Aparat


Jest młodziutka, śliczna, pewna siebie, niezwykle bystra, pełna entuzjazmu i wspaniałego poczucia humoru. Naprawdę cieszę się, że jest moją podopieczną.


Pewnego dnia przychodzi do pracy obolała, z napuchniętą buzią i przekrwionymi z niewyspania oczami. Pytam, co i jak. Okazuje się, że kazała sobie wyrwać dwa zęby. Dwa następne czekają do kolejki w następnym tygodniu. Dlaczego?

Chce być piękna. Będzie przez prawie dwa lata nosić aparat ortodontyczny, po to żeby zmienił się jej kształ twarzy ze znienawidzonego koreańskiego owalu w odwrócony do góry nogami trójkąt. Zmniejszy się jej też w ten sposób sama twarz, a mała twarz to w Korei jeden z ważniejszych kanonów piękna. Poza tym, z powodu bólu i przeszkadzających drucików aparatu będzie mniej jadła, a więc i schudnie.



Palau


Długo odkładane wakacje marzeń. Biały piasek, turkusowy ocean, słońce, dżungla; totalne zapomnienie gdzieś pomiędzy odmętami Pacyfiku. PWY staje w drzwiach i oświadcza, że jest gotowy do drogi. W ręce siatkówka z dwoma plastikowymi butelkami soju (koreańska wódka), dwoma papierowymi kubkami ramyeonu (koreańska zupka instant) oraz dwoma puszkami tuńczyka. Pełen romantyzm.

Drapię się po głowie w zadumie nad tym, jak inne mamy czasem wyobrażenie zarówno o niezbędnikach jak i przyjemnościach w tym życiu. Na szczęście rozpoznaję figlarny błysk w oczach PWY i już wiem, że jakoś pośrodku odnajdziemy się. Tak, jak robimy to każdego dnia.


W Kamerunie


Przy bramie wejściowej widoczne poruszenie. Kilku mężczyzn żywiołowo dyskutuje na temat mojego ubioru. Wykonują telefony, gestykulują przyciszoną francuszczyzną, wzrokiem szukają wsparcia u równie bezradnych kolegów. Kto by pomyślał, że dla kobiety kluczem do wejścia do jednej z największych firm w Kamerunie będzie akurat spódnica... A ja spódnic nie noszę. Są mało praktyczne. Na tylnym siedzieniu jeepa robi się gorąco. Spoglądam w lewo. Niedaleko od samochodu dobrodusznie wyglądający mężczyzna sika prężnym łukiem w pobliski rów, drugą ręką przyjaźnie do mnie machając w szczodrym, błyskającym bielą uśmiechu. Odpowiadam tym samym z lekko uniesioną zdziwieniem brwią. Po jakimś czasie siusiający na każdym kroku mężczyźni nie będą robili na mnie już większego wrażenia – nawet ci oddający mocz frontem do jezdni. Odwracam głowę w prawo i napotykam na błędny wzrok innego Kameruńczyka. Wpatruje się we mnie intensywnie nic nie widzącymi oczyma. Ma wyraźnie zwiotczałe mięśnie żuchwy, co powoduje, że szczęka wymyka mu się spod kontroli opadając bezładnie ku ziemi. Kilkumetrowa perspektywa pozwala mi zrozumieć powód nagłego zamarcia mężczyzny w pełnym napięcia bezruchu. Jego widocznie nabrzmiałe już części intymne zupełnie wzięły go w swoje posiadanie zmuszając dłoń do ich jeszcze bardziej żywiołowego miętoszenia. Uśmiech i machanie w pozdrowieniu na nic chyba w tym przypadku nie zdałoby się. Koncentruję się więc na wydarzeniach przy bramie. Tak samo jak mężczyźni opróżniający swoje pęcherze gdzie popadnie, tak samo i mężczyźni publicznie stymulujący swą krew do biegu nie będą już wkrótce zaprzątali mojego umysłu. Kwestia szybkiej adaptacji. Po kilkunastu minutach w drodze wyjątku otrzymuję przepustkę. Na odejście mój rozmówca niby żartem rzuca, żebym następnym razem przyszła bardziej po kobiecu – „taki jest tutaj dress code”. Na następną wizytę kupuję kostium. Dzięki pomocy zaprzyjaźnionego Kameruńczyka z 230Euro schodzimy do 150. Przez chwilę rozważam zakup typowego stroju afrykańskiego – takiego z turbanem we włosach i długiej sukni o ostrych kolorach, tak pięknie przecież podkreślającego obfite, cudowne kształty tutejszych kobiet. Jestem jednak, jak zwykle zresztą, w towarzystwie samych mężczyzn (może stąd to skrzywienie w moim wyczuciu mody?), którzy okazują mało zrozumienia dla tego rodzaju rozterek. Z ciężkim sercem wydaję więc pieniądze na poliesterowy, obcisły kaftanik, którym pewnie oblekać będę się jedynie podczas wizyt w Kamerunie. Mój szef aż chce sobie zrobić ze mną pamiątkowe zdjęcie, kiedy kilka dni później wyłaniam się w nim z windy. Podstępem udaje mi się odwieść go od tego zamiaru.


