle nie wyszło mi na dobre – następnego dnia wstałam cała połamana.

Pokój, który odstąpiła nam na noc para staruszków.

Niedziela upłynęła pod znakiem nie za ciężkiego spacerku na przełaj różnych wzniesień. PWY jak zwykle nawiązywał relacje z tubylcami, a ja jak zwykle stałam obok wszystko obserwując. Między innymi zwiedziliśmy domek letniskowy biznesmana z Busan, który z czułością opowiedział nam o jego budowie wedle koreańskich tradycji (bale drewniane, glina na ścianach, okna od wewnętrznej strony wypełnione papierem opartym na drewnianym rusztowaniu itd.), ogrzewaniu (na drewno palone w murowanym kominie pod podłogą) i wielu innych rzeczach, oprowadzając nas przy tym po każdym jego zakamarku. Gdzieś po drodze zostaliśmy też zaproszeni na gorącą herbatę przez parę, która wynajmowała pokoje we wzniesionym przez siebie kompleksie wypoczynkowym (w Korei nazywane są one „pension”). Ci z kolei przedstawili nam swoje dwie pociechy, jednego ogromnego psa i jedną malutką ciężarną suczkę. Wiązała się z nimi oczywiście kolejna historia. PWY prowadził rozmowę, ja bawiłam się ze zwierzakami. Na koniec PWY wplątał się w negocjacje z babcią sprzedającą przy dróżce jakieś podejrzane zielska. Wyszedł na tym jak Zabłocki na mydle, ale teściowa zdawała się być podarkiem uradowana. Do samochodu dotarliśmy autobusem.

Duma biznesmana z Busan - domek letniskowy
zbudowany według koerańskich tradycji.

Ciężarna suczka.

Kobiecina upychająca PWY
podejrzane zielska.

Między mną a PWY jest wiele różnic. Czasem wydaje mi się nawet, że są rzeczy, z których być może PWY w ogóle nie zdaje sobie sprawy jeżeli chodzi o moją osobę. Ale to też tylko „być może”, bo to bardzo mądry facet. Ważne jest to, że te różnice pozwalają nam uzupełniać się nawzajem, dostrajać do okoliczności na bazie fundamentu, który nas zjednoczył, a to wszystko bez uszczerbku dla naszej indywidualnej strefy komfortu. Dlatego lubię z Nim podróżować i dosłownie, i w przenośni – przez życie. Wiem, że się zawsze odnajdziemy.



Więcej zdjęć tutaj:





