Pokazywanie postów oznaczonych etykietą społeczeństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą społeczeństwo. Pokaż wszystkie posty

Śmierć Kima



Medialnie burzliwych tematów na temat Korei Południowej staram się raczej nie poruszać. Jako absolwentka stosunków międzynarodowych z jakimś tam doświadczeniem w MSZ oraz z całkiem dobrą wprawą we współpracy z rządami kilku krajów, mam mniej więcej wyobrażenie o tym, czym jest polityka i jak subtelnym instrumentem są dla niej media.


Śmierć Kim Jong Il’a ponownie wywołała na Zachodzie pożądaną zawieruchę. Jak króliki mnożyły się pogadanki, analizy, opinie, scenariusze przyszłych wydarzeń. Media zaliczyły szczyty słupków oglądalności/czytalności, eksperci z czułością poprzeliczali honoraria na swych kontach... a następca dyktatora Kim Jong Eun zyskał na wiarygodności w oczach swojego narodu jako przywódca, który sieje strach na całym globie.


A co się dzieje w Korei? Wielkie NIC. Ludzie nie przemykają ukradkiem ulicami, nie ukrywają pod hełmami rozlatanych ze strachu oczu, nie wandalizują sklepów w poszukiwaniu pożywienia, nie chowają się w schronach. Owszem przeglądają gazety, oglądają telewizję, czasem wydarzenie to skomentują – najczęściej chodzi o to, ile stracą na swoich inwestycjach lub czy oficjalne kondolencje się należą, czy nie – ale całą medialną sieczkę wywołującą sztuczny strach, potężne narzędzie manipulacji, pozostawiają odbiorcy za granicą.

Z rezerwą pisałam o incydencie na wyspie Yeonpyeong i innych tego rodzaju potyczkach na Półwyspie. Tak samo skomentuję śmierć Kim’a tutaj – tym razem słowami mojego dobrego kolegi z Gwangju, Leszka Moniuszko (YellowInside), tymczasowego korespondenta dla TVP INFO:







Zielono mi


Jeszcze kilka lat temu podczas koreańskiego, parnego lata miałam zwyczaj nosić ze sobą zwiewny sweterek lub opatulać się chustą za każdym razem, kiedy wkraczałam do metra. Tam bowiem panował poniżej dwudziestostopniowy chłodek, który nie wróżył nic dobrego przy nagłym wyrwaniu się z objęć prawie czterdziestostopniowego upału – o paskudne przeziębienie w takiej sytuacji bardzo łatwo. W zimie natomiast na odwrót – moja sempiterna przyrumieniała się na zaciekle podgrzewanych siedzeniach, co przyprawiało mnie o siódme poty i rozalkową spiekotę na policzkach. Na bazie mojego rozległego doświadczenia na tym polu mogę z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że dosyć trudno było (i jest?) w Korei o temperaturowe feng shui, ying i yang.

Nie tak dawno sprawy przybrały bardziej zasadniczy obrót, jeżeli chodzi o walkę ze zmianą klimatu - przyszła do nas moda na zieloną poprawność. Kraje rozwinięte, dbające o przyszłość ludzkości i kuli ziemskiej – a co ważniejsze – kraje na ich losy wpływające, muszą przecież brać na swój karb ciężar zmian w sposobie myślenia przeciętnego człowieka. I tak na niewielkich, dostępnych jeszcze skrawkach ziemi (75% powierzchni Korei Południowej to góry) montować zaczęto turbiny wiatrowe, kolektory słoneczne oraz projekty wykorzystania energii pływów, podkreślając tym samym statut Korei jako kraju nieobojętnego na losy świata. Koncerny otrzymały niepisane zadanie rozwijania własnych, zielonych technologii, co też ma być w jakimś sensie środkiem zaradczym na kryzysowy zastój w biznesie. Posypała się plaga przejęć i fuzji, ośrodki naukowe zatarły dłonie na przypływ funduszy i ścisłą współpracę z wielkim graczami na rynku. Wszyscy wydają się być zadowoleni.

Rząd sprytnie wykorzystał powyższą propagandę również na poziomie jednostki. Ni stąd ni zowąd zaczął on podejmować wartkie próby społecznego uświadomienia o problemach energetycznych kraju – szczególnie dyskutuje się o malejących zasobach rezerw (coraz częstsze blackout’y), co spowodowane jest geometrycznie rosnącym z(nad)użyciem prądu przez obywateli. W windach wywiesza się rodzajowe scenki o tym, jak należy oszczędzać energię przez odpowiednie korzystanie z klimatyzacji, ogrzewania (zaleca się 20˚C) czy domowych urządzeń. We wcześniej wspomnianym metrze świetniejsza część mojego ciała czuje się już w zimie trochę bardziej komfortowo; w lecie maszyniści z mniejszym już rozmachem obdarowują pasażerów zimnym powiewem z sufitowych wiatraków. Ba! – ukrócono nawet skład wagonów... 

Jak zwykle dochodzi jednak do absurdów. W toalecie mojej firmy wykręcono większość żarówek. Smartfonem muszę więc oświetlać sobie mroczne wnętrza kabiny (jest taka specjalna aplikacja!), co wymaga w pewnych sytuacjach zdolności iście akrobatycznych. W lecie tego roku kurek z ciepłą wodą istniał w sposób smutnie bezużyteczny; zimą na ogrzewanie nie mam co liczyć nawet przy kilkunastostopniowym mrozie. W sali gimnastycznej naszej firmy rozgrzać się mogę jedynie własną pracą mięśni. W lobby pracownicy café szczękają zębami na powitanie klienta. Klient siedzi przy kawie w kompletnym umundurowaniu zimowym, podobnie zresztą jak pracownicy na niektórych piętrach, gdzie ogrzewanie ograniczono do minimum. Wielu z nich zakupiło rękawiczki bez palców, żeby być w stanie klepać na klawiaturze – a klepią też w płaszczach na grzbiecie. U mnie grzeje się dwa razy na dzień i podczas tych dwóch godzin po kręgosłupowym rowku ścieka mi pot, a rozalki ponownie wychodzą na moje policzki – grzejniki pracują pełną, zacietrzewioną parą. Pozostałą część czasu spędzam podgrzewając się poduszką elektryczną, czasem też w płaszczu. W ciągu dnia w naszym budynku uniemożliwia się korzystanie z przynajmniej jednej windy – dzisiaj miałam nawet przyjemność zjechać jedną bez absolutnie żadnego oświetlenia. Tak musi wyglądać zejście do piekła...

