Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koreański system zdrowotny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koreański system zdrowotny. Pokaż wszystkie posty

Amniopunkcja


Leżałam na górnym materacu piętrowego łóżka. Jak urzeczona wpatrywałam się w sufit akademika, który mienił się kolorami i falował pod wpływem dotknięcia mojej dłoni. Był tak fascynujący, że nie mogłam od niego oderwać wzroku przez kilka bitych godzin. Do tej pory nie wiem, co mi zapodano. Lekarstwa były, jak to w Korei, zapakowane w praktyczne, plastikowe woreczki – porcja pigułek na jedno połknięcie 30 minut po posiłku. Koreańskich nazw na kopercie zbiorczej nie byłam w stanie odczytać, a opakowania i ulotki po lekach zostały w aptece. To było 11 lat temu i od tamtej pory ani razu nie poszłam w Korei do lekarza, żeby leczyć się z przeziębienia. Na początku polegałam na znanych mi lekarstwach z Polski, a z czasem w ogóle ograniczyłam ich łykanie licząc na to, że długi sen, gorące kąpiele, pożywne posiłki i odpoczynek w domu zrobią swoje.




O koreańskiej służbie zdrowia można powiedzieć wiele dobrego. Te dobre strony obracają się wokół dostępności badań medycznych, powszechności specjalistycznego sprzętu, szybkości obsługi klienta, a także profesjonalizmu tych bardziej wyspecjalizowanych lekarzy. Istnieje jednak tutaj wiele rozwiązań, które szczególnie z punktu widzenia cudzoziemca, stanowią poważną zagwozdkę. Koreański pacjent przyzwyczajony jest mianowicie do całkowitej wiary w diagnozę lekarza, która wygłaszana jest jednym tonem z szybkością kul wypadających z kałasznikowa (dobrze ten ton obrazują ostrzeżenia wypowiadne tuż po telewizyjnej reklamie jakiegoś leku). Jeżeli pacjent czegoś nie zrozumie, to już jego sprawa. Obcokrajowcy mają z tym ogromny problem. Nie chodzi tutaj jedynie o język, ale o to, że każde pytanie, każda próba zrozumienia logiki stojącej za taką diagnozą i przepisanym lekami traktowane są przez koreańskich lekarzy jako kwestionowanie ich autorytetu. To duże faux pas, rzecz nie na miejscu, brak manier. Nie wspominając już, że każde pytanie i odpowiedź to minuta, która kosztuje. W społeczeństwie, w którym zgromadzona na koncie mamona jest najbardziej wymiernym wyznacznikiem wartości człowieka, koreańscy lekarze mają przecież zarabiać, a leczenie to tak przy okazji jako pozytywny efekt uboczny. Z tego powodu zdarza się, że koreańscy lekarze okazują cudzoziemcom zniecierpliwienie, machają protekcjonalnie ręką, żeby się niczym nie przejmować oraz ponaglającymi gestami i wiele mówiącym wzrokiem niemalże wypychają człowieka za drzwi.

A warto pytać. Warto konsultować się z innymi lekarzami oraz pacjentami znajdującymi się w podobnej sytuacji, warto się samemu doszkalać, warto nawet szukać w internecie (oczywiście w poważnych źródłach). Powiedziałabym, że akurat w Korei to jeden z tych obszarów, gdzie asertywność i zachowanie zdrowego rozsądku (a czasem nawet zimnej krwi) jest jak najbardziej na miejscu. W przeciwnym razie można zostać albo finansowo nabitym w butelkę (niepotrzebne badania, zabiegi), albo nawet zapłacić za brak stanowczości lub ślepą wiarę w autorytet swoim własnym zdrowiem. Dla przykładu w Korei absolutną koniecznością jest sprawdzanie przepisanych leków. Niektórzy z tutejszych lekarzy potrafią wypisywać góry silnych antybiotyków lub sterydów na zwykłe przeziębienie, pigułki, które średnio mają się do opisywanych symptomów choroby. Co poniektórzy mają też niestety poważne braki jeżeli chodzi o wiedzę co do interakcji przepisywanych leków z innymi medykamentami. Zdarza się też, że obcokrajowcom z jakiegoś powodu dodatkowo ot tak wypisuje się coś na uspokojenie i lepsze trawienie...