W Kamerunie


Przy bramie wejściowej widoczne poruszenie. Kilku mężczyzn żywiołowo dyskutuje na temat mojego ubioru. Wykonują telefony, gestykulują przyciszoną francuszczyzną, wzrokiem szukają wsparcia u równie bezradnych kolegów. Kto by pomyślał, że dla kobiety kluczem do wejścia do jednej z największych firm w Kamerunie będzie akurat spódnica... A ja spódnic nie noszę. Są mało praktyczne. Na tylnym siedzieniu jeepa robi się gorąco. Spoglądam w lewo. Niedaleko od samochodu dobrodusznie wyglądający mężczyzna sika prężnym łukiem w pobliski rów, drugą ręką przyjaźnie do mnie machając w szczodrym, błyskającym bielą uśmiechu. Odpowiadam tym samym z lekko uniesioną zdziwieniem brwią. Po jakimś czasie siusiający na każdym kroku mężczyźni nie będą robili na mnie już większego wrażenia – nawet ci oddający mocz frontem do jezdni. Odwracam głowę w prawo i napotykam na błędny wzrok innego Kameruńczyka. Wpatruje się we mnie intensywnie nic nie widzącymi oczyma. Ma wyraźnie zwiotczałe mięśnie żuchwy, co powoduje, że szczęka wymyka mu się spod kontroli opadając bezładnie ku ziemi. Kilkumetrowa perspektywa pozwala mi zrozumieć powód nagłego zamarcia mężczyzny w pełnym napięcia bezruchu. Jego widocznie nabrzmiałe już części intymne zupełnie wzięły go w swoje posiadanie zmuszając dłoń do ich jeszcze bardziej żywiołowego miętoszenia. Uśmiech i machanie w pozdrowieniu na nic chyba w tym przypadku nie zdałoby się. Koncentruję się więc na wydarzeniach przy bramie. Tak samo jak mężczyźni opróżniający swoje pęcherze gdzie popadnie, tak samo i mężczyźni publicznie stymulujący swą krew do biegu nie będą już wkrótce zaprzątali mojego umysłu. Kwestia szybkiej adaptacji. Po kilkunastu minutach w drodze wyjątku otrzymuję przepustkę. Na odejście mój rozmówca niby żartem rzuca, żebym następnym razem przyszła bardziej po kobiecu – „taki jest tutaj dress code”. Na następną wizytę kupuję kostium. Dzięki pomocy zaprzyjaźnionego Kameruńczyka z 230Euro schodzimy do 150. Przez chwilę rozważam zakup typowego stroju afrykańskiego – takiego z turbanem we włosach i długiej sukni o ostrych kolorach, tak pięknie przecież podkreślającego obfite, cudowne kształty tutejszych kobiet. Jestem jednak, jak zwykle zresztą, w towarzystwie samych mężczyzn (może stąd to skrzywienie w moim wyczuciu mody?), którzy okazują mało zrozumienia dla tego rodzaju rozterek. Z ciężkim sercem wydaję więc pieniądze na poliesterowy, obcisły kaftanik, którym pewnie oblekać będę się jedynie podczas wizyt w Kamerunie. Mój szef aż chce sobie zrobić ze mną pamiątkowe zdjęcie, kiedy kilka dni później wyłaniam się w nim z windy. Podstępem udaje mi się odwieść go od tego zamiaru.


Yaounde z okna hotelu



Domy w Yaounde


Zupełnie nie wiem, czego się spodziewać. To moja pierwsza wizyta na Czarnym Lądzie. Już atmosfera w samolocie lecącym z Paryża różni się diametralnie od przykładnej i uporządkowanejambiance panującej podczas lotów liniami koreańskimi. Mnóstwo rozkrzyczanych dzieciaczków o długaśnych, zakręconych rzęsach, walających się ubrań, śmieci, intensywnego zapachu potu zmieszanego z mocnymi perfumami. No i te wymyślne fryzury kobiet! Od Grace Jones, przez Tinę Turner po wariacje w stylu Terence Trent D’arby. Nie mogę się napatrzeć. Ktoś mnie później oświeca, że okres prosperity przemysłu perukarskiego w Afryce nie ustaje. Tak jak i w samolocie, tak i na lotnisku panuje ogólne zamieszanie. Ci bardziej zżyci z tutejszymi władzami przechodzą przez urząd imigracyjny bez sprawdzania paszportów – po drugiej stronie kolekcjonuje je jeden z pracowników, żeby po pewnym czasie niepostrzeżenie podsunąć je pani w okienku do podstęplowania. Ja tymczasem stoję w ogonku, uchylając się przed niebezpieczną trajektorią lotu oszalałych w podobnym do mojego zagubieniu nietoperzy. Kolejne kilkadziesiąt minut spędzam na zbiórce bagażu pośród himalajskich gór walizek przywiezionych zza oceanu przez tutejszych globtroterów. Na sam koniec zgodność przynależności każdej paczki, pakunku, walizki i torby sprawdzona musi zostać przez kolejnego urzędnika. Trwa to wieki. A kiedy już wydostaję się na świeże powietrze okazuje się ku mojemu wielkiemu niepocieszeniu, że dostałam się w posiadanie krajobrazu do złudzenia przypominającego kraje Azji Południowo-Wschodniej (inna jest tylko ziemia: krwawo rdzawa). Takiego z gęstą dżunglą zamiast sawanny, rozłożystych bananowców zamiast pustyni i rozklekotanych samochodów zamiast żyrafy i słonia. Jedynym ukojeniem są moje ulubione baobaby, które udaje mi się wypatrzyć kilka dni później w południowo-zachodniej części kraju.



