Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koreańska tradycja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koreańska tradycja. Pokaż wszystkie posty

Stówa w Boże Narodzenie



Jak dzisiaj pamiętam swoje zdziwienie, kiedy ponad 10 lat temu, po przyjściu z przerwy obiadowej, na swoim biurku zobaczyłam zaparowaną foliówkę wypełnioną bryłą czegoś białego. Nie miałam pojęcia, jak ten prezent zinterpretować. Nie byłam nawet do końca pewna, co to takiego jest. Coś do jedzenia, jakaś ogromna gumka do ścierania, a może jakiś komunikat w stylu głowy konia w łóżku z filmu „Ojciec chrzestny”? W końcu przy „podarunku” nie było żadnej karteczki. 


"Spocona" foliówka z bryłą zbitego ryżu. Tutaj wersja z fasolą.


Widząc moja konsternację koreańscy współpracownicy pospieszyli z wyjaśnieniem, że jest to specjalny rodzaj tteok (떡), czyli „ciasta” z ubitego ryżu, który spożywa się świętując sto przeżytych dni dziecka tzw. baekil (백일). Dlaczego akurat sto? Otóż według Koreańczyków pierwsze sto dni w życiu dziecka to najbardziej newralgiczny czas, podczas którego los rozstrzyga o jego życiu i śmierci – w przeszłości to właśnie w tym okresie najwięcej dzieci umierało. Liczba 100 oznaczać ma również dojrzałość – berbeć, któremu udało się przeżyć 100 dni staje się w rezultacie „pełnoprawnym” człowiekiem, który ma szansę dożyć swoich pierwszych urodzin. Do dziś koreańscy rodzice traktują pierwsze trzy miesiące po porodzie bardzo poważnie – zazwyczaj nie wychodzą wtedy z dzieckiem z domu i ograniczają wszelkie wizyty do minimum, nawet jeżeli chodzi o członków rodziny. A już za absolutnie krytyczne uważa się pierwsze 21 dni, tzw. saeirye (세이레) określane też mianem samchil (삼칠), czyli 3-7 (trzy razy siedem dni). To trzy tygodnie, podczas których i noworodek i matka dochodzą do siebie po trudzie narodzin. Do tej pory w niektórych częściach kraju po przyjściu na świat dziecka w drzwiach domu wiesza się wtedy na 21 dni sznurek zwany geumjul (금줄), który ma chronić domostwo przed złą energią i zawistynymi duchami. 


Geumjul (금줄), czyli sznurek 
wywieszany na drzwiach domostwa 
po przyjściu dziecka na świat. 
Papryczki mają oznaczać chłopca, 
a igły sosny dziewczynkę.


Samchil i baekil obchodzi się obecnie raczej w gronie rodzinnym. Wiąże się to zazwyczaj z przygotowaniem odpowiednich potraw, ich prawidłowm rozłożeniem na specjalnym stole, prośbami / modlitwami o dobrobyt, długowieczność i szczęście potomka. Co ciekawe podczas celebracji 100-dni niemowlęcia, rano przed wschodem słońca rodzina składa też hołd duchowi zwanemu Babcią Samshin (삼신 할머니) za to, że oszczędziła dziecko. W podzięce u głowy dziecka rozkłada się wtedy dla niej trzy naczynia z zupą z glonów miyeokguk (미역국), trzy miseczki z ryżem oraz trzy rodzaje warzyw namul (나물). Obok zwyczajów związanych z ciążą i porodem to kolejne ciekawe obrządki, które mam okazję sprawdzać na własnej skórze.


Dary dla Samshin Halmeoni, w podzięce za oszczędzenie noworodka.


Według Koreańczyków kolejny krokiem milowym w rozwoju dziecka są jego pierwsze urodziny dol (돌). Te jeszcze do niedawna obchodziło się dosyć wystawnie, z profesjonalnym wodzirejem, prawie jak wesele (ten na styl koreański oczywiście). Wiązało się to z wynajęciem restauracji lub specjalnej sali oraz zaproszeniem większej ilości gości (wliczając w to nawet współpracowników), którzy pojawić się musieli z odpowiednio załadowaną kopertą. Oprócz posiłku i liczych zabaw kulminacją uroczystości doljanchi (돌잔치) jest wybór przez dziecko któregoś z podsuniętych mu na tacy lub rozłożonych na stole przedmiotów tzw. doljabi (돌잡이): nić oznaczać ma długie życie, pieniądze dobrobyt finansowy, książka lub pędzel gwarantują mądrość, a jedzenie zawsze pełny brzuch. W myśl postępu, dodatkowo rozkłada się też wiele innych przedmiotów np. sędziowski młotek, który oznaczać ma, że dziecko ma szanse wejść w szeregi prawników lub sędziów. Obecnie tradycja wystawnego obchodzenia pierwszych urodzin swojego dziecka mam wrażenie nie jest już tak popularna i większość rodzin wybiera skromną uroczystość w domu, wśród rodziny.


