Pokazywanie postów oznaczonych etykietą etnocentryzm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą etnocentryzm. Pokaż wszystkie posty

[Zakorkowani] Obcokrajowiec w Korei


Korea Południowa to pod względem etnicznym ciągle jeden z najbardziej homogenicznych krajów na świecie. Bardziej zjawiskowy napływ cudzoziemców nastąpił dopiero po 2002 roku, kiedy to Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej rozpromowały ten kraj na całym świecie. Korea poszła za ciosem i rozpoczęła skomasowaną promocję swojego kraju jako głównego celu turystycznego w Azji. Jednocześnie rozpoczęto intensywne działania marketingowe mające na celu rozpowszechnienie za granicą koreańskiej popkultury. Silna gospodarka, dobre zarobki przy niskich podatkach i wysoki poziom życia przypieczętowały znaczenie Korei jako jednego z ciekawszych krajów imigracyjnych.





Mimo swojej początkowej atrakcyjności Korea nie jest najłatwiejszym miejscem do osiedlenia się na dłużej. Pomijając kompleksowość języka, czy zupełnie odmienne realia życia to właśnie poczucie wyższości narodowej i kulturowej Koreańczyków jest tym czynnikiem, który może najbardziej zniechęcać cudzoziemców. Etnocentryzm to jeden z najgłębiej zakorzenionych paradygmatów w świadomości Koreańczyków, co wychodzi sporadycznie i bez szkody dla żadnej ze stron podczas niezobowiązujących kontaktów, ale już bardziej bezpośrednio doskwiera jeżeli chodzi o życie zawodowe.

Kwestia koreańskiej ksenofobii przeplata się dosyć często w konwersacjach między obcokrajowcami; praktycznie każdy z cudzoziemców jej w jakimś stopniu doświadczył. Może to być zakaz wejścia do klubu albo sauny dla obcokrajowców, albo niezapraszanie pełnoetatowego, ale cudzoziemskiego pracownika na firmową kolację, czy spotkania dotyczące jego projektu. Zdarzają się też bardziej dosadne sytuacje, których między innymi i ja doświadczyłam np. pytanie, czy mam zamiar mieć dziecko z moim koreańskim mężem, bo przecież krew Koreańczyków od pokoleń jest taka „czysta”. To jednak nic w porównaniu do traktowania obywateli innych krajów azjatyckich – tutaj rasizm Koreańczyków przejawia się w bardziej widoczny i bezpośredni sposób. W niektórych przypadkach są to sytuacje naprawdę bardzo przykre.  

Jednocześnie warto podkreślić, że światopogląd Koreańczyków nie ma charakteru siłowego (nikt nikogo nie gania z kijami baseballowymi), nie jest aktywnie i publicznie promowaną ideologią nienawiści; jest natomiast głęboką wiarą Koreańczyków, że ich naród pochodzi z jednej linii krwi (wspomniana „czysta krew”), co według niektórych predysponuje nawet do uznania Koreańczyków za osobną rasę człowieka. W przekonaniu tym Koreańczycy nie widzą żadnej niedelikatności tak, jakby ich wyższość była powszechnym i uznawanym na całym świecie faktem. Homogeniczność i odrębność całej spuścizny kulturowej jest dla Koreańczyków powodem do ogromnej dumy, ale już nie do aktywnego narzucania jej ludziom spoza kraju. Odwiedzając Koreę nie należy się więc raczej obawiać o jakiekolwiek zagrożenie natury fizycznej – Koreańczycy są przeważnie niezmiernie uprzejmi (co prawda troszeczkę bardziej dla osób białych), a także coraz bardziej „poprawni politycznie”. Widać tutaj efekt starań rządu koreańskiego oraz mediów, które pośrednio (opery mydlane z udziałem obcokrajowców itp.) lub bezpośrednio (programy dedykowane rozmowom o Korei, w których uczestnikami są cudzoziemcy) informują o właściwej etykiecie oraz edukują społeczeństwo co wolno, a co jest niedopuszczalne.

