Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca w koreańskiej firmie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca w koreańskiej firmie. Pokaż wszystkie posty

Szef



Co tu dużo ukrywać – potrafił być nie do zniesienia. Pojawiał się niezapowiedziany, zawracał głowę niedorzecznymi wywodami i mydleniem oczu. Czasem wsłuchując się jednym uchem w jego wynurzenia, drugim zupełnie odpływałam i w czasie, kiedy nic lepszego nie miałam akurat do roboty, były to całkiem przyjemne chwile relaksu - szczególnie jeżeli związane były z filiżanką cappuccino. Swoją obecność potrafił zaznaczać jednak bardziej dosadnie. Całej grupie projektowej gotowało się w środku na jego weekendowe listy adresowane do wszystkich na wyższym szczeblu, nawet do samego CEO (w koreańskich jaebolach, w których pracują dziesiątki tysięcy ludzi to raczej nie do pomyślenia!). Musieliśmy wtedy tłumaczyć, przygotowywać raporty i nadstawiać karku w obliczu uzasadnionego oburzenia adresatów wiadomości. Przecież to my byliśmy odpowiedzialni za zarządzanie projektem, co również oznaczało konieczność kontroli takich osób jak pan Lee Seh Jung (이세중).

Kilka z jego emaili zachowałam. W jednym z nich z iście poetyckim zacięciem uzmysławia całemu zarządowi, że projekt nad którym właśnie pracujemy zagwarantuje firmie świetlaną przyszłość. Wszystko inne można porzucić już teraz. Cytaty ze specjalistycznych czasopism okraszone chińskimi przysłowiami (w oryginale, a jakże!), metaforami, podkreśleniami, wykrzyknikami i tak kwiecistym stylem, że człowiekowi przychodziły na myśl propagandowe metody państw totalitarnych. Chyba ani razu tego rodzaju czarowania rzeczywistości nie byłam w stanie przeczytać do samego końca. Inny email to ten, w którym skarżył się na nas, ponownie do samego CEO, że działamy na szkodę firmy - nie chcieliśmy zrobić czegoś po jego myśli i bardzo się za to na nas obruszył. Nieważne, że już od wielu lat nie był pracownikiem firmy, a jego rola w projekcie polegała jedynie na pośrednictwie / doradztwie. Nieźle się nam wtedy dostało, choć nie z powodu „podkopywania przyszłości firmy” a znowu za to, że tego rodzaju wyskoków nie byliśmy w stanie kontrolować. Skończyło się na telefonicznych wyzwiskach – głos pana Lee dochodzący ze słuchawki można było usłyszeć na odległość...

Koniec końców wszystko mu wybaczaliśmy. Był to człowiek starszej daty, dawny pracownik wyższego szczebla, który wiele w osobistym i zawodowym życiu doświadczył. Na spotkaniach technicznych, w których uczestniczyła większa grupa, najczęściej zasypiał i w tych momentach jego twarz jeszcze bardziej przypominała buldoga – patrząc na niego nie można było nie odczuwać pewnego rodzaju tkliwości. Po jakimś czasie wybudzał się, słuchał przez chwilę toku dyskusji, po czym wychodził na środek pokoju, brał flamaster w rękę i zaczynał swoją przemowę, najczęściej z tematem mającą niewiele wspólnego. Na tablicy powstawało wtedy wiele kółek i kwadratów. W sytuacjach, kiedy trudno było o porozumienie lub dyskusja zaczynała wymykać się spod kontroli potrafił użyć swojego tubalnego głosu oraz talentu aktorskiego, żeby wstrząsnąć obecnymi – cała dramaturgia w jego wykonaniu była tak absurdalna, że zebrani bezwiednie wychodzili ze swoich okopów, dawali sobie samym przez chwilę odsapnąć i siłą rzeczy spoglądali na całą sytuację z pewnego dystansu. Zazwyczaj w takich momentach ktoś musiał pana Lee hamować, bo mogłoby się skończyć na rozdzieraniu szat lub eksplozji uczuć godnej heroin koreańskich oper mydlanych. Z panem Lee spotkania zawsze nabierały rumieńców.

Kolacje biznesowe w jego towarzystwie również charakteryzowały się pewnym kolorytem. Opowiadał nie tylko o swoich doświadczeniach zawodowych, ale też i o „znajomościach” bardziej osobistej natury – prawdopodobnie przesadzał, kiedy po kilku kieliszkach wina określał siebie samego jako marynarza, na którego w każdym porcie czeka kobieta, ale i tak wielu z naszych partnerów na te rewelacje bezwiednie podnosiło brew. Też i na inne jego opinie, charakterystyczne dla starszego pokolenia w Korei... 

Wołałam na niego sajagnim (사장님) – „szefie”. Chyba podobało mu się to. Mimo całego swojego specyficznego usposobienia był dla mnie jednym z najważniejszych Koreańczyków, jakich na swojej drodze spotkałam. Od samego początku naszej znajomości traktował mnie poważnie - nie przez pryzmat mojej narodowości, pochodzenia, płci, wieku, czy doświadczenia, a w Korei (i w ogóle chyba) to ewenement. Od samego początku szanował mnie bez konieczności udowadniania czegokolwiek z mojej strony, bez żadnego namacalnego powodu. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że nigdy mi się to z żadnym innym Koreańczykiem nie zdarzyło. Regularnie do mnie dzwonił, pytał o zdanie, umawiał na to przednie cappuccino, dyskutował jak równy z równym. Nawet przez te ostatnie miesiące, kiedy zajęta byłam pieluchami Ethana, utrzymywał kontakt. Już wtedy nie było z nim najlepiej, ale ciągle rozmawialiśmy o projekcie mimo że i ja, i on wkraczaliśmy w zupełnie inne, choć chyba najważniejsze z etapów naszych żyć. Ostatni raz zatelefonował, żeby powiedzieć mi, że w końcu zdecydował się na chemioterapię. Do szpitala został przyjęty kilka dni później. Po jakimś czasie otrzymałam z jego komórki wiadomość. Serce zabiło mi mocniej. Jego córka napisała, że zmarł.

Wcześniej, kiedy było z nim bardzo źle i wszyscy oczekiwali na najgorsze, odwiedziłam go w szpitalu. Leżał wychudzony, bo przez jakiś czas kurował się sokiem z buraków i marchwi, ledwo co mógł podnieść głowę. Miałam wrażenie, że widzimy się po raz ostatni. Pamiętam, że jego córka zszokowana była sposobem, w jaki ze sobą rozmawialiśmy, trzymając się za ręce. Mimo najczarniejszych prognoz, Szef wyrwał się z „doliny śmierci”, jak to sam określił, choć później nie był już do końca sobą – pojawiał się niespodziewanie znacznie rzadziej, jego wywody były krótsze i mniej zaangażowane, a dramaturgia mniej spektakularna. Kawy też już nie mógł pić. Może z powodu tej właśnie szpitalnej wizyty córka Szefa poprosiła mnie, żebym na wiosnę spotkała się z nią i opowiedziała jej o ojcu, jakiego znałam ja.

Siadłam więc do komputera, żeby poukładać myśli i powspominać.

Podczas pisania miałam wrażenie, że jest tuż obok. Jak zwykle odkłada filiżankę kawy i zaczyna swój wywód charakterstycznym „as you know...”, zaakcentowany lekkim zwrotem głowy w prawo. 