Coraz bardziej odnoszę wrażenie, że uczestniczę w kolejnym narodowym „spięciu się w sobie” koreańskiej populacji, które to miało już miejsce kilka razy w historii tego kraju. I jak zwykle Koreańczycy, mimo że przez moment irytują się tak absurdalnym pomysłami, po chwili już poddają się swemu losowi w stoicki sposób, bez większego szemrania. A wszystko to dla dobra i świetlanej przyszłości swojego narodu.



Ta dzisiejsza młodzież


Istnieje ogromna przepaść mentalna między młodym pokoleniem Koreańczyków, a ludźmi starszymi tj. tymi przed czterdziestką. Po prawie dziewięciu latach spędzonych w Korei, metodą wytrwałych prób i licznych błędów, nauczyłam się dosyć przyzwoicie manewrować po tradycyjnych zaułkach tutejszego świata. Wiem doskonale jak radzić sobie z konserwatywnym, rygorystycznym i patriarchalnym podejściem reprezentowanym przez starsze pokolenie. Nagłe zetknięcie z młodym, dosyć prześmiewczym spojrzeniem na zastany układ wywołuje we mnie uczucie lekkiego zaskoczenia. Czuję jakąś taką niepewność. A przecież jeszcze kilka lat temu to ja właśnie burzyłam się przeciwko i kontestowałam tę zaszczutą rzeczywistość. Być może tak właśnie tworzy się mechanizm reguły zakładającej, że im wyżej w hierarchi tym większy nacisk na jej utrzymanie. Bo ona właśnie przynosi komfortowe poczucie niepodważalności autorytetu bez względu na poziom reprezentowanej przez siebie wiedzy, umiejętności, czy charakteru. W skrócie – punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Tak czy owak koreańska kultura nie zmieni się z dnia na dzień, czego dowód otrzymałam podczas przeprowadzki do nowego budynku. Otóż własnych szpargałów nawet nie tknęłam. Dwie dziewczyny, na szpileczkach, w spódniczkach i na glanc pomalowanych paznokciach przeniosły mi wszystko, łącznie z komputerem i dokumentami, nie zgadzając się nawet na inicjujące popchnięcie przeze mnie wózka. Bo nowicjuszki niby. Tak więc z jednego budynku do drugiego przeparadowałam jedynie z kwiatkiem w ręku, a połacie mojego płaszcza tańczyły na wietrze niczym ten w kropki własności Cruelli de Vil (filmu nie oglądałam, ale porównanie wydaje mi się zgrabne).

Dwie nowicjuszki to też ewenement. Przez ostatnie kilka dobrych lat pracowałam wyłącznie z mężczyznami, co – muszę się przyznać – przyjmowałam z dużą ulgą – Koreanki pozostają dla mnie wielką zagadką, której o dziwo ciągle nie mam ochoty jakoś bliżej zgłębiać. A jak już dostałam swój własny team to – no i masz babo placek – akurat w 100% płci subtelniejszej. I tutaj wielka niespodzianka. Obie dziewczyny są odważne, dowcipne, inteligentne, pracowite, przedsiębiorcze i aktywne. To już nie to pokolenie nowicjuszy (obu płci) typu „japońska gejsza”, które nie odezwie się słowem gdy nie pytane, wykona każde zadanie bez najmniejszego znaku zapytania lub kontestacji, które będzie służalczo i bez mrugnięcia okiem wspomagało swojego przełożonego nawet w sprawach z biznesem niewiele mających wspólnego jak choćby zataszczenie spitych zwłok do domu po firmowej kolacji lub napisanie sporego kawałka jego pracy doktorskiej. Co to to nie. Kobiety te wiedzą, co sobą reprezentują i wiedzą, dokąd zdążają. Mają swoje własne zdanie, którym nie boją się dzielić na lewo i prawo. Oczywiście ciągle wiedzą, „gdzie jest ich miejsce”, ale na ich prawdziwy szacunek trzeba już sobie zasłużyć. Ich męski rówieśnik również utwierdził mnie w społecznych zmianach stwierdzeniem, że będzie uczył się języka polskiego, ponieważ przez język można „obczuć” kulturę i mentalność danego narodu. I że jest to sprawa fascynująca (!). Postawa naprawdę nieprzeciętna jak na środowisko koreańskie. Następnego dnia wręczyłam mu zestaw uczonych ksiąg, a ten od czasu do czasu rzuca teraz rozanielające „cześć”, „jak się masz?”, „miłego dnia” i „do zobaczenia”. Dodam, że to więcej niż PWY...

W związku ze zmianami organizacyjnymi mam też wyzwania innej, bardziej złożonej natury. Pierwszy to znalezienie złotego środka między młodym, a tym starszym pokoleniem w naszej Firmie. Bo sama jestem zawieszona gdzieś po środku (mam nadzieję że nie pomiędzy młotem, a kowadłem) i muszę na nowo wymanewrować właściwe podejście tak, by współpraca przebiegała owocnie. Druga sprawa to intymne zwierzenia o depresji klinicznej, sztuk dwie. Pierwsza skończyła się moją asystą u psychologa. Druga poharatanym nadgarstkiem, którego widokiem uraczono mnie w wielkim sekrecie i z totalnego zaskoczenia podczas jednej z firmowych popijaw... 


Szklaneczka z teściową


PWY na jakiś czas opuścił mnie. Gnany dzikością serca wybrał się do Indii, żeby odnaleźć siebie przed rozpoczęciem pracy w nowej firmie. Do tej pory odnalazł jedynie ogromne karaluchy, krowie placki, zdechłe szczury, okrutne zanieczyszczenie i jeden wielki chaos. Poza tym nosi się z czerwoną kropą na czole i zapuszczonym zarostem. Wraca w poniedziałek.

Ja tymczasem zdecydowałam się nadrobić zaległości z teściową (Andrea, moja amerykańska współpracowniczka stwierdziła, że widocznie nie mogę zbyt długo wytrzymać bez DNA Woo Young’a). Zaprosiłam ją na babski wieczór z zupą warzywną pochodzenia polskiego oraz buteleczką soju (koreańska wódka). Było wesoło. O drugiej nad ranem nastąpiła kulminacja wieczoru w postaci masażu twarzy „ice rollerem”, wykonywanym dosyć brutalnie po moim licu, bo po wypiciu butelek nie jednej a trzech. Z każdym obalonym kielonkiem jakoś lepiej mówiło mi się po koreańsku, nie wspominając już o moim proporcjonalnie rosnącym przekonaniu o doskonałym rozumieniu teściowej.

