Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Korea. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Korea. Pokaż wszystkie posty

Stówa w Boże Narodzenie



Jak dzisiaj pamiętam swoje zdziwienie, kiedy ponad 10 lat temu, po przyjściu z przerwy obiadowej, na swoim biurku zobaczyłam zaparowaną foliówkę wypełnioną bryłą czegoś białego. Nie miałam pojęcia, jak ten prezent zinterpretować. Nie byłam nawet do końca pewna, co to takiego jest. Coś do jedzenia, jakaś ogromna gumka do ścierania, a może jakiś komunikat w stylu głowy konia w łóżku z filmu „Ojciec chrzestny”? W końcu przy „podarunku” nie było żadnej karteczki. 


"Spocona" foliówka z bryłą zbitego ryżu. Tutaj wersja z fasolą.


Widząc moja konsternację koreańscy współpracownicy pospieszyli z wyjaśnieniem, że jest to specjalny rodzaj tteok (떡), czyli „ciasta” z ubitego ryżu, który spożywa się świętując sto przeżytych dni dziecka tzw. baekil (백일). Dlaczego akurat sto? Otóż według Koreańczyków pierwsze sto dni w życiu dziecka to najbardziej newralgiczny czas, podczas którego los rozstrzyga o jego życiu i śmierci – w przeszłości to właśnie w tym okresie najwięcej dzieci umierało. Liczba 100 oznaczać ma również dojrzałość – berbeć, któremu udało się przeżyć 100 dni staje się w rezultacie „pełnoprawnym” człowiekiem, który ma szansę dożyć swoich pierwszych urodzin. Do dziś koreańscy rodzice traktują pierwsze trzy miesiące po porodzie bardzo poważnie – zazwyczaj nie wychodzą wtedy z dzieckiem z domu i ograniczają wszelkie wizyty do minimum, nawet jeżeli chodzi o członków rodziny. A już za absolutnie krytyczne uważa się pierwsze 21 dni, tzw. saeirye (세이레) określane też mianem samchil (삼칠), czyli 3-7 (trzy razy siedem dni). To trzy tygodnie, podczas których i noworodek i matka dochodzą do siebie po trudzie narodzin. Do tej pory w niektórych częściach kraju po przyjściu na świat dziecka w drzwiach domu wiesza się wtedy na 21 dni sznurek zwany geumjul (금줄), który ma chronić domostwo przed złą energią i zawistynymi duchami. 


Geumjul (금줄), czyli sznurek 
wywieszany na drzwiach domostwa 
po przyjściu dziecka na świat. 
Papryczki mają oznaczać chłopca, 
a igły sosny dziewczynkę.


Samchil i baekil obchodzi się obecnie raczej w gronie rodzinnym. Wiąże się to zazwyczaj z przygotowaniem odpowiednich potraw, ich prawidłowm rozłożeniem na specjalnym stole, prośbami / modlitwami o dobrobyt, długowieczność i szczęście potomka. Co ciekawe podczas celebracji 100-dni niemowlęcia, rano przed wschodem słońca rodzina składa też hołd duchowi zwanemu Babcią Samshin (삼신 할머니) za to, że oszczędziła dziecko. W podzięce u głowy dziecka rozkłada się wtedy dla niej trzy naczynia z zupą z glonów miyeokguk (미역국), trzy miseczki z ryżem oraz trzy rodzaje warzyw namul (나물). Obok zwyczajów związanych z ciążą i porodem to kolejne ciekawe obrządki, które mam okazję sprawdzać na własnej skórze.


Dary dla Samshin Halmeoni, w podzięce za oszczędzenie noworodka.


Według Koreańczyków kolejny krokiem milowym w rozwoju dziecka są jego pierwsze urodziny dol (돌). Te jeszcze do niedawna obchodziło się dosyć wystawnie, z profesjonalnym wodzirejem, prawie jak wesele (ten na styl koreański oczywiście). Wiązało się to z wynajęciem restauracji lub specjalnej sali oraz zaproszeniem większej ilości gości (wliczając w to nawet współpracowników), którzy pojawić się musieli z odpowiednio załadowaną kopertą. Oprócz posiłku i liczych zabaw kulminacją uroczystości doljanchi (돌잔치) jest wybór przez dziecko któregoś z podsuniętych mu na tacy lub rozłożonych na stole przedmiotów tzw. doljabi (돌잡이): nić oznaczać ma długie życie, pieniądze dobrobyt finansowy, książka lub pędzel gwarantują mądrość, a jedzenie zawsze pełny brzuch. W myśl postępu, dodatkowo rozkłada się też wiele innych przedmiotów np. sędziowski młotek, który oznaczać ma, że dziecko ma szanse wejść w szeregi prawników lub sędziów. Obecnie tradycja wystawnego obchodzenia pierwszych urodzin swojego dziecka mam wrażenie nie jest już tak popularna i większość rodzin wybiera skromną uroczystość w domu, wśród rodziny.


Doljabi (돌잡이)
Źródło: lesterhead


O obchodzeniu pierwszych urodzin na pewno jeszcze napiszę we wrześniu tego roku, przy okazji urodzin Ethana. Tymczasem, mimo że według koreańskiego systemu liczenia wieku wraz z 1 stycznia 2016 roku nasz syn skończył już dwa lata, to niecały tydzień wcześniej, w samo Boże Narodzenie obchodził swoje pierwsze 100 dni. Nie bacząc na możliwość wypożyczenia całej „100-dniowej” zastawy za niewielkie pieniądze (łącznie ze specjalnym siedziskiem dla niemowlaków!) zdecydowaliśmy z Woo Youngiem, że sami zabawimy się w organizatorów. W końcu, żeby mieć dziecko, trzeba się chyba nim też po części stać. W DAISO (sieć taniutkich sklepików ze wszystkim i niczym) kupiliśmy kilka drobiazgów, z których zrobiliśmy odpowiednie ozdoby, nakryliśmy stół owocami (według tradycji koniecznie ich nieparzysta ilość), a ja upichciłam ciasto i miyeokguk. Porobiliśmy zdjęcia, objedliśmy się i już. Właściwie to była już druga tego rodzaju uroczystość dla Ethana, bo dzień wcześniej, w Wigilię, wybrałam się na spotkanie kobiet, z którymi przez tydzień dochodziłam do siebie w izbie poporodowej. Wszytkie przyszłyśmy ze swoimi berbeciami i już podczas robienia wspólnych zdjęć przypomniałam sobie, co w Korei oznaczać moze matczyna konkurencja. Byłam zniesmaczona mało delikatnym przepychaniem się, brakiem podstawowej ostrożności, zwykłej życzliwości wobec drugiego człowieka… To była dla mnie na pewno bardzo szczególna Wigilia, ale zdjęcia za to wyszły przesłodkie.


Szczęśliwego Nowego Roku!





