Bardzo chciałabym usłyszeć, co ma mi tym razem do opowiedzenia.



Szef z żoną.




[Zakorkowani] Koreańska kultura korporacyjna


Na początku Korea była dla mnie źródłem niekończących się zdziwień. Były to zdziwienia niewinne; luźne obserwacje młodej dziewczyny, która odkrywała nowy świat bez większych konsekwencji dla własnego bytu. Żyłam w Korei, ale jakby obok niej, w ochronnym kokonie otrzymywanego stypendium, cudzoziemskości i słodkiej niewiedzy na temat prawdziwego oblicza tego kraju, opierając na tym wszystkim swój własny niezależny świat. To były dwa bardzo inspirujące, ale też i komfortowe lata.

Wszystko zmieniło się, kiedy po raz pierwszy przestąpiłam próg koreańskiej korporacji. Mimo że w Korei mieszkałam już od dłuższego czasu, to właśnie wtedy przeżyłam prawdziwy szok kulturowy. Z przyjaznego środowiska akademickiego przeniesiona zostałam nagle do świata żelaznej hierarchii i wszystkiego, co ona za sobą pociąga. Przeżyłam momenty ogromnej frustracji wywołanej męskim szowinizmem uznawanym za normę w relacjach damsko-męskich, koreańskim etnocentryzmem, trybem pracy w rytm konfucjonistycznych zasad czy w końcu absurdami, w które nikt przy zdrowych zmysłach nie byłby w stanie uwierzyć. Odnalezienie właściwego systemu nawigacji po tym niezwykle trudnym terenie zabrało mi trochę czasu. Większość z moich stypendialnych przyjaciół i kolegów nie wytrzymała już w przedbiegach i z westchnieniem ulgi powróciła do domu.

Po dziesięcicu latach doświadczenia w koreańskich jaebolach nieskromnie wydaje mi się, że radzę sobie całkiem dobrze. Pomógł mi chyba w tym przede wszystkim mój charakter, który w jakiś sposób współgra ze wstrzemięźliwością emocjonalną i prostolinijnością Koreańczyków. Dzięki pobytowi w Korei nauczyłam się też wstrzymywać się z szybkimi osądami i patrzeć na świat z dużym dystansem i przymrużeniem oka; z humorem i otwartością podchodzić do zachowań u nas traktowanych jako karygodne. Do wielu rzeczy na pewno po prostu przyzwyczaiłam się, ale też i bez dopasowywania się do tych, które wybitnie kłócą się z moją naturą. Na swojej drodze zawodowej spotkałam najwspanialszych Koreańczyków, ale też i tych najbardziej twardogłowych. Ze wszystkimi nauczyłam się bezkonfliktowo współpracować, rozumieć i do jakiegoś stopnia tolerować ich pobudki. Mam również duże szczęście w uzyskiwaniu zaufania Koreańczyków – wartości, którą obcokrajowców tak szczerze obdarowuje się bardzo rzadko. Mimo to praca w koreańskim jaebolu jest dosyć dużym wyzwaniem i nawet ja, po tylu latach, musiałam pozbyć się wielu złudzeń.

Wiele lat temu praktyczne informacje na temat korporacyjnej kultury Koreańczyków były raczej skąpe, ale osobiście nie żałuję, że musiałam doświadczać wszystkiego po raz pierwszy na własnej skórze. To była dla mnie ogromna szkoła charakteru. Na pewno jednak łatwiej jest już zawczasu zdawać sobie sprawę, czego można oczekiwać rzucając się w wir ścieżki zawodowej à la Korea i w niektórych przypadkach świadomie oszczędzić sobie straconego czasu.
      
W poniżej załączonych rozmowach nagranych w ramach audycji „Zakorkowani” razem z Leszkiem Moniuszko opowiadamy o naszych doświadczeniach w koreańskich korporacjach, które mają na celu pomóc świeżo upieczonemu rekrutowi w sprawniejszym poruszaniu się po korytarzach koreańskiego jaebola.


W Korei wizytówkę podaję się
przodem do rozmówcy podtrzymując
ją dwiema rękami.


Naszą rozmowę rozpoczynamy od ogólnych informacji dotyczących rekrutacji w koreańskich firmach. Następnie przechodzimy do opisu obozów przygotowawczych dla nowych pracowników. Tego rodzaju obozy, które trwają od kilku tygodni do kilku miesięcy, mogą okazać się decydujące w późniejszej karierze zawodowej – na podstawie swoich osiągnięć pracownik zostanie bowiem przydzielony do danego działu lub grupy w firmie. Obozy takie na pewno są też dosyć osobliwym doświadczeniem, ponieważ niektóre z nich swoją formą przypominają pranie mózgów w stylu Korei Północnej.

W naszej audycji rozmawiamy również o zagadnieniach praktycznych, takich jak punktualność, ubiór, ale też i omawiamy sposób komunikacji z koreańskimi biznesmenami. Podejście Koreańczyków do omawianych kwestii oraz biznesowy savoir-vivre bardzo różnią się od tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni na Zachodzie – warto więc przygotować się już wcześniej.


Na koniec pierwszej części naszej audycji poruszamy również niezmiernie ważną kwestię jaką jest odpowiednie zwracanie się do przełożonych oraz osób na niższym szczeblu korporacyjnej drabiny. To prawdziwa plątanina tytułów i form grzecznościowych w związku z czym dla ułatwienia przygotowaliśmy poniższe tabelki – ze szczegółami omawiamy je w audycji.









Audycja „Koreańska kultura korporacyjna (część 1)” od odsłuchania poniżej:




Mimo że koreańskie korporacje różnią się od siebie jeżeli chodzi o ich kulturę organizacyjną, w każdej z nich można zidentyfikować powtarzające się cechy wspólne. W drugiej części odcinka audycji o koreańskiej kulturze korporacyjnej rozmawiamy z Leszkiem o tym, czego można spodziewać się podczas oficjalnych spotkań oraz o tym, jak się z Koreańczykami negocjuje. Kontynuujemy również temat biznesowego savoir-vivre powszechnie praktykowanego wśród Koreańczyków.

Praca dla koreańskiego koncernu jest równoznaczna z przynależnością do firmowej rodziny. Koreańskie przedsiębiorstwa potrafią sponsorować edukację dzieci swoich pracowników, wspomagać finansowo ich pobyt w szpitalu, czy dostarczyć zbiorowego zastrzyku pieniężnego z okazji ślubu lub pogrzebu bliskich. Rolę, jaką odgrywa koreański jaebol w prywatnym życiu Koreańczyka jest również niezmiernie ciekawym aspektem, który poruszamy w odcinku „Zakorkowanych” załączonym poniżej.

Lwią część naszej audycji poświęcamy też firmowym kolacjom, zwanym „hoesik” (wym. „hłesik”). Ze szczegółami omawiamy zasady picia alkoholu; wyjaśniamy, co będzie dobrze widziane, a co może zostać uznane za duże faux pas. Kolacje tego rodzaju to osobliwa i niezmiernie ważna część biznesowej kultury charakterystycznej dla każdej koreańskiej firmy. Warto wiedzieć więc to i owo.

Na koniec oboje z Leszkiem dzielimy się naszymi osobistymi doświadczeniami z pracy w koreańskiej korporacji. Są to opisy problemów, z jakimi obcokrajowcy muszą się borykać współpracując z Koreańczykami, ale też i pikantne jak kimchi wycinki z codziennego dnia przy biurku.