Moja teściowa miała życie... nie za lekkie – „podaj, posprzątaj, ugotuj, wypierz, oporządź dzieci, nie pytaj, gdzie byłem przez ostatnie trzy miesiące i na co rozpuściłem wszystkie pieniądze”. W tym momencie swojego życia, już bez męża, z dwoma samodzielnie odchowanymi synami, jest jedną z najradośniejszych, najskromniejszych, najbardziej pomocnych, najmniej pretensjonalnych osób, jakie znam. Ani razu nie dała mi odczuć, że była ofiarą, czy że jej życie było ciężkie – taki był jej los, przyjęła go bez buntu, z otwartymi rękoma i starała się cieszyć każdą chwilą, żyć każdego dnia na nowo bez zbytniego przeżuwania zła, które ją spotykało. „Bo przecież dzięki temu właśnie losowi poznałam ciebie; gdybym bardziej starała się coś zmienić być może nigdy nie byłybyśmy rodziną...”. Dla swoich chłopaków całkowicie poświęciła się (w czasie rozmowy nigdy nie użyła tego określenia), ale ani razu nie wymówiła im tego nawet słowem. Teraz twierdzi, że bez nich jej życie nie miałoby żadnego sensu. Uważa się za osobę bardzo szczęśliwą.

Rozmawiałyśmy dalej o marzeniach, ambicjach, dzieciach, różnicach między Koreańczykami, a światem zachodnim. Opowiadała mi też historie zabawne. Na przykład ze swojego dzieciństwa, kiedy mieszkała jeszcze ze swoimi licznymi siostrami i bratem w tradycyjnym koreańskim domku hanok. Wtedy jeszcze mężczyźni urzędowali w osobnej części posesji, która znajdowała się najczęściej po zewnętrznej stronie domu, przylegającej do drogi. Stamtąd właśnie wytrwali amanci rzucali za mur listy miłosne skierowane do młodych dziewczyn – najwięcej otrzymywała ich naturalnie moja teściowa. Jej ojciec gorąco zachęcał rozochoconych młodzieńców do częstego piśmiennictwa – z dużą satysfakcją używał listów jako papieru toaletowego, który wtedy praktycznie nie istniał. Jedna z bardziej odważnych sióstr zakradała się nocą do męskiego wychodka, żeby nie zużyte jeszcze listy podbierać, a nad ranem, po ich chichotliwej analizie w części dla kobiet, na palcach z powrotem odnosiła je ku ich gównianemu przeznaczeniu.

Muszę przyznać, że dawno temu już nie spędziłam tak konstruktywnego i jednocześnie zabawnego wieczoru. Oczy na zapałkach w pracy następnego dnia były tego warte. 

Soju zabarwione przepysznym syropem z bokbunja (복분자 - Koreańska jeżyna), który moja teściowa własnoręcznie sporządziła (po nadmiernym spożyciu takiego miksu w ogóle nie boli głowa!~~). Uwielbiam mieszać ten lepki skondensowany sok z jogurtem, który własnoręcznie robię w domu. Pychotka.



Paszport


Koreańczycy są bardzo dumni ze swojej narodowości. W sumie nic w tym dziwnego – ja również jestem zadowolona z tego, że jestem Polką. Każdy ma swoje powody i na swój sposób każdy ma rację – to kwestia dobrze pojmowanego patriotyzmu i tolerancji.

Różnica chyba tkwi jednak w tym, że Koreańczycy – przeważnie ci starszej daty - uważają się za naród wybrany, wyjątkowy czystością krwi (Koreańczycy są przekonani o homogeniczności swojej rasy) oraz bogactwem ponad pięciotysiącletniej kultury, posiadający najzdrowszą kuchnię na całym świecie, język, który poziomem swojego wysublimowania jest nie do ogarnięcia dla cudzoziemców, oraz coś niespotykanego nigdzie indziej, co jest określane mianem „jeong” (정). Jeong można zdefiniować jako bezwarunkową lojalność, głębokie uczucie przywiązania, nierozerwalną więź oraz umiejętność zupełnego poświęcenia się bez oczekiwania na nagrodę lub uznanie. Koreańczycy przekonani są, że w świecie zachodnim tego rodzaju oddanie nie istnieje, bo stoi w kontraście do wyznawanego przez nas kultu indywidualizmu (= egocentryzmu). Postawa taka razi bezwstydnym, bo zupełnie nieświadomym (!) etnocentryzmem, a czasem niestety trąci nawet o rasizm – szczególnie w stosunku do przedstawicieli innych krajów azjatyckich.

Na co dzień ta megalomania narodowa przejawia się na przykład tak:

<Podczas podróży służbowej na przejściu granicznym; dialog przerabiany przeze mnie już dziesiątki razy…>
- (ze zdziwieniem) Nie masz koreańskiego paszportu?
- Nie.
- Przecież wyszłaś za Koreańczyka.
- Tak, ale posiadając paszport Unii Europejskiej mogę bez problemu się po niej poruszać i pracować na jej terenie bez specjalnego pozwolenia. (próbuję wyjaśnić sprawę pragmatycznie)
- Ile lat mieszkasz już w Korei?
- Ponad osiem.
- <po chwili namysłu> Acha, to znaczy JESZCZE nie masz koreańskiego paszportu?
- …


Przeprowadzka


O koreańskim rynku nieruchomości można byłoby napisać fascynującą książkę. Miałaby ona charakter sensacyjny z domieszką kryminału i horroru, ale też i szczyptą groteski. Głównymi bohaterami byłyby oczywiście ajumy, starsze koreańskie matrony, które odpowiedzialne są za rodzinne finanse, a co za tym idzie właściwe lokowanie pieniędzy zarobionych przez męża.