W Korei przeszłam poważną operację kolana. Nauczona jednak doświadczeniem sprzed 11 lat, najpierw znalazłam odpowiadającego mi specjalistę, odwiedziłam go kilkakrotnie, a planowany przebieg operacji skonsultowałam bezpośrednio z lekarzami medycyny sportowej w Polsce. Wszystko skończyło się powodzeniem, kolano jak ta lala. W Korei także leczyłam dyskopatię – wtedy to nogami i rękami musiałam bronić się przed zaleceniami „standardowo” wykonywanej operacji, dawkowanymi mi nie tylko przez lekarzy, ale również moich licznych współpracowników, którzy masowo przechodzili zabieg obcięcia wystającej części dysku. Na operację nie zdecydowałam się, zaczęłam regularnie ćwiczyć oraz pływać i od kilku lat jestem w jak najlepszej formie. Te bezpośrednie doświadczenia oraz liczne opowieści innych cudzoziemców mieszkających w Korei nie przygotowały mnie jednak na kolejną odsłonę koreańskiej służby zdrowia – szantaż emocjonalny.




W zeszłą sobotę udałam się na wizytę kontrolną do szpitala ginekologicznego. Zrobiliśmy USG naszego 12-tygodniowego bardzo ruchliwego dzidka, a następnie poszliśmy porozmawiać z panią doktor. Skądinąd bardzo fajna lekarka (pierwsza wygoniła PWY z gabinetu i konspiracyjnie zapytała, czy mam zamiar urodzić dziecko) powiedziała, że wszystko wygląda w porządku, a następnie ni stąd ni zowąd zapytała, czy już zdecydowaliśmy się na amniopunkcję. Zdębiałam. Jeszcze raz upewniłam się, czy aby USG nie wykazało jakichś nieprawidłowości. Pani doktor potwierdziła, że wszystko jest w normie, ale w przypadku, gdy matka ma ponad 35 lat zdecydowanie zaleca się zabieg nakłucia jamy owodni oraz pobrania próbki celem wyeliminowania ewentualnych chorób genetycznych u dziecka. O amniocentezie już czytałam, konsultowałam też sprawę z moimi trzema doświadczonymi koleżankami i absolutnie nie widziałam wskazań, żeby narażać siebie i dzidka na tak inwazyjny zabieg. Poinformowałam lekarkę, że mam 37 lat, więc nie aż tak daleko od górnego pułapu, i że ani u mnie w rodzinie, ani w rodzinie PWY nie było przypadku jakiejkolwiek choroby genetycznej. Do tego istnieją też przecież inne metody badania na trisomię, oparte na próbkach krwi. I tutaj pani doktor wystrzeliła z grubej rury. W Korei matki poddają się procedurze, bo chcą mieć pewność, że  ich dziecko jest zdrowe. Testy z krwi dają niewielkie prawdopodobieństwo prawidłowości wyniku (w teorii ok. 90%, w rzeczywistości ok. 70%), a amniopunkcja jest procedurą o najwyższej precyzji i jednocześnie pozwala na cały wachlarz badań genetycznych. Do tego wcale nie jest taka ryzykowna, jak to się powszechnie opisuje. Z tego powodu koreańskie mamy poddają się zabiegowi raczej standardowo.

Oboje z PWY zaczęliśmy się pocić, rozpięliśmy kurtki. Pani doktor, coraz bardziej zniecierpliwonym głosem, wytłumaczyła wszystko raz jeszcze PWY, tym razem po koreańsku. Ku mojemu  zdumieniu PWY zaczął przychylać się do jej propozycji. W tym momencie przeprosiłam i poprosiłam o kolejną rozmowę za kilka minut. Wyszliśmy z PWY na korytarz i pół godziny spędziliśmy na rozmowie, a w gruncie rzeczy ja spędziłam ten czas na przekonywaniu PWY o bezzasadności amniocentezy. Oprócz mojego wieku (a nie mam przecież lat 50-ciu!) nie było przecież absolutnie żadnych wskazań do jej przeprowadzenia. W końcu, już totalnie w rozterce (no bo przecież też chciałabym być tak odpowiedzialną mamą jak te wszystkie cytowane Koreanki), zdecydowałam się na telefon do obeznanej w temacie koleżanki. Okazało się, że to był dobry krok. Monika swoim zdecydowanym głosem wzięła mnie w obroty, przypomniała to wszystko, o czym przecież już wiedziałam i absolutnie kazała robić na razie badania krwi. Ponownie weszliśmy do gabinetu i zakomunikowaliśmy lekarce o naszej decyzji. Pani doktor poinformowała nas, że koszt takiego testu krwi to 1,000,000KRW (ok. 3tys. zł), a amniopunkcji to jedyne 700,000KRW (ok. 2,1tys. zł). Znowu zgłupiałam, ale nie zdążyłam wykrztusić z siebie słowa, bo asystentka wprowadzała już inne, ogromnie nabrzmiałe pacjentki.