Doljabi (돌잡이)
Źródło: lesterhead


O obchodzeniu pierwszych urodzin na pewno jeszcze napiszę we wrześniu tego roku, przy okazji urodzin Ethana. Tymczasem, mimo że według koreańskiego systemu liczenia wieku wraz z 1 stycznia 2016 roku nasz syn skończył już dwa lata, to niecały tydzień wcześniej, w samo Boże Narodzenie obchodził swoje pierwsze 100 dni. Nie bacząc na możliwość wypożyczenia całej „100-dniowej” zastawy za niewielkie pieniądze (łącznie ze specjalnym siedziskiem dla niemowlaków!) zdecydowaliśmy z Woo Youngiem, że sami zabawimy się w organizatorów. W końcu, żeby mieć dziecko, trzeba się chyba nim też po części stać. W DAISO (sieć taniutkich sklepików ze wszystkim i niczym) kupiliśmy kilka drobiazgów, z których zrobiliśmy odpowiednie ozdoby, nakryliśmy stół owocami (według tradycji koniecznie ich nieparzysta ilość), a ja upichciłam ciasto i miyeokguk. Porobiliśmy zdjęcia, objedliśmy się i już. Właściwie to była już druga tego rodzaju uroczystość dla Ethana, bo dzień wcześniej, w Wigilię, wybrałam się na spotkanie kobiet, z którymi przez tydzień dochodziłam do siebie w izbie poporodowej. Wszytkie przyszłyśmy ze swoimi berbeciami i już podczas robienia wspólnych zdjęć przypomniałam sobie, co w Korei oznaczać moze matczyna konkurencja. Byłam zniesmaczona mało delikatnym przepychaniem się, brakiem podstawowej ostrożności, zwykłej życzliwości wobec drugiego człowieka… To była dla mnie na pewno bardzo szczególna Wigilia, ale zdjęcia za to wyszły przesłodkie.


Szczęśliwego Nowego Roku!





















O tym, jak zostałam radiowcem


W Korei zdarzają się cuda. Czasem są to cuda cudaczne, wystawiające charakter, a nawet życie człowieka na ciężką próbę – to krótkotrwałe momenty, nad którymi nie sposób przejść do porządku dziennego bez osobistego uszczerbku. Od czasu do czasu koreańską rzeczywistość łagodzą jednak pozytywnie zaskakujące epizody, które spływają znienacka, nieoczekiwane, niewyryte nawet w najśmielszych marzeniach. Działają one jak ciepły okład na stłuczone kolano, nakręcają kolejne dni w tym świecie codzienności bez kojących balsamów.

Ale do rzeczy. Jakiś czas temu zostałam zaproszona przez Joe Tetrick’a do radio TBS eFM 101.3Mhz, żeby wziąć udział w programie „The Bookend”. To nie był cud, a raczej zwykła kolej rzeczy, wypełnienie luki w segmencie „wywiad z pisarzem”. Z Joe rozmawiałam o swoich dwóch książkach, „W Korei. Zbiór esejów” oraz „Za rękę z Koreańczykiem”, o blogu i generalnie o życiu w Korei. W wywiadzie bardzo pobieżnie wspomniałam o swoim zainteresowaniu pansori, ale to wystarczyło, żeby kilka miesięcy poźniej odezwał się kolejny telefon od TBS eFM. Tym razem miałam rozmawiać na temat swojej fascynacji tym specyficznym rodzajem śpiewu w programie „Sounds of Korea”.


Ja i Joe Tetrick, gospodarz
programu "The Bookend".

Na spotkanie umówiliśmy się we wtorek wieczorem. Do południa nie wysłano mi jednak przykładowych pytań do przejrzenia. Na swoje zapytanie otrzymałam odpowiedź, że dotychczasowy gospodarz programu z powodów osobistych musiał niezwłocznie wrócić do Stanów Zjednoczonych i wywiad niestety nie będzie mógł się odbyć. W zamian jednak proponują mi innego rodzaju rozmowę – kwalifikacyjną.

To już był dla mnie jakiś cud, niesamowity zbieg okoliczności, stłumione echo własnych myśli o pozakorporacyjnej pracy w stylu Joe Tetrick’a. Przeszłam kilka rozmów, nagrałam kilka radiowych kawałków na próbę (masz za mocne „s”!) i w końcu, ku mojemu własnemu zaskoczeniu... zostałam radiowcem, a dokładniej gospodarzem programu „Sounds of Korea”. Szef radio na odchodne zapytał, jak właściwie należy wymawiać moje nazwisko. Sawińska, przez mocne „s”. Zaśmiał się. W zapowiedziach wyszło ostatecznie „Ena Sałinska”, ale niech już będzie. Trudno wymagać, żeby worek z cudami miał podwójne dno.




I tak od jutra (28 marca), w każdą sobotę i niedzielę, w godzinach bardzo porannych, bo od 8.00 do 9.00 koreańskiego czasu, będę opowiadała o gugak (국악), czyli o tradycyjnej koreańskiej muzyce. Żadne tam nudy, tylko koreańska kultura w najczystszej postaci, o której elementarna wiedza na pewno pozwoli na lepsze zrozumienie tego kraju. Oprócz wydań tradycyjnych będą też nowoczesne aranżacje gugak w atmosferze indie, k-pop itp. oraz wywiady z ekspertami, artystami, a także amatorami tejże muzyki.


Oto ramówka:



Audycji można posłuchać bezpośrednio na stronie TBS eFM 101.3Mhz lub dzięki dostępnemu tam programowi, który warto ściągnąć na twardy dysk. Ja osobiście słucham TBS eFM na telefonie dzięki aplikacji „TuneIn” – działa świetnie. Dla osób, które wolą bardziej tradycyjne metody znaleźć mnie można pod częstotliwością 101,3Mhz w Seulu i okolicach, 98,7Mhz w Kwangju oraz 93,7Mhz w Yeosu. Niestety pliki AOD nie będą dostępne ze względu na prawa autorskie do puszczanych utworów oraz zawarte w programie reklamy. Mam zamiar jednak dzielić się treścią poszczególnych audycji oraz różnego rodzaju ciekawostkami na fanpejdżu „Sounds of Korea”, więc od razu gorąco zapraszam do subscrybcji.