Audycja „Koreańska kultura korporacyjna (część 2)” od odsłuchania poniżej:




Podsumowanie roku 2013


Od Nowego Roku minął już ponad tydzień, ale na podsumowania nigdy chyba nie jest za późno. Poniżej statystyki odnośnie napopularniejszych notek na blogu „W Korei i nie tylko” w zależności od liczby odwiedzin i poruszanej tematyki.
  

Najpopularniejsze (od początku powstania bloga):

1.  „Koreańczyk w Polsce – wywiad” – W odpowiedzi na sugestię jednego z Czytelników (Łukasz Wi) przeprowadziłam wywiad z Jun Hyungiem, którego w Korei uczyłam języka polskiego, a który obecnie mieszka i studiuje w Poznaniu. Jun Hyung opowiada o swoim życiu w Polsce, o swojej miłości do Żywca i o tym, jak przy kilkunastostopniowym mrozie w klapkach i krótkich spodenkach chodzi na pocztę.

2.  „Presja” – Wpis o ogromnym nacisku koreańskiego społeczeństwa na wygląd zewnętrzy oraz posiadanie luksusowych gadżetów. Mechanizm takiej presji sprawdzam na własnej skórze.

3.  „Morderstwo” – Korea uważana jest za kraj raczej bezpieczny i na podstawie mojego dotychczasowego doświadczenia całkiem słusznie. Niestety społeczne przyzwolenie na przemoc wobec kobiet skutkuje czasem tragicznymi konsekwencjami i może bezpośrednio przekładać się na mój własny w tym kraju dobrobyt.

4.  „Dość już Kangnam style” – Nie mam absolutnie nic przeciwko wygłupom i dobrej zabawie. W moim wpisie na temat kawałka „Kangnam Style” koreańskiego piosenkarza PSY piszę jednak o odpowiedzialności, jaka leży po stronie odbiorcy.

5.  „Pazurek” – Bardziej osobista notka o moich relacjach z Koreankami, a w szczególności o rozczarowującym doświadczeniu z jedną z nich, którą uważałam za coś na kształt przyjaciółki.


Najpopularniejsze w kategorii „koreańskie społeczeństwo”:
                 
1.  „Ciąża” – Korea ma jeden z najniższych przyrostów naturalnych na świecie. Mimo że Prawo Pracy przewiduje całkiem dobre warunki dla przyszłych matek, młode Koreanki nie kwapią się do macierzyństwa. Rzeczywistość bowiem ma się nijak do teorii prawa.

2.  „Gorsza rodzina” – Kilka lat temu odeszła moja babcia. Dostałam z tego powodu kilka dni urlopu, co pozwoliło mi na wizytę w Polsce. Gdyby była to babcia od strony mojej mamy, urlopu takiego jednak nie otrzymałabym. A jeśil akurat padłoby na ojca mojego taty, to dostałabym dni wolnych jeszcze więcej. Wpis o braku elementarnego równouprawnienia między kobietami i mężczyznami w Korei.

3.  „Koreański socjopata” – Gwałty, morderstwa i rozczłonkowywanie ciała zdarza się nawet i w tak ułożonym społeczeństwie jak koreańskie. Co jednak kole w oczy w Korei to brak jakiejkolwiek empatii i wyrzutów sumienia w tego rodzaju przestępstwach. We wpisie próbuję dokonać analizy, dlaczego tak jest.

4.  „Niebieska foliówka” – Przed oczami ciągle widzę mijaną postać, przeniesioną pod ścianę tunelu, przykrytą niebieską foliówką, przez którą przebija bordowa plama krwi. Notka o bezpośredniej styczności ze zjawiskiem samobójstw w Korei.

5.  „Zdrowie” – Koreańczycy mają pozytywnego bzika na punkcie zdrowia. Masowo wspinają się w góry, ćwiczą, chodzą do sauny, zdrowo odżywiają i co rusz wynajdują nowe metody na młodość i rześkość aż po grób. Szczegóły we wpisie.


Najpopularniejsze w kategorii „koreańska kultura”:

1.  „Czas na kimchi” – Przez wiele lat w Korei żerowałam na kimchi wyrabianym przez moją teściową. Pewnego dnia jednak zdecydowałam wziąć się w garść i pomóc jej w przyrządzaniu tej narodowej przystawki towarzyszącej każdemu koreańskiemu daniu.

2.  „Stypa” – Pogrzeby w Korei wyglądają zupełnie inaczej niż te na zachodzie. Uczestniczyłam już w wielu z nich, ponieważ jest to poniekąd obowiązek pracowniczy w przypadku śmierci w rodzinie firmowych kolegów. Detale pod linkiem.

3.  „Pansori” – Pansori to tradycyjny koreański śpiew, którego nie można pomylić z niczym innym. Uwielbiam jego charakterystyczne dźwięki i rytm, który przywodzi mi na myśl jakieś pierwotne, nabuzowane emocjami tańce. Doszło nawet do tego, że ukończyłam dwa semestry tego śpiewu w Narodowym Teatrze Korei.

4.  „Świńskie obrządki” – Opowiadam o tym, dlaczego w Korei rozpoczęciu nowego przedsięwzięcia często towarzyszy głowa świni z banknotami wściśniętymi w jej pysk, lub uszy.

5.  „Koreańskie przesądy i tematy tabu” – Podsumowanie koreańskich przesądów i tematów tabu. Na końcu wpisu odcinek „Zakorkowanych” (audycja o Korei) na ten sam temat.


Najpopularniejsze w kategorii „koreańska rodzina”:

1.  „ Szklaneczka z teściową” – PWY wyjechał pozwiedzać Indie, a ja siadłam do soju z teściową i wysłuchałam opowieści jej życia. Opowiedziała mi między innymi o swoim dzieciństwie, o zamążpójściu i rozwodzie.

2.  „Moi bratankowie” – Krótki wycinek z mojego życia z PWY, czyli te kilka dni w roku, kiedy opiekujemy się dziećmi jego brata.

3.  „Adam i Ewa” – Opis jednego z moich weekendów z PWY.

4.  „Natura obowiązku” – We wpisie przytaczam rozmowę z niezwykle inteligentym Koreańczykiem z mojej pracy, która to w bardzo jasny sposób pokazuje mentalność koreańskich mężczyzn co do podziału obowiązków w firmie zwanej „małżeństwo”.

5.  „Koreańska rodzina” – Szczegółowy opis i audycja na temat sposobu, w jaki funkcjonuje koreańska rodzina.


Najpopularniejsze w kategorii „koreański system edukacji”:

1.  „Talmud w Korei” – Rygor koreańskiego systemu edukacji znany jest chyba na całym świecie. W marcu 2011 świat obiegła piorunująca wiadomość, że Korea jest pierwszym krajem na świecie (oprócz Izraela), gdzie Talmud został wprowadzony do szkolnej listy lektur obowiązkowych. Nic jednak bardziej mylnego...

2.  „Koreański system edukacji” – Opis i audycja na temat sposobu, w jaki w Korei kształci sie nowe pokolenia. Bonusem jest rozmowa z Polką, która w hakwonie (praywatna instytucja edukacyjna) uczy najmłodszych Koreańczyków języka angielskiego.