Fanpage "W Korei i nie tylko" - październik 2012 i 2013



We wrześniu potrzebuję odetchnienia. Kończą się przepełnione wilgocią upały i człowiek ma ochotę choć przez moment odsapnąć. Nabieram sił na intensywny październik. W końcu nadchodzi: błękitnym niebem, rażącym słońcem, orzeźwiającą temperaturą i co najważniejsze - zmieniającymi się kolorami liści. To najwyśmienitszy okres na podróże, chodzenie pogórach, magazynowanie całej tej radości, której pociskami będzie można bronić się przed atakami markotnej zimy. Październik to miesiąc frenetycznej gonitwy. Nie tylko za ostatnimi dotykami słońca i chylącemu się ku zimowemu snu życiem, ale też i za sycącymi duszę łyczkami kultury spijanymi podczas niezliczonych w tym okresie festiwali.

Mój październik? To przede wszystkim góry i festiwal Pansori w Jeonju, przy okazji którego zwiedzam przecudowne zakątki Jeolla-do. Do tego sezon na moje ulubione owoce - koreańskie gruszki i persymonki - oraz czas nabierania tężyzny fizycznej, żeby stawić czoła zbliżającym się mrozom. Październik to też miesiąc niespodzianek: wizyta Prezydenta Komorowskiego w Korei, wywiady dla Radio Trójka i Dzień Dobry TVN oraz mój niespodziewany pobyt w Polsce, podczas którego po raz ostatni widziałam Pirata - weterana pośród naszych czterech kotów, które pozostawiłam za sobą wyjeżdżając do Korei.

Poniżej zapraszam do przejrzenia moich październików z lat 2012 i 2013 utrwalonych na fanpage'u "W Korei i nie tylko":





1 października 2012

Kangnam style by my good friend Carlos O. Zepeda







Jeden dzień. Polska, jaką pamiętam.



Ostre nożyce zdecydowanym świstem przecinają powietrze wokół mojej głowy. Za każdym pociągnięciem tracę kilkanaście centymetrów nawarstwionej we włosach przeszłości. Naprędce znalezionymi nożyczkami, w obskurnym pokoju koreańskiego akademika, posadzona na samotnym stołku w samym jego środku. Z zaplecionymi dłońmi, jak urzeczona, spoglądam na płytki szarej, gumowej podłogi, uściełanej jasnymi kosmykami. Na ziemi bezładnie tarza się zapis minionych wydarzeń, mojego dawnego życia, które za krótki moment ma znaleźć się w koszu. Rozmyślam o ogromnych, kilkutysięcznych drzewach i ich słojach, w których strukturze wprawne oko odczytać może tajemnice dawnych czasów. Tak samo jak słoje drzew, tak i włosy przechowują echa przeszłości, skrawki wyżłobionego na nich doświadczenia. Średnio w jednym centymetrze jedwabistej nitki zapisane jest wspomnienie jednego miesiąca z mojego życia. Tamtego życia.


"Korea - w kraju porannego spokoju" - cz.2



Kolacja firmowa

Mężczyzna w okolicach pięćdziesiątki czołga się po podłodze wykrzykując w moim kierunku płomienne wyznania miłości. Na niziutkich stołach walają się niedopite butelki soju oraz resztki po sushi posypanym opiłkami złota. To mój pierwszy tydzień w pracy. Podczas kilkugodzinnej mocno zakrapianej kolacji ani razu nie tracę głowy, mimo że moi przyszli współpracownicy podpuszczają mnie na wszelkie możliwe spsoby. Chcą sprawdzić, jaką osobą jestem opierając się na starej prawdzie „in vino veritas”. To pierwszy z wielu etapów na drodze do zdobycia ich zaufania. W porównaniu do innych trzymam się całkiem nieźle, więc początkowy test mogę zaliczyć chyba do zdanych śpiewająco. Po zaledwie kilku godzinach od kolacji, wszyscy stawiamy się przed czasem w żołnierskim szyku przy swoich biurkach. W ciągu dnia niektórzy odsypiają na krześle w wyprostowanej pozycji, poruszając jednocześnie długopisem dla zachowania pozorów. Zdolności kamuflażu Koreańczyków wprawiają mnie w osłupienie. Ci mniej odporni biorą kilkunastominutową drzemkę okrakiem na toaletowej muszli.


Podróż służbowa

Drugi tydzień w pracy. Siedzę właśnie w samolocie zmierzającym do Pragi. Nikt nie potrafi mi dokładnie powiedzieć, jaka jest moja rola podczas tego wyjazdu. Do błądzenia we mgle muszę się przyzwyczaić, bo tak będzie wyglądała moja praca przez kolejne kilka lat. Jeden z kolegów, który leci ze mną spóźnia się. Jego nazwisko rozbrzmiewa po całym lotnisku. W końcu wpada zasapany z wielkim kartonem pod ręką. Okazuje się, że to zapasy ramyeonu – koreańskiej zupki instant. Po przylocie do Pragi instalujemy się w hotelowym pokoju konferencyjnym. Pracujemy od świtu do nocy zagryzając koreańskim fast foodem. Po złożeniu dokumentów przetargowych wychodzimy w końcu coś zjeść na zewnątrz. Przecieram oczy ze zdumienia, kiedy wchodzimy do restauracji koreańskiej. Podczas ponad tygodniowego wyjazdu nie udaje mi się skosztować lokalnej potrawy ani razu. Do tego też będę musiała się przyzwyczaić. W kilka dni po powrocie do Korei szef przywołuje mnie do swojego biurka. Podniesionym głosem wyłuszcza mi coś po koreańsku. Bezradnie rozglądam się za tłumaczem, ale moi współpracownicy w napięciu wpatrują się w swoje monitory. Szef zaczyna krzyczeć i czuję, że lepiej mu nie przerywać mimo że nie mam najmniejszego pojęcia, o co mu chodzi. Siadam zszokowana na swoim miejscu. Ktoś przez komunikator wyjaśnia mi, że po podróży służbowej nie wypełniłam listy wydatków w firmowym systemie. O obowiązku i systemie nikt mnie wcześniej nie informuje. Nie poddaję się jednak emocjom. Nie tłumaczę się, nie podnoszę głosu. Z pomocą kolegi wypełniam gąszcz tabelek w języku koreańskim. Test numer dwa zdany.


Szok kulturowy

Podchodzi do mnie przystojny Koreańczyk w dojrzałym wieku. Zaprasza na kawę do kafejki na dół. Po trzech latach Samsungowego reżimu z trudem łapię oddech, kiedy zwraca się do mnie bezpośrednio. W końcu to pracownik zarządu. Na tym szczeblu nikt przecież nie powinien zwracać na mnie najmniejszej uwagi. Przeżywam drugi szok kulturowy. Zdaję sobie sprawę, że kultura organizacyjna w Samsungu, z którą musiałam się zderzyć, jest ewenementem nawet dla Koreańczyków. Rozmawiamy na temat mojej poprzedniej pracy i o tym, co chciałabym robić na właśnie co otrzymanym stanowisku. Mężczyzna, który będzie moim mentorem przez następne siedem lat pyta, co jest dla mnie najważniejsze w życiu. Odpowiadam, że chciałabym umrzeć z delikatnym uśmiechem na twarzy.