Przy recepcji wypełniliśmy formularze badania NIFTY. Okazało się, że wyniki możemy poznać dopiero za trzy tygodnie, bo próbka mojej krwi musi polecieć do... Hong Kongu. Znowu mnie coś tknęło. Zaczęłam analizować korespondencję z doświadczonymi mamami, które twierdziły, że w Polsce podstawowy test krwi jest zupełnie darmowy i wykonywany od ręki. Zapytałam asystentki, czy szpital nie wykonuje podstawowego testu PAPP-A. Młoda kobieta zrobiła duże oczy i powiedziała, że nigdy o czymś takim nie słyszała. Trochę szarpałyśmy się w tej naszej kulawej konwersacji, aż w końcu w oko wpadła mi broszurka reklamowa szpitala. Sprawdziłam w środku i masz babo placek – test PAPP-A czarno na białym. Koszt 50,000KRW (ok. 150zł). Asystentka skomentowała to lekceważącym „aaaaaa” i wysłała nas raz jeszcze do pani doktor. Pani doktor na nasz widok widocznie zbladła. Poprosiłam o wyjaśnienie, jaka jest różnica między testem PAPP-A, a NIFTY i dlaczego mamy robić ten drugi. Okazało się, że kwestia leży w precyzji obu testów (różnica moim zdaniem niewielka). Test PAPP-A wykonywany jest w Korei standardowo i nikt na niego za bardzo nie zwraca uwagi. Służy jedynie do porównania z wynikami NIFTY lub amniopunkcji dla całkowitej pewności, że wszystko jest w porządku. Na czole PWY zaczęły pojawiać się krople potu, ze mnie zeszło powietrze. Z gabinetu czym prędzej wyszliśmy, wyrzuciliśmy wcześniej wypełniony formularz, po czym oddaliśmy moją krew do badania PAPP-A. Zdecydowaliśmy, że do tematu amniopunkcji wrócimy jedynie w przypadku, gdyby wyniki wskazywały na jakieś nieprawidłowości. Uff...

Z powyżej opisanego doświadczenia wyciągnęłam kolejne nauki co do bliskich spotkań z koreańską służbą zdrowia. W razie ogólnego zgłupienia (w Korei jest takie piękne słowo oddające ten stan rzeczy: menbung/멘붕) warto raczej wyjść i zażyć świeżego powietrza, zamiast podejmować w tym stanie jakiekolwiek decyzje. A jak  to nie pomaga, trzeba zadzwonić do swojej Moniki. Nawet jeżeli miałoby to być skoro świt w sobotę...





[Zakorkowani] Koreańska opieka medyczna


„W Seulu funkcjonuje kilka wielkich szpitali. Najlepsze to placówki uniwersyteckie, z których każda przoduje w jakiejś konkretnej dziedzinie medycyny. Podobnie jak same uniwersytety, szpitale te to bezustannie rozprzestrzeniające się monstra gmaszysk, które swoją przytłaczającą strukturą i rozmiarem konfundują co poważniej chorych pacjentów. Wrażenie matni, kolejki i dosyć taśmowe podejście do zabiegów (wszystko załatwia się w trybie beztchowym „ppalli, ppalli” – „szybko, szybko”) odstraszają tych o słabszych nerwach. Ze szpitalami ogólnymi konkurują więc małe, specjalistyczne kliniki (ginekologia, dentystyka, dermatologia, kosmetyka plastyczna, choroby wewnętrzne, ortopedia, itd.), niekoniecznie droższe, usytuowane zazwyczaj na jednym lub dwóch piętrach ponuro wyglądających, kwadratowych budynków. Znajdzie się tam miejsce na przytulną recepcję, gabinet przyjęć, salkę operacyjną i kilka pokoi z łóżkami. Wszystkie potrzebne badania specjalistyczne, jak na przykład rezonans magnetyczny lub zdjęcia rentgenowskie, wykonuje się jednak w szpitalach ogólnych. Tam też odwozi się pacjenta w przypadku komplikacji. Wśród tego najbardziej zelektronizowanego i internetowo najaktywniejszego społeczeństwa na świecie opinie o klinikach rozchodzą się z porażającą szybkością błyskawicy. Wybór kilku najbardziej rekomendowanych jest dosyć prosty” (...)