3.  „Egzaminy” – Egzamin College Scholastic Ability Test determinuje całe życie Koreańczyków – uniwersytet i kierunek, na którym będą studiowali, możliwość pracy w koreańskiej korporacji i późniejszą pozycję w społeczeństwie. We wpisie opowiadam o tym, jak ważny jest ten test i jak się go przeprowadza.

4.  „Segregacja piskląt” – Uczęszczanie do koreańskich hakwonów, czyli prywatnych instytucji edukacyjnych to obowiązkowa część dnia przeciętnego młodego Koreańczyka. W hakwonach można poćwiczyć język, podreperować umiejętności z matematyki, nauczyć się wylepiać garnki, ale także posiąść sekretną wiedzę segregacji piskląt według płci.

5.  „Szpitalna preselekcja” – Współzawodnictwo w Korei powoduje, że dostanie się do jednego z trzech najlepszych uniwersytetów graniczy z cudem. Konkurencja jest tak zaciekła, że o przyjęciu do lepszej szkoły może zadecydować nawet rodzaj szpitala, w jakim przyszło się na świat...


Najpopularniejsze w kategorii ”praca w koreańskiej firmie”:

1.  „Rozmowa kwalifikacyjna” – Ze względu na moją znajomość angielskiego Zasoby Ludzkie proszą mnie czasem o rozmowę z kandydatami na nowe stanowiska w mojej firmie. Dialog z młodszym pokoleniem Koreańczyków to dla mnie świetny eksperyment porównawczy między starszą i młodszą Koreą.

2.  „Okresowe badania” – Jedną z korzyści pracowania dla koreańskiego jaebola są regularne badania lekarskie. W notce opisuję, jak to wygląda w praktyce.

3.  „Team” – Czasem trudno jest uwierzyć w opowieści obcokrajowców dotyczących ich pracy w koreańskiej korporacji. We wpisie opisuję grupę, z którą pracowałam w 2010 roku.

4.  „Burząca się krew – what is it good for?” – Pracując dla koreańskiej firmy trzeba uzbroić się po uszy w zbroję przeciw absurdom. Czasem też trzeba przenieść całe swoje biurko samodzielnie do innego budynku...

5.  „Koncert” – W Korei promocje jedynie w niewielkim zakresie zależą od wyników. Przede wszystkim liczą się przepracowane lata i dobre układy. Jest jeszcze kilka innych rzeczy, które mogą pozytywnie wpłynąć na decyzję o przyznaniu wyższego stanowiska...


Najpopularniejsze w kategorii „Zakorkowani – audycja o Korei”:

1.  „Obcokrajowiec w Korei” – Wpis i dwa dwa odcinki o tym, jak żyje się obcokrajowcom w Korei. Razem z moim współkomentatorem Leszkiem rozmawiamy o postrzeganiu cudzoziemców przez Koreanczyków oraz o tym, jak w praktyce wygląda w tym kraju kariera zawodowa oraz życie z Koreańczykiem u boku.

2.  Miłość po koreańsku (cz.1)” – Koreański przemysł seskualny znany jest chyba na całym świecie. To nieodłączna część życia wielu koreańskich pracowników firm, żołnierzy, ale też i przeciętnego Koreańczyka. Razem z „zakorkowanym” Leszkiem opowiadamy o szczegółach tej sfery życia w Korei.

3.  Miłość po koreańsku (cz.2)” – Mimo przytłaczającej powszechności usług seksualnych Koreańczycy muszą również znaleźć partnera na całe życie. Zakorkowani opowiadają o tym , jak w Korei wygląda miłość romantyczna między kobietą i mężczyzną.

4.  „Przestępstwa na tle seksualnym” – Trochę statystyk i informacji o tym, jak w Korei rozpatruje się przemoc na tle seksualnym. W opisie i audycji dzielę się swoimi osobistymi, niezbyt przyjemnymi doświadczeniami.

5.  „Mniej zamożni i ubóstwo w Korei” – Korea uważana jest przez wielu za kraj miodem i mlekiem płynący. Niestety wiele osób żyje na granicy ubóstwa, szczególnie tych starszych, którzy własną krwawicą zbudowali dzisiejszą Koreę. Więcej o zjawisku biedoty w Korei w opisie i załączonej audycji.


Najpopularniejsze w kategorii „podróże”:

1.  „Moja Malezja” – Kilka słów o moim pobycie na Langkawi (Malezja).

2.  „Długo oczekiwane Spotkanie” – Rekiny wielorybie można z łatwością zobaczyć w kilku miejscach na świecie przeznaczonych pod mamonę turystów. Moim marzeniem jest złapać jednego na wolności, żeby przez chociażby krótką chwilę popatrzyć mu w oczy. Próbowałam już odnaleźć go kilka razy nurkując na Filipinach.

3.  „Wyprawa z PWY” – O mojej niezapomnianej wyprawie z PWY w koreański łańcuch gór Jiri.

4.  „Ginseng Festival (Geumsan)” – Stara jak świat relacja (rok 2006) z Festiwalu Żeńszenia w koreańskim Geumsan.

5.  „Szaleństwo Coober Peddy” – Jedno z najbardziej odjechanych miejsc, jakie udało mi się odwiedzić do tej pory: Coober Peddy w Australii. Kopalnie opali, dug-outy, eksponaty z filmów science-fiction (to tutaj kręcono film „Mad Max”!) i niesamowita wielokulturowość.


Zapraszam do lektury!



[Zakorkowani] Koreański system edukacji


Gwarancją „jakości” dziecka jest pieniądz na niego wydany. Im bardziej ekskluzywny szpital, w którym przyszło na świat, czym droższy żłobek i przedszkole, do którego uczęszczało, tym większa ma być miłość rodziców i ich zaangażowanie w przyszłość swojego potomka. Takie właśnie dzieci dostają więcej punktów w swoim życiowym Curriculum Vitae pnąc się kolejno po szkolnych szczeblach aż przychodzi czas na College Scholastic Ability Test - egzamin determinujący przyjęcie na dany uniwersytet w Korei.

Egzamin ten jest chyba najbardziej dramaturgicznym doświadczeniem w całym życiu Koreańczyka. Dostanie się do jednego z uniwersytetów SKY (Seoul University, Korea University, Yonsei University) otwiera furtkę do względnie pomyślnej przyszłości. Dyplom uniwersytetu, do którego się uczęszczało jest szczególnie ważnym kryterium nie tylko w walce o pracę w dobrej firmie, ale również może wpłynąć na jakość kariery zawodowej. Absolwenci tych samych uniwersytetów tworzą wewnątrzfirmowe „kliki” (od czasu do czasu odbywają się potajemne spotkania takich klubów) wspierając się nawzajem w różnego rodzaju przepychankach. Alma Mater jest liczącym się kryterium przy wręczaniu promocji, delegowaniu pracowników za granicę, przemieszczaniu się między najatrakcyjniejszymi działami w firmie. Ukończenie uniwersytetu z pierwszej trójki dodaje też społecznego prestiżu.

Życie koreańskich dzieci i nastolatków podporządkowane jest więc nauce. Rodzice wypruwają sobie żyły, żeby posłać swoje pociechy do jak najlepszych instytucji wychowawczych – co roku słyszy się o takich, którzy w namiotach koczują na chodniku celem zapisania swojego dziecka do renomowanego przedszkola; a przyjemność taka potrafi kosztować kilkanaście tysięcy dolarów! Po standardowych zajęciach rodzice muszą dodatkowo opłacić prywatne „hakwony”. Dzieci potrafią spać 4-5 godzin dziennie, nie mają czasu na nawiązanie poprawnych relacji ze swoimi rówieśnikami, każdy dla każdego jest potencjalnym konkurentem w tym ślepym wyścigu szczurów. A na tych, którzy mają inny pomysł na spędzanie swojego czasu w ławce czekają kary cielesne.