Tradycyjny ślub

Bufiaste pantalony, lniana halka ze spódnicą na sprężynach, gorsecik, kolejna halka ze spódnicą wierzchnią, a na to haftowany kubraczek z szerokimi rękawami. To nie wszystko. Pracownica skansenu przynosi mi szatę ślubną, którą trzeba założyć dodatkowo na wierzch. Przez złączone dłonie przewiesza mi wyszywaną płachtę materiału, którą muszę prezentować w niewzruszonej pozycji przez następne dwie godziny. W kok wpina mi długą szpilę, która po obu końcach podtrzymuje wstążki spływające na moją klatkę piersiową. Gumka pod brodą podtrzymuje koszyczek zamocowany na czubku mojej głowy. Na policzkach przylepione mam dwie czerwone kropki. Wpatruję się w lustro i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że wyglądam jak napuszona kobra. W końcu rozpoczyna się cermonia. Wokół mnie tradycyjne koreańskie domki, na środku zastawiony jadłem stół, w tyle zespół przygrywający na tradycyjnych koreańskich instrumentach. Na dziedziniec w lektyce niesionej przez czterech mężczyzn wkracza mój koreański mężczyzna. Kłaniając się w pas ofiarowuje mojej mamie kaczkę. To prezent w zamian za moją rękę. Przez stół kłaniamy się sobie bijąc czołem o ziemię. Dwie kobiety obok podtrzymują mnie za łokcie i ramiona, żebym była w stanie podnieść się z podłogi z jako taką gracją. Pijemy alkohol, kosztujemy kilku dań. Po godzinie przedstawienia wodzirej ogłasza nas mężem i żoną. Z trudem wciskam się do ciasnej karocy. Sześciu mężczyzn podnosi mnie i niesie za mężem do wioski, która ma być od tej pory moim nowym domem. 



Powyższy tekst pojawił się na przełomie maja i czerwca w "Monitorze Polonijnym" ze Słowacji. Oryginał można przeczytać poniżej:

II część artykułu - zapraszam na stronę 30-31:





"Korea - w kraju porannego spokoju" - cz.1



Rozmowa kwalifikacyjna

Siedzę u szczytu ogromnego drewnianego stołu. Po obu bokach zasiada kilkunastu Koreańczyków w niemalże identycznych garniturach. Wpatrują się we mnie intensywnie, bez słowa i bez jakiejkolwiek emocji na twarzy. Biorę głęboki oddech i otwieram przygotowaną na tę okazję prezentację. To ostatni etap konkursu o Globalne Stypendium Samsunga. Do finału dostało się dziesięć osób. Dwie z nich polecą do Korei na co najmniej cztery lata. Nie żywię zbyt wielkiej nadziei, że jedną z nich będę akurat ja, ale i tak mam zamiar wypaść jak najlepiej. Z uśmiechem na twarzy opowiadam o swoim planie marketingowym dla koreańskiej rice-cooker, czyli elektrycznego garnka do gotowania ryżu. Mój uśmiech odbija się jednak bez echa o skamieniałe twarze siedzących przede mną Azjatów. Absurdalność sytuacji zaczyna niepokojąco mnie rozbawiać. Kiedy jeden z Koreańczyków poważnym głosem pyta mnie, czym zajmuje się mój tato, muszę kontrolować się, żeby zupełnie nie wpaść w stan bezmyślnej wesołości. Odpowiadam, że jest nauczycielem, na co Koreańczycy po raz pierwszy obdarzają mnie zadowolonym potakiwaniem głowy. Po kilku dniach odbieram telefon. Mam w ciągu kilku tygodni spakować się i po raz pierwszy w życiu wsiąść do samolotu, który wywiezie mnie na drugi koniec świata.


Pierwsze wspomnienie

Jest sierpień 2002 roku. Drzwi lotniska otwierają się przede mną bezszelestnie. Próbuję wziąć głębszy oddech, ale gardło zatyka mi fala wilgoci, która gwałtownie uderza w moje wysuszone klimatyzacją ciało. W jednej chwili moja skóra pokrywa się mgiełką rosy, a ubranie staje się jakby cięższe. Zaintrygowana rozglądam się wokoło. Niebo nabrzmiałe przyciężką szarością chmur odrobinę odstręcza, podobnie jak monstrualne betony słupów podtrzymujących lotniskową konstrukcję. Na szczęście humor poprawia mi niezwykle życzliwy pracownik lotniska, który sprawnie pakuje mój bagaż do luku autobusowego i „szybko, szybko” popędza mnie do środka autokaru. Pędząc w niezwykle wygodnym fotelu przyglądam się nowemu światu za oknem. Nie wiem, czy to z powodu zmęczenia, ale wszystko wydaje mi się jakieś takie bezbarwne. Tak, jakby ktoś nałożył na obraz filtr odbierający kolorom żywotność. Autobus spowalnia. Z autostrady zjeżdżamy do centrum Seulu. Przyglądam się znaczkom koreańskiego alfabetu, których natarczywa wszechobecność przyprawia mnie o zawrót głowy. Mijam ponure stragany pozabijane metalowymi płachtami i myślę sobie, że ten drugi koniec świata to może po prostu... koniec świata. W tym samym miejscu dwanaście lat później, w roku 2014, otworzony zostanie Dongdaemun Design Plaza & Park – nowoczesny kompleks, któremu stać ma się zagłębiem mody dla całej Azji i Pacyfiku. W roku 2002, jadąc z lotniska w kierunku Korea University, nawet na myśl mi nie przychodzi, że ciągle będę jeszcze wtedy w Korei.


Alma Mater

Jeszcze przed wyjazdem do Korei prezes Samsunga w Polsce bierze mnie na dywanik i pyta, czy jestem w stanie spać po trzy, cztery godzinny dziennie. Zanim otworzę usta próbuję odpowiedzieć sobie w głowie, dlaczego niby miałabym spać tak krótko. Rozpościerzony na skórzanym fotelu Koreańczyk wyjaśnia mi, że w takim właśnie trybie żyją koreańscy studenci. To jedyny sposób na to, żeby w zadowalającym stopniu opanować ogrom materiału. Presja ma być podobno ogromna. Zaczynają nachodzić mnie wątpliwości, czy aby na pewno dam sobie radę. Odganiam je jednak szybko niczym natrętną muchę. Okazuje się, że słusznie. Już na miejscu sumienność koreańskich studentów przeraża mnie, ale z trochę innych niż sugerowane przez prezesa powodów. Zamiast niezbędnych fragmentów książek Koreańczycy studiują każdą jedną linijkę, wliczając w to spis treści, przedmowę, podziękowania i przypisy. Uczą się pamięciowo, mają problem z łączeniem ze sobą poszczególnych kropek. Obawiają się nieskrępowanej dyskusji do tego stopnia, że nawet ja - osoba, która rzadko kiedy zabiera głos na zajęciach w Polsce – podejmuję dyskusję tylko po to, żeby pchać wykładane tematy do przodu. Ostatecznie dwa lata studiów kończę w trzy semestry. Przed rozpoczęciem pracy w Głównej Siedzibie Samsunga zapożyczam się i wyruszam w trzymiesięczną podróż z plecakiem po Azji.