O podejściu Koreańczyków do obcokrajowców jako odrębnej grupy społecznej rozmawiam szczegółowo z Leszkiem (Yellowinside) w naszej audycji „Zakorkowani”. Zapraszam do odsłuchania poniżej:




Przez ostatnie dziesięć lat Korea stała się krajem o wiele bardziej przyjaznym dla obcokrajowców, co znajduje swoje odzwierciedlenie w liczbach – w roku 2002 w Seulu mieszkało ok. 600 tysięcy cudzoziemców, ale już w roku 2012 liczba ta urosła do 1,5 miliona. Obcokrajowcom zaproponowano bogatszy wachlarz rozwiązań wizowych, rozbudowano usługi w języku angielskim zarówno w sektorze publicznym jak i prywatnym, stworzono dedykowane ośrodki pomocy we wszelkich sprawach dnia codziennego, wyodrębniono specjalne centra medyczne w obrębie szpitali ogólnych, a nawet wprowadzono szereg bezpośrednich korzyści wynikających jedynie z tytułu posiadania obcego paszportu (zapomogi, ulgi podatkowe itp.). W ciągu dekady Korea uległa pod tym względem godnej naśladowania transformacji.

Mimo wielu udogodnień systemowych życie w Korei może okazać się bardzo wymagające. Znalezienie pracy bez dyplomu z rozpoznawanej na świecie uczelni, bez znajomości języka koreańskiego i angielskiego to syzyfowa praca. Firmy preferują kandydatów, którzy są bezpośrednio obeznani z koreańską kulturą i którzy mają unormowane stosunki wizowe. Szczęśliwcy, którym uda się już wejść w poczet koreańskiej kadry pracowniczej muszą następnie stawić czoła bardzo specyficznej kulturze korporacyjnej. Uwiarygodnienie swojej osoby w oczach koreańskich współpracowników, uzyskanie ich akceptacji i zaufania, a także pełnoprawne włączenie do kręgu osobistych i zawodowych relacji to kolejny orzech do zgryzienia.





Wielu obcokrajowców musi również radzić sobie w Korei z głębokim uczuciem osamotnienia. Trudno jest nawiązać wspólny język z Koreańczykami na tyle, żeby swoją relację z nimi można było określić mianem prawdziwej przyjaźni (Koreańczykom też niełatwo przychodzi bratanie się z cudzoziemcami). Na myśl przychodzi mi przykład mojej bliskiej przyjaciółki, która pomimo znajomości języka koreańskiego i niezwykłej gracji, z jaką poruszała się po meandrach kultury koreańskiej nie mogła dostosować się do jednego - biurowej izolacji pracowników. Ania potrzebowała rozmowy, pogaduszek, zwykłej ludzkiej interakcji, a w koreańskiej firmie zamiast życia słychać było jedynie stukanie w klawiaturę odizolowanych przegrodami pracowników.

Ci, którzy pozostają z Koreańczykami w relacji mąż - żona muszą borykać się z bagażem roli, jaką kultura koreańska narzuca na barki danej jednostki w komórce rodzinnej. Od kobiety wymaga się nie tylko opieki nad domem i dziećmi, ale również aktywnej pomocy teściom, włączając w to przekazywanie na ich konto określonej sumy pieniędzy; na mężczyźnie spoczywa obowiązek zarobienia na wszelkie wydatki rodziny. Wielu obcokrajowców nie radzi sobie z tak kategorycznym podziałem funkcji w rodzinie, z czego wynika wiele konfliktów.

W drugim odcinku audycji „Zakorkowani” pt. „Obcokrajowiec w Korei” podchodzę z Leszkiem do opisywanego zagadnienia od strony jednostki i spraw praktycznych. Jak znaleźć pracę w Korei? Jak przeżyć w osobliwej kulturze korporacyjnej? Czy możliwa jest prawdziwa przyjaźń z Koreańczykiem? W jaki sposób funkcjonować w ramach koreańskiej rodziny? Opowiadamy z Leszkiem również o tym, jak nam samym żyje się w Korei. Zapraszam do odsłuchania poniżej.