Koreański system edukacji sieje postrach wśród społeczności globalnej. Dochodzi do takich absurdów, że wierzy się nawet, iż koreańscy rodzice przed snem czytają swoim pociechom Talmud. Nic bardziej mylnego. W Korei najważniejsza jest punktacja na wspomnianym już College Scholastic Ability Test w związku z czym Koreańczycy nie skupiają się zanadto na kreatywnym rozwiązywaniu problemów, czy zastosowaniu zdobytej wiedzy w praktyce. Liczą się wykute na pamięć fakty oraz jak najefektywniejsza metoda wyboru właściwej odpowiedzi na testach. W tym Koreańczycy zdecydowanie przodują. Sytuację tę świetnie obrazuje fakt, że niektórzy Koreańczycy mają jedną z najwyższych punktacji w międzynarodowych testach z języka angielskiego, a nie potrafią się w tym języku komunikować nawet na poziomie podstawowym.


Zdjęcie: Gość specjalny „Zakorkowanych” – Olga,
nauczycielka języka angielskiego w koreańskim hakwonie.


W kolejnym odcinku audycji "Zakorkowani", kórą przygotowuję razem z Leszkiem Moniuszko (aka "Yellowinside) mam ogromną przyjemność gościć Olgę, która jest nauczycielką języka angielskiego w hakwonie niedaleko Seulu. Dzieli się ona z nami swoimi własnymi doświadczeniami i spostrzeżeniami dotyczącymi nie tylko systemu edukacyjnego, ale też tym, jak to jest być nauczycielem w Korei. Wywiad z Olgą i audycja dotycząca koreańskiego systemu edukacji do odsłuchania poniżej:






Okresowe badania


Leżę na na plecach w zaciemnionym, ciepłym pokoju. Przede mną, na zawieszonym ekranie, bije moje własne serce. Widzę je po raz pierwszy w życiu. Wydaje mi się niesamowicie duże, ale też i bardzo zdrowe. Równomiernymi skurczami pompuje krew nie wahając się ani przez moment. Słucham jak z ogromnym ciśnieniem wyrzuca ciecz do obiegu i nie mogę opanować uczucia wzruszenia. Właśnie obserwuję organ, który bez ustanku pracuje po to, żebym każdego dnia mogła dokonać czegoś nowego. Wpatrując się w monitor czuję się jakbym obserwowała swoje własne życie; mam jego namacalny dowód. To lepsze niż wiele filmów, które miałam okazję ostatnio oglądać.

Po echu serca przychodzi czas na USG wszystkich narządów wewnętrznych i krtani, tomografię płuc, mamografię, cytologię i na koniec gastroskopię w uśpieniu. W międzyczasie pobranie krwi, moczu, badanie ciśnienia, wzroku, pomiary fizyczne. Biegam za Koreanką od jednego gabinetu do drugiego w rytm „ppalli, ppalli” („szybko, szybko”), dzięki czemu całą wizytę w gabinecie kończę w przeciągu 2,5 godziny.






Sponsorowane badania okresowe to jeden w wielu przywilejów pracowania w koreańskiej korporacji. W zależności od firmy oferowany jest innej wartości pakiet, a jego rozpiętość zależy również od wieku pracownika. W mojej firmie osoby poniżej 40 lat mają dosyć standardowe, coroczne badanie, które przeprowadzane jest zazwyczaj późną jesienią. Do firmy przyjeżdża wtedy przenośny szpital, w audytorium ustawia się tymczasowe „gabinety” (jest nawet USG narządów wewnętrznych), a na parkingu stoi autobus z aparaturą rentgenowską. Chętni mogą zaszczepić się przeciwko grypie. Firma PWY z kolei podchodzi do sprawy bardziej kompleksowo wysyłając swoich pracowników na niesamowicie szczegółowe badania o wartości przekraczającej setki USD. Identyczne badanie oferowane jest za połowę ceny dla rodziny pracowników – stąd moja dzisiejsza wizyta w klinice.

Koreańczycy bardzo dbają o swoje zdrowie. Kiedy tylko mogą ćwiczą (bieganie, basen, jeżdżenie na rowerze sala gimnastyczna, itp.) chodzą na saunę, rozprostowują się, masują i zażywają zdrowotne mikstury. To wszystko żeby przeciwdziałać stresowi oraz konsekwencjom ciągłego siedzenia przed komputerem i nadużywania alkoholu podczas obowiązkowych hwesików (kolacje firmowe). Koreańczycy chodzą też dosyć często do lekarza i wykonują profilaktyczne badania.

Bardzo mi się to podejście podoba.
Dzięki niemu odkryłam, że moje serducho jest przesympatyczne.



Rozmowa kwalifikacyjna


Zamykają za sobą drzwi z grobowo poważnymi minami. Truchtem ustawiają się naprzeciwko. Jeden wydaje komendę, po której następuje synchroniczny ukłon do pasa. Siadają w fotelach. Ręce oparte na kolanach, wyprostowana sylwetka, twarz pozbawiona emocji. Nadszedł czas walki o wszystko, albo nic. Czekają na pytania.

Po odsłuchaniu kilkudziesięciu książkowych „self-introduction” oraz wyuczonych na pamięć, przepełnionych frazesami hymnów na cześć firmy, dla której pracuję, zaczynam wierzyć, że DSME jest najwspanialszą firmą na świecie („the best company in the world”)... i że wszyscy młodzi Koreańczycy są zapaleńcami piłki nożnej („Do you know Park Ji Seong?” po raz trzydziesty czwarty; jeszcze chwila i zacznę sobie rwać włosy z głowy...). Robi się markotno, nie pomaga nawet stos ciastek i cukierków, ani tony darmowej kawy z kawiarni na dole. Razem z Jasonem, Kanadyjczykiem, który tak jak ja został poproszony przez HR o przesłuchanie ponad 400 kandydatów na stanowiska w naszej firmie, decydujemy się zmienić taktykę. Kierujemy się jedynie własnym zdrowiem psychicznym, ale rezultaty przekraczają nasze najśmielsze wyobrażenia.

Na początku doświadczamy różnych reakcji. Ci bardziej spięci, którzy szczerze wierzą, że rozmowa kwalifikacyjna to walka o śmierć i życie, dostają najczęściej nerwowych skurczów twarzy. Jakiś zdradziecki mięsień pod okiem lub w okolicach ust zaczyna niekontrolowanie drgać denuncjując umysłowy paraliż delikwenta (tzw. menbung / 멘붕). Są na skraju paniki – na ich przypudrowane czoła wychodzi zimny pot, wzrok zmienia status z „pewnego” na „rozlatany”. Inni z niedowierzaniem wpatrują się w nas trawiąc przez kilka sekund pytanie, po czym wybuchają nerwowym chichotem. W obu przypadkach dajemy kandydatom trochę czasu na dojście do siebie. Jak rodzice cierpliwie tłumaczymy, czego oczekujemy, podajemy przykłady, stroimy żarty, dajemy w końcu 30 sekund do namysłu. A zadanie jest przecież takie proste: chcemy, żeby opowiedzieli nam o czymś, co uważają, za swoje największe osiągnięcie życiowe, coś z czego są szczególnie dumni, lub coś co świadczy o ich ponadprzeciętności (temat piłki nożnej jest zakazany, chyba że byli na piwie z Park Ji Seongiem). Domagamy się od nich niezwykłości, wyjścia poza szufladki zapełnione po brzegi rupieciami z dobrych ocen, a to wprawia ich w widoczny popłoch. Przynajmniej na początku.