Większość Seulu to las jednakowych, dosyć smętnie wyglądających wieżowców wzniesionych bez żadnego polotu architektonicznego. Nawet kolory są takie same, co najlepiej widać po osiągnięciu jednego ze szczytów gór okalających Seul. Dość powiedzieć, że jedna z Polek, które odwiedziły Koreę po raz pierwszy, przekonana była, że to akademiki. Nie mogła nadziwić się, dlaczego jest ich tutaj tak wiele… W takiej sytuacji mieszkania ocenia się jedynie na podstawie ich wielkości w pyeongach (1 pyeong [평] = ok. 3,3m2) oraz lokalizacji. Istnieje kilka standardowych metraży, po których z dużym prawdopodobieństwem można odgadnąć układ pokoi (w metraż ten wlicza się części wspólne, jak i ogromne, zabudowane balkony – i tak mieszkanie 100-metrowe tak naprawdę ma ok. 84 metrów powierzchni mieszkalnej). Są one do tego stopnia szablonowe, że jeden z moich kolegów kupił mieszkanie nawet bez jego oglądania… Wszystkie nowo oddawane mieszkania mają identyczną wykładzinę, identyczną kuchnię, identyczne regały pod telewizor, identyczną tapetę. Dokupuje się jedynie szafy na ubrania, łóżko, kanapę, lodówkę, pralkę. Przy zakupach wystarczy poinformować sprzedawcę o wielkości mieszkania, żeby rozmiarowo bezbłędnie dopasować meble. Wszystko na zasadzie „plug & play”. Jest to system bardzo wygodny, oszczędzający czas i nerwy, ale też i tchnący niesamowitą przyziemnością, jednolitością. Wystrój wnętrz doprawiony inspirującym pieprzykiem jest wielką rzadkością. Jedynym elementem odróżniającym jedno identyczne mieszkanie od drugiego to oczywiście cena, zależna praktycznie jedynie od lokalizacji. Dla przykładu ok. 50-metrowe mieszkanie w najbardziej prestiżowej dzielnicy Seulu, Kangnam (to tam jest największe skupisko dobrych szkół, a bez zameldowania w tej okolicy nie można posłać do nich swojego dziecka), potrafi kosztować 1M USD. Dokładnie to samo mieszkanie na północy Seulu to wydatek rzędu 300-350K USD. 

Ceny mieszkań w Seulu są na tyle zawrotne, że mało kto może sobie na taki zakup pozwolić. Dlatego gros mieszkań w Korei jest wynajmowanych na bardzo ciekawych zasadach. Najbardziej popularnym systemem jest jeonse (전세) kiedy to do kieszeni właściciela wpłaca się zazwyczaj 50% wartości mieszkania, jako zwrotny po dwóch latach depozyt. W takim przypadku przez okres dwóch lat ponosi się jedynie koszt administracyjnego czynszu i opłaty ze zużyte media. Po dwóch latach umowę można przedłużyć – w przypadku gdy ceny mieszkań poszły w górę trzeba liczyć się z dopłatą różnicy, lub po prostu poszukać nowego lokum. Właściciel mieszkania, dzięki ogromnej gotówce, może zainwestować w inne mieszkanie (ogromna spekulacja!), lub w papiery wartościowe – na tym zarabia. Pieniędzy tych tak naprawdę nigdy nie zwraca, bo kolejni najemcy zwrócą wartość jeonse poprzednim lokatorom – i tak w kółko. Mniej popularny to system weolse (월세), gdzie wpłaca się zwrotny depozyt o wartości kilkudziesięciu tysięcy dolarów i płaci miesięczny czynsz do portfela właściciela. Im większy depozyt, tym mniejszy koszt najmu. 

Dwuletnie kontrakty oraz szalejące ceny domów powodują, że w Korei dokonuje się ogromny exodus wprowadzek i wyprowadzek. To, naturalnie, przyczyniło się do wykwitu kompleksowych usług, które umożliwiają takie przemieszczanie się bez większego bólu. Jakkolwiek niedowierzająco by to nie brzmiało wszystko dokonuje się najczęściej jednego dnia. O świcie specjalna firma pakuje rodzinę i wysyła do nowego mieszkania. Trwa to kilka godzin. Nowi lokatorzy wpuszczają do opuszczonego mieszkania ekipę tapetującą (jeśli mają takowy gest lub potrzebę) i sprzątającą, po czym zatrudniona przez nich firma przewozowa wnosi i urządza cały ich dobytek.

W moim przypadku pakowanie i rozpakowywanie w nowym mieszkaniu do jak najbardziej normalnego stanu używalności trwało od godziny 8.00 do 14.45 z godzinną przerwą na obiad! Mieszkanie mieliśmy już oddtapetowane, ponieważ właściciele wyprowadzili się tydzień wcześniej (w cenie zakupionych tapet są usługi tapetowania – znowu wszystko w ciągu kilku godzin!). Koreańskie firmy przewozowe są na tyle wyspecjalizowane, że przed ich przyjazdem nie trzeba robić właściwie nic. Pakują wszystko do wcześniej przygotowanych, plastikowych pudeł – od pierdółek porozstawianych na półkach, aż do najbardziej skomplikowanych mebli, które rozkręcają sprawnie na części pierwsze i przenoszą owinięte w coś na kształt dywanów w kierunku balkonu (okna już są wyciągnięte), skąd meble zjeżdżają na specjalnym podnośniku do czeluści ciężarówki. Wszystko to oczywiście w trybie ppali, ppali (szybko, szybko). Każda z osób ekipy odpowiedzialna jest za swoją część roboty. Nikt się nie obija. W nowym mieszkaniu wszystko układane jest tak, jak w poprzednim miejscu (pomaga przy tym ten standardowy rozkład mieszkań i w nich mebli!). Nawet bałagan jest mniej więcej ten sam… 

Popołudnie po przeprowadzce spędziłam na dopieszczaniu niektórych elementów, a przedpołudnie dnia następnego na wierceniu dziur w ścianach, co by przymocować obrazy i półki. I tak w ciągu zaledwie półtora dnia kompletnie zmieniłam prawie cztery lata swojego życia. Ciach trach i po krzyku.


Kobiety są zazwyczaj odpowiedzialne za pakowanie kuchni


 W Korei wieżowce mają zazwyczaj około
trzydziestu pięter. Wysięgnik taki „rozwijany” 
jest wtedy w pionie, a następnie opuszczany 
na poręcz balkonu. Tam idealnie 
wpasowywujące się koła przymocowywane są… 
na taśmę. Wszystkie meble zwożone są 
na dół bez jakiegokolwiek zabezpieczenia.


Widok z balkonu, na którym rozmotnowywuje się okna, żeby można było przemieścić co większe meble.


Z tego wszystkiego robienie dziur w ścianach okazało się największym wyzwaniem.



Emancypacja



Jeszcze kilka lat temu zajście w ciążę oznaczało dla Koreanki pożegnanie się z karierą zawodową. Po pojawieniu się większego brzuszka, co by nie rozpraszać wrażliwszych kolegów, kobiety odchodziły na urlop macierzyński i po jego zakończeniu do pracy już nie wracały. Związane to było przede wszystkim z horrendalnymi wynagrodzeniami niań, które częstokroć przewyższały zarobki świeżej mamy. Drugi powód, który aktualny zresztą jest i dzisiaj, to fakt, że kobieta w firmie koreańskiej kariery zrobić po prostu nie może więc i tak nie ma czego żałować. A rodzić dzieci trzeba. To społeczny obowiązek do odfajkowania, o którym namiętnie przypominają rodzice, ich przyjaciele, a nawet szefowie w pracy.