Wykopana z gniazda


W Korei koperty z pieniędzmi wręcza się na każdym kroku. Nie chodzi mi tutaj o nagminne w tym kraju łapówki, a o formę pomocy udzielanej człowiekowi znajdującemu się akurat w potrzebie. Rodzina, współpracownicy, przyjaciele, znajomi składają się dla danej osoby w przypadku śmierci w rodzinie (rodziców, dzieci, rodzeństwa, dziadków), pierwszych urodzin dziecka (często wyprawia się wtedy charakterystyczne przyjęcie), ślubu, poważniejszej operacji itd. Na każdą tego rodzaju okazję pieniądze (standardowo ok. 50USD) wkłada się do koperty z odpowiednim do zajścia drukiem w języku chińskim (uznawany jest on za język bardziej oficjalny), opatrując ją własnym imieniem i nazwiskiem i innymi umożliwającymi identyfikację informacjami jak firma, czy dział, w którym się pracuje. Jest to o tyle ważne, że dane te wraz z wielkością załączonej sumy wpisywane są skrupulatnie do notatnika, którym podczas uroczystości zarządza specjalnie ku temu wyznaczona osoba urzędująca przy wejściu. Wpłacając więc pieniądze do kieszeni innych ma się mniejszą lub większą pewność, że odwdzięczą się one w podobny sposób w przyszłości.

Kiedyś taki system działał mi na nerwy. Co chwila ktoś kolekcjonował koperty dla ludzi, których nawet dobrze nie znałam. Miałam wrażenie, że przynajmiej w moim przypadku jest to inwestycja bez pokrycia. Do czasu operacji kolana i własnego ślubu. Wtedy dopiero zrozumiałam, że system ten bardzo pomaga w sytuacjach nagłych, kiedy to ni stąd ni zowąd wyłożyć trzeba większe sumy. A i na pewno kosz kopert wspomaga budżet w większym stopniu niżby samemu odkładało się pieniądze w stopniu, w którym wydaje się je na innych. Jest tak przynajmniej do pewnego momentu w życiu, kiedy to już większą porcją uczestnictwa w systemie jest wręczanie kopert raczej niż ich otrzymywanie. Nawet jednak w bardziej zaawansowanym wieku inwestycje tego rodzaju mają sens dzięki swojemu dziedzicznemu charakterowi. Tak więc jeżeli rodzic wręcza kopertę na ślub córki swojego przyjaciela, to ten również wspomoże dziecko pierwszego jeżeli nadarzy się ku temu okazja. I nie będzie to pomoc jednorazowa.

Trochę ponad tydzień temu musiałam nagle polecieć do Polski z powodu śmierci mojej babci. Licząc się z własnym brakiem komfortu podczas otrzymywania kopert po powrocie zakupiłam kilka „Żubrówek”, co by uczucie to podarunkami choć trochę zminimalizować. Kopert nigdy jednak nie ujrzałam. Na początku czułam jedynie lekkie zaskoczenie. Dzień po dniu jednak z jakiegoś powodu ogarniało mnie coraz większe przygnębienie – niesamowita chandra wręcz – i nie za bardzo byłam w stanie zidentyfikować podłoża tak złego samopoczucia. Nie chodziło tutaj bynajmniej o same pieniądze - noża na gardle na pewno nie mam, a i przywiązana do nich aż tak bardzo nie jestem. 

Sprawę przemyślałam pewnego wieczoru przy winie. Zatrudnienie na zasadzie stałego pracownika w firmie, gdzie aktualnie pracuję, otrzymałam dopiero w zeszłym roku. Byłam pierwszym obcokrajowcem (nie wspominając już o słabości swej płci), któremu to się udało (a jest ich w naszej firmie kilkaset). Walka o stanowisko, przyznanie koreańskiego tytułu (co jest bardzo ważne w tym hierarchicznym społeczeństwie) i wynikających z niego praw zajęło mi ponad trzy lata. W czasie tym koło nosa przeszła mi możliwość pracy na placówkach w USA i Kanadzie – właśnie z powodu zatrudnienia tymczasowego. Co ważniejsze jednak wydawało mi się, że dzięki swojej pracy uzyskałam szacunek przełożonych i współpracowników, a nawet ich zaufanie (rzecz w Korei rangi niezwykle ważkiej). Dostawałam w końcu niebagatelne projekty, ciągle gdzieś mnie wysyłano, miałam świetne, czasem nawet bardziej osobiste, relacje z niemalże wszystkimi dookoła. Postępowałam według zasad koreańskich wyłączając z tego jedynie sytuacje zupełnie dla mnie nie do zaakceptownia – w takich przypadkach usuwałam się po prostu w cień. Po otrzymaniu w tym roku własnego zespołu uległam wierze, że osiągnęłam namiastkę czegoś wyjątkowego – w końcu, po tylu bataliach, zostałam przez Koreańczyków zaakceptowana jako jedna z nich. Na chwilę opuściłam gardę wystawiając  się na cios samozadowolenia.