Friends in Yaounde


Raczej niełatwo jest zbić mnie z pantałyku. Kiedy jednak Minister Energii i Wody Kamerunu (przeuroczy pan swoją drogą) zwraca się do mnie płynną polszczyzną, zaczynam zastanawiać się w duchu, czy aby to nie pierwsze objawy malarii. W końcu jakiś tam komar mnie dopadł. Odpowiadam na wszelki wypadek po angielsku próbując jednocześnie zdiagnozować stan swojego zdrowia. Być może trzygodzinne oczekiwanie na spotkanie w zbyt schłodzonym (ta spódnica!), ciemnym pomieszczeniu wywołało u mnie gorączkę? Ponownie słyszę jednak język polski. Nie może być tutaj pomyłki. Okazuje się, że Minister lata osiemdziesiąte spędził studiując na Politechnice Warszawskiej. Podczas rozmowy (reszta mężczyzn wygląda na nieco zdezorientowanych) nie mogę powstrzymać się od ogromnych uśmiechów. Z moich pierwszych obserwacji wynika, że w ogóle Kameruńczycy to niezwykle ciepły, otwarty, prostoduszny (w dobrym tego słowa znaczeniu) naród. Swoją francuszczyzną na północy i angielskim na południu opowiadają o najbardziej osobistych sprawach już po kilku minutach od zapoznania. Są pełni energii, dużo się uśmiechają, mimo nie za spektakularnych warunków życia wyglądają jakby w ogóle nie mieli zmartwień. Idzie to w parze z moimi wrażeniami z krajów takich jak Laos czy Wietnam. Bardzo zdziwiła mnie liczba albinosów w Kamerunie. Już w samolocie zauważyłam małe dzieciątko ze śnieżną skórą i białymi, krótkimi warkoczykami w stylu afrykańskim, pociesznie odstającymi od główki. Potem od czasu do czasu w tłumie wyławiałam charakterystyczną sylwetkę Afrykanina ale o białej skórze, rzęsach, brwiach i włosach. Albinizm najczęściej występuje w Tanzanii (1:200 wobec standardowej proporcji 1:10000) i jest tam przeważnie uważany za klątwę. Dochodzi nawet do częstych morderstw zlecanych przez czarowników w celu pobrania poszczególnych części ciała i organów albinosa – mają one mieć cudowne własności. Z tego, co się dowiedziałam kameruńskie podejście do tego zjawiska jest niestety do pewnego stopnia bardzo podobne.

Wioska rybacka gdzieś pośród dżungli w okolicach Kribi

Czas na wyprawę. Z dosyć jednobarwnej stolicy Yaounde wyruszam w kierunku zachodnim. I już na wyjeździe mój poziom ekscytacji sięga szczytu. Wyprzedzanie w gęsiego lub na trzeciego, czasem też i na zakręcie, pobudza mnie do głębszych oddechów, wznosi w bezdechu brwi w sytuacjach bardziej kryzysowych, zaciska usta lub powoduje nerwowy śmieszek. Na poboczach w niemym ostrzeżeniu leżą wraki zdezolowanych pojazdów, na niemiłosiernie powyginanych barierkach kładą się jedną stroną kół tiry transportujące monstrualne kłody drzew z Afryki Środkowej, do złudzenia przypominając tym samym sikające pod drzewem psy. W jednej z mniejszych miejscowości na wspak ulicy ostaje się jedynie ołańcuchowany, przewrócony na bok kontener. Naturalnej wielkości, metalowe sylwetki ludzi zieją czernią z wypisanym numerem ofiar wypadków w danym miejscu. Ministerstwo Transportu proponuje zamknięcie drogi Yaounde – Douala dla ruchu nocnego z powodu ogromnej śmiertelności jej użytkowników. Od czasu do czasu mijamy policję. Gdy przedstawiciele władzy zachęcają do postoju w sposób dosyć jowialny nie zatrzymujemy się – prawdopodobnie chcą tylko łapówkę. Inna sprawa kiedy na drodze leży łańcuch najeżony szpikulcami, a umundurowani panowie podkreślają swoje uprawnienia dyndającymi u boku karabinami. Kilka razy płacimy też myto przy zaimprowizowanych po prędce posterunkach kupując przy okazji cudownie pachnące banany od ulicznych handlarzy. Oferują oni mnóstwo innych bliżej niezidentyfikowanych produktów, ale jakoś nie ulegam pokusie. 