Po godzinach

Z nieśmiałością wypróbowuję swój własny głos. Zimny metal mikrofonu uświadamia mi, że nigdy przedtem nie miałam tego urządzenia w dłoni. Nie mam wprawy w śpiewaniu, a już w szczególności nie przed grupą mało znanych mi ludzi. Ukradkiem przypatruję się zgromadzonym w przyciemnionym pokoiku osobom. Nikt nie zwraca na mnie większej uwagi, kiedy nucę pod nosem wybraną przeze mnie „Like a virgin” i wystukuję kod następnej piosenki do kolejki. Na stole stoi kilka butelek piwa, pod które podjadamy wysuszone na wiór kałamarnice. Na miasto wychodzimy kilka razy w tygodniu. Koreańscy studenci są pod tym względem nie do zdarcia, choć następnego dnia muszą odespać w uniwersyteckich bibliotekach zmaltretowani libacjami poprzedniej nocy. Muszę przyznać, że zabawa jest jednak przednia. Pod wpływem czaru nocy Seul przeobraża się z zalatanej codziennymi obowiązkami dziewuchy w mizdrzącą się kurtyzanę, która wabi karminową czerwienią neonów, kalejdoskopem pubów i restauracyjek i innymi przybytkami młodzieńczego grzechu. Już wiem, że z łatwością można się w tym miejscu zatracić.




Powyższy tekst pojawił się w kwietniu w "Monitorze Polonijnym" ze Słowacji. Oryginał można przeczytać poniżej:


I część artykułu - zapraszam na stronę 29-30:




Tęsknota za krajem


Po kilkunastu latach mieszkania w Korei moja tęsknota za polskimi korzeniami coraz bardziej ulega zatarciu – jest jak coraz bardziej sprane dżinsy, których w pewnym momencie nie można założyć, bo za bardzo już wyblakły. Takich dżinsów nie wyrzuca się, ale też i nosi się je o wiele rzadziej. Kiedy jestem w Polsce chodzę po ulicach i w skupieniu przyglądam się ludziom, przysłuchuję się ich rozmowom; odwiedzam miejsca, które przywołują dawne, nierzeczywiste już wspomnienia. Marszczę czoło dochodząc do wniosku, że mało już coś z tego wszystkiego rozumiem. Moje ciało przeszywa obezwładniające uczucie, że to nie jest już mój świat. Czuję się tak, jakbym przyjechała do bliskiego mi sercem, ale jednak obcego już codziennością kraju. Kraju, którego tylko językiem biegle władam.

Naturalnie, kiedy przylatuję do Polski tak bagatelna czynność jak  zjedzenie dobrego pieroga, czy ciepłego jeszcze chleba z masłem śmietankowym, wprawia mnie w totalny błogostan. Nie wspominając o ogórkowej, żurku i pomidorowej. Jeżeli ktoś przywiezie mi z Polski bombonierkę Wedla, miód pitny, czy kawał Żywieckiej, traktuję to jak skarb, który szybko ukryć należy przed wzrokiem PWY i własną słabością na tak długo jak to tylko możliwe (a możliwe długo nie jest). Ale przecież za kimchi i koreańską zupą z rozgotowanych kości też tęsknię podobnie...

To poczucie odcięcia od źródeł wcale nie oznacza, że Korea stała się z automatu moją nową Ojczyzną. Do tej również nie przynależę i nigdy do końca przynależeć nie będę chociażby z racji zdradzającego mnie wyglądu, który dla Koreańczyków mechanicznie stawia moją osobę w opozycji do ich własnego świata. Nie mam zresztą jakiejś większej ambicji stuprocentowego przynależenia do tej rzeczywistości, mimo że w Korei jest wiele rzeczy, którymi przesiąknęłam już zapewne na dobre. Chyba nie będzie przesadą powiedzieć, że na tym etapie mojego życia najpełniej przynależę tylko do siebie samej.

Jest jednak taka rzecz – choć rzeczą tego nazwać nie chcę – która do tej pory wzbudza we mnie ten charakterystyczny skurcz serca tęskniącego. Zdałam sobie sprawę z tego bardzo wyraźnie podczas ostatniego wypadu z PWY na koreańską wieś. Zamiast typowego koreańskiego „pension” (coś na kształt pensjonatu) zdecydowaliśmy się na „minbak”, czyli nocleg bezpośrednio w mieszkaniu Koreańczyków, którzy wypożyczając przestrzeń we własnej posiadłości podreperowywują sobie w ten sposób domowy budżet. Wynaleźliśmy uroczy domek należący do artysty i jego żony, którzy na dwie noce udostępnili nam własnoręcznie zbudowaną z pachnącej gliny przybudówkę. Byłam zauroczona: stawkiem, na obrzeżach którego wygrzewały się grubaśne żaby, kolorem wężów, które potomstwem grubaśnych żab chciały zaspokoić swój głód, jelonkiem błotnym, który niezdecydowanie czaił się targany widokiem przynoszącej orzeźwienie wody, dumnie kroczącym po swoim tylko podwórku kogutem z czerwonym jak dorodne czereśnie grzebieniem i sznureczkiem dreptających kur tuż za nim. I maki tam były, i chabry, a pomiędzy nimi leniwie bujające się na wietrze pszczoły, ważki, a nawet boski fruczak gołąbek, wysysający nektar słodko zakręconą trąbką. A w górach łąki nieokiełznane, rosnące jak popadnie, z niedostępnymi tajemnicami ukrywającymi się w nieprzeniknionym gąszczu ich podnóża.











Wdychając oszałamiające zapachy, spijając beztroskie obrazy, wpatrując się w zieleń, od której aż mrużyć trzeba oczy, doznałam olśnienia – poczułam to charakterystyczne, melancholijne odprężenie, którego zawsze doznaję tonąc oczami w polskich krajobrazach. Dlaczego akurat teraz? Przecież dosyć często spędzam czas na łonie natury, poza jazgotem wielkiego miasta, i jak do tej pory koreańska przestrzeń była dla mnie jednoznacznie obca, odseparowana dużym murem od znanych mi z młodości pejzaży. Tym razem było jednak inaczej. Wokół nas cisza nieprzenikniona, pozbawiona wszędobylskich dźwięków ludzkiej obecności i horyzont niezbrukany jeszcze mackami łapczywie pożerającej wszystko na swojej drodze cywilizacji – tego w Korei w tak czystej postaci łatwo doświadczyć nie idzie. Rozglądnęłam się wokół uważniej i nagle ta niczym niespłoszona, nieujarzmiona natura przeniosła mnie na powrót do Polski.

Aż ścisnęło w dołku.

I mocno zatęskniłam.


Zdjęcia z Chungju poniżej:

Koreański system obliczania wieku


W Korei pytanie o wiek jest jednym z częściej zadawanych, nawet podczas pierwszego spotkania. Odpowiedź pozwala na umiejscowienie osoby na odpowiednim szczebelku społecznej hierarchii. Do starszej od siebie osoby należy się bowiem zwracać używając określonego kanonu słów i zwrotów grzecznościowych; z osobą młodszą można sobie już natomiast pozwolić na pewną nonszalancję.