Po powrocie z Polski potraktowano mnie jak „zwykłego” obcokrajowca. To był kubeł zimnej wody, którego absolutnie nie spodziewałam się. Arbitralnie założono, że wystarczą mi wyrazy współczucia, bo tak przecież robi się „na Zachodzie”. Ma to zdecydowanie swoją logikę, ale nie w moim przypadku, kiedy sama od dziewięciu lat próbuję żyć według zasad lokalnych. A nie jest to aż tak proste, z czego moi współpracownicy doskonale zdają sobie sprawę. Być może to tylko faux pas, brak pomyślunku z ich strony, ale posunięcie to ubodło mnie do samych trzewi. Odebrałam to jako policzek, osobistą porażkę i w jakiś sposób przejrzałam w końcu na oczy. Koreańczycy nigdy nie zaakceptują mnie jako „swojej”. 

Jestem teraz zawieszona w bolesnym niedowierzaniu, że te dziewięć lat przeżyłam bazując jedynie na ułudzie przynależności. Bardzo, ale to bardzo trudno mi tę prawdę przęłknąć. PWY mówi, że mogę znaleźć inną przystań, umościć sobie bezpieczniejszy matecznik. Na tę chwilę jednak wypadłam z gniazda, a raczej bezwzględnie mnie z niego wykopano (choć przyjmuję do wiadomości, że prawdopodobnie nie było to celowe), a wicher zwątpienia miota mną chaotycznie z lewa na prawo. I nie wiem, gdzie pozwoli mi wylądować.


Paszport


Koreańczycy są bardzo dumni ze swojej narodowości. W sumie nic w tym dziwnego – ja również jestem zadowolona z tego, że jestem Polką. Każdy ma swoje powody i na swój sposób każdy ma rację – to kwestia dobrze pojmowanego patriotyzmu i tolerancji.

Różnica chyba tkwi jednak w tym, że Koreańczycy – przeważnie ci starszej daty - uważają się za naród wybrany, wyjątkowy czystością krwi (Koreańczycy są przekonani o homogeniczności swojej rasy) oraz bogactwem ponad pięciotysiącletniej kultury, posiadający najzdrowszą kuchnię na całym świecie, język, który poziomem swojego wysublimowania jest nie do ogarnięcia dla cudzoziemców, oraz coś niespotykanego nigdzie indziej, co jest określane mianem „jeong” (정). Jeong można zdefiniować jako bezwarunkową lojalność, głębokie uczucie przywiązania, nierozerwalną więź oraz umiejętność zupełnego poświęcenia się bez oczekiwania na nagrodę lub uznanie. Koreańczycy przekonani są, że w świecie zachodnim tego rodzaju oddanie nie istnieje, bo stoi w kontraście do wyznawanego przez nas kultu indywidualizmu (= egocentryzmu). Postawa taka razi bezwstydnym, bo zupełnie nieświadomym (!) etnocentryzmem, a czasem niestety trąci nawet o rasizm – szczególnie w stosunku do przedstawicieli innych krajów azjatyckich.

Na co dzień ta megalomania narodowa przejawia się na przykład tak:

<Podczas podróży służbowej na przejściu granicznym; dialog przerabiany przeze mnie już dziesiątki razy…>
- (ze zdziwieniem) Nie masz koreańskiego paszportu?
- Nie.
- Przecież wyszłaś za Koreańczyka.
- Tak, ale posiadając paszport Unii Europejskiej mogę bez problemu się po niej poruszać i pracować na jej terenie bez specjalnego pozwolenia. (próbuję wyjaśnić sprawę pragmatycznie)
- Ile lat mieszkasz już w Korei?
- Ponad osiem.
- <po chwili namysłu> Acha, to znaczy JESZCZE nie masz koreańskiego paszportu?
- …


Ucieczka



Nie ma ucieczki. Nawet tutaj w Orange County, Kalifornia. 

Wybór biura powierzyliśmy koreańskiej agencji nieruchomości. Wystrój wnętrz kolejnej koreańskiej firmie. Za całe IT odpowiedzialny jest koreański kontraktor. Wszyscy nowi pracownicy (a przejęliśmy firmę amerykańską) to wychowani w USA Koreańczycy. Z lotniska wozi nas Koreańczyk posiadający własną sieć taksówek. Dzień w dzień jemy w koreańskich restauracjach, których tutaj bez liku. Nawet burmistrz Irvine jest Koreańczykiem. Przykładów mogę podać o wiele więcej.

