Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koty. Pokaż wszystkie posty

Blog Roku 2011


„W Korei i nie tylko”, jeszcze w swojej starej wersji, dotarł do finału konkursu „Bloga Roku” jedynie w roku 2008. Wtedy był to jeszcze blog bardziej osobisty, momentami emocjonalnie porywczy. To na pewno nie był dla mnie najspokojniejszy okres – kilka miesięcy wcześniej odeszłam z Samsunga i zatrudniłam się w innym chaebol’u, wyszłam za mąż za PWY (znanego wytrwalszym Czytelnikom Koreańczyka), większość bardzo bliskich mi Polaków zdecydowała się opuścić Koreę już na zawsze. W jakimś sensie wiele rzeczy musiałam raz jeszcze zacząć od nowa.

Wydaje mi się, że przez cztery ostatnie lata trochę dojrzałam, uspokoiłam się wewnętrznie, pogodziłam się z tym, kim jestem i co sobą reprezentuję. To było jak bardzo głęboki oddech. Ten czas chyba największej, ale też i najbogatszej samotności w moim życiu zaowocował podsumowaniem lat 2003-2007 spędzonych w Korei o niej esejami, które zostaną wydane już w maju tego roku przez wydawnictwo Kwiaty Orientu. Nie ukrywam, że jestem tym podekscytowana i że jest to ścieżka, którą chciałabym podążać. Żeby jednak drogę tę z powodzeniem przemierzyć dotrzeć muszę do ludzi, którzy mogliby uznać moje pisanie w ten, czy inny sposób za wartościowe. Stąd uczestnictwo w konkursie na Bloga Roku i prośba o Wasz głos.

Jeżeli uważacie, że dzięki moim wpisom udało się Wam zajrzeć za kulisy codziennego życia w Korei i że dowiedzieliście się czegoś wyjątkowego o odwiedzanych przeze mnie miejscach w Azji, proszę „polubcie” mojego bloga po prawej stronie, podzielcie się do niego linkiem na swoim portalu społecznościowym lub po prostu zagłosujcie:


SMS na numer: 7122
TREŚĆ: D00198



KOSZT: 1,23 złote (dochód będzie przeznaczony na turnusy rehabilitacyjne dla niepełnosprawnych)
ZAMKNIĘCIE GŁOSOWANIA: 19 stycznia 2012







Moja Nabi z cyklu Nabi & Grass Love


Od powodzi do powodzi



Cóż za niepomyślny rok. Wypadnięty dysk, dwie wielokrotne hospitalizajce, śmierć kotki, podejrzenie o cukrzyce, zakażenie w stopie, bolące mięśnie pleców.

I teraz jeszcze to.

Brysiu 1997-2010



Ćma



Sobotni poranek. Za oknem ulewa dziurawiąca pierzchające opary gorąca minionych dni. Dawka „Lapidariów” popijana uśnierzająco pachnącą kawą. Zmieloną własnoręcznie bardzo starym, koreańskim młynkiem z przekładnią. Kota namiętnie mrucząc zlizuje krem z mojej szyi. PWY w bibliotece. Czas ciszy i rozmyślań.

Po jakimś czasie odkładam książkę. Nabi mości sobie gniazdko w zagięciu mojego ramienia. Szturcha mnie zimnym nosem, od czasu do czasu traktuje szorstkim językiem. Razem patrzymy na świat za oknem. Strumienie deszczu punktowo masują liście zaglądającego do domu drzewa. Myślę o konsumeryzmie, wolontariacie i miłości. O czym rozmyśla Nabi, nie wiem. Na siatce ochronnej siedzi ćma. Przeczekuje światło dnia i jego wilgotną kondycję.

Znajomy ptak ląduje na poręczy balkonu. Jeden z pary zamieszkałej na drzewie. Srebrzyście niebieskawy z małym pióropuszem na czubku głowy. Nabi zrywa się w jednym momencie. Oczy pięciozłotówki, czarne jak węgliki; ogon zamaszyście podekscytowany.

Ptak podrywa się do lotu, niby przypadkowo obija o moskitierę. Wyraźnie widzę, jak z gracją na zawsze już porywa ćmę i znika.