Chatka rybacka wokół Kribi

W drodze do Douala odbijamy w kierunku nadmorskiego Kribi. Niekiedy w przedsionku mijanych miast gromadzą się ludzie, żeby pograć w piłkę nożną. Widać, że uwielbiają ten sport. W Edéa zatrzymujemy się na obiad. Za plecami mam potężną, błotnistą część rzeki Sanaga, z której to wyłowiono dla nas krewetki ze szczypcami jak u kraba, oraz ogołocone z liści drzewo, na którym siedzą ogromne wrony z białymi kołnierzami. Prawdopodobnie obserwują krzątające się wokół naszego stołu jaszczurki – ich potencjalny posiłek. Podczas gdy w Azji Południowo-Wschodniej przy stołach żebrzą koty, to w Kamerunie pożywienia dopraszają się słodko wyglądające jaszczurki. I tak jak koty w Azji są one bardzo wybredne – frytkę jedynie nadgryzą, za to na kawałek ryby zareagują przezabawnym, pełnym radości, hiphopowym ruchem głowy. Podobnie też jak koty fukają na siebie przepędzając na swoich palczastych odnogach co bardziej kompetentną konkurencję. 

Jaszczurka w restauracji w Edea

Rynek w Douala

Douala okazuje się chaosem nie do opisania. Wjeżdżamy od strony marketu Le Village de Douala, który kotłuje się większych rozmiarów motocyklami, ciężarówkami, samochodami i ludźmi sprzedającymi w ścisku i błocie (to pora deszczowa) dosłownie wszystko. Yaounde, miasto o wiele mniejsze, jest stolicą polityczną kraju – stąd jazda motocyklami jest tam niedozwolona. Douala natomiast to centrum ekonomiczne, gdzie wszystko aż burzy się w erupcji handlu miejscowego ale i tego zamorskiego usprawnianego usługami tutejszego portu. To właśnie w Douala mam okazję zakosztować naparstka kameruńskiego życia nocnego. W pierwszym lepszym pubie jazz jam na żywo. Jestem w niebie. Po kolei wkraczają lokalni artyści rozjątrzając moje rozstęsknione wnętrze pełnymi swobody aranżacjami. Moje zmysły rozbraja na części pierwotne kobieta wyrzucająca uczucia ognistym głosem, akcentując je szarżą jeszcze bardziej ognistymi piersiami. Dobija ona resztki racjonalnego myślenia dziką ekspresją ruchów, rozgrzewając do czerwoności nie tylko mnie, ale i całą publikę. Koncert kończy się szalonym tańcem, do którego zapraszana jest widownia. Kobieta za kobietą tańczy z piosenkarką w bardzo charakterystyczny sposób, przywodzący na myśl plemienne, ekstatyczne harce rdzennej Afryki. Pełno w nich jakiejś pierwotnej siły, magii, zapomnienia, seksapilu i prostego uniesienia życiem. Wszystko jest tak, jak być powinno... W tym momencie od Korei jestem bardzo, bardzo daleko.


Zapach domu


W Roissy en France na krótki moment. Zakładam koszulkę, którą jeszcze w Polsce wyprała mi mama. Ciągle jest w niej zapach domu. Zamykam oczy i przez chwilę daję ponieść się wspomnieniom. 

Poranny spacer wprowadza mnie w stan błogiego spokoju. Do bólu tęsknię za tą wonią, który wwierca się rozkosznie w najodleglejsze cząstki mojego ciała. Świeżo skoszona, pokryta kropelkami rosy trawa. Dzikie róże. Polany dzikich zielsk. Szumiące, dorodne kasztanowce. Ptactwo kłócące się piskliwie o swoje zdobycze. Wąskie uliczki, stare kościółki, mury zarośnięte zachłanną winoroślą. Ta specyficzna, pełna lekkiej nadziei świeżość, której w Korei na próżno szukać. 