Nie wiem, jak Wy, ale ja jestem podekscytowana. To wspaniałe uczucie móc robić coś po raz pierwszy w życiu...


Pierwsze nagranie "Sounds of Korea".
Rozmowa z profesor Kim Hee Sun (김희선) z Kookmin University.



Koreański system obliczania wieku


W Korei pytanie o wiek jest jednym z częściej zadawanych, nawet podczas pierwszego spotkania. Odpowiedź pozwala na umiejscowienie osoby na odpowiednim szczebelku społecznej hierarchii. Do starszej od siebie osoby należy się bowiem zwracać używając określonego kanonu słów i zwrotów grzecznościowych; z osobą młodszą można sobie już natomiast pozwolić na pewną nonszalancję.

Sposób liczenia wieku w koreańskiej tradycji jest odrobinę inny niż na Zachodzie. W momencie przyjścia na świat dziecko ma już jeden roczek. Co ciekawe według kalendarza księżycowego, w którym każdy miesiąc ma po 28 dni, ciąża u kobiety trwa 10 miesięcy, co odpowiada standardowym 40 tygodniom. Być może dlatego właśnie zaokrągla się „do góry” doliczając te 2 miesiące do pełnego roku rodzącego się właśnie niemowlęcia. Druga różnica polega na tym, że 1-go stycznia (według kalendarza słonecznego lub księżycowego w zależności od indywidualnie stosowanej metody) każdej osobie dodaje się kolejny rok życia. Dlatego też w Korei dzień i miesiąc urodzin nie mają żadnego znaczenia jeżeli chodzi o kalkulowanie własnego wieku.

Brzmi to wszystko dosyć skomplikowanie, ale w rzeczywistości nie ma nic prostszego niż obliczenie swojego wieku według tradycji koreańskiej. Wystarczy posłużyć się następującym wzorem:


Bieżący rok – Rok urodzin + 1 = Wiek koreański


Dla przykładu ja w Korei mam 37 lat: mamy rok 2014, a urodziłam się w roku 1978 czyli: 2014 – 1978 + 1 = 37.

Skąd więc te wszystkie zażarte dyskusje, czy według koreańskiego sposobu liczenia jesteśmy jeden czy dwa lata starsi? Otóż pokutuje tutaj myślenie na modłę naszego własnego sytemu, w którym wiek danej osoby uzależniony jest również od dnia i miesiąca, w którym przyszło się na świat. Powtarzam, że w Korei nie ma to żadnego znaczenia. Na przykład dziecko, które przyszło na świat w Korei 31 grudnia 2013 roku następnego dnia, czyil 1 stycznia 2014 roku będzie miało już dwa lata (wg. wzoru: 2014 – 2013 + 1 = 2), mimo że według zachodniego sposobu myślenia berbeć ma tylko 2 dni!

Summa summarum różnica jednego lub dwóch lat w stosunku do koreańskiego wieku wynika z naszego, a nie z koreańskiego sposobu liczenia. Dla osób, które urodziły się na początku roku przez większość czasu (tj. po własnych urodzinach) różnica ta będzie wynosiła tylko jeden rok. Dla osób, które urodziły się pod koniec roku przez większość czasu (czyli do dnia i miesiąca swoich urodzin) będą to dwa lata – spójrzcie na przykład poniżej.









Ciekawe w Korei (i ważne!) jest też to, że w oficjalnych, czy urzędowych sytuacjach (wszelkie formularze itp.), a także w regulacjach prawnych (np. wiek przyzwolenia na czynności seksualne - 13 lat, pełnoletność – 19 lat, wiek legalnego spożywania alkoholu i palenia tytoniu - 19 lat, itp.) zawsze używa się zachodniego sposobu określania wieku.



[Zakorkowani] Koreańska etykieta i obyczaje


W kraju takim jak Korea, gdzie sposób postrzegania człowieka może rzutować na jego przyszłość, przestrzaganie norm towarzyskich to bardzo ważny element codzinnej rutyny. Łatwość i gracja, z jaką się te normy stosuje świadczy o poziomie wychowania danej osoby i przez to automatycznie przekłada się na jej konkretną ocenę w oczach innych Koreańczyków. Każdy musi dopasować się do zastanych reguł gry - w przeciwnym razie ryzykuje bezlitosny ostracyzm, który w Korei równoznaczny jest ze społeczną śmiercią.

Czasem reguły zachowania to niezwykle skomplikowane schematy, w których gubią się nawet sami Koreańczycy. Jak należy zwracać się w pracy do niższej rangą osoby, która jest dużo starsza? Ile razy podczas stypy trzeba ukłonić się przed obrazem zmarłej osoby, a ile razy przed czuwającą przy nim rodziną? W każdej sytuacji niezwykle istotne jest wyczucie i głębsze zastanowienie się nad tym, jak dany gest, czy słowo może wpłynąć na szerszą społeczność, a nie tylko na osobę, do której jest ono bezpośrednio skierowane. Etykieta i obyczaje Koreańczyków oparte są bowiem na rozumieniu jednostki jako części szerszego kolektywu. Ważnym elementem koreańskiej etykiety jest również wysławianie się w odpowiedniej formie grzecznościowej w oparciu o właściwe reguły gramatyczne oraz określone słownictwo. 