Zdrowie



Koreańczycy dbają o swoją tężyznę. Zdrowie jest jednym z ważniejszych tematów rozmów, wiadomości telewizyjnych i artykułów. Jest to zagadnienie stale obecne w świadomości koreańskiego społeczeństwa, czasem aż do przesady – zdarzyło się, że w całym Seulu nie można było dostać słoniny po tym, jak w dzienniku telewizyjnym ogłoszono jej cudotwórczy wpływ na skórę (kolagen!). O tak, kwestie piękna i zdrowia często są tutaj ze sobą utożsamiane.

Dzięki uprawianiu sportu, masowym wspinaniu się na góry, chodzeniu na saunę, zdrowemu odżywianiu oraz wzmacniaczom z zakresu medycyny chińskiej (tzw. „hanyak”/한약) Koreańczycy wyrabiają sobie nadwyżkę zdrowotnych punktów, które odhaczają podczas pijackich kolacji oraz wydają na stres związany z nieludzkimi godzinami i sposobem pracy. W ogólnym bilansie prawdopodobnie wychodzą na swoje – według statystyk ONZ z 2010 roku średnia długość życia Koreańczyków to 80 lat (mężczyźni: 76,48 i kobiety: 83,25).
  


Typowa porcja hanyaku – wywaru z ziół, kory drzew,
suszonych insektów (np. cykad), cebuli, czerwonego żeńszenia, a czasem nawet w całości gotowanej kozy lub kota. Hanyak przygotowywany jest zazwyczaj przez ośrodki medycyny chińskiej tzw. haneuiwon/한의원 po uprzednim zdiagnozowaniu problemu zdrowotnego. W haneuiwonie również aplikuje się akupunkturę oraz bardziej tradycyjne formy rehabilitacji jak na przykład pobudzanie prądem, nagrzewanie lampami itd.
<Źródło>

Szafka ze składnikami chińskiej medycyny w ośrodku medycyny orientalnej – haneuiwon/한의원.
<Źródło>

 W Korei koncepcja zwolnienia chorobowego praktycznie nie istnieje. Przez ostatnich 9 lat pracy zawodowej nie spotkałam żadnej osoby, która nie przyszłaby do pracy z powodu „jakiegoś tam” przeziębienia. W przypadkach ekstremalnych, kiedy już trzeba prawie wynosić delikwenta nogami do przodu, pracownicy wykorzystują swój zwykły płatny urlop, żeby dojść do siebie. W międzyczasie jednak gorączkujące, zakatarzone i kaszlące osoby chodzą do pracy zarażając tych o słabszym systemie odpornościowym, po czym wszyscy kolektywnie sobie chorują. Niektórzy mają odrobinę więcej poważania dla swoich kolegów i zakładają ochronne maseczki, które chyba jednak w ostatecznym rozrachunku też nie za wiele pomagają. Gdy przeziębienie nie przechodzi wychodzi się na chwilę do lekarza, który najczęściej aplikuje zastrzyk (nie mam pojęcia, jaka jest jego zawartość, ale poprawa jest niemalże natychmiastowa) oraz wypisuje receptę. Są tacy Koreańczycy, którzy leków na przeziębienie nie uznają – podczas 10-letniej znajomości z PWY nigdy nie widziałam, żeby przyjmował on jakiekolwiek pigułki z wyjątkiem witaminy C połykanej z niejaką irytacją za moim nagabywaniem.

Oprócz prewencyjnych szczepionek Koreańczycy mają wiele wypróbowanych sposobów na zwalczanie sezonowych choróbsk. W przypadku osłabienia organizmu w zwykłym sklepie spożywczym można kupić podgrzaną wodę miodową (꿀물) lub ssanghwacha (쌍화차), gorzkawy wywar z ziół, który ma za zadanie ustabilizować podupadłe zasoby życiowego wigoru („ssang” oznacza energię yin i yang, „hwa” harmonię). Wiele osób z tego samego powodu regularnie zażywa produkty z czerwonego żeńszenia (hongsam/홍삼): esencje, wywary, herbatki, cukierki, żelki, pigułki z koncentratem, zwykłe tabletki i wiele innych (o Festiwalu Żeńszenia i samym żeńszeniu więcej tutaj). Moim ulubionym wzmacniającym napojem jest zdecydowanie sibjeon daebocha (십전 대보차), gorący wywar z dziesięciu różnych składników – bliżej mi nieznanych ziół medycyny orientalnej – z dodatkiem orzechów włoskich i wysuszonych owoców jujuby. Napój dobry jest podobno na stan chronicznego zmęczenia lub właśnie w przypadku przeziębień.