Za kilka godzin odlot do Kamerunu. A tam nowy zapach i nowy smak.


Modlitwa



Za każdym razem jestem bardzo zmęczona. Tym razem dla przykładu w rachubę wchodzą dwie noce pod rząd w samolocie i 12 godzin własnych urodzin spędzonych na znielubionym lotnisku w Bangkoku. Zawsze jednak czuję się bardzo uprzywilejowana, a z mojej twarzy nie sposób po prostu zmieść uśmiechu. Bylebym tylko, nawet przez małą chwilkę, widziała skrawek nowego nieba, wdychała zapach nie znanego mi powietrza, wczuwała się w rytm fal nie smakowanego przeze mnie morza, podglądała wycinki z życia niczego nie świadomych stworzeń.

Rozkoszuję się każdą minutą, całą sobą chłonę każdy skrawek piękna Ziemi i czuję, że jest to najpiękniejsza modlitwa, jaką mogłabym kiedykolwiek odmówić...


Zapach Omanu



Każdy wdech to spokój, a każdy wydech odprężenie. 

Nikomu nigdzie się nie spieszy. Nikt nie przebiega na czerwonym świetle, nikt nie jest już spóźniony na umówione spotkanie. Każdy krok jest stawiany świadomie, z namysłem, wyczuciem rytmu. Spowici w białe suknie mężczyżni z niedużym turbanem bądź czapeczką na głowie, mijają się wodząc wzrokiem po twarzach, próbując wyczytać w nich przeszłość. Czasem przystaną i pogawędzą chwilę lub dwie ze znajomym. Bez podniesionych głosów, żwawej gestykulacji czy pełnej wyrazu mimiki twarzy.

Każdy wdech to spokój, a każdy wydech odprężenie. Ciągle głęboko oddycham i nie mogę się nasycić palonym słońcem zapachem ciszy. 

Oślepiający bielą Maskat
              

Charakterysteczna architektura Orientu (hotel Hyatt w Maskacie)

Sultan Qaboos University (SQU) w Maskacie

Duqum (Region Wusti)


Więcej zdjęć tutaj.


Zapach jesieni



Spuchnięte deszczem, zabrudzone ciemną szarością, nisko zawieszone cumulusy. Poganiane zawieruchą z utęsknieniem oczekują eksplozji swoich nabrzmiałych kształtów. Wiatr, z nieoczekiwaną na tę porę roku zawziętością, wzburza do groźnego falowania ołowiowe morze. Szkwał goni za szkwałem. W takt melodii wygrywanej na strunach want i szotów biczujących kołysane falami maszty. 

Wzburzane nagłymi podmuchami liście tańczą w ulicznych tornadach. Ciepłe brązy, intensywne żółcie. Dogorywająca zieleń, nieśmiała czerwień. Ich rozmokła woń przypomina mi dawno zapomniane lata. Zamykam oczy i wdycham zapach spulchnionej wilgocią ziemi. Znowu jestem u siebie.

Oslo, 20 październik 2008


Po Tajsku


Nie jestem zbyt dużym fanem Tajlandii. 

Pierwszy raz udałam się tam w roku 2004. Na starym wtedy lotnisku załatwienie wizy na 15 dni nie stwarzało jeszcze jakichś większych problemów.

Bangkok wydał mi się zbyt hałaśliwy, zbyt duszny, zbyt tandetny uwielbieniem dla pary królewskiej (wydaje mi się, że liczba obrazków Panny Świętej w Polsce nie umywa się do liczby naprawdę kiczowatych obrazów tajskiego króla i królowej) i zbyt zasmucający seks turystyką. 