Dobra wiadomość jest taka, że zasady te mają obowiązkowe zastosowanie jedynie wobec autochtonów. Nikt nie będzie wymagał od obcokrajowca, żeby ten wiedział, jak zachować się w każdej sytuacji. Oczywiście zawsze korzystniej jest okazać zainteresowanie lokalnymi obyczajami jeżeli nie dla własnej nauki, to przynajmniej dla własnego interesu. Stąd ze swojej strony polecam przestrzeganie kilku podstawowych gestów i zachowań, które na pewno będą przyjęte przez Koreańczyków z dużym entuzjazmem. Oto one:


  • Przy powitaniu, podawaniu, lub odbieraniu czegoś jedną rękę należy podtrzymywać drugą. W interakcji z drugą osobą należy używać dwóch dłoni, ponieważ wyraża się w ten sposób swój do niej szacunek. Do tego zalecam lekki ukłon głową. 

  • Podczas nalewania cieczy (w tym alkoholu) zawsze trzeba podnieść szklankę zamiast czekać aż ktoś naleje płyn do „uziemionego” na stole naczynia. Pamiętajmy jednocześnie o podtrzymywaniu naczynia obiema rękami (patrz wyżej).

  • Przywołując Koreańczyka palce należy skierować ku dołowi i przywoływać go ruchem do siebie tak, jakby zamiatało się ku sobie jesienne liście – u nas mylnie może to być zinterpretowane jako wulgarny gest chęci pozbycia się jakiegoś natręta. W Polsce drugą osobę przywołuje się palcami skierowanymi ku górze; w Korei niestety tak woła się „jedynie na psy”. 

  • Generalnie zalecam się również małomówność, rzeczowość i nieprzerywanie Koreańczykom nawet, jeżeli chce się wyrazić swoje poparcie dla treści ich wypowiedzi. Zasada „milczenie jest złotem” świetnie się w Korei sprawdza.


Mieszkając w Korei trzeba się też na pewno przyzwyczaić do tych mniej wyszukanych (według kultury Zachodu) obyczajów Koreańczyków. Na porządku dziennym jest tutaj charkanie, głośne wciąganie makaronu, siorbanie czy mówienie z pełnymi ustami podczas posiłku, ciągłe szturchanie się i przepychanki na ulicy, czy w środkach komunikacji miejskiej, odbieranie telefonów podczas spotkań i wiele innych. Dla Koreańczyków to chleb powszedni.

W załączonym odcinku audycji „Zakorkowani” razem z Leszkiem Moniuszko opowiadamy o etykiecie i obyczajach Koreańczyków stosowanych w zwykłych codziennych kontaktach, podczas spożywania posiłków, spotkań, rozmów osobistych i biznesowych, a także podczas przemieszczania się z jednego miejsce na drugie. To bardzo przydatny poradnik dla każdego, kto wybiera się do Korei i chciałby swoją znajomością rzeczy podbić serca Koreańczyków. Zapraszam do odsłuchania:





Syn pierworodny, a kwestia dziedziczenia


Koreańska kultura faworyzuje najstarszych synów. Taki stan rzeczy stopniowo ulega rozmyciu pod coraz silniejszym wpływem zachodniego modelu rodziny, ale kilkusetletnia tradycja ciągle daje o sobie znać. Nawet w mojej rodzinie bratanków Woo Younga (mojego męża) określa się hurtowo imieniem chłopca, który na świat przyszedł jako pierwszy. Zainteresowani zdrowiem dzieciaków, pytamy się więc, jak ma się Geon, a nie jak ma się Geon i Sue. Pierworodny syn szwagra jest bezkrytycznie hołubiony, to na jego zdolności zwraca się uwagę, pozostawiając dla jego młodszej siostry jedynie powierzchowne “słodkości” na temat jej wyglądu, czego ona zresztą sama nie znosi. W konsekwencji Geon (zbyt) głośno domaga się swego, a Sue jest bardzo cicha i woli trzymać się na uboczu. Wokół starszego brata Woo Younga również unosi się jakaś specjalna aura. Z powodu rozwodu mojej teściowej, to on jest teoretycznie “głową rodziny”.

Jeszcze do nie tak dawna to najstarszy syn miał otrzymywać największą część, jeśli nawet i nie cały spadek po rodzicach. Wiązało się to przede wszystkim z tym, że pierworodny syn pozostawał pod władzą ojca nawet po ożenku i pojawieniu się własnych dzieci. Nominalną głową takiej rodziny nadal był ojciec, stopniowo przekazując „władzę” dzielącemu z nim dach synowi. Na najstarszym synu leżał obowiązek opieki nad rodzicami, ale również konieczność przewodniczenia obrządkom na cześć przodków rodziny, oczywiście tej po mieczu. Kobiety zazwyczaj spadku nie otrzymywały, jako że po zamążpójściu i tak „przepisywane” były do rejestru rodziny swojego męża. Reguły te były podyktowane myślą Konfucjusza, która to filozofia przywędrowała do Korei w XIV wieku, a uzyskała dominację jako zespół powszechnie praktykowanych reguł społecznych w wieku XVII. To wtedy właśnie patriarchalna struktura została w pełni zaadaptowana w koreańskim społeczeństwie. Ortodoksyjny neo-konfucjanizm jaki stworzyli Koreańczycy interpretował myśl Konfucjusza w o wiele bardziej radykalny sposób niż czyniły to inne kultury. To właśnie ta fundamentalistyczna odmiana konfucjanizmu była głównym czynnikiem zmiany w systemie rodzinnym Korei. Konfucjanizm w interpretacji dynastii Jeoson powoli zaczął zastępować równouprawnienie w systemie dziedziczenia (wcześniej, za panowania dynastii Koryo nawet kobiety mogły uczestniczyć w obrządkach na cześć przodków, jak i dziedziczyć po rodzicach), faworyzując najstarszego syna jako najważniejszą jednostkę w komórce rodzinnej.