W tym roku nasza firma obficie obrodziła nowymi pociechami. Wiadomo – konsekwencja kryzysu ale też i kwestia wyjątkowości roku 2010 – jest to bowiem Rok Białego Tygrysa, który zdarza się raz na wiele lat (o Roku Białego Tygrysa pisałam tutaj). O dziwo tym razem kobiety odważnie paradowały z ogromnymi brzuszkami po firmie, absolutnie nic nie robiąc sobie z ciekawskich spojrzeń mężczyzn. To chyba jednak bardziej problem kultury korporacyjnej niż kobiecej emancypacji. W mojej poprzedniej firmie bowiem ciężarne kobiety na każdym kroku szykanowane były mało wybrednymi żartami i dlatego decydowały się na wsześniejsze odejście. Pod tym względem firma, dla której pracuję obecnie jest trochę bardziej ucywilizowana. Zdumiała mnie jednak inna różnica. Prawie wszystkie kobiety wróciły do pracy i to już po trzech miesiącach od urodzenia dziecka. Wczoraj spotkałam się z jedną z nich. Powiedziała mi bardzo otwarcie, że z dzieckiem to sobie w ogóle nie radzi i tak naprawdę jest ogromnie szczęśliwa, że większość czasu może spędzić w pracy. Tutaj może spokojnie posiedzieć na tyłku, napić się kawy z koleżanką i „normalnie” żyć. To tak, jakbym słyszała koreańskiego mężczyznę, który z tych samych powodów woli pójść z kolegą na szkaleczkę soju niż wrócić po pracy do domu. Zapytałam, kto w takim razie opiekuje się dzieckiem. Dziewczyna odpowiedziała, że jej matka i teściowa. W końcu chciały wnuczka, to mają...


Kiss Bang



W Korei ciało kobiety wykorzystywane jest na wiele kreatywnych sposobów. To niesamowite jak na co dzień dosyć przyziemni Koreańczycy w zakresie usług seksualnych wręcz szczytują (ups!) polotem. Być może dlatego że kobieta jest tutaj bardzo chodliwym produktem. Towarem tym dzielą się grupowo businessmani, a tète-â-tète wyposzczeni żołnierze lub mężczyźni, którzy akurat nabrali ochoty, żeby rozerwać się po wieczornej buteleczce soju. Taka wisienka dla dopełnienia dnia. 

Burdelowe ulice są na wyciągnięcie ręki - na przykład tuż obok jednej z głównych stacji kolejowych w Seulu i nowoczesnego kompleksu zakupowego z ogromnym kinem, do którego następnego dnia ci sami tatusiowie chadzają za rączki ze swoimi malutkimi pociechami. Kobiety wyeksponowane są tam na wystawach okiennych, podświetlonych różowymi jarzeniówkami jak mięso w sklepie rzeźniczym. Mimo że prostytucja w Korei jest nielegalna, burdelowa ulica rozpoczyna się wielkim banerem zakazującym wstępu nieletnim, a całe miasteczka tego rodzaju służby publiczne ogradzają metalowymi płachtami jak jakąś zabudowę. Takie mydlenie oczu.

Usługi seksualne w Korei świadczone są w najdziwniejszych miejscach poczynając od bikini bars, business rooms i karaoke ze skąpo odzianymi panienkami do towarzystwa, przez salony „masażu”, aż do specjalnych café, czy nawet zakładów fryzjerskich. Szeroki typ i format usług dostosowany jest do wachlarza gotówkowych i fizycznych zdolności chętnych panów. Fizycznych, bo też istnieją knajpki dla starszych mężczyzn (obok mojego domu jest to lokal o wdzięcznej nazwie „Ognisty Motylek”), gdzie razem z podstarzałymi damami zszarganego pokroju można „powspominać” dobre czasy przy szklaneczce wódeczki. Taki klub dla emerytów. 

W czasach ekonomicznego kryzysu nową formą zagospodarowania kobiecego ciała stał się kiss bang („bang” to po koreańsku „pokój”), gdzie można powymieniać soki ślinowe z wybraną z rzędu dziewczyną. Wizytę trzeba zarezerwować telefonicznie (na usługi okazał się prężny popyt), a przed kontaktem z wybranką koniecznie umyć zęby. Za około czterdziestu dolarów należy się pół godziny namiętnych pocałunków, a co ważniejsze – bezkarnego obmacywania. Za siedemdziesiąt jest to już cała godzinka. Następnie sprawę załatwia się do kubeczka w trybie rękoczynu lub dzięki usłużnej dłonii kiss partnerki (trzeba dorzucić wtedy odpowiedni napiwek). Takie nastolatkowe randkowanie.


__________________________
Dzisiaj zupełnie bez puenty, bo gdzieś mi uciekła razem z opadniętymi rękami. Może w obawie przed poważną intensyfikacją rosnącej we mnie od jakiegoś czasu mizantropii...


Jarasum International Jazz Festival



Nie oczekiwałam zbyt wiele po festiwalu. Zwlekłam się z łóżka owiana jeszcze wspominkami poprzedniego wieczoru u zaprzyjaźnionej Rosjanki, wyprzytulałam się z kocicą, nadpiłam kawy i pojechaliśmy. Temperatura dosyć nagle obniżyła loty, ale jasne słońce ciągle stało na posterunku. Piękny dzień. Bez korków.

Rozłożyliśmy się przed sceną. PWY czytał posiorbując piwo, ja po prostu słuchałam. Też posiorbując. Koreańskie grupy do bólu perfekcyjne i równie perfekcyjnie bezwyrazowe. Zero kontaktu z publicznością, zero swawolnego porozumienia między członkami. Ożywałam przy grupach z zagranicy. Ci dobrze bawili się psotliwie improwizując, zagadując widownię dźwiękowymi ilustracjami. Dzień mijał leniwie na swobodnie wirujących myślach podsycanych muzyką, odgłosami życia wokół i drzemiącego świstu PWY. O dziwo dzikich tłumów nie było, niewiele Koreanek odważyło się na zaburzające wewnętrzny spokój piskliwe przekomarzania. Wieczorem przenieśliśmy się pod scenę większą, gdzie koncerty dawali branżowi profesjonaliści. Magia. Po prostu magia.