Nie chodzi o to, że współpracujemy z Koreańczykami. Chodzi o to, że współpraca ta oparta jest na dwukierunkowej wyłączności. Koreańskie restauracje gotują wyłącznie dla Koreańczyków. Koreańczycy niemalże wyłącznie chodzą do restauracji koreańskich. I tak w każdym przypadku. W czasie lunchu, dokładnie tak, jak w Korei, przed wejściem ustawia się długa kolejka czekających na swoją kolej. Na pięciominutowy obiad, któremu towarzyszy obficie lejący się pot będący wynikiem nadmiaru paprycznych przypraw i wysokiej temperatury posiłku. Obok restauracja japońska dla porównania. A w niej przedstawiciele różnych ras w rozkładzie niemal proporcjonalnym. Delektujący się w spokoju, każdy na swój własny sposób, przykładnie zaprezentowanym posiłkiem. Opadają mi ręce.

Jestem gdzieś pomiędzy. Zawieszona między zaufaniem Koreańczyków wynikającym z długoletniej z nimi współpracy, a kolorem skóry i płcią. Dysonans ten niezręcznie konfunduje moich przełożonych i współpracowników. Szczególnie w takich sytuacjach, jak ta, w której obecnie się znajduję. Nikt nie może wyobrazić sobie mnie jako koreańskiego delegata. Nikt nie może sobie mnie wyobrazić jako pracownika lokalnego. Rezultatem jest mieszanka lokalnego zatrudnienia i koreańskiej płacy. Rozwiązanie dla mnie najgorsze.

Nie ma ucieczki.


Buraczki



Czasem bardzo nie lubię Koreańczyków. Na przykład wtedy, kiedy z obrzydzeniem wypluwają buraczki z ćwikłą w polskiej restauracji w Montrealu, wyłuszczając przy tym swoje światłe opinie o rzeczach, o których nie mają zielonego pojęcia. Podbudowując swoje ego kolejną okazją do bezspornego besztania (moje usta są zamknięte bo jem, jem, jem…).

W takich momentach nie potrafię pojąć ich braku zrozumienia, że przynajmniej raz w roku chcę się do cholery tymi buraczkami w spokoju nacieszyć. Nie mieści mi się w głowie, że ludzie, którzy bez kimchi nie są w stanie wytrzymać trzech dni, potrafią być aż takimi ignorantami jeżeli chodzi o osoby trzecie. 

Wieczorem w koreańskiej restauracji nie tknęłam ani listka kimchi, nie zmoczyłam nawet ust w szklance soju. Nie mogłam się zmusić. Był tylko kufel Rickard’s Amber i les haricots verts…


Lek na całe zło


W ostatnim miesiącu dane mi było odwiedzić USA dwa razy. Na zachodnim wybrzeżu nikt nie zaprząta sobie głowy epidemią grypy. Lotniska są pełne ludzi, nikt nie nosi masek (ja swoją schowałam głęboko na dno walizki, kiedy jakaś kobieta smagnęła mnie głośnym wyrzutem „It’s scary!”), nikt nie panikuje. Dla porównania lotnisko w Korei świeci pustkami. Po przylocie z zagranicy, tuż po wyjściu z samolotu, natknąć się można na kordon doktorów w długich jednorazowych uniformach, rękawiczkach i maskach. Uzbrojeni w termometr, mierzą temperaturę każdego (!) z pasażerów, kolekcjonując przy tym specjalne druczki, które wcześniej należało wypełnić w samolocie, oraz zadają kilka standardowych pytań. Po tygodniu lub dwóch każdy z pasażerów raczony jest rozmową telefoniczną specjalnych służb, które wypytują się o aktualną kondycję delikwenta. Mimo tych wysiłków świńska grypa jednak systematycznie poszerza zasięg swoich macek.

Według dzisiejszej porannej gazety, powodem szybkiego rozprzestrzeniania się świńskiej grypy w Korei są… obcokrajowcy, a w szczególności… nauczyciele języka angielskiego. Oni to bowiem mają i czas, i pieniądze, żeby non stop podróżować do swoich krajów, skąd za którymś razem przywożą ze sobą w końcu zabójczego wirusa. Następnie zarażają nim koreańskie dzieci w szkołach­­, a co gorsza nawet, współpasażerów koreańskiej kolei, z której korzystają w weekendy wojażując po kraju!