Sposób liczenia wieku w koreańskiej tradycji jest odrobinę inny niż na Zachodzie. W momencie przyjścia na świat dziecko ma już jeden roczek. Co ciekawe według kalendarza księżycowego, w którym każdy miesiąc ma po 28 dni, ciąża u kobiety trwa 10 miesięcy, co odpowiada standardowym 40 tygodniom. Być może dlatego właśnie zaokrągla się „do góry” doliczając te 2 miesiące do pełnego roku rodzącego się właśnie niemowlęcia. Druga różnica polega na tym, że 1-go stycznia (według kalendarza słonecznego lub księżycowego w zależności od indywidualnie stosowanej metody) każdej osobie dodaje się kolejny rok życia. Dlatego też w Korei dzień i miesiąc urodzin nie mają żadnego znaczenia jeżeli chodzi o kalkulowanie własnego wieku.

Brzmi to wszystko dosyć skomplikowanie, ale w rzeczywistości nie ma nic prostszego niż obliczenie swojego wieku według tradycji koreańskiej. Wystarczy posłużyć się następującym wzorem:


Bieżący rok – Rok urodzin + 1 = Wiek koreański


Dla przykładu ja w Korei mam 37 lat: mamy rok 2014, a urodziłam się w roku 1978 czyli: 2014 – 1978 + 1 = 37.

Skąd więc te wszystkie zażarte dyskusje, czy według koreańskiego sposobu liczenia jesteśmy jeden czy dwa lata starsi? Otóż pokutuje tutaj myślenie na modłę naszego własnego sytemu, w którym wiek danej osoby uzależniony jest również od dnia i miesiąca, w którym przyszło się na świat. Powtarzam, że w Korei nie ma to żadnego znaczenia. Na przykład dziecko, które przyszło na świat w Korei 31 grudnia 2013 roku następnego dnia, czyil 1 stycznia 2014 roku będzie miało już dwa lata (wg. wzoru: 2014 – 2013 + 1 = 2), mimo że według zachodniego sposobu myślenia berbeć ma tylko 2 dni!

Summa summarum różnica jednego lub dwóch lat w stosunku do koreańskiego wieku wynika z naszego, a nie z koreańskiego sposobu liczenia. Dla osób, które urodziły się na początku roku przez większość czasu (tj. po własnych urodzinach) różnica ta będzie wynosiła tylko jeden rok. Dla osób, które urodziły się pod koniec roku przez większość czasu (czyli do dnia i miesiąca swoich urodzin) będą to dwa lata – spójrzcie na przykład poniżej.









Ciekawe w Korei (i ważne!) jest też to, że w oficjalnych, czy urzędowych sytuacjach (wszelkie formularze itp.), a także w regulacjach prawnych (np. wiek przyzwolenia na czynności seksualne - 13 lat, pełnoletność – 19 lat, wiek legalnego spożywania alkoholu i palenia tytoniu - 19 lat, itp.) zawsze używa się zachodniego sposobu określania wieku.



[Zakorkowani] Święta w Korei


Wszystkim Czytelnikom bloga "W Korei i nie tylko" oraz Słuchaczom audycji "Zakorkowani" chciałabym życzyć radosnych i spokojnych Świąt oraz wyjątkowego Nowego Roku 2014.

Pamiętajmy, że szczęście zależy w jakiejś mierze od nas. Wystarczy na chwilę zatrzymać się i z zastanowieniem rozglądnąć, żeby poczuć, jak wiele prawdziwej radości potrafi przynieść docenianie tego, co się ma na wyciągnięcie ręki. Może to być gorący prysznic po przyjściu z mrozu, może to być nowy listek na łodyżce kwiata, którego hodujemy, może to być w końcu zimny nos kota na policzku...

Dziękuję wszystkim za śledzenie wpisów, za komentarze oraz za dzielenie się moim blogiem z innymi.

Wesołych Świąt! :)





[Zakorkowani] Koreańska rodzina


Rodzina to jedna z podstawowych wartości w filozofii konfucjańskiej. Konfucjusz nauczał, że państwo może prosperować tylko wtedy, gdy rodzina żyje w miłości i harmonii. Harmonię tę zapewnić miały określone reguły zachowania pomiędzy jej członkami np.: ojciec kieruje synem, mąż kieruje żoną, kobieta niezamężna ma być posłuszna ojcu, kobieta po ślubie mężowi, a po śmierci męża – najstarszemu synowi.  Na koniec wszyscy podwładni muszą podporządkować swoje życie władcy, który ze swojej strony wykazać się musi mądrością i sprawiedliwością.

W Korei już wieki temu konfucjanizm przybrał specyficzny, bardziej surowy odcień w porównaniu do Chin, co w dużej mierze odcisnęło piętno na sposobie funkcjonowania współczesnego społeczeństwa, w tym i rodziny. Agresywna industrializacja przyczyniła się do dalszego uwydatnienia cech koreańskiego konfucjanizmu doprowadzając przez to do stworzenia ostrej konkurencji na poziomie indywidualnym i korporacyjnym. Nakaz samodyscypliny, pracowitości, bezwględnego posłuszeństwa wobec przełożonych i starszych, poświęcenie dla dobra większości – to wszystko stało się zarzewiem wzrostu gospodarczego w Korei, ale z czasem przeobraziło się też w podstawowy wymóg, którmu każdy musi sprostać, żeby godnie przeżyć. Do tej pory jedną z podstawowych zadań koreańskiej rodziny jest zapewnienie konkurencyjności jej członków. To właśnie konkurencyjność na rynku pracy determinuje sposób, w jaki koreańska rodzina dzisiaj funkcjonuje.

Rodzinę w Korei zakłada się z zamysłem posiadania dzieci. Dzieciom należy zapewnić najlepszą możliwą przyszłość i ten priorytet przesłania kwestie takie jak miłość, czy partnerstwo między małżonkami. Kobieta i mężczyzna często żyją życiem rozłącznym, według własnej odrębnej rutyny, całkiem dobrze się w tym odnajdując. To na pewno inny model rodziny niż ten propagowany na Zachodzie. W koreańskim, bardzo rygorystycznym systemie rodzina staje się prężnie działającą spółką, w której każdy z pracowników ma jasno określoną funkcję do spełnienia: kobieta (osoba „domowa”) ma zająć się domem, dzieckiem oraz zarządzaniem finansami domowymi, a mężczyzna (osoba „na zewnątrz”) ma zapewnić takiej „firmie” regularne dochody. Misją takiej spółki jest zapewnienie jak najlepszego startu dla swojego potomka poprzez zapewnienie mu jak najlepszej edukacji. Mordercza konkurencja powoduje, że dzieciaki uczą się całymi dniami  najpierw w szkole publicznej, a potem w prywatnych instytucjach edukacyjnych (włączając w to weekendy), śpiąc jedynie kilka godzin na dobę.