Koreańczycy, jako publiczność to ciekawe zjawisko. Na koncertach wszyscy siedzą na równo ustawionych krzesełkach, popiskując z ekscytacji, bezrytmicznie klaszcząc gołymi dłońmi lub specjalnie przygotowanymi na tę okazję pałeczkowatymi balonami. Nawet na jazzowym koncercie ludzie wydali mi się jacyś tacy sztywni, bez ognia figlarnie grającego w duszach. Bez spontanicznej ekspresji. Dopiero na wyraźne życzenie grupy z Włoch, jak na komendę, wszyscy wstali i zaczęli przestępować z jednej nogi na drugą, imitować ruchy nadawane przez wiolonczelistę, żeby po skończeniu utworu z powrotem przycupnąć nieruchomo na kocyku. Jak dzieci w przedszkolu. Było jednak tak jakoś fajnie, że nawet to, spod półprzymkniętego oka, pasowało do całokształtu mojego dnia. Idealnie.


2010.10.17_Jarasum International Jazz Festival (Jara Island, Gapyeong, South Korea)



Small Talk po koreańsku



W przerwie rozmów z partnerami biznesowymi zwraca się do mnie bardzo wysokiej rangi mężczyzna (wszyscy Koreańczycy na jego każde słowo truchleją):

- Gdzie pracuje twój mąż?
- Tutaj i tutaj.
- Masz dzieci?
- Nie.
- Nie masz? A co, masz jakiś problem? (bałwochwalczy chichot ogółu)
- Nie, nie mam problemu. Mam za to kota – to mi na razie wystarcza. Poza tym jestem zajęta. (próbuję zamienić żałosny dialog w żart)
- Zajęta? Zbyt zajęta żeby spędzić trochę czasu z mężem w łóżku?
- ... (scenkę zamyka nerwowy śmiech zgromadzonych mężczyzn)


Postęp



Czasem ogarnia mnie bezbrzeżne zwątpienie. Nie wiem, czy postęp społeczny w Korei kiedykolwiek zrówna się z postępem gospodarczym, który dokonał się tutaj w zbyt krótkim czasie.


Za mną na krześle chrapie współpracownik. Kompletnie pijany po poprzedniej nocy, z rozbełtaną koszulą poplamioną kimchijigae. Głowa bezładnie zwisa z poręczy, od  czasu do czasu jakiś bełkot dobiega z jego otwartego na oścież gardła. Ręce majtają się w podrygach snu, rozwalone nogi eksponują poplamione czymś krocze. Nikt z Koreańczyków nie reaguje, nikt nie komentuje. Dzień jak co dzień w jednej z największych koreańskich korporacji...

Pisałam kiedyś o fascynującym życiu koreańskiego metra i w nim agresji. Najbardziej przerażającym jego elementem są dla mnie koreańskie ajumy (starsze, zamężne kobiety). Są to istoty, które bez okruchu żenady torują sobie drogę łokciami, torebkami i parasolkami. A robią to z widoczną satysfakcją i nadmiernym rozmachem. Naprawdę trzeba uważać, żeby nie nabawić się jakiejś kontuzji. Już po „zaklepaniu” miejsca dla całej swojej drużyny koleżanki drą się wniebogłosy (czyt. rozmawiają) swoimi krwisto wymalowanymi ustami zupełnie nie zwracając uwagi na współpasażerów. Bardzo denerwująca sprawa szczególnie po kilkunastogodzinnym dniu pracy. Dzisiaj kolejny odcinek w temacie tym razem w wersji wizualnej:


Wsparcie



Podstawą sukcesu (cokolwiek pod tym terminem by się nie kryło) jest samozaparcie, dyscyplina i niezachwiana wiara w to, co się robi. Niełatwo jednak osiągnąć jest zwycięstwo bez motywacji, wsparcia z zewnątrz. Nieliczni tylko są w stanie dokonać rzeczy wielkich w oderwaniu od wszystkiego, co ziemskie. Zazwyczaj są to niekwestionowani geniusze, o silnym, często egocentrycznym charakterze, którzy przez swoją wyjątkowość nie podlegają regułom obowiązującym zwyczajnego człowieka. Ergo nie potrzebują jego pomocy. Niestety większość z nas, nawet tych wybitnych, musi na sukces ciężko pracować, a w chwilach słabości czerpać energię z miłości i wiary innych. Bez tego nawet najzdolniejsi pogrążają się w rozgoryczeniu.

Wczoraj do Korei wróciła reprezentacja Korei w Mundialu 2010. Mimo że drużyna odpadła o wiele szybciej, niż każdy tego oczekiwał; mimo że zawodnicy popełnili wiele rażących błędów, a ich gra nie porywała – fani zgotowali im wspaniałe powitanie. Na lotnisku w Incheon zebrały się setki ludzi ze zdjęciami zawodników, flagami, banerami. Dziewczyny w histerii płakały, młodzieńcy skandowali nazwiska, reszta robiła filmiki trzęsącymi się dłońmi i trzaskała zdjęcia wszystkiego, co się tylko ruszało.

Właśnie w chwilach porażki przecież najbardziej potrzebuje się wsparcia. Taka właśnie pomoc stymuluje do jeszcze większego wysiłku; to ona wzmacnia wiarę w siebie. No bo co tak naprawdę wnosi wsparcie, kiedy wszystko idzie jak po maśle? W Korei po golu w nie tej bramce, wszyscy krzyczą „kwenchana” [괜찮아] („Jest OK”, „Nic się nie stało”) i dopingują jeszcze goręcej, do ostatniej sekundy. Nikt nie odwraca się od graczy, nikt nie złorzeczy, nikt nie opluwa. U nas w Polsce jest tak bardzo na odwrót... i myślę, że może właśnie dlatego tych sukcesów tak niewiele.

Powrót reprezentacji Korei w MŚ w Piłce Nożnej 2010


Rozrywka



W przeddzień własnej rozgrywki o przetrwanie Koreańczycy z Południa zastanawiają się nad losem tych z Północy. Tak całkiem na serio. Siedem bramek, uśmieszki i ostentacyjna nonszalancja Portugalczyków nie są łatwą pigułką do przełknięcia. Sparaliżowana w drugiej połówce gra Koreańczyków z Północy uwiarygadnia obawy. 