Do chwili obecnej echa takiego podejścia widoczne są w strukturze koreańskiej rodziny. Co prawda najstarszy syn nie musi mieszkać już ze swoimi rodzicami (choć i tak wiele par decyduje się na to ze względu na pomoc rodziców przy wychowywaniu dzieci), ale i tak Koreanki omijają pierworodnych szerokim łukiem. W praktyce mianowicie wygląda to tak, że opieka pierworodnego syna nad rodzicami dokonuje się rękami jego żony. To synowa musi się o nich troszczyć, spełniać zachcianki, gotować i sprzątać w czasie świąt, a często i regularnie łożyć na ich utrzymanie (kobieta zazwyczaj zarządza finansami). Zadaniem pierworodnego syna jest zarabianie pieniądzy i podejmowanie decyzji. Często też w domu najstarszego syna obchodzi się większe święta takie jak Święto Dziękczynienia (Chuseok) lub Księżycowy Nowy Rok (Seollal), podczas których to on na wespół z męskim członkami rodziny składa hołd przodkom oraz zasiada do uroczystego stołu, podczas gdy usługujące kobiety spożywają posiłek osobno w kuchni. Do tej pory również wielu pierworodnych synów ma szansę na o wiele większą część spadku po rodzicach, mimo że aktualne przepisy prawa gwarantują równy udział dla wszystkich potomków niezależnie od ich płci.

Według Prawa Rodzinnego z 1989 roku, spadek po rodzicach musi być podzielony równo pomiędzy synów i córki. Dzieci mogą dziedziczyć nieruchomości, gotówkę na rachunkach bankowych, meble i inne wyposażenie mieszkania zmarłego. Co ciekawe dopiero w 1977 roku zapewniono prawo do spadku wdowie – mogła ona wtedy otrzymać spadek o tej samej wartości co najstarszy syn (aktualne ustawodawstwo w tym zakresie opisuję na końcu niniejszego artykułu). Jak to nagminnie bywa w Korei prawo prawem, a rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. W roku 2005 w 52,6% przypadków najstarszy syn otrzymał większość lub cały spadek po rodzicach; w więcej niż 30% przypadków odziedziczył on po rodzicach wszystko. Do tej pory w Korei władza nad jaebolami, czyli koreańskimi koncernami, przekazywana jest najczęściej na zasadzie męskiej primogenitury. Nie dziwi więc, że według Sądu Najwyższego liczba pozwów sądowych dotyczących podziału spadku wzrosła niemalże dziesięciokrotnie na przestrzeni ostatniej dekady: 588 spraw w 2012 roku vs. 69 w 2002. Taką sytuację przypisuje się przede wszystkim coraz bardziej świadomym swoich praw kobietom, które decydują się na walkę o prawnie należny im udział. Trzeba zrozumieć, że w społeczeństwie, gdzie zależności rodzinne są bardzo skomplikowane, pozwanie jej członków nie jest aż tak prostą decyzją – dlatego też ciągle wiele osób preferuje utrzymanie dobrych relacji z krewnymi kosztem dochodzenia własnych praw na drodze sądowej. Najstarszy syn nierzadko tę właśnie sytuację wykorzystuje.

30% koreańskiego społeczeństwa zgadza się, że męska promigenitura przyczynia się do powiększającej się nierówności pomiędzy klasami społecznymi w Korei. Ostatnie badania przeprowdzone przez Korea Institute for Health and Social Affairs wskazują jednak na duży postęp w tej materii: 65,8% badanych powyżej 50-tego roku życia deklaruje, że pozostawi po sobie równy spadek dla każdego z dzieci. Jednocześnie 15% ankietowanych planuje przekazać najstarszemu synowi przeważającą część majątku, a 4,8% cały majątek. 2,2% badanych deklaruje też, że spadek zostanie podzielony jedynie między synów, a nie córki.

Kolejną kontrowersyjną sprawą związaną z dziedziczeniem w Korei jest podatek od spadku. Ten sam majątek jest opodatkowywany dwukrotnie i to w zawrotnych sumach - w zależności od wielkości spadku podatek taki oscyluje od 10% do aż 50%. Maksymalna stawka jest prawie dwukrotnie większa niż średnia w krajach OECD, gdzie wynosi ona 26%. Ponadto pozostający przy życiu małżonek również jest opodatkowywany od majątku, który przez całe swoje życie współtworzył ze swoją połówką, jeżeli w chwili śmierci był on wpisany pod nazwiskiem zmarłego...

Dla zainteresowanych załączam wycinki z koreańskiego prawa spadkowego w wolnym tłumaczeniu (status na październik 2013 roku):

Pierwszeństwo dziedziczenia:
- Następujące osoby posiadają prawo do spadku według podanej kolejności, przy czym małżonek/małżonka zmarłej osoby jest spadkobiercą w każdym przypadku:
1. Potomkowie zmarłej osoby w linii prostej (np. dzieci i wnukowie);
2. Przodkowie zmarłej osoby w linii prostej (np. rodzice i dziadkowie);
3. Rodzeństwo zmarłej osoby
4. Krewni tej samej krwi w obrębie czwartego stopnia pokrewieństwa.

Pierwszeństwo małżonka/małżonki:
- Żyjący małżonek/małżonka w każdym przypadku otrzymuje status spadkobiercy. Jeśli zmarła osoba miała potomków lub przodków w linii prostej, małżonek/małżonka staje się współspadkobiercą o tym samym pierwszeństwie. W przypadku braku takowych małżonek/małżonka staje się jedynym spadkobiercą.