Od koreańskich rodziców oczekuje się jak największego poświęcenia. Bardziej zamożni ojcowie wysyłają swoje żony i dzieci za granicę (najczęściej do USA), żyjąc w rozłące latami – określa się ich mianem „ojców gęsi”, czyli takich, którzy migrując pokonują ogromne odległości. „Ojciec orzeł” to ten, którzy może pozwolić sobie na częste odwiedziny (orłowi wystarczy kilka razy machnąć skrzydłami, żeby wznieść się w powietrze), a „ojciec pingwin” to ten, którego wynagrodzenie nie wystarcza, żeby odwiedzić rodzinę za granicą (pingwiny nie potrafią fruwać). Jeszcze biedniejsi ojcowie, tzw. „ojcowie wróble” wynajmują mieszkanie żonie i dzieciom w bogatej części Seulu, Kangnam, sami mieszkając w kawalerce niedaleko pracy - jednym z podstawowych warunków zapisania dziecka do lepszej szkoły jest zameldowanie w określonej dzielnicy.

Poświęcenie rodziców to poniekąd osobliwa inwestycja we własną przyszłość – od dzieci wymaga się bezwzględnego szacunku dla swoich rodzicieli (też i przodków), wspomogi finansowej, a nawet utrzymywania na starość. Największy ciężar spoczywa tradycyjnie na najstarszym synu i jego żonie (stąd kobiety nie chcą wychodzić za mąż za pierworodnego), co przyczynia się często do wielu konflików, szczególnie na linii teściowa – synowa.

W Korei gwałtowne uprzemysłowienie w dużej mierze utowarowiło człowieka. Jednostka stała się jedynie trybikiem w doskonale pracującej maszynie, który z łatwością można wymienić na inny, równie sprawny. Niestety wydaje się, że ta niesamowita, wręcz nieludzka skala utowarowienia jest częściowo winą samych Koreańczyków. Zamiast zatrzymać się i przez chwilę zastanowić nad kierunkiem, w którym to wszystko zmierza, Koreańczycy ślepo zanurzyli się w odmętach zabójczej konkurencyjności we wszystkich dziedzinach życia. Mimo że Koreańczycy doskonale zdają sobie sprawę z bolączek trawiących ich społeczeństwo, tworząc własną rodzinę podążają tym samym, wytartym szlakiem nie widząc żadnych alternatyw. To dosyć przygnębiające, błędne koło, z którego bardzo trudno będzie się wyrwać. 

W audycji "Zakorkowani" razem z Leszkiem rozmawiam o typowej, koreańskiej rodzinie - zapraszam do odsłuchania poniżej:






Miesiąc z życia "W Korei i nie tylko"


Obok pracy, która pochłania lwią część mojego dnia robię mnóstwo innych pozaprogramowych rzeczy. W sumie mogłabym odpocząć, w końcu porządnie wyspać się, może nawet najzwyczajniej w świecie poleniuchować, ale jakiś czas temu obudziła się we mnie bestia, której głodu nie potrafię zaspokoić. To bestia koreańska. Pcha mnie do co rusz to nowych przedsięwzięć, stawia oryginalne wyzwania. Nie popuszcza ani na chwilę, ale jest mi z tym dobrze, bo przecież tak mało zostało mi czasu.

Ostatni miesiąc rozkwitnął pozazawodowymi wydarzeniami. Rozpoczęło się od 3 października, kiedy to wzięłam udział na Międzynarodowym Festiwalu Sori w Jeonju. Mimo półpaśca i rozpoczynającego się przeziębienia bez większych potyczek udało mi się zaśpiewać „Pieśń o miłości” dla PWY. Dokonałam czegoś, czego rok temu nie byłam sobie w stanie wyobrazić w najśmielszych snach. Zaskakiwanie samej siebie i udowadnianie sobie, że można jeszcze więcej to uczucie warte każdego wysiłku.




Rihua Lee i ja jako laureatki konkursu pansori.

Nazajutrz po występie wyleciałam do Polski, żeby po kilku dniach wystąpić w jednym z cyklu reportaży o Korei, przygotowanym przez Anetę Cyrnek, Marcina Sawickiego oraz Pawła Siwka dla programu „Dzień Dobry TVN”. Przed wejściem na wizję miałam okazję poprzyglądać się, jak wygląda kręcenie takiego programu i jak prezentują się takie osoby jak Katarzyna Skrzynecka, Piotr Gąsowski, Tomasz Jacyków, czy Zbigniew Lew-Starowicz. Bardzo ciekawe doświadczenie, które uzmysłowiło mi jak bardzo odległa jest już dla mnie polska rzeczywistość. Tuż po rozmowie z p. Jolantą Pieńkowską udałam się na przemiłe spotkanie z pracownikami polskiego oddziału Samsunga, żeby poopowiadać o Korei. A potem już  był czas tylko dla rodziców.



Studio "Dzień Dobry TVN" od strony kamer.


Polska jesień, rodzice i szesnastoletni Pirat.

W kilka dni po powrocie do Seulu, wspięłam się na moją ulubioną górę Dobongsan, po czym udałam się na kolejne niebanalne spotkanie – tym razem w rezydencji ambasadora Polski witaliśmy Prezydenta Komorowskiego, który gościł w Korei z trzydniową wizytą. W pamięci utkwiła mi pogawędka z Ministrem Januszem Piechocińskim, który okazał się nieprzeciętnym, przezabawnym charakterem. Bezpośrednie spotkania tego rodzaju w jakiś sposób uczłowieczają wcześniej odległe postacie ze świata telewizji; powodują, że człowiek czuje się bardziej znaczącą częścią układanki.


Wspinaczka na górę Dobong na północy Seulu.


Wizyta Prezydenta Bronisława Komorowskiego w Seulu.

Sam początek listopada to bardzo męczacy wywiad w radio Gugak.fm. Męczący, bo produkować musiałam się w języku koreańskim, który nie należy jeszcze do moich mocniejszych stron.  Rozmawialiśmy o pansori, o festiwalu w Jeonju, o zajęciach śpiewu w Narodowym Teatrze Korei. Prowadząca wywiad kobieta oczarowała mnie swoim głosem, którego niskie brzemie naoliwiało konwersację niczym masło ciepły jeszcze chlebek. W studio radiowym gościłam po raz pierwszy i ponownie było to niesamowite przeżycie.


Wywiad w Gugak Radio.

Dzisiaj w nocy również nie próżnowałam. O godzinie 1:30 na ranem koreańskiego czasu miałam przyjemność połączyć się z Warszawą, żeby odpowiedzieć na kilka pytań dotyczących Korei. W klubie „Znajomi Znajomych” zebrali się zainteresowni tematyką koreańską i mam wrażenie, że razem spędziliśmy całkiem ciekawe półtora godziny – relacja poniżej.






Co dalej? W kolejce do połowy 2014 roku poustawiane mam już kilka projektów do realizacji; w planie jest ukończenie drugiej książki o Korei i praca nad dwoma kolejnymi oraz montaż kilku video o tematyce koreańskiej.  Do marca razem ze Yellowinside skupiam się na nagrywaniu audycji dla naszego wspólnego przedsięwzięcia „Zakorkowani”– to tak na zapas, w razie wyjazdu (tfu, tfu!) Leszka z Korei.