Koreańczycy są jednym z najwyższych narodów Azji.
Aż zrobiłam sobie zdjęcie z chłopcami, którzy mają
ok. 190cm wzrostu.
Kolega po lewej wspinał się na Annapurnę, a ten po
prawej kierował ruchem helikopterów


Nasza dociekliwość konsekwentnie naoliwia z lekka zardzewiały już mechanizm skrzydeł. Z każdym kolejnym pytaniem skrzydła te rozwijają się zajmując coraz więcej miejsca. Kandydaci w końcu łapią wiatr i odlatują zapominając o właściwym celu swojej wizyty. Z rozgorączkowaniem opowiadają o swoim życiu, deklamują wiersze po japońsku, płynnie mówią po włosku lub chińsku („Pogoda jest piękna, ale ty jesteś dwa razy piękniejsza”), tańczą (breakdance, popping dance), lub uczą nas tańczyć (shuffle dance, moonwalk), śpiewają (Metallica, Michael Jackson, gospel, a nawet pansori), lub każą nam śpiewać (Janis Joplin), grają na wirtualnych bębnach lub w wirtualnego ping ponga (przegrywam...). A potem roześmiani, ale też trochę rozgoryczeni, że to już koniec („I could never imagine!”) wychodzą przyklepując zwichrzone piórka, z wypiekami na twarzy, potykając się o siebie. Pozbawieni kaftanu bezpieczeństwa zszytego z konwenansów. Nadzy i wspaniali.



Inżynierowie próbowali wytłumaczyć nam różnicę
między "elasticity" i "plasiticity". Koncepcyjnie niestety
nie podołali..., a przecież to względnie prosty koncept.


A oto kilka przykładów śmietanki (być może kogoś one zainspirują), z luźnym podziałem na kategorie:


1.       Wolontariat
  • odbudowa Haiti po tsunami razem z ojcem, właścicielem firmy budowlanej
  • odbudowa wybrzeży Indii po tsunami, moralne wspieranie poszkodowanych w szpitalach
  • budowanie wałów przeciwpowodziowych we Francji (dziewczyna)
  • wiele przykładów pracy wolontarystycznej w ramach Habitat for Humanity


2.     Praca
  • 7 miesięcy w Kuwejcie przy budowie elektrowni w ramach stażu u naszej konkurencji
  • staż w organizacji pozarządowej polegający na pracy badawczej na wysypiskach śmieci w Indiach, Turcji i Egipcie („It was smelly”)
  • dowodzenie ruchem helikopterów z wieży kontrolnej
  • rok opieki nad niemowlakami w żłobku (chłopak)
  • zarządzanie renowacją motelu swoich rodziców („The toughest thing in my life”) – 5 pięter, 27 pokoi


3.     Podróże
  • 7 miesięcy w Kenii, dorabianie na podróż nauką matematyki i taekwondo w jednej z misjonarskich szkół
  • podróż do Indii bez absolutnie żadnego przygotowania („I was too busy at school. I just took a plane.”) i 27-godzinny przejazd pociągiem w kierunku pustynii bez kropli wody, jedzenia lub pójścia do toalety („I had no idea it will take 27 hours...”)


4.     Projekty
  • projekt laski dla niewidomych z sensorem kierunkowym, który wysyła do prawego lub lewego ucha sygnał o przeszkodzie
  • patent na zarządzanie zgubionym smartfonem; zdalnie można ściągnąc wszystkie dane, ale także zmieniać hasło dostępu do urządzenia, co skutecznie blokuje możliwość sprzedaży urządzenia przez złodzieja)
  • papierowa łódź z kartonów mleka (od wewnątrz pudełka te mają wodoodporną powłokę) napędzana wiosłami z trzonów papierowych ręczników wypchanych papierem dla twardości – przepłynięcie nią rzeki Han
  • oświetleniowe wskazywanie najbliższego miejsca do parkowania w wielkich marketach (pełna optymalizacja całego ruchu)
  • producja filmu dokumentalnego na temat: „Gdzie podziewają się zwłoki gołębi?” – pytanie pozostało bez odpowiedzi


5.     Kształtowanie charakteru
  • 7 miesięcy sprzątania toalet w Australii („It was terrible”), żeby zarobić na dwumiesięczną podróż po kontynencie
  • 450-kilometrowy marsz wokoło Korei z 40-kilogramowym plecakiem (30km/dzień) („It was terrible”)
  • 3 lata pracy na wózku widłowym w TESCO, żeby opłacić własne studia
  • wyprawa na Annapurnę bez przewodnika lub bagażowych („I don’t really like mountains. I just wanted to check whether I can do it”)
  • wyjazd do Nowej Zelandii w celu uzyskania inspiracji od byłego menedżera funduszy, który rzucił pracę i założył farmę strusi (decyzja o wyjeździe podjęta po zobaczeniu filmu dokumentalnego w telewizji)
  • świetny angielski z kalifornijskim akcentem bez jednego nawet wyjazdu za granicę: samodzielna nauka przed lustrem – też gestykulacji i sposobu bycia – wszystko po to, żeby mieć dostęp do globalnej wiedzy na temat astrofizyki
  • wyprawa rowerowa z Seulu do Seokcho przez góry Seoraksan: 9 godzin bez jednego zejścia z roweru („Last 3km on a hill were the worst. I thought I was dying”; „From that experience I know I can do anything”.)


6.     Hobby
  • audiofil: odlał sobie w gipsie formę ucha, żeby firma precyzyjnie dopasowała mu słuchawki
  • dziewczyna trenująca 10 lat kendo („I usually win, also with boys, but they don’t know that I am a girl”)
  • producent R&B: w następnym roku wydany zostanie jego pierwszy krążek
  • inżynier-romantyk, który długopisem pisze listy do swojej dziewczyny i wysyła je pocztą; w wolnych chwilach lubi „piłowanie metalu” (nie starczyło nam już czasu, żeby dopytać się, co ma dokładnie na myśli)


Nie obyło się też bez sytuacji absurdalnych, kiedy to naprawdę ani ja, ani Jason, nie byliśmy w stanie zachować już powagi – po dziesiątkach rozmów jakaś zapadka w mózgu niebezpiecznie odchyla się w kierunku języczka „filuteria” i nic już nie można na to poradzić. Kilka razy naprzemiennie musieliśmy chować się pod stołem z powodu wstrząsających naszymi ciałami konwulsji śmiechu. Oto przykłady:


Pytanie:                 Do you know the name of Busan mafia?
Odpowiedź:            Ok. Let me introduce myself.

Pytanie:                 How do you relieve your stress?
Odpowiedź:            I have a girlfriend.

Pytanie:                 How are you?
Odpowiedź:            I am single.

Pytanie:                 What was the highlight of your 7-month stay in England?
Odpowiedź:            I got my English name “James”.