Sibjeon daebocha (십전 대보차) w jednej z moich ulubionych herbaciarni na rynku Namdemun.



Korzeń żeńszenia

 Warto też wspomnieć o „herbatkach marmoladkach” i ich dwóch najważniejszych przedstawicielach: yujacha (유자차), napoju z cytronu/cedratu (przez długi czas święcie wierzyłam, że to pigwa!), oraz saenggangcha (생강차), czyli napoju z imbiru. Herbaty tego rodzaju kupuje się w słoikach, bardzo często z dodatkiem miodu, a ich konsystencja przypomina tę marmolady – wystarczy zalać gorącą wodą kilka łyżek rozrzedzonego dżemu z kawałkami cytronu lub imbiru i voilà. Trunek z cytronu posiada dużo witaminy C, a imbir znany jest ze swojego korzystnego wpływu na procesy trawienne i układ krążenia.


Zalana marmoladka z cytronu/cedratu 
tzw. yujacha/유자차.



Słoik marmolady z imbiru (tzw. saenggangcha/생강차), 
z którego przyrządza się gorący napój. 
Na zdjęciu wersja z miodem.


Rynek medycyny orientalnej.

Powyższe przykłady to jedynie niewielki fragment koreańskiej kultury zdrowia. Na co dzień Koreańczycy rozróżniają też pokarm bardziej odpowiadający danej płci (mnóstwo przykładów poprawiających męską staminę takich jak sfermentowana płaszczka lub węgorz), wiekowi, ale też i w zależności od poziomu „wewnętrznego ciepła” człowieka. Starsze pokolenie, w tym i moja teściowa, zbiera zioła w górach (np. odmianę bylicy ssuk/) lub pije wodę zbieraną z naciętych drzew. W Seulu jest kilka dużych rynków dedykowanych wyłącznie medycynie orientalnej (np. w okolicach Jaegi-dong), gdzie można kupić specyfiki na wszelkie możliwe dolegliwości. Przykłady można mnożyć w nieskończoność. Zamiast tego dla pamięci szybka powtórka z Jana Kochanowskiego z życzeniami Zdrowia ode mnie.


„Na zdrowie”

Ślachetne zdrowie
Nikt się nie dowie,
Jako smakujesz,
Aż się zepsujesz.
Tam człowiek prawie
Widzi na jawie
I sam to powie,
Że nic nad zdrowie
Ani lepszego,
Ani droższego;
Bo dobre kamienie,
Także wiek młody
I dar urody,
Mieśca wysokie,
Władze szerokie,
Dobre są, ale -
Gdy zdrowie cale.
Gdzie nie masz siły,
I świat niemiły.
Klinocie drogi,
Mój dom ubogi
Oddany tobie
Ulubuj sobie!



Zabieg



Nie byłam w stanie zaparkować. Z niezrozumiałych przyczyn wykonywałam dziwaczne manewry, aż w końcu po prostu rozpłakałam się. Przycupnęłam samochodem na moment, żeby odetchnąć i skoncentrować się. Zamiast wzięcia się w garść łzy popłynęły jeszcze bardziej rwącą rzeką. Po raz czwarty spróbowałam wjechać na wolne miejsce parkingowe, ale i tym razem bez powodzenia – obdarłam o słup cały bok, na zasadzie „niech się dzieje, co chce”. Byłam zdumiona. Nie wiedziałam, co się dzieje. Zazwczaj z parkowniem nie mam zbytnich problemów. Dopiero kiedy spróbowałam wyjść z samochodu doszło do mnie, że koszmar powrócił. Ogromny ból, którego bezwiednie nie chciałam przyjąć do wiadomości, a który zupełnie odebrał mi możliwość normalnego myślenia. Kręgosłup.

Kilka miesięcy temu wypadł mi dysk. Nie byłam w stanie nałożyć skarpetki, podnieść filiżanki herbaty, czy umyć głowy. Przez kilkanaście dni byłam jak wmurowana w łóżko (jest taka scena w „Gwiezdnych Wojnach”, gdzie Han Solo zamrożony zostaje przez Darth Vader’a w karbonitowej płycie – jego zatopiona twarz dokładnie oddawała moje samopoczucie). Wszyscy lekarze, do których się zwróciłam jednomyślnie zalecali operację. Odmówiłam. Przez prawie rok ćwiczyłam, pływałam, chodziłam na fizjoterapię, jednocześnie pracując i latając po kilkanaście (czasem kilkadziesiąt) godzin niemalże co miesiąc to tu, to tam. Pamiętam tylko jeden tydzień bez absolutnie żadnego bólu – podczas wakacyjnej podróży po Słowacji. 