Podział ustawowo przyznanego spadku:
- W przypadku identyfikacji spadkobierców o tym samym poziomie pierwszeństwa, spadek zostanie podzielony na równe części między nich.
- W przypadku, gdy małżonek/małżonka jest współspadkobiercą razem z potomkami w linii prostej, część odziedziczona przez małżonka/małżonkę będzie 1,5 razy większa niż udział przydzielony potomkom w linii prostej.
- W przypadku, gdy małżonek/małżonka jest współspadkobiercą razem z przodkami w linii prostej, część odziedziczona przez małżonka/małżonkę będzie 1,5 razy większa niż udział przydzielony przodkom w linii prostej.


Pieniądze dobrze mieć, ale czasami to duży bół głowy... ;)



Chuseok


Od jutra w Korei rozpoczyna się Święto Dziękczynienia (Chuseok), co oznacza, że cała Korea będzie, a właściwie już jest w rozjeździe. Wszelkiego rodzaju bilety już dawno wykupione, więc spóźnialscy będą musieli wsiąść w samochód i spędzić kilka lub nawet kilkanaście godzin w trasie, żeby dotrzeć do swoich rodzin na południu. Powrót za kilka dni do prowincji Gyeonggi, gdzie mieszka 25,6 miliona ludzi (prawie połowa koreańskiego społeczeństwa!) będzie równie żmudnym przedsięwzięciem.




W okresie świątecznym, zgodnie z tradycją, młode kobiety odwiedzają rodziców swoich mężów. W domu teściów przeważnie sprzątają, gotują, usługują i szorują naczynia podczas gdy męska część rodziny spędza czas biesiadując przed telewizorem lub grając w karty – to w ramach odpoczynku od pracy ale też i z powodu zmęczenia wielogodzinnym prowadzeniem samochodu.

Jak to zwykle bywa w tego rodzaju sytuacjach, podczas świąt dochodzi do wielu kłótni rodzinnych, szczególnie pomiędzy niewiastami. Bezdzietne kobiety brane są na spytki przez swoje teściowe co do powodów swojego „jałowego” stanu; bez żenady ponagla się je, żeby w końcu spełniły swój obowiązek dopytując się o szczegółowy plan egzekucji takowego przedsięwzięcia. Kobiety, które już dzieci posiadają strofowane są za brak umiejętności kulinarnych i innych, porównywane są do innych białogłów w rodzinie. Cała frustracja młodych kobiet przenosi się na w najlepsze leżakujących mężów i często kończy się to ogólnym zgrzytaniem zębów, błyskawicami w oczach i trzaskaniem drzwiami. Ze zrozumiałych powodów większość świeżo zamężnych Koreanek szczerze świąt nienawidzi. Oczywiście od tej czarnej wizji świąt istnieją też chlubne wyjątki.

W moim przypadku w ogólnonarodowym eksodusie uczestniczyć nie musimy. Mama PWY mieszka 15 minut samochodem od naszego domu, więc możemy do niej podskoczyć w każdym momencie. Tak się też składa, że jest rozwódką, więc wszelkiego rodzaju święta, w tym i Chuseok, spędzamy w kameralnym gronie trzech osób – starszy brat PWY mieszka wraz z rodziną na Filipinach i na święta do Korei nie przylatuje.

  
Ja, teściowa i jej siostra.


Przygotowania do Święta Dziękczynienia dzielimy mniej więcej równomiernie. Zazwyczaj razem z PWY cały dzień pieczemy placuszki buchimgae. Za resztę potraw odpowiada teściowa, która woli, żeby się jej do garów nie mieszać. Wespół z PWY myjemy też naczynia, kroimy owoce itp. Prawdę mówiąc nasze spotkania świąteczne nie mają aż tak odświętnego charakteru ze względu na mocno okrojoną komórkę rodzinną. Wielu z tradycji (niestety?) też nie przestrzegamy – na przykład nie zastawiamy stołu dla przodków, którym w czasie Chuseok należy ukłonami do ziemi podziękować za wszelką w życiu pomyślność. Święta to dla mnie w sumie sama przyjemność: spożywanie domowych posiłków, wspólne gry (np. hwatu) i brzuchy rubasznie wystawione ku górze. Wszystko we właściwych proporcjach. Wspólny czas spędzamy raczej bezkonfliktowo i za ten właśnie przejaw życiowego szczęścia wypada mi chyba podziękować podczas tegorocznego Chuseok...


Prawidłowe zastawienie stołu
dla rytuału uczczenia przodków.

<Źródło>


Przykład zastawionego stołu
dla rytuału uczczenia przodków.

<Źródło>




Hwatu (Go-Stop)


W Korei wielkimi krokami zbliża się Święto Dziękczynienia (Chuseok), co oznacza między innymi, że po jednym z kolejnych sutych posiłków teściowa i PWY z nieposkromioną satysfakcją orżną mnie w karty. Oprócz dumy stracę z tego tytułu cenne zaskórniaki. Taka już moja coroczna dziękczynna dola.

Hwatu

Wszystko zaczyna się od wydobycia z dna szafy zielonego, flanelowego koca, na którym rozegra się karciana jatka. PWY wygładza rozłożony na stole pled, tasuje malutkie, grube karty, każe mi przełożyć, rozdaje. Jak zwykle wygrywam pierwsze rozdanie; to, które ma jedynie na celu przypomnienie mi zasad gry. Poprawiamy się na stołkach, PWY zaciera ręce i szelmowsko się do mnie uśmiecha. Teściowa do sprawy podchodzi ze stoickim spokojem – siedzi ze złożonymi na stole dłońmi, poziewując w poobiedniej atmosferze cielesnego rozleniwienia. 