I chyba tyle jeżeli chodzi o to, co dzieje się u mnie ostatnimi czasy. Zainteresowanych tym, co piszczy w koreańskiej trawie zapraszam na fanpejdż „W Korei i nie tylko” – tam dzielę się urywkiem każdego koreańskiego dnia.



[Zakorkowani] Mniej zamożni i ubóstwo w Korei


Korea uważana jest za kraj, w którym żyje się całkiem przyzwoicie. To państwo podziwiane przede wszystkim za bezprecedensowy rozwój gospodarczy – w okresie zaledwie kilkudziesięciu lat Korea z kraju slumsów nad rzeką Han przeistoczyła się w jedną z najbardziej liczących się potęg na świecie. Spacerując po ulicach Seulu oko z przyjemnością zawiesić można na szykownie ubranych, zadbanych kobietach z markowymi torebkami na ramieniu oraz mężczyznach w dobrze dopasowanych garniturach i starannie dobranych zegarkach. Po ulicach jeżdżą dobre samochody, a upakowane wzdłuż nich domy handlowe kuszą ostatnimi kolekcjami z Mediolanu i Paryża. Na pierwszy rzut oka Korea to kraina mlekiem i miodem płynąca.

Statystyki ten różowy obraz Korei poważnie odbarwiają. Okazuje się, że 20% bogatszej części społeczeństwa zarabia aż 5 razy więcej niż  20% najbiedniejszych. Ta przepaść z roku na roku powiększa się. Ubóstwo absolutne (czyli krańcowa bieda) zachowuje trend spadkowy, ale do tej kategorii ciągle należy jeszcze aż 1 milion Koreańczyków. Ubóstwo względne (definicja obowiązująca w Korei: „odsetek populacji żyjącej za mniej niż połowa średnich dochodów") od lat 90-tych wykazuje już tendencję zwyżkową: w roku 2012 do tej grupy należało 15% społeczeństwa, czyli ok. 7,5 miliona ludzi.

W Korei aż połowa ludzi starszych żyje we względnym ubóstwie. To największy odsetek w rankingu wszystkich krajów Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OWGR). Wynika to między innymi z bardzo słabego systemu opieki społecznej - tradycyjnie za dobrobyt osób starszych odpowiedzialna jest najbliższa rodzina, przede wszystkim dzieci, a już w szczególności najstarszy syn. Administracja rządowa przerzuca emerytalny ciężar również na sektor prywatny (Narodowy System Emerytalny powstał dopiero w 1988 roku), obligując firmy do odkładania dla pracownika jednej miesięcznej wypłaty za każdy przepracowany rok. W zamian jednak firma ma prawo posłać takiego człowieka na "prywatną" emeryturę na 10-15 lat przed osiągnięciem przez niego wieku emerytalnego. Jak łatwo sobie wyobrazić dla wielu "prywatne składki" nie są wystarczające, żeby przeżyć do czasu i tak niskiej emerytury państwowej. Jeżeli się więc dobrze przyjrzeć to pomiędzy drogimi torebkami i lśniącymi garniturami dostrzec można przygarbione babinki i wysuszonych dziadków, którzy pracowali na taką Koreę, jaką jest ona dzisiaj, a teraz cały dzień zbierają makulaturę na sprzedaż, ciągnąc jej całe sterty na rozlatujących się wózkach. Kolejna mało chlubna statystyka: wśród tych właśnie staruszków odsetek samobójstw jest znowu najwyższy we wszystkich krajach OWGR...

W Korei na ulicach bezdomnych raczej nie widać, co wcale nie oznacza, że ich nie ma. Rządowe statystyki podają, że w latach 2010-2012  liczba bezdomnych wzrosła o 17,5% do 4921 osób. W tym samym czasie liczba osób, które spały bezpośrednio na ulicy urosła aż o 66,2%. Niezależne organizacje twierdzą jednak, że statystyki te są bardzo zaniżone, a faktyczna liczba bezdomnych w Korei to ok. 4 miliony ludzi. Skali tego zjawiska na co dzień nie daje się jednak odczuć, ponieważ bezdomnych przegania się do specjalnych enklaw odizolowanych od oczu zwykłego przechodnia... 

Więcej na temat sytuacji ludzi mniej zamożnych i ubóstwa w Korei Południowej w kolejnej audycji "Zakorkowanych" do odsłuchania poniżej:





Moja "Pieśń o miłości"


Na pierwszych zajęciach nauczycielka zapytała, dlaczego chcę uczestniczyć w nauce śpiewu pansori. Odpowiedziałam, że chciałabym kiedyś zaśpiewać „Pieśń o miłości” („Sarangga”) dla mojego męża. To jeden z najbardziej popularnych, ale też i mój ulubiony fragment pieśni „Chunhyangga”.

Ja i "Pieśń o miłości" na świeżym powietrzu.


Pansori fascynowało mnie od dawnaale nawet w najśmielszych snach nie wyobrażałam sobie, że będę miała okazję zmierzyć się z tą formą sztuki twarzą w twarz. Jak wiele znaczących w moim życiu styuacji (wliczając w to wyjazd do Korei), również ta miała charakter zupełnie przypadkowy. Pewnego dnia zadzwoniłam do dawno niewidzianej koleżanki z propozycją wspólnej kolacji. Okazało się, że właśnie wracała z pierwszej lekcji darmowego kursu pansori dla obcokrajowców...

Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że nie mam talentu do śpiewania. W dzieciństwie siostry zakonne nie zakwalifikowały mnie do kościelnego chóru, a na jednym z wystąpień solo zapomniałam języka w gębie, co skutecznie zniechęciło mnie do dalszych prób. Po latach najróżniejszych doświadczeń w Korei uzmysłowiłam sobie jednak, jak niesamowicie ważne jest wychodzenie poza strefę własnego komfortu – szczególnie jeżeli czuje się do czegoś pasję. Zamiast z żalem zamiatać swoje słabostki pod dywan trzeba się z nimi wziąć za bary. Najlepiej z żartobliwym dystansem do samego siebie i zawsze z podniesionym czołem. A jak coś nie wychodzi to próbować aż do upadłego. To jedyny sposób na przekonanie się o swoim prawdziwym potencjale (czyt. czy faktycznie ma się „jaja”). Ograniczanie się do działania w ramach swoich mocnych stron zamyka możliwość zadziwienia samego siebie. A zadziwienie samego siebie to przecież jedno z najpiękniejszych uczuć w życiu.


W czerwcu ukończyłam trzymiesięczny kurs pansori. Na inauguracyjnym wystąpieniu tradycyjnie już zapomniałam słów. Nie poddałam się jednak. Zdecydowałam się pójść na całego i wziąć udział w w konkursie pansori dla amatorów podczas Międzynarodowego Festiwalu Sori w Jeonju. Przygotowywać musiałam się praktycznie sama. Na szczęście okazało się, że mam bardzo wyrozumiałych sąsiadów. Bez jednego komentarza znosili moje późnowieczorne wrzaski. PWY, jak to PWY, mało że również znosił wszystko nadspodziewanie mężnie, to również podtrzymywał mnie na duchu dozując oszczędnie, ale w najbardziej właściwych momentach zagrzewające do walki słowa.