Tym razem poszłam do szpitala z głębokim pragnieniem odcięcia wypadniętego dysku. Znowu na zasadzie „niech się dzieje, co chce”, „zrobiłam wszystko, co było w mojej mocy”. Operacja endoskopowa jest dosyć standardowa i mało inwazyjna. W uproszczeniu: na boku robi się niewielkie nacięcie (dzięki temu nie narusza się mięśni wokół kręgosłupa), wprowadza endoskop i odcina część dysku uciskającego na nerwy. Zazwyczaj pacjent wraca na drugi dzień do domu z natychmiastową poprawą, która przy odrobinie ćwiczeń trwać może do końca życia. 

Niepomiernie zdziwiłam się liczbą osób w naszej firmie, które taką operację przeszły. Każda osoba, z którą rozmawiałam miała jakiś problem z kręgosłupem. Bez wyjątku każdy miewał od czasu do czasu ostre bóle w krzyżu, z którymi walczył za pomocą ćwiczeń, pływania lub akupunktury. Doszłam do wniosku, że to kolejna choroba cywilizacyjna. Nasze ciała przez dziesiątki tysięcy lat prawie w ogóle nie ewoluowały jeżeli chodzi o układ kostny. Strukturalnie jesteśmy zbudowani do ciągłego poruszania się (zdobywanie pożywienia), a nie do siedzenia przez kilkanaście godzin przed komputerem lub w samolocie. Kolejne piekiełko „cywilizacji”, które sami sobie zgotowaliśmy.

W ciągu kilku lat poziom usług medycznych adresowanych do obcokrajowców uległ niesamowitej poprawie. W Seoul National University Hospital skierowano mnie do specjalnie utworzonego International Health Center, gdzie niemal natychmiast mogłam spotkać się z lekarzem ogólnym, mowiącym świetnie po angielsku. Koreańczycy muszą czekać w długiej kolejce, żeby dostać się do jakiegokolwiek doktora w dużym szpitalu (a właśnie te uniwersyteckie cieszą się najlepszą reputacją). Recepcjonistka sprawnie zarezerwowała mi wszelkie badania, zdjęcia MRI, rentgen, pobieranie krwi. Po szpitalu oprowadzała mnie wolontariuszka, dzięki której mogłam złożyć moje umęczone ciało na leżankach zamiast martwić się, do których drzwi zajrzeć, gdzie wziąć numerek, gdzie zapłacić, i gdzie w końcu stanąć w kolejce. W sytuacji, gdzie ból praktycznie odbiera zmysły, to prawdziwa ulga. Zbawieniem też jest teściowa, która wozi pacjentkę w pozycji horyzontalnej na tylnym siedzeniu swojego samochodu.

Neurochirurg również mówił po angielsku. Ogromnie zdziwił się porównując zdjęcia z rezonansu magnetycznego z zeszłego roku i wykonane obecnie. Dysk praktycznie wrócił na swoje miejsce – nastąpiła ogromna poprawa! A to wszystko dzięki ćwiczeniom. Niestety okazało się, że przyczyna bólu jest tym razem o wiele poważniejsza, ale że jestem jeszcze młoda (!), to mam szansę na poprawę. Tymczasem zalecił zastrzyki ze steroidami aplikowanymi na żywca w kręgosłup (epidural cortisone injection, tzw. znieczulenie zewnątrzoponowe), które natychmiast miały złagodzić ból. I znowu okazało się, że ludzie wokół mnie mają duże z takowymi doświadczenia. Ba, niektórzy poddają się zabiegowi co kilka miesięcy! W jakim ja świecie żyję?