Poranek z felis


O 6:20 dzwoni budzik. Słyszę jej pospieszne tuptusie, skok przez zaroletowane okno sypialni, macho-wyzywający miauk na powitanie tuż nad moją twarzą. „Pobudka! Czas na poranek piękności” – eskimosowo trąca mnie zimnym noskiem. Niezrażona brakiem reakcji bezpardonowo rozpoczyna od ubijającego masażu szyi uświetnionego dawką mruczących wibracji. Te podobno dobrze wpływają na stan kości. Po jakimś czasie przechodzi do językowego peelingu twarzy - zbyt szorstkiego jak na mój gust. W końcu dopieszcza mnie zawziętym tapirem włosów używając przy tym dla lepszego rezultatu na przemian wystawianych i chowanych pazurków. Z przymrużonych oczu kipi mniamniuśne szczęście i kompletne usatysfakcjonowanie popełnionym dziełem.

Po dwudziestu minutach przymusowych pięlęgnacji wstaję z łóżka. Moja felis szarżuje, wyciąga przednie łapki na moje uda domagając się wyżyn człowieczego ramienia. To w podzięce za jej porankowe starania – teraz moja kolej na rewanż. Staję przed lustrem ze srebrnym futrzakiem przewieszonym przez bark. Szyja i twarz w buraczkowych konstelacjach plam, włosy porządnie nastroszone – przypominam Tinę Turner z ”We don’t need another hero” w filmie „Mad Max”. Felis pomiałkuje chrapliwie przy każdym moim musknięciu wyczulonego na dotyk grzbietu; mruczy do ucha w porannym upojeniu tkliwością.

Patrząc na odbicie w lustrze myślę, że miłość to przyzwolenie na niepomyślane kompromisy.






Epilog



Była bardzo mała, kiedy 16 lat temu odebrałam ją od matki z Klicka pod Myśliborzem. Musiałam karmić ją butelką ze smoczkiem, w rezultacie czego wyrosła na względnie małą kotkę. Pierwszą lekcją, którą się nauczyłam to, że w miłości nie ma miejsca na zaborczy egoizm. Żałowałam, że nie poczekałam na nią kolejnego miesiąca.


Potem uczyłam się odpowiedzialności. Był to czas, kiedy w Polsce nie można było dostać zakrytych kuwet, nie wspominając już o specjalnym piasku dla kotów. Używałam zwykłego kartonu po butach wyściełanego reklamówkami, na który wsypywałam zwykły piach z piaskownicy przed domem. Psota z zaciętością rozgrzebywała go na wszystkie strony, a ja biegałam z szufelką dzień po dniu. Co tydzień wymieniałam przesiąknięty piasek, taszcząc po asfalcie ciężki, rozrywający się karton do blokowego śmietnika.

Psota


Psota była pierwszorzędną kocicą. Rozmawiała z nami różnymi natężeniami miauków i pomrukiwań i dawała buziaki prosto w nos. Miała ulubioną szmacianą lalkę, którą ledwo co mogła unieść, kiedy była jeszcze mała. Aportowała ją, spała z nią, rzucała nam ją pod nogi w buńczucznym wezwaniu do zabawy. Na widok wystawionych dłoni i poruszających się palców przybierała atakującą postawę z tylnimi nogami wyprzedzającymi przednie, najeżonym grzbietem i wiewiórczo napuszonym ogonem. Po czym najczęściej uciekała w wyraźnym rozbawieniu. Zamiast spać w nocy bawiłam się z nią wystawiając na pokuszenie rękę spod pierzyny. W oczekiwaniu na właściwy moment do ofensywy kładła po sobie uszy i robiła lekkiego zeza, czasem zupełnie nie nadążając za ruchem mojej dłoni. Lubiła też kwiatki mojej mamy. Była to fascynacja absolutna i absolutnie nie zrażona głośnymi ostrzeżeniami i częstymi klapsami. Miała też słabość do pach mojego taty, w które z lubością wciskała nos, mrużąc w rozkoszy oczy i udeptując jego ramię aż do zadawalającej miękkości. W wyniku zawieruchy czasów powodzi okociła się czterema kociakami, z których trzy ciągle są w domu moich rodziców.