Tymczasem w Seulu zapowiedziano całonocne czuwanie metra, nocne seanse na ulicy, w pubach oraz w Megaboxach. Moi współpracownicy mają plan. Po pracy zakrapiana kolacja, zakrapianie, zakrapianie, zakrapianie, mecz o 3:30 nad ranem, sauna z odrobiną snu i powrót do pracy. 

W telewizji, w radio, z głośników: „Powstań Koreo”, „Nic się nie stało”, „Fighting”, „Dae-han-minguk”, „Shouting Korea”. 

Szał.

Big Bang, Kim Yuna: "승리의 함성" 

김연아 (Kim Yuna), 이승기 (Lee Seung Gi): "Smile Boy" 


Powrót do przeszłości


Jakiś czas temu, podczas porządkowania półek, odnalazłam część przeszłości PWY. Jego zeszyty z rysunkami, dzienniczek ucznia, klasery ze znaczkami – wszystko z czasów, kiedy miał zaledwie kilka lub kilkanaście lat. Pożółkłe kartki, zwietrzałe, szorstkie i twarde w dotyku, pachnące dziecięcą niewinnością i starocią lat, który bezpowrotnie upłynęły. Wtedy uczono go, że Koreańczycy z Północy mają rogi i że Korea, jako jedyny kraj na świecie, ma wyraźnie odseparowane cztery pory roku. Mnie też wtedy uczono wielu ciekawych rzeczy, które dosyć szybko zostały zrewidowane. Z czasów trochę tylko późniejszych, natknęłam się na jego liczne pamiętniki. Zwięzłe zdania, urywki myśli, niesamowite nasycenie treścią niewielkiej przestrzeni papieru. Bez większego ładu, czy proporcji.


Żyliśmy wtedy tysiące kilometrów od siebie zupełnie nie zdając sobie sprawy z własnego istnienia, lub nawet z istnienia krajów, w których dorastaliśmy. Patrząc na porozrzucane na podłodze pamiątki zastanawiałam się, kim wtedy PWY był, w jaki sposób myślał, jak kształtowało się to coś, co dzisiaj mam w domu na codzień. Dlaczego jesteśmy sobie tak bardzo bliscy, mimo że wychowywaliśmy się na zupełnie obcych planetach? 


Zeszyty PWY z czasów dzieciństwa. Jego talent malarski niestety nie uległ poprawie. Ja również w tej dziedzinie niczym nie grzeszę.


Dzienniczek PWY. Miał wtedy 122cm wzrostu i ważył 25kg. Ja prawdopodobnie miałam w dorobku połowę tego. Najwyraźniej nudził się na lekcjach. Mimo to stopnie miał bardzo wysokie.



Znaczki PWY. Jedna seria z bardzo swojskim akcentem. Ja też miałam swoje cenne klasery uzupełniane we Wrocławiu, niedaleko Dworca Głównego, przy każdej pociągowej przesiadce w drodze do babci. Najbardziej w pamięci utkwiła mi niezwykle kolorowa seria Mickey Mouse.



PWY pisał mnóstwo wierszy. Prowadził pamiętniki. Nawet teraz ma kilka zeszytów, w których od czasu do czasu coś sobie zapisuje. Zupełnie tak, jak ja.


Wypadek



Od czasu do czasu w naszej, tak jak i w innych koreańskich stoczniach, mimo bardzo rygorystycznych procedur bezpieczeństwa zdarzają się tragiczne wypadki. Ludzie ponoszą śmierć na miejscu lub stają się kalekami na całe życie. Z tego względu co tydzień wydawana jest gazetka w języku angielskim, która takie i mniejszego kalibru incydenty opisuje, analizuje i sugeruje środki zaradcze na przyszłość.

W dzisiejszej gazetce opisany jest przypadek kobiety, która najechała w parkującego swój rower pracownika. Na szczęście skończyło się jedynie wyrazem zaskoczenia na twarzy obojga.

Jednym z zaproponowanych tym razem środków zaradczych jest zakaz prowadzenia pojazdów osobom niedoświadczonym i korzystanie z transportu publicznego…


Basen II


Ktoś mnie klepie po plecach. Obracam się i przez zamydlone oczy widzę starszą kobietę z dwoma szorstkimi gąbeczkami na dłoniach. Zanim jestem w stanie wydobyć jakikolwiek dźwięk, kobieta stanowczo obraca mnie tyłem do siebie i zaczyna energicznie trzeć plecy włączając w to… pachy. Robi to bardzo gwałtownie więc nie mam innego wyboru jak tylko zaprzeć się mocno o ścianę i czekać aż ten samarytański uczynek samoistnie dobiegnie końca. Kobieta szoruje coraz niżej, i niżej, i niżej – w końcu zalicza również moje półdupki. Obracam się szybko i uniżenie dziękuję. Oddycham z ulgą, myśląc już nad tekstem niniejszej notki, kiedy nagle ta sama kobieta ponownie atakuje mnie - tym razem miodem. Każe nastawić ręce, wylewa sporą jego ilość i pokazuje na migi, że mam sobie go wetrzeć w twarz. Po czym pryska mnie resztą lepiącej się mazi wmasowując ją w mój dekolt i ramiona. Słodko.


Basen



Wzięłam dwutygodniowy urlop, co by podreperować swoje zdrowie, a w szczególności wypadnięty w siedemdziesięciu procentach dysk. Po kilku dniach spędzonych w stanie horyzontalnym (rymuje się i to całkiem na miejscu z „agonalnym”) i dzięki dosyć dużej dawce środków przeciwbólowych zaczęłam chodzić codziennie na basen i fizjoterapię (akupunktura, miejscowe rażenie prądem i inne tego rodzaju wynalazki medycyny orientalnej). 

Koreańczycy mają bzika na punkcie zdrowia. W każdej wolnej chwili wszyscy zdają się maszerować, biegać, jeździć na rowerze, ćwiczyć na siłowni, uczyć się tańca brzucha bądź jazz dance, wspinać po górach, wygrzewać na saunie, szorować z zacietrzewieniem ciało kompletnie zdzierając stary naskórek, uciskać specyficzne punkty na czaszce, masować i okładać swoje ciało pięściami dla lepszego ukrwienia. Ajumy (starsze, zamężne kobiety) z zapałem wynajdują „smakołyki” o cudownych właściwościach: wodę spuszczaną prosto z drzew, wywary z kory, zioła zbierane w górach i zbijane w masę z ryżem (podobno „dobre dla kobiet”) i wiele innych, których nie potrafię nawet nazwać. Ostatnio w telewizji ukazał się program, gdzie udowadniano zalety kolagenu na przykładzie myszy, której podawano słoninę i która dzięki niej przerosła dwukrotnie swoją partnerkę. Następnego dnia w Seulu nigdzie nie można było już takowej słoniny dostać. Furorę robi też Omega-3 (ale koniecznie ta z fok, nie z ryb) i glukozamina. Węgorze i sfermentowane ryby (śmierdzą tak, że oczy same niekontrolowanie uciekają do tyłu) działają cuda na męski „wigor”, a kimchi, jak powszechnie wiadomo, jest dobre na wszystko – chroni nawet przed świńską grypą.