Artykuł podparty był kazusem jednego nauczyciela, u którego kilka dni temu zdiagnozowano świńską grypę... Autor zastanawia się nad Koreańczykami, u których wyżej wymieniony nieszczęśliwiec nocował, a u których nie stwierdzono żadnych objawów choroby. W tym momencie artykułu głośno roześmiałam się żartując, że to na pewno z powodu konsumpcji dużej ilości kimchi. PWY, który wcześniej skończył czytać artykuł, głęboko się na mnie obraził. Okazało się, że artykuł był niedorzeczny bardziej niż mogłam przypuszczać… Tak niedorzeczny, ze nawet mój dowcip nie sprostał wyzwaniu… 


Czarny Obama



Obama jest “swojski”. Imponuje mi bystrością, poziomem retoryki i emocjonalnym zrównoważeniem. Widać, że ma klasę i całkiem dobrze poukładane w głowie. Z drugiej strony nie mam złudzeń – nie tylko osoba prezydenta, czy nawet rząd włada USA, a przez to i światem. Dlatego prawdopodobnie Obama będzie musiał stawić czoła wielu swoim frustracjom. Jestem bardzo ciekawa jak się zabierze za obecny stan rzeczy i jakie będą tego wyniki.

Co Obama oznacza dla Korei? Politycznie prawdopodobnie niewiele (zmiana polityki wobec Korei Północnej?) – choć Lee Myeong Bak, obecny prezydent, uważany jest przez Koreańczyków za marionetkę Busha i każdy jest ciekaw, jak to będzie za kadencji Obamy. Ekonomiczne konsekwencje na pewno jakieś będą (planowana renegocjacja FTA), ale osobiście widzę więcej szans na zmiany od strony społecznej. A to z bardzo prozaicznego powodu – Barack Obama jest mulatem. 

W Korei ciągle nie ma zbyt wielu przedstawicieli czarnej rasy. Ich pojawienie się na ulicy za każdym razem sieje widoczne poruszenie wśród mijających ich Koreańczyków. Bo dla Koreańczyków osoby czarnoskóre są „straszne” z wyglądu i daleko bardziej obce niż Biali. Niestety też większość Koreańczyków starszego pokolenia, w ogólnym przeświadczeniu o wyjątkowości swojej nacji, uważa Murzynów za osoby „niższe” (podobnie zresztą jak innych Azjatów – szczególnie tych z biedniejszych krajów). Dlatego też dzieci z mieszanych par (np. Koreanka i Murzyn) nie mają z tego powodu zbyt łatwo.

Koreańczycy, jakkolwiek nie protestowaliby przeciwko amerykańskiemu imperializmowi (bazy wojskowe w Seulu, import wszystkich części wołowiny etc.), to ciągle w ich świadomości Stany Zjednoczone są „krajem spełnionych marzeń”. Dzieci masowo wysyłane są do amerykańskich szkół (często na wiele lat wraz z żonami), a dyplom Harvardu czy innej szkoły Ivy League definiuje wartość człowieka bez potrzeby sprawdzania kwalifikacji, czy nawet z nim rozmowy. Koreańczycy podziwiają USA również za ich ekonomiczny i technologiczny rozwój.

I nagle w Stanach Zjednoczonych wybrano „Czarnego”. Dla wielu Koreańczyków musi to być niemały szok. Myślę, że czarne pochodzenie prezydenta USA, które przecież nie było kwestią oficjalnej debaty w amerykańskich wyborach, będzie miało duże znaczenie dla rozwoju społecznego Korei. Wielu ludzi zacznie zastanawiać się nad własnymi „strachami”. Z czasem Koreańczycy oswoją się z Obamą, a widok czarnoskórej osoby na ulicy nie będzie już czymś „przerażającym”.  Jedynym warunkiem jest jednak to, żeby co poniektórzy Koreańczycy faktycznie zdali sobię sprawę, że Obama jest czarny. Że to nie żaden dobrotliwy żart opowiadany do poobiedniej kawki. Bo jakież było moje zdumienie gdy, nie dalej jak wczoraj, senior manager mojej firmy o mało nie opluł się tą poobiednią kawką, kiedy go o prawdziwości tego faktu poinformowałam...