Psotka była już starowinką i chyba wszyscy liczyliśmy się z nieuniknionym. Mimo to, kiedy zdechła, zrobiło mi się ogromnie smutno. Tak, jakby wraz z nią odchodziła na zawsze jakaś część mnie samej. To właśnie Psota była świadkiem mojego nastoletniego życia, kiedy to zachodzą największe zmiany, podejmuje się najważniejsze decyzje i popełnia największe błędy. Nie była ze mną już od dawna, ale będzie mi jej bardzo brakowało, kiedy wrócę do domu i nie poliże ona mojej twarzy w wątłym rozpoznaniu swojej dawnej opiekunki…


Psota, maj 1994 - 18 luty 2010


Snowy & Mimi


Myślałam, że będzie uroczo. Dwa małe, śliczne kotki przez dwa tygodnie. W moim domu. Z moją, dorosłą już kocicą. Na moją depresję i wakacyjny wyjazd ich właścicielki do Europy. Nie mogłam się doczekać.

Zaczęło się od szarmanckiego ostrzenia i tak już ostrych pazurków gdziekolwiek popadnie. Nasza kanapa i krzesła, wszystkie skóropodobne, bardzo przypadły kociaczkom do gustu. M. ostrzegła mnie, żebym nawet nie myślała o obcinaniu im pazurków ale ja zdeterminowana i doświadczona anielskim zachowaniem Nabi przy tego rodzaju pielęgnacjach, zabrałam się do dzieła. Pisk, jak przy obdzieraniu ze skóry, szamotanie się, gryzienie, syczenie. Końcem końców na całe dwadzieścia udało mi się obciąć jeden, a cały dom okryć musiałam kapami, kocami, ręcznikami...

Kuwetę, wedle zaleceń właścicielki umiejscowiłam w naszej toalecie. Niestety szybko okazało się, że kuweta jest za mała dla dwóch dorastających kotek, a brak osłony powoduje szerokołuczny wyrzut piasku na całą podłogę łazienki. Ten połączony z pryskającą po całym pomieszczeniu wodą kąpielową tworzy mało przyjemnie bagienko (w Korei w podłodze łazienkowej jest ściek więc Koreańczycy są przyzwyczajeni do dużego rozmachu podczas oblucji, rezultatem czego jest totalnie zmoknięte pomieszczenie). Zdecydowaliśmy się więc na wyniesienie kuwety na balkon, obok podobnego wychodku Nabi (ale z nakładką na wszystkie boginie!). Niestety nie dało to oczekiwanych efektów. Budząc się kolejnego dnia doświadczyłam niemałego szoku znajdując w naszej wannie zamaszyste kupy w słonecznie żółciutkich kałurzach... Przenieśliśmy kuwetę pod łazienkę. Za każdym razem, kiedy otwieraliśmy drzwi do toalety ukochane kotki próbowały wemknąć się niepostrzeżenie i z niewinną miną, „że niby co?”, do środka. Jeżeli nie zdążyliśmy zareagować z odpowiednim refleksem, te znowu z nonszalancją i niebywałą szybkością robiły to, co widocznie uznały za swój święty obowiązek...

Kiedy Mimi i Snowy oswoiły się już z otoczeniem i Nabi na tyle, żeby uznać terytorium za podległe jedynie sobie, rozpoczęły się dzikie szarże przez dom. Spadały doniczki, książki, szklanki, kubki z gorącą kawą, zawieszały się komputery, rozlewała się ich woda w pómisku, a sucha karma rozsypywała się we wszystkich możliwych kierunkach. Kilka razy dziennie. Kiedy wracając z pracy otwieralam drzwi domu, wyglądał on jakby przeszło przez nie lekkie tornado.

Do tego doszła moja alergia. Bo ja, hmm, mam alergię na sierść kotów. Napuchnięte, załzawione oczy, cieknący nos, a w nim zaimplementowane na stałe kawałki chusteczek higienicznych, świszczące płuca. A co za tym idzie praktycznie brak snu...

No i Nabi. Nie odzywa się do mnie, jest w widocznej depresji, przytyła...
PWY też musi od czasu do czasu wyjść z domu, żeby przez przypadek nie wyrzucić słodyczy za okno.

Zachciało mi się kociaczków... Ale czy nie są... przesłodkie?

Snowy



Mimi

Więcej zdjęć tutaj.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...