Na konkursie miałam śpiewać jako 25 osoba. :)

Po występie PWY powiedział mi, że denerwował się 
chyba bardziej niż ja...

Na festiwalu wystąpiłam z rozpoczynającym się właśnie przeziębieniem i... dogorywającym już półpaścem. Byłam wykończona nie tylko nauką śpiewu, ale też własną pracą w korporacji i przygotowaniami do intensywnej wizyty w Polsce. Zaśpiewałam gorzej niż mogłam, ale i tak uczucie dokonania czegoś, co wcześniej pozostawało jedynie w sferze niewyraźnych marzeń, niesamowicie uszczęśliwiło mnie. Mimo że śpiewałam dla PWY i przyjaciół, którzy dopingowali mi na miejscu, tak naprawdę najwięcej wniosłam tym wystąpieniem dla samej siebie...


Otrzymałam nawet nagrodę z rąk dosyć sławnej Kolleen Park.

Prawdziwy bambusowy wachlarz z ręcznie malowanym rysunkiem oraz żeńszeniowa równowartość ok. 100USD - to były moje nagrody.



Oto „Pieśń o miłości” dedykowana dla mojego PWY:




[Zakorkowani] Koreańskie przesądy i tematy tabu.


Sny najlepiej pamięta się tuż po przebudzeniu. W Korei jednak przynajmniej do południa o snach rozmawiać nie należy. Przekonałam się o tym na własnej skórze, kiedy PWY wpadał w ponury nastrój za każdym razem, kiedy podekscytowana chciałam się z nim podzielić swoimi nocnymi wizjami. Mierzył mnie wtedy ponurym wzrokiem, jakbym popełniła największe faux pas i pytał, czy ja naprawdę muszę rano rozmawiać o snach. Pytania wtedy zupełnie nie rozumiałam.

W Korei sen o świni lub... kupie uznawany jest  za dobry omen. Im więcej tej drugiej tym lepiej! Bezzwłocznie trzeba się wtedy udać do kolektury, zakupić los i absolutnie nikomu o niczym nie wspominać aż do czasu trafienia upragnionej „szóstki”. Co ciekawe, jeżeli ktoś śni o własnej śmierci, to według Koreańczyków również oznacza to nadchodzące szczęście. W snach nie należy jednak rozmawiać z umarłymi, ani nigdzie z nimi iść, bo może się to bardzo źle dla śniącego skończyć.

W koreańskich zabobonach śmierć jest tematem dominuącym. Lepiej więc zdawać sobie sprawę z tego, że napisanie czyjegoś imienia w kolorze czerwonym lub położenie łyżki brzuszkiem do góry podczas zastawiania stołu jest równoznaczne z życzeniem danej osobie rychłego zejścia z tego świata. To przydatna wiedza szczególnie jeżeli ma się w zwyczaju pisanie kartek urodzinowych do swoich koreańskich teściów (lub co ważniejsze - teściowych!) lub przygotowuje się dla nich niedzielny obiad. Do tej pory w wielu windach czwarte piętro oznacza się literką „F” lub w ogóle pomija w ciągu cyfr. Czwórka bowiem jest homonimem (wyraz o takim samym brzmieniu, ale innym znaczeniu) chińskiego znaku oznaczającego „śmierć”. Nie dziwi więc, że w Korei czwórka to pechowa liczba. Dla Koreańczyków śmierć fizyczna kogoś z otoczenia może również nieść za sobą szkodliwe konsekwencje dla żywych. Na pogrzeby nie chodzą więc kobiety w ciąży (w ich obecności tego tematu w ogóle raczej się unika), a uczestnikom stypy zaleca się po przyjściu do domu posypanie progu solą w celu odstraszenia ducha zmarłego. Nieboszczyka ogląda również jedynie najbliższa rodzina i to tylko w momencie przenoszenia zwłok do trumny, tuż przed jej zamknięciem.


Współtwórcy Audycji "Zakorkowani"

Tak jak wszędzie na świecie w Korei są ludzie, którzy w przesądy wierzą, ale są też i takie osoby, które nic sobie z nich nie robią. To kwestia osobistych preferencji. Inaczej jest z tematami, które można w Korei poruszać, a tymi, które najlepiej omijać szerokim łukiem. W tak rygorystycznym społeczeństwie jak koreańskie na te drugie trzeba szczególnie zwracać uwagę.

Po pierwsze i chyba najważniejsze z punktu widzenia obcokrajowca jest to, że Korei się nie krytykuje. Nawet Ci najbardziej liberalni Koreańczycy potrafią brać negatywne uwagi bardzo do siebie (również te konstruktywne!), traktując je gdzieś w środku jako osobisty docinek nawet jeżeli tego nie okazują. Wynika to z tego, że Koreańczycy szczerze kochają swój kraj, traktują siebie jako jego spójny element. Każdy „przytyk” powoduje więc u Koreańczyków poczucie wstydu, jakby dana sytuacja była ich bezpośrednią winą. Stąd Koreę krytykuje się dosyć często, ale jedynie ustami samych Koreańczyków.

Między samymi Koreańczykami istnieje również wiele tematów tabu. Zdarzają się sytuacje, że nawet najbliższych osób nie powiadamia się o problemach w rodzinie (przemoc małżeńska itp.), samobójstwie jej członka, czy własnym rozwodzie. O rozejściu się mojej teściowej i jej męża przez długie lata nie wiedziały nawet jej siostry. Dzieje się tak dlatego że Koreańczycy są przekonani, że z taką rodziną, czy osobą musi być jednak coś nie tak. Fakty usprawiedliwające daną decyzję to według nich tylko jedna strona medalu. Dla przykładu osoby przy kości (a wszyscy chyba wiemy jakie rygory piękna się w Korei promuje), nawet te które są otyłe na tle chorobowym, uważa się za leniwe i o słabym charakterze. Ma się zrozumienie dla choroby, ale już nie dla słabości charakteru.

W Korei nie kwestionuje się również zdania osób straszych lub wyższych rangą, co w skrajnych przypadkach doprowadzić może do tragicznych rezultatów: jako jedną z przyczyn rozbicia się samolotu Korean Air na Guam w 1997 roku cytuje się hierarchiczne relacje między koreańską załogą – kapitan statku zupełnie zlekceważył uwagi młodszego oficera uznając je za panikę żółtodzioba. Zginęło wtedy 228 osób.



Można nas znaleźć na audio-blogu "Zakorkowani"
lub fanpejdżu FB. Zapraszamy!


Poniżej zapraszam do odsłuchania kolejnego odcinka audcycji "Zakorkowani", w której razem z Leszkiem bardziej szczegółowo wyjaśniamy koreańskie przesądy i tematy tabu.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...