Koreańczycy są niesamowicie zdyscyplinowanym narodem. Nikt sobie nie pobłaża – do tego stopnia, że czasem podejrzewam tutaj skłonności sadomasochistyczne. I właśnie w tym tkwi sekret dobrej kondycji fizycznej Koreańczyków, nawet w obliczu innego narodowego sportu – nagminnego pijaństwa. Nie uważam się za najgorszego pływaka. Mimo to opadła mi szczęka, jak zobaczyłam to, co wyprawiają tutejsze czterdziesto-, pięćdziesięciolatki. Godzina pływania w dosyć szybkim tempie bez żadnej przerwy (!) wszystkimi możliwymi stylami: kraul, grzbiet, żabka, motylek (!!!). MOTYLEK!!! A na koniec gromkie okrzyki „fighting!!”, żywe rozmowy w saunie (jedna kobieta w szpagacie, inne w idealnej pozycji kwiata lotosu) – ja ledwo dyszę, pokazywanie sobie ćwiczeń na taką lub inną dolegliwość, wcieranie sobie nawzajem różnych maści, wzajemne masowanie… 

Co tam jakiś tam wypadnięty dysk…


Dobrzy ojcowie



Do godzin porannych deliberują bełkotem, jak tu być Dobrym Ojcem. W oparach alkoholu, o wypchanych żołądkach, paląc jednego za drugim.

W domach zaryglowane żony odwalają czarną robotę. Złej Matki. Zakneblowane społecznym gorsetem muszą zrozumieć, zaufać, być ostoją, stać murem.

Bo Dobrzy Ojcowie zrobiliby wszystko, naprawdę w s z y s t k o dla swoich dzieci.  

To miłość bezgraniczna.
To miłość w najczystszej postaci.


Ucieczka



Nie ma ucieczki. Nawet tutaj w Orange County, Kalifornia. 

Wybór biura powierzyliśmy koreańskiej agencji nieruchomości. Wystrój wnętrz kolejnej koreańskiej firmie. Za całe IT odpowiedzialny jest koreański kontraktor. Wszyscy nowi pracownicy (a przejęliśmy firmę amerykańską) to wychowani w USA Koreańczycy. Z lotniska wozi nas Koreańczyk posiadający własną sieć taksówek. Dzień w dzień jemy w koreańskich restauracjach, których tutaj bez liku. Nawet burmistrz Irvine jest Koreańczykiem. Przykładów mogę podać o wiele więcej.

Nie chodzi o to, że współpracujemy z Koreańczykami. Chodzi o to, że współpraca ta oparta jest na dwukierunkowej wyłączności. Koreańskie restauracje gotują wyłącznie dla Koreańczyków. Koreańczycy niemalże wyłącznie chodzą do restauracji koreańskich. I tak w każdym przypadku. W czasie lunchu, dokładnie tak, jak w Korei, przed wejściem ustawia się długa kolejka czekających na swoją kolej. Na pięciominutowy obiad, któremu towarzyszy obficie lejący się pot będący wynikiem nadmiaru paprycznych przypraw i wysokiej temperatury posiłku. Obok restauracja japońska dla porównania. A w niej przedstawiciele różnych ras w rozkładzie niemal proporcjonalnym. Delektujący się w spokoju, każdy na swój własny sposób, przykładnie zaprezentowanym posiłkiem. Opadają mi ręce.

Jestem gdzieś pomiędzy. Zawieszona między zaufaniem Koreańczyków wynikającym z długoletniej z nimi współpracy, a kolorem skóry i płcią. Dysonans ten niezręcznie konfunduje moich przełożonych i współpracowników. Szczególnie w takich sytuacjach, jak ta, w której obecnie się znajduję. Nikt nie może wyobrazić sobie mnie jako koreańskiego delegata. Nikt nie może sobie mnie wyobrazić jako pracownika lokalnego. Rezultatem jest mieszanka lokalnego zatrudnienia i koreańskiej płacy. Rozwiązanie dla mnie najgorsze.

Nie ma ucieczki.


To, co naprawdę ważne


Korea na pewno nie jest krajem, gdzie promuje się kreatywny sposób wyrażania własnych uczuć. Ogólnie przyjęty standard zachowań, jakkolwiek żenujący on by czasem nie był, bezwględnie rządzi każdą minutą dnia Koreańczyków. To dosyć smutne podjeście do życia jest spuścizną konfucjańskiego kolektywizmu, gdzie indywidualizm tratkowany jest jedynie jako niebezpieczne wynaturzenie zagrażające dobru ogółu.


Patrząc na mojego siedemnastoletniego ucznia, który biega w koszulce z napisem „Polska”, marzy o studiach we Wrocławiu i karierze przewodnika po Polsce, który chce być tak dobry w judo, jak Paweł Nastula, który rzuca szkołę średnią, żeby samemu się uczyć tego, co naprawdę warto, i który jednej soboty przychodzi na lekcję języka polskiego w dread’ach a drugiej w afro, nabieram jednak otuchy. Takiej przez wielgachne „O”.

Jeszcze głebiej oddycham, kiedy słucham Sungha Jung (정성하), koreańskiego trzynastolatka bosko po prostu interpretującego na gitarze znane kawałki (niektórzy opisują swoją reakcję na jego wystąpienia jako „eargazm”) oraz, po zaledwie trzech latach samo-nauki podczas przerw w szkole, komponującego swoje własne utwory. 

Mam wrażenie, że jeżeli tacy ludzie istnieją, to ludzkość (a w tym szczęśliwie i Korea^^) po prostu nie może duchowo wyginąć.



  
"Come Together" - The Beatles (Sungha Jung, 12 lat)




 
 "Billy Jean" - Michael Jackson (Sungha Jung, 13 lat)




  
"With or without you" - U2 (Sungha Jung, 12 lat)




 
 "Mission Impossible Theme" (Sungha Jung, 12 lat)




  
"Hit the road Jack" - Ray Charles (Sungha Jung, 11 lat)



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...