Karty rozdane, jedziemy z tym koksem. PWY z trzaskiem rzuca karta po karcie na stół coraz bardziej marszcząc czoło w skupieniu. W oku teściowej dostrzegam iskrzenie diabelskich ogników, jej prawy kącik ust uniesiony w skrywanym półuśmiechu. Coś knuje, albo tylko udaje, że knuje próbując w ten sposób zastraszyć przeciwników. Stara wyga. Ja, jak na corocznego nowicjusza przystało, próbuję jedynie za obojgiem nadążyć ciągle plącząc się w kojarzeniu zagmatwanych obrazków. Na koniec wykładam się z drobniaków, a na pocieszenie pochłaniam smakowitą gruszkę.

Hwatu (Wojna Kwiatów), często też nazywana „Go-Stop” lub „Godori”, to bardzo popularna gra karciana mimo że do Korei zawitała podczas okupacji japońskiej w latach 1905-1945 (w Japonii gra ta nazywa się Hanafuda). Już tradycyjnie rozrywka ta jest obowiązkowym punktem rodzinnych spotkań podczas obchodów Księżycowego Nowego Roku (Seollal) oraz Święta Dziękczynienia (Chuseok). Wielu starszych ludzi namiętnie grywa w hwatu w parkach lub u podnóża gór; znane są też przypadki nielegalnych gier o wielkie pieniądze.

Talia hwatu składa się z 48 kart podzielonych na 12 zestawów po 4 karty oraz (zazwyczaj) 4 karty specjalne. Naukę gry należy rozpocząć od zapamiętania, jak każdy z tych zestawów wygląda:




W hwatu najczęściej grają trzy osoby. Osoba znajdująca się po prawej stronie rozdającego przekłada karty na dwie części (rozdaje się wtedy karty z dolnej kupki) lub pozostawia je bez zmian klepiąc górę talii (karty rozdawane są wtedy z całej puli). Rozdający odlicza sobie cztery karty, a następnie w kerunku przeciwnym do wskazówek zegara obdarowuje nimi pozostałych graczy (znowu cztery karty na osobę). Kolejne trzy karty wyłożone zostają na środek obrazkami ku górze. Kontynuując, każdemu z graczy rozdane zostają dodatkowe trzy karty (każdy ma razem siedem kart) oraz dodatkowe trzy karty wykładane są na stół (razem sześć kart). Pozostałe karty pozostają w kupce.

Podstawową zasadą gry jest dobieranie kart z tego samego zestawu i odkładanie ich na bok celem kolekcji punktów. Rozdane karty kojarzy się z tymi, które leżą na stole według zestawów z powyższej tabelki. Gdy nie posiada się żadnej pasującej karty należy wziąć pierwszą z kupki na stole. Gdy nowej karty w dalszym ciągu nie możemy zestawić w parę, zostawiamy ją na stole dla kolejnych graczy. Każde skojarzone ze sobą karty odkładamy na bok – to nasze potencjalne punkty.

Odłożone na bok karty należy układać w „grupy”, dzięki którym obliczymy wynik każdego z graczy:

1. Kwang („Światełka”): kolekcjonowane według chińskiego znaku , który oznacza “światło” lub “jasność”.




Punkty:
  • 5 kart = 15 punktów
  • 4 karty = 4 punkty
  • 3 karty = 3 punkty, jeżeli w komplecie nie ma karty kwang poniżej.
  • 3 karty = 2 punkty, jeżeli w komplecie znajduje się karta kwang poniżej.



2. Yul („Zwierzęta”): kolekcjonowane według rysunków zwierząt.




Punkty:
  • 5 kart = 1 punkt; każda dodatkowa karta powyżej pięciu to 1 dodatkowy punkt (np. 6 kart yul = 2 punkty, 7 kart yul = 3 punkty itd.)
  • 7 kart i więcej = podwojenie wszystkich punktów zebranych w grupie kart yul, ale także tych zgromadzonych we wszystkich innych grupach
  • W przypadku zebrania kompletu kart poniżej (ptaki) otrzymuje się 5 punktów (tzw. godori)



Uwaga: Poniższe karty nie uważa się za karty z ptakami:



3.  Tti („Wstążki”): kolekcjonowane według rysunków wstążki (4 „rodziny”!)





Punkty:
  • 5 kart = 1 punkt; każda dodatkowa karta powyżej pięciu to 1 dodatkowy punkt (np. 6 kart tti = 2 punkty, 7 kart tti = 3 punkty itd.)
  • 3 karty z tej samej „rodziny” = 3 punkty (karta z czwartej „rodziny” liczy się jedynie jako karta tti)

4. Pi („Śmiecie”): pozostałe karty, które posiadają jedynie obrazek rośliny bez dodatkowych elementów.





Punkty:
  • 10 kart = 1 punkt; każda dodatkowa karta powyżej dziesięciu to 1 dodatkowy punkt (np. 11 kart pi = 2 punkty, 12 kart pi = 3 punkty itd.)
  • Karty pi poniżej dodają do całkowitej sumy po 2 punkty każda.