Khao San kipiało burzliwym życiem nocnym, z pijanymi transwestytami, gejami, oraz starszymi łysiejącymi Niemcami obejmującymi najczęściej dwie tajskie dziewczynki swoimi tłustymi, spoconymi ramionami. Były rozrywane koszulki w emocjonalnych aktach zazdrości, wyprężone nagie piersi, półdupki, włosy łonowe, obmacywanie, striptiz i więcej jak tylko ktoś chciał. Sodoma i Gomora.

Uciekłam na Koh Tao, gdzie spędziłam resztę mojej wizyty w Tajlandii.

Jest rok 2007. Na nowym, zbyt dużym i totalnie zdezorganizowanym lotnisku każą mi wypełnić kilka niepotrzebnych druków, przeliczają skrupulatnie pieniądze w obecności kilkudziesięciu innych obcokrajowców, każą czekać, robić zdjęcia, znowu czekać, pójść tam i tu, no i w końcu płacić. Po dwóch godzinach dostaję wizę. Bagaż znajduję dopiero po kolejnej pół godzinie. W międzyczasie bowiem został odholowany z pasa.

Bangkok jest taki sam jaki był. Zbyt, zbyt, zbyt. Khao San za to przeobraził się w porządną ulicę z niezłymi barami, ekskluzywnymi sklepami i nieco lepiej wyglądającymi straganami. Ba! Nawet bruk położyli. Normalnie boulevard!

Potem zrozumiałam, że cały brud przeniósł się do Phuket. Konkretnie w rejony Patong Beach, gdzie spędzałam wakacje. Jakże smutno mi było! Podstarzali panowie, nieudacznicy życiowi w różnym wieku, młodzieńcy kosztujący wolności, dewianci seksualni. Tanie "to i owo" bądź tajski masaż na krótką chwilę (goła panienka smaruje się oliwą i nagim ciałem masuje klienta) lub kupno ciała na cały pobyt (bardzo popularne). Wszystko bez cienia zażenowania. Z błogim (niemal anielskim!) uśmiechem na twarzy. Jest popyt są i usługi. 

Nie mogłam pozbyć się myśli, że to właśnie biali zrobili z Tajlandii to, czym jest teraz. Stąd smutek. Z powodu odzwierciedlenia tego, co potrafią z nas zrobić pieniądze…

I właściwie to już chcę tylko pamiętać o tym rekinie leopardzim, z którym dryfowałam na dnie morza przez dłuższą chwilę. I o tym, że na czas zdążyłam pomóc PWY pod wodą, kiedy to butla wysunęła mu się z rzepa...


Rekin leopardzi i ja



Panmujom - DMZ


Weekend 2006.11.11: Panmujom - DMZ

Jeszcze na studiach wybrałam się w rejony Korei Północnej, a w szczególności w góry Kumgang (금강산) – jedyne tereny dostępne bezpośrednio z Korei Południowej. Wizyta ta była tak bardzo niesamowita, że podróż w okolicę strefy demilitaryzowanej w Panmujom jakoś ciągle odwlekała się w czasie. Nie miałam zbyt wielkich oczekiwań. I słusznie. Najciekwaszym momentem była chyba informacja o jednostce polsko-czeskiej w tym rejonie...

Panmujom jest zaskakująco blisko Seulu – około 40 km. Już wyjeżdżając poza miasto w kierunku północnym po lewej stronie widać zasieki, przejeżdza się przez betonowe bloki, które mają być zaporą w przypadku niespodziewanego ataku czołgów Północy, a samochody mija się tylko od czasu do czasu. 

Już na miejscu zostajemy przeszturmowani przez amerykańskich żołnierzy, którzy zdecydowanie wczuwają się w rolę „easy-going” obrońców sprawiedliwości. Sypią kawałami na lewo i na prawo („nasze pole golfowe zostało uznane za najbardziej niebezpieczne na świecie”), opowiadając przy tym skądinąd ciekawą historię incydentów mających miejsce jeszcze nie tak dawno. Wystarczy wizyta w jednym z wykopanych przez Północ podziemnych tuneli. Robi wrażenie...



Granica jak to granica. Po jednej stronie żołnierze jednej drużyny, po drugiej stronie żołnierze przeciwnej. Stoją i się obserwują robiąc dobrą minę do złej gry. 