Kroplówka, weflon, testy na alergię i w końcu zabieg. Trzeba mieć dosyć mocne nerwy, żeby poddać swój kręgosłup koreańskim lekarzom. Są oni znani z brawury (która czasem daje olśniewające wyniki) – ale też i niesamowitej precyzji – oraz kulturowego zaprogramowania „ppali, ppali” („szybko, szybko”). Zakapturzeni asystenci wtaszczyli mnie na stół ze specyficznymi gąbczastymi wypukłościami celem przyjęcia odpowiedniej pozycji, ponakrywali płachtami eksponującymi jedynie odcinek lędźwiowy, wyjodynowali i zaczęło się. Tak, jak podejrzewałam – wszystko w trybie zagrożenia pożarowego, które znacznie wpływało na szybkość bicia mojego serca (puls zdradzał mój stan dźwiękiem rozbrzmiewającym po całej sali). Lekarz powiedział: „nie ruszaj się”, „teraz zaboli” i bez żadnej przerwy na przygotowawczy oddech zatopił pierwszą z igieł (chyba?) w kręgosłupie. Potem drugą i trzecią. Coś tam nie bardzo pasowało (prawidłowe ułożenie monitorowane jest na rentgenie) więc powiercił trochę przyprawiając mnie o siódme poty, poobjaśniał procedurę internistom, po czym dał rozkaz wciśnięcia cieczy. „O, nie!, Stop!” – znowu coś poruszał i dał ponowny znak – jedynie ostatnim odruchem woli nie zerwałam się z łoża i z wrzaskiem nie wybiegłam ze szpitala. Sam zabieg trwał może z piętnaście minut. Po czym powstałam, niczym sfinks z popiołów, bez żadnego bólu. Do końca dnia spędzonego w szpitalu zupełnie straciłam czucie w obu półdupkach (bardzo zabawne uczucie) i musiałam radzić sobie z ciągłymi „mrówkami” przechodzącymi z lewej na prawą nogę. Dnia kolejnego wszystko ustało.

Cała historia miałaby pozytywne zakończenie, gdybym tylko znowu nie musiała siedzieć godzinami w pracy przed komputerem...


Basen



Wzięłam dwutygodniowy urlop, co by podreperować swoje zdrowie, a w szczególności wypadnięty w siedemdziesięciu procentach dysk. Po kilku dniach spędzonych w stanie horyzontalnym (rymuje się i to całkiem na miejscu z „agonalnym”) i dzięki dosyć dużej dawce środków przeciwbólowych zaczęłam chodzić codziennie na basen i fizjoterapię (akupunktura, miejscowe rażenie prądem i inne tego rodzaju wynalazki medycyny orientalnej). 

Koreańczycy mają bzika na punkcie zdrowia. W każdej wolnej chwili wszyscy zdają się maszerować, biegać, jeździć na rowerze, ćwiczyć na siłowni, uczyć się tańca brzucha bądź jazz dance, wspinać po górach, wygrzewać na saunie, szorować z zacietrzewieniem ciało kompletnie zdzierając stary naskórek, uciskać specyficzne punkty na czaszce, masować i okładać swoje ciało pięściami dla lepszego ukrwienia. Ajumy (starsze, zamężne kobiety) z zapałem wynajdują „smakołyki” o cudownych właściwościach: wodę spuszczaną prosto z drzew, wywary z kory, zioła zbierane w górach i zbijane w masę z ryżem (podobno „dobre dla kobiet”) i wiele innych, których nie potrafię nawet nazwać. Ostatnio w telewizji ukazał się program, gdzie udowadniano zalety kolagenu na przykładzie myszy, której podawano słoninę i która dzięki niej przerosła dwukrotnie swoją partnerkę. Następnego dnia w Seulu nigdzie nie można było już takowej słoniny dostać. Furorę robi też Omega-3 (ale koniecznie ta z fok, nie z ryb) i glukozamina. Węgorze i sfermentowane ryby (śmierdzą tak, że oczy same niekontrolowanie uciekają do tyłu) działają cuda na męski „wigor”, a kimchi, jak powszechnie wiadomo, jest dobre na wszystko – chroni nawet przed świńską grypą.

Koreańczycy są niesamowicie zdyscyplinowanym narodem. Nikt sobie nie pobłaża – do tego stopnia, że czasem podejrzewam tutaj skłonności sadomasochistyczne. I właśnie w tym tkwi sekret dobrej kondycji fizycznej Koreańczyków, nawet w obliczu innego narodowego sportu – nagminnego pijaństwa. Nie uważam się za najgorszego pływaka. Mimo to opadła mi szczęka, jak zobaczyłam to, co wyprawiają tutejsze czterdziesto-, pięćdziesięciolatki. Godzina pływania w dosyć szybkim tempie bez żadnej przerwy (!) wszystkimi możliwymi stylami: kraul, grzbiet, żabka, motylek (!!!). MOTYLEK!!! A na koniec gromkie okrzyki „fighting!!”, żywe rozmowy w saunie (jedna kobieta w szpagacie, inne w idealnej pozycji kwiata lotosu) – ja ledwo dyszę, pokazywanie sobie ćwiczeń na taką lub inną dolegliwość, wcieranie sobie nawzajem różnych maści, wzajemne masowanie… 