Pytanie:                 What do you do in Maryland?
Odpowiedź:           Crap!! (dziewczyna miała na myśli, że jada się tam kraby, czyli   

                            „crab”, a nie „crap”, czyli robi... kupę)


Doświadczenie, które miało być dla mnie drogą przez mękę, dało mi mnóstwo pozytywnej energii. Koreańscy dwudziestoparolatkowie – przynajmniej ci, których poznałam – to ludzie nieprzeciętni. Wystarczy tylko podłubać chwilę, przebić się przez skorupę wystudiowanego formalizmu, a światło dzienne ujrzy cała plejada niezłych charakterków. To ludzie, którzy jeżeli tylko odpowiednio ukierunkowani, mogą podbić świat. Teraz rozumiem, jak wielka jest między nimi konkurencja i cieszę się, że jestem już poza jej zasięgiem. Przynajmniej na razie...




Pazurek


Boję się pisać o Koreankach. Po dziesięciu latach spędzonych w Korei ciągle są to dla mnie istoty z jakiejś odległej planety, której próżno szukać na mapie wszechświata. I nie chodzi tutaj o kobiet tych wschodnią egzotykę, która miałaby za sobą nieść obietnicę mentalnych i fizycznych odsłon (znam obcokrajowców, którzy po ożenku z Koreankami musieli się po jakimś czasie z kraju ewakuować), a o pragmatyczną dwulicowość, którą się charakteryzują. Podkreślam – „pragmatyczną”. Jest taka scena w „Sex and the City”, która świetnie to obrazuje. Samantha poznaje nowego kochanka, w którego domu służącą jest potulna Tajka. Jak tylko właściciel domu opuszcza swoje posiadłości Tajka z miejsca zamienia się w krwiożerczego wampira. Do tego tak potrafi manipulować żyjącym w błogiej nieświadomości mężczyzną, że aż przybiera to postać niezłej farsy. Nic dodać nic ująć.



Tych niesamowitych transformacji Koreanek doświadczyłam nie raz. Dzieje się to niemal automatycznie, jakiś intuicyjna zapadka przeskakuje w ich umysłach w zależności od sytuacyjnego ząbka. W obecności mężczyzn przybierają postać rozkosznych dziewczynek: usta w dzióbek, maślane oczka, głosiki sugerujące możliwość nagłego zasłabnięcia, trzepotanie rzęs, zakrywanie dłonią uśmiechu, przebieranie nóżkami, przesłodzone, pozbawione treści odpowiedzi. Po wejściu do damskiej toalety ich spojrzenia hardzieją, sylwetka mężnieje, uśmiech spływa z twarzy, głos tnie powietrze, jak najostrzejszy sztylet. Nagle stają się silnymi, niepodległymi jednostkami, którym lepiej w drogę nie wchodzić. Zjawisko to, bez żartów, przeraża mnie.

<Źródło 1>, <Źrodło 2>


Ten niezwykły dar przeobrażania się koreańskich kameleonek zawsze zbijał mnie z pantałyku. Instynkt samozachowawczy nakazywał mi do kwestii koleżeństwa z Koreankami podchodzić z dużą ostrożnością. Dlatego trzymałam się raczej na uboczu, obserwując, dając sobie czas na wyciągnięcie wniosków, a jednocześnie zachowując z koreańskimi kobietami relacje poprawne, acz powierzchowne. Nie było to dużym wyzwaniem, ponieważ pracując najpierw w systemach telekomunikacyjnych, a następnie w przemyśle ciężkim z wieloma przedstawicielkami płci pięknej do czynienia nie miałam. Nie było to dużym wyzwaniem również z tego powodu, że tematyka połowu najlepiej rokującego kandydata na męża, nowości torebkowych, najlepszych lekarzy chirurgii plastycznej, czy najbardziej efektywnych kosmetyków, obchodziły mnie jak zeszłoroczny śnieg. W taki to sposób żar mojego antropologicznego zacięcia w tej materii stopniowo, co przyznaje z niejakim wstydem, wypalił się.


<Źródło>

W zeszłym roku moje życie zawodowe nabrało kolorów. Otrzymałam swoją własną grupę składającą się z... dwóch Koreanek. Po szybkiej orientacji oceniłam, że sytuacja nie przedstawia się najgorzej. Pierwsza z dziewczyn, nazwijmy ją na potrzeby tego wpisu „Zuzką”, najpierw dała mi do zrozumienia, że nie wyobraża sobie mnie w roli jej szefa, ale po jakimś czasie fochy jej wyraźnie przeszły. Bardzo pozytywnie wpłynęła na mnie świadomość, że świetnie mówi po angielsku, że wychowywała się przez jakiś czas za granicą i że dokładnie wie, jak poruszać się w zawiłej strukturze firmy. Kogoś takiego potrzebowałam. Druga dziewczyna, świeży narybek, również okazała się niczego sobie – silna, ale jednocześnie dobrotliwa osobowość, typ proaktywnego, sprawiedliwego przywódcy, a do tego jeszcze słoneczny żartowniś. Po kilku miesiącach stwierdziłam, że całe moje skostniałe postrzeganie Koreanek musi podlec gruntownej rewizji. Byłam swoim odkryciem zachwycona. Dziewczyny słuchały, co się do nich mówiło, były pracowite, niezależne, zmotywowane efektami swoich wysiłków. Razem dyskutowałyśmy o projektach, dzieliłyśmy się informacjami i planami na tydzień – wszystko przy porannej kawce. Po ośmiu latach mojego życia zawodowego w pracy zawiało w końcu odżywczą świeżością. Rozentuzjazmowana  zaprosiłam dziewczyny kilka razy na prywatki do domu, a nawet dałam pogłaskać im Nabi. Z Zuzką sprawy zaszły jeszcze dalej – raczyłam ją szczegółami życia osobistego, dzieliłam ciężko wypracowanymi przez lata arkanami sztuki zawodowej (czyli „jak odnieść sukces pośród koreańskich mężczyzn”), udzielałam najszczerszych porad co do romantycznych relacji damsko-męskich. Mimo wielu przepastnych różnic w naszym pojmowaniu świata uznałam Zuzkę za coś na kształt lokalnej przyjaciółki. 



<Źródło>

Sielanka przerywana minimalnymi tylko zgrzytami trwała do niedawna. Do czasu, kiedy to szef zdecydował się zabrać w podróż służbową mnie, a nie moją podopieczną. Zuzkę z lekka trafił szlag, bo ja projekt jedynie nadzorowałam, a ona wykonała większość czarnej roboty. 

<Źródło>


Niesprawiedliwość w miejscu pracy, a już szczególnie w koreańskim miejscu pracy, nie jest niczym wyjątkowym („shit happens”) więc wydawało mi się, że prędzej czy później Zuzka wygładzi nastroszone piórka i przejdzie nad sprawą do porządku dziennego. Srogo myliłam się. W mailach otrzymywanych już za granicą zaczęłam wyczuwać jakieś niedobre wibracje. Na tę chwilę jednak głowę zajętą miałam innymi sprawami, a w wolnym czasie odczuwałam wewnętrzny przymus, żeby kibicować polskiej drużynie w rozgrywających się właśnie meczach Euro 2012. Stąd kwitowałam te pierwsze symptomy – jak się później okazało – nadchodzącego sztormu jako przelotne i niegroźne Zuzki „fiubździu”.