Celem gry jest zdobycie jak największej ilości punktów (przed grą określa się monetarną równowartość takowych). W momencie, gdy jeden z graczy ma co najmniej 3 punkty musi zadeklarować się, czy gra dalej („Go”), czy kończy grę („Stop”). W przypadku zakończenia gry do jego 3 punktów dolicza się punkty zdobyte do tej pory przez pozostałych graczy. Jeżeli gracz wyraża chęć dalszej gry jego prawo do „Go”/”Stop” odnawia się jedynie w momencie zwiększenia się ilości jego punktów. W momencie wyrzucenia ostatniej karty można zawołać jedynie „Stop”. W sytuacji, gdzie nikt nie może zawołać „Stop” (bo na przykład nie ma minimalnej ilości punktów), ten sam rozdający ponownie tasuje karty, a w następnej rundzie punkty są podwajane (nagari). Jeżeli jeden z graczy w swoim rozdaniu posiada wszystkie cztery karty dowolnego z dwunastu zestawów opisanych w tabelce powyżej, od ręki otrzymuje 5 punktów (bez doliczania punktów uzbieranych przez pozostałych graczy) i runda kończy się (chong tong). 



I tyle jeżeli chodzi o absolutne podstawy. Do tego dochodzi cała litania punktów ekstra, kart bonusowych, kar, ustaleń indywidualnych; zasad, w których rozeznać się mogą tylko stali gracze. Pewnie dlatego z reguły przegrywam z kretesem, wzbudzając w tym niezrozumiałą wesołość mojej koreańskiej rodziny. Ale nic to – na koniec zjadam moją ogromną gruszkę, którą na utopienie smutków obiera mi teściowa, a wygrana PWY i tak wraca do mojego portfela.

No i ile jest przy tym zabawy!



Anna aka Corleone


Koreańczycy na moim nazwisku łamią sobie język. Widziałam i słyszałam już wiele interesujących wariacji na temat „Sawińska”: ci z większym talentem osiągają poziom „sałinski”; ci, którzy w ogóle nie mają pojęcia o językach obcych lub innych kulturach kończą wariacją często dla mnie nie do rozszyfrowania. Zdarzyło się, że na jakiejś konferencji moja plakietka identyfikacyjna przybrała formę „Sakiwnaka”. Nie mogłam siebie przez moment odnaleźć, bo myślałam, że chodzi o Japonkę.

W koreańskiej rzeczywistości występuję pod przyjaznym uchu, wszystko określającym przydomkiem „Anna” (Koreańczycy przedstawiają mnie obcokrajowcom) lub „Anna 과장” („kwajang”, czyli menedżer) (Koreańczycy przedstawiają mnie innym Koreańczykom). Mimo że jest to jedno z bardziej popularnych imion i tak każdy wie, o kogo chodzi więc zbytnio nie wadzi mi to. Wyobrażam sobie, że jestem takim „capo di tutti capi", tym jedynym “Corleone”, o którym każdy wie tyle, ile potrzeba.

W sumie mogłabym nazywać się Anna Park – prosto, dla wszystkich zrozumiale i nawet zmieściłabym się w koreańskich trzysylabowych rubryczkach formularzy. Niestety po koreańsku „Park Anna” czyta się dosłownie „pak anna”, a „pak” to tak samo jak angielskie „fuck”, bo Koreańczycy zamiast „f” wymawiają „p”. Wychodzi z tego raczej mało korzystna mieszanka. Obstaję przy „Corleone”.

Dobór odpowiedniego imienia to w Korei sprawa nietuzinkowa. Nawet aliasy w adresach emailowych potrafią powalić z nóg. W mojej firmie, która sprzedaje platformy wiertnicze, czy największe na świecie tankowce znalazłam między innymi następujące: „tiger”, „mooninus”, „leader”, „trueman”, „angel”, czy „princessa”...

Wracając jednak do imion... Rodzice na długo przed narodzinami dziecka głowią się na dwoma sylabami, które swoim znaczeniem mogą zaważyć na całej przyszłości pociechy. Radzą się więc rodziny, radzą się przyjaciół i współpracowników, a po przyjściu dziecka na świat czym prędzej udają się do namiotowego wróżbity lub innego rodzaju medium, którzy rekomendują zlepek sylab odpowiednich dla układu gwiazd podczas narodzin („saju” to wiara, że godzina i data urodzin determinuje przeznaczenie człowieka). Wszystko dla życiowego sukcesu potomka.

Zdarza się niestety tak, że pomyślność omija bardziej dorosłe już dziecko szerokim kołem. Rodzic może wtedy zakomenderować zmianę imienia po to, żeby przechytrzyć mało przychylny los. Z taką propozycją często wychodzi też sama pociecha zdesperowana swoim położeniem – zazwyczaj chodzi o znalezienie partnera, którego mimo intensywnych randek w ciemno usidlić nie sposób. A imię o bardziej znamienitych cnotach lub takie, które lepiej pasuje do charakteru człowieka może w tym przedsięwzięciu dopomóc. Do zmiany podchodzi się bardzo poważnie. Często jest to bardzo drobiazgowo przeprowadzany proces angażujący całą rodzinę tak, żeby zapewnić właściwe rezultaty.

W ostatnim dziesięcioleciu imiona zmieniło około 725 000 Koreańczyków. W 2005 roku Sąd Najwyższy uchwalił ustawę, która w dużym stopniu upraszcza procedurę zmiany imienia. Obecnie wystarczy jedynie złożyć wniosek podparty racjonalnym uzasadnieniem. Motywacją mojej koleżanki Kim Seon Mi było to, że w jej firmie pracowało około dziesięciu dziewczyn o tym samym brzmieniu imienia i nazwiska. Kim Seon Mi figuruje teraz w moim telefonie jako Kim Min Joo. Min Joo twierdzi, że w końcu czuje się z samą sobą o niebo lepiej. Za jednym zamachem poddała się też operacji plastycznej oczu i jest przekonana, że jej zamążpójście to teraz już tylko kwestia roku, góra dwóch lat.

Ja tam obstaję przy swoim „Corleone”.



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...