Co tam jakiś tam wypadnięty dysk…


Zmęczenie materiału



Nagle zaczęłam pleść od rzeczy. Nie byłam w stanie sformułować w słowa żadnej bardziej złożonej myśli. Na czoło wystąpił mi pot nadwyrężonego skupienia, a ręce próbowały pomóc wymowną gestykulacją. Bezskutecznie. W ciągu krótkiej pół godziny całe ciało zaczęło mnie nieoczekiwanie boleć. Stawy kolanowe, krzyż, plecy, głowa. Raz trzęsłam się z zimna, raz policzki traktowały mnie malowniczymi wypiekami. Kiedy ktoś poklepał mnie po ramieniu, zrozumiałam, że nawet skóra zbuntowała się przeciwko mnie. Mimo naglących terminów, opatuliłam moje wzburzone ciało w ciepły płaszcz i zabrałam je do domu, do łóżka i do cieplutkiej poduszki elektrycznej. Tam, ciągle obruszone złym traktowaniem, nagrodziło mnie wymownie częstymi wędrówkami do toalety. 

Koreańczycy stan ten określają słowem momsal (몸살) – „choroba z przemęczenia”. W najmniej oczekiwanym momencie (w moim przypadku najczęściej po przymusowo zbyt zakrapianej kolacji) ciało poddaje się i znienacka wypina się na właściciela każdą istniejącą komórką. Rewolta jest na tyle efektywna, że nie jest się w stanie robić zupełnie nic – tylko spać i jęczeć w momentach przebudzenia. No i latać do toalety. Co też z poddańczą rezygnacją czyniłam przez półtora dnia. Po zapaleńczym, ale krótkotrwałym buncie następuje reset, reboot i człowiek, niczym sfinks powstający z popiołów, odradza się na nowo jako jedność umysłu i ciała. Ale to tylko wtedy, gdy obok jest ktoś od rozgrzewających masażów, gotowania pokrzepiających zupek i podawania witaminy C w postaci naturalnej (mandarynki). 

Bez tego ani rusz...


Lek na całe zło


W ostatnim miesiącu dane mi było odwiedzić USA dwa razy. Na zachodnim wybrzeżu nikt nie zaprząta sobie głowy epidemią grypy. Lotniska są pełne ludzi, nikt nie nosi masek (ja swoją schowałam głęboko na dno walizki, kiedy jakaś kobieta smagnęła mnie głośnym wyrzutem „It’s scary!”), nikt nie panikuje. Dla porównania lotnisko w Korei świeci pustkami. Po przylocie z zagranicy, tuż po wyjściu z samolotu, natknąć się można na kordon doktorów w długich jednorazowych uniformach, rękawiczkach i maskach. Uzbrojeni w termometr, mierzą temperaturę każdego (!) z pasażerów, kolekcjonując przy tym specjalne druczki, które wcześniej należało wypełnić w samolocie, oraz zadają kilka standardowych pytań. Po tygodniu lub dwóch każdy z pasażerów raczony jest rozmową telefoniczną specjalnych służb, które wypytują się o aktualną kondycję delikwenta. Mimo tych wysiłków świńska grypa jednak systematycznie poszerza zasięg swoich macek.

Według dzisiejszej porannej gazety, powodem szybkiego rozprzestrzeniania się świńskiej grypy w Korei są… obcokrajowcy, a w szczególności… nauczyciele języka angielskiego. Oni to bowiem mają i czas, i pieniądze, żeby non stop podróżować do swoich krajów, skąd za którymś razem przywożą ze sobą w końcu zabójczego wirusa. Następnie zarażają nim koreańskie dzieci w szkołach­­, a co gorsza nawet, współpasażerów koreańskiej kolei, z której korzystają w weekendy wojażując po kraju!

Artykuł podparty był kazusem jednego nauczyciela, u którego kilka dni temu zdiagnozowano świńską grypę... Autor zastanawia się nad Koreańczykami, u których wyżej wymieniony nieszczęśliwiec nocował, a u których nie stwierdzono żadnych objawów choroby. W tym momencie artykułu głośno roześmiałam się żartując, że to na pewno z powodu konsumpcji dużej ilości kimchi. PWY, który wcześniej skończył czytać artykuł, głęboko się na mnie obraził. Okazało się, że artykuł był niedorzeczny bardziej niż mogłam przypuszczać… Tak niedorzeczny, ze nawet mój dowcip nie sprostał wyzwaniu… 


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...