<Źródło>


Zuzka tymczasem zza biurka metodycznie dopieszczała detale swojej vendetty. Korzystając z mojej nieobecności odpowiednio wymościła grunt pod przyszłe pułapki, w skupieniu godnym Rambo ostrzyła białą broń (jej górna warga drgała przy tym nieznacznie).    


<Źródło>

Pierwszym pazurkiem przedzieliła mnie przez twarz zaraz po moim powrocie do Korei. Było to tylko niewielkie zadrapanie więc wspaniałomyślnie zrzuciłam jej wyskok na karby przeciążenia sytuacyjnego. Nastały ciche dni. Transmutacja Zuzki była doskonała, nie poznawałam jej. Wpadłam w jakieś osłupienie nie potrafiąc zdiagnozować trawiącej nasze stosunki choroby. Choroby, która spadła na nas jak jasny grom z nieba. Potem naszło mnie odrętwienie – coś jak sarna wpatrująca się nieruchomo w nadjeżdżający z zawrotną prędkością samochód. Trwałam w oczekiwaniu na najgorsze. 

<Źródło>


Atak nastąpił niespodziewanie.


<Źródło>


Walczyłam mężnie, odpierając cios za ciosem. Zuzka nadciągnęła jednak z całym swoim wypolerowanym arsenałem zamaszyście strzelając ukrytymi w rękawie atutami. W niepozornej torebce Louis Vuitton upchnęła też nieczyste zagrania, o których możliwość użycia nigdy bym jej wcześniej nie podejrzewała. Korzystała między innymi z tak plugawych narzędzi jak bezecne kłamstwo i komunikatorowe obrobienie dupy (klawiatura rozgrzała się do czerwoności). Moje szanse malały z godziny na godzinę, zaczęłam dostawać zadyszki.

<Źródło>

Nie mogłam uwierzyć w to, co rozgrywało się przed moimi oczami. Miałam wrażenie, że to jakaś nocna mara, z której już za chwilę powinnam się wybudzić. Tak, żeby pójść sobie z Zuzką na kawkę i opowiedzieć jej z rozbawieniem o całym tym śmierdzącym koszmarze. Ogarnął mnie szał tak skondensowany, że musiałam w trybie natychmiastowym ewakuować się z pola bitwy celem przewietrzenia się nad pobliską rzeczką. W przeciwnym razie mogłoby dojść do fizycznego knock-out’u „z główki”.  


<Źródło>

Do pewnego momentu miałam pewność, że Prawda skruszy wątłe mury Podstępu. Tlił się we mnie naiwny płomyk Wiary w fundamentalną Słuszność, opatrznościową Interwencję ze strony przełożonych. Nikt mi z ratunkiem jednak nie pospieszył („shit happens”). Na polu walki pozostałam sama jak palec. Niestety na wszelkie kontrataki było już za późno, co zrozumiałam grubo poniewczasie.

<Źródło>

Obezwładniona niedorzecznością sytuacji padłam na kolana. Zuzka nie zastanawiając się zbyt długo podcięła mi krtań jednym pewnym pociągnięciem. Dzieła dokończyła wpychając mi ostrze szoguńskiego miecza prosto między łopatki, dla pewności przekręciła go jeszcze zdecydowanym ruchem w prawo. Wszystko to z szczerzącymi kłami na wierzchu. Na sali dało się słyszeć zwycięskie „Whaaaaaaaaaaa a a a a   a   a   a!” niczym na filmach z Bruce Lee. Jak zza mgły obserwowałam własną krew powoli kapiącą z ślniącego ostrza.



Przegrałam z kretesem. Blitzkrieg’u w wykonaniu Zuzki nie powstydziłby się sam Schlieffen. Byłam pod wrażeniem jej taktyki, szybkości i precyzji bezwzględnego ataku. W wielu miejscach dostrzegłam elementy strategii, które sama jej wykładałam. Cóż za bolesna ironia! Podkuliłam ogon i ze skowytem zawlokłam swe pogruchotane kości do domu. 


<Źródło>


Było mi niewyobrażalnie smutno, serce krwawiło. Mało co chyba tak boli, jak sprzeniewierzenie się kogoś bliskiego.

<Źródło>

Od ran duszy rozchorowało się moje ciało. Bolał każdy mięsień, przywlekło się przeziębienie. Ciągle nie mogłam uwierzyć, że coś takiego ze strony Zuzki w ogóle mogło mi się przytrafić. Obijałam się po kątach domu blada jak papier, w transie, niczego nie widząc dookoła, niczego już nie pojmując.



<Źródło>


Do pracy, gdzie Zuzka triumfowała bez najmniejszej żenady, PWY musiał wypychać mnie siłą. Moja podopieczna z dnia na dzień stała się niezmiernie wylewna, dla wszystkich uprzejma, tryskała wspaniałomyślnością. Radosna jak rzadko podśpiewywała sobie pod nosem, na lewo i prawo rozdawała uśmiechy niczym autografy. Dwa bezlitosne metry za moimi plecami. 


<Źródło>


W rezultacie potyczki moja grupa została rozwiązana, a Zuzka otrzymała projekt na wyłączność. Mnie pozostało tylko topienie smutków w ramionach PWY, z pokaźnymi rezerwami słodkości wokół rozmemłanego łóżka. Nie wiedziałam, co mam dalej ze sobą począć. Mały prztyczek w nos, a rozłożył mnie na łopatki jak chyba nigdy dotąd. Tak to niestety bywa, gdy nieopatrznie wychodzi się do ludzi – wróć – do Koreanek, z sercem na dłoni. Serce może zostać skonsumowane na surowo.

<Źródło>

Ku mojemu wewnętrznemu przerażeniu, już po wszystkim, kiedy ciągle jeszcze lizałam niezasklepione rany, Zuzka jak gdyby nic zaprosiła mnie na kawkę celem „rozładowania napięcia”. Patrzyłam na nią z niedowierzaniem. Jakiż posępny tupet! 


<Źródło>

Czas leczy jednak rany, a to, co nie zabija, to podobno wzmacnia. Po jakimś czasie pewnie wykaraskam się, wybaczę, spojrzę na wszystko z lotu ptaka. I wyjdę z tego o jedną bitewkę bogatsza w doświadczenie. 


<Źródło>

Przez całą tę aferę trochę przejrzałam na oczy. Pozbyłam się na jakiś czas złudzeń nie tylko co do Koreanek, ale też i mojego miejsca w firmie jako kobiety – obcokrajowca. Zrozumiałam, że muszę obrać zupełnie inną taktykę, bo zbyt łatwo mnie wysiudać z prawowitego miejsca. A im wyżej, tym będzie ostrzej.



<Źródło>


Na dzisiaj mam trzy spostrzeżenia. Po pierwsze środowisko zawodowe to nie miejsce na nawiązywanie przyjaźni, a już w szczególności ze swoimi podopiecznymi. Nawet jeżeli jest to cholernie kusząca opcja. Druga nauczka to taka, że Koreańczycy zawsze murem będą stali za swoimi – gdzieś po drodze dałam się ponieść naiwnemu wyobrażeniu, że ludzie to po prostu ludzie. Trzeci wniosek to taki, że nie tylko trzeba „pamiętać o śmierci”, ale również o „pragmatycznej dwulicowości” Koreanek. Zawsze i wszędzie.


<Źródło 1><Źrodło 2>



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...