Z dala można poobserwować tereny Korei Północnej oraz 32-metrową flagę na wieży koniecznie wyższej od tej, na której powiewa mniejsza flaga Południa. I te domy, które, jeżeli bliżej się przyjrzeć, zieją smutką pustką opuszczenia.





Przy tym moście doszło do incydentu (kilka osób zginęło), od którego cała ta maskarada się rozpoczęła.




A w ogóle to jestem drugi tydzień w Moskwie, w której się zakochałam podczas zaśnieżonego weekendu w pełni i tylko dla samej mnie...

Zatoka Cheonsu i Anmyeong


Weekend 2006.11.04-05: Zatoka Cheonsu i Anmyeong 

Wybraliśmy się na południowy zachód. W pewnym momencie dojechaliśmy do Zatoki Cheonsu znanej z tego, że co roku przeobraża się w największy na świecie zimowy dom dla ptaków. Przylatują ich tutaj miliony. 



Kiedyś tereny te stanowiły rozległe rozlewiska. Jakiś czas temu jednak Hyundai przemienił je w pola uprawne dla farmerów nawożąc odpowiednią ilość ziemi. W rozrachunku okazało się, że dochody miejscowej ludności zmalały dziewięciokrotnie. A ptaki jak przylatywały tak dalej przylatują. Ich przetrwanie jednak stoi pod coraz większym znakiem zapytania.



Zostawiliśmy samochód na parkingu i udaliśmy się specjalnym autobusem poobserwować ptaki. Dopiero co przylatywały, a ich ilości już wtedy były zaskakujące. Mimo że nie jestem wielką fanką ptaków, wyprawa ta trochę otworzyła mi oczy. Szczególnie kiedy podglądane gęsi wznosiły się do lotu najwyraźniej tylko po to, żeby pojeździć sobie na nartach swoich łapek. Strasznie były tą czynnością rozbawione. Albo jak takie białe ptaki z rozszerzanym u końcówki dziobem i długimi nogami biegały jak szalone z dziobami w wodzie, próbując złapać jakąś biedną rybkę. No i oczywiście, jak już często mi się zdarzało, załapałam się na wywiad do ogólnokrajowej telewizji KBS2. Chyba muszę pogodzić się z tym, że jestem osobą medialną. Ha!



Pod wieczór dojechaliśmy do Anmyeong i jej dwóch sławnych skałek: Dziadka i Babci. Znaleźliśmy nawet kilka ostryg, które na miejscu pożarliśmy. Chyba nie muszę wspominać, że owoce morza nad morzem są po prostu niewiarygodne, a krajobraz czasem księżycowy.



Potem mieliśmy mały wypadek ale jakoś tak byliśmy w zbyt dobrym nastroju, żeby ze wszystkiego robić widły. Jakiś czas zajęło nam znalezienie odpowiadającego nam domku. Chcieliśmy z dalekiego dala i szczęśliwie w takim właśnie miejscu wylądowaliśmy. Skręciliśmy w jakiś las, gdzie diabła chyba nawet nie ma bo po co, i dotarliśmy do wioski gdzie stał jeden pensjonat w stylu francuskim. Właścicielem był były szef Fujitsu, który kiedyś w czasie podróży po Francji zachłysnął się jej architekturą. I tak już zostało. Upichciliśmy pod gołym niebem wcześniej zakupione mięsko. Były warzywka, zakąski, wino i piwo. Kotka się też zabłąkała głodna. No i te gwiazdy otulane morską bryzą.



Rano poszliśmy na długi spacer. Pani w kucki przebierała soję, psy szczekały, mężczyzna obserwował suszącą się paprykę, a traktor czekał opuszczony.





Doszliśmy do świątyni buddyjskiej, z której właśnie dochodziły nawoływania do porannej medytacji. U jej podnóża zobaczyliśmy długi pomost do okolicznie sławnych kolejnych skał. Był odpływ, a śpiewy i dźwięk dzwonów wbijał się przyjemnie w głuszę dali.








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...