Kobiety mojego życia



Z mężczyznami radzę sobie o wiele lepiej niż z kobietami. Kobiety przeważnie onieśmielają mnie, powodują, że czuję się z jakiegoś powodu nieswojo. Bardzo trudno mi się z nimi prawdziwie zaprzyjaźnić. W stosunkach z mężczyznami czuję się bardziej uzbrojona w szczerość, jestem prostolinijnie otwarta, pewna siebie i swojej intuicji. Wszystko jest prostsze, bardziej cyniczne i konkretne. Milczenie nie jest aż tak krępujące. W przypadku kobiet o wiele więcej czasu, energii i często niestety o stokroć więcej zbędnych słów zajmuje dotarcie do sedna, do prawdziwego wnętrza. A to mnie zdecydowanie i zniechęca, i męczy.

Nie wspomnę już o Koreankach, z którymi zupełnie w żadnym temacie nie potrafię się utożsamić. Moje ostatnie próby nawiązania kontaktu skończyły się haniebnie szybkim odwrotem, kiedy to moja rozmówczyni gorąco poleciła mi wyrwanie kilku zębów celem poprawienia kształtu twarzy...

Z drugiej strony, kiedy spoglądam wstecz, okazuje się, że osoby, które wywarły największy wpływ na moje życie są w zdecydowanej większości płci żeńskiej. W szczególności jest to siedem pod każdym względem wyjątkowych kobiet (ich inicjały ułożyły mi się w sformułowanie „DEAD GOD” - o mało z krzesła nie spadłam). Kobiety te są bardzo silne nawet jeżeli za bardzo nie zdają sobie z tego sprawy. Wszystkie są niesamowicie zmysłowe – każda na swój specyficzny sposób. I wszystkie, bez wyjątku, zmieniają świat i ludzi, których napotykają na swojej drodze. Na lepsze. I bez ustanku. Z głową podniesioną do góry.

Kobiety te wyryły się głeboko w moim charakterze. Nie będzie przesadą gdy powiem, że mam w sobie namacalną cząstkę każdej z nich. Być może stały się one już trochę innymi osobami, być może na nowo musiałybyśmy znaleźć tematy do nocnych rozmów. Nie zmienia to jednak faktu, że są mi one ciągle najbliższe na świecie. Bo stanowią część mnie samej. W dużej mierze zawdzięczam im to, kim teraz jestem. Właśnie dzięki czasowi i energii jakie mi poświęciły, czy też całej tej stokroci bardzo potrzebnych słów. 

A wiem, że często nie był to dla nich lekki chleb.


Brązowo mi



Koreanki połykają środki przeczyszczające jak cukierki. Efektem jest ich godna pozazdroszczenia filigranowa figura. Niestety efektem ubocznym, z którym to ja muszę się borykać, są dantejskie sceny w firmowych ubikacjach. 


Środa
Otwieram drzwi toalety a tam (za przeproszeniem tych o słabszych nerwach) rzadka sraczka, nawet nie w muszli tylko na sedesie. Rzuca mną o ścianę, ale dzielnie decyduję, że takie małe „gówno” nie zepsuje mi dnia. Małymi acz szybkimi kroczkami drepczę na inne piętro. Wyobrażam sobie biedną Koreankę, która przedobrzyła ze środkami przeczyszczającymi. No bo w końcu jak ona..., okrakiem? Z pozycji stojącej? Odzywa się we mnie Sherlock Holmes.

Czwartek
Otwieram drzwi toalety a tam, niczym deja vu, ta sama scena. Tym razem na kartce papieru A4, sfotografowana przez kogoś bardziej niż ja wkurzonego nagłym spotkaniem twarzą... w twarz (?) z kupą. Pod zdjęciem odezwa do autora rzadkiej sraczki.

Piątek
Sfotografowana kupa ciągle straszy.


Porzygać się z wrażenia



W tym miesiącu na zajęcia z języka koreańskiego dołączyła do nas Szwajcarka. Nauczycielka, mimo swojej, nie tolerującej niejasności lub niezrozumienia, błyskawicznej metody nauczania, zdecydowała się na „small talk”. W kilku oszczędnych słowach (byle nie marnować za dużo czasu) podzieliła się z nami swoim wrażeniami z wyprawy w szwajcarskie Alpy.

Patrzę, a tu przede mną przepiękna góra. Idę dalej, a tam jeszcze piękniejszy widok. Gdzie nie spojrzę to dech zapiera. Zezłościło mnie to wszystko, rozbolał mnie brzuch i mało co nie zwymiotowałam. Zbyt ładnie.”...


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...