Yaounde z okna hotelu



Domy w Yaounde


Zupełnie nie wiem, czego się spodziewać. To moja pierwsza wizyta na Czarnym Lądzie. Już atmosfera w samolocie lecącym z Paryża różni się diametralnie od przykładnej i uporządkowanejambiance panującej podczas lotów liniami koreańskimi. Mnóstwo rozkrzyczanych dzieciaczków o długaśnych, zakręconych rzęsach, walających się ubrań, śmieci, intensywnego zapachu potu zmieszanego z mocnymi perfumami. No i te wymyślne fryzury kobiet! Od Grace Jones, przez Tinę Turner po wariacje w stylu Terence Trent D’arby. Nie mogę się napatrzeć. Ktoś mnie później oświeca, że okres prosperity przemysłu perukarskiego w Afryce nie ustaje. Tak jak i w samolocie, tak i na lotnisku panuje ogólne zamieszanie. Ci bardziej zżyci z tutejszymi władzami przechodzą przez urząd imigracyjny bez sprawdzania paszportów – po drugiej stronie kolekcjonuje je jeden z pracowników, żeby po pewnym czasie niepostrzeżenie podsunąć je pani w okienku do podstęplowania. Ja tymczasem stoję w ogonku, uchylając się przed niebezpieczną trajektorią lotu oszalałych w podobnym do mojego zagubieniu nietoperzy. Kolejne kilkadziesiąt minut spędzam na zbiórce bagażu pośród himalajskich gór walizek przywiezionych zza oceanu przez tutejszych globtroterów. Na sam koniec zgodność przynależności każdej paczki, pakunku, walizki i torby sprawdzona musi zostać przez kolejnego urzędnika. Trwa to wieki. A kiedy już wydostaję się na świeże powietrze okazuje się ku mojemu wielkiemu niepocieszeniu, że dostałam się w posiadanie krajobrazu do złudzenia przypominającego kraje Azji Południowo-Wschodniej (inna jest tylko ziemia: krwawo rdzawa). Takiego z gęstą dżunglą zamiast sawanny, rozłożystych bananowców zamiast pustyni i rozklekotanych samochodów zamiast żyrafy i słonia. Jedynym ukojeniem są moje ulubione baobaby, które udaje mi się wypatrzyć kilka dni później w południowo-zachodniej części kraju.



Friends in Yaounde


Raczej niełatwo jest zbić mnie z pantałyku. Kiedy jednak Minister Energii i Wody Kamerunu (przeuroczy pan swoją drogą) zwraca się do mnie płynną polszczyzną, zaczynam zastanawiać się w duchu, czy aby to nie pierwsze objawy malarii. W końcu jakiś tam komar mnie dopadł. Odpowiadam na wszelki wypadek po angielsku próbując jednocześnie zdiagnozować stan swojego zdrowia. Być może trzygodzinne oczekiwanie na spotkanie w zbyt schłodzonym (ta spódnica!), ciemnym pomieszczeniu wywołało u mnie gorączkę? Ponownie słyszę jednak język polski. Nie może być tutaj pomyłki. Okazuje się, że Minister lata osiemdziesiąte spędził studiując na Politechnice Warszawskiej. Podczas rozmowy (reszta mężczyzn wygląda na nieco zdezorientowanych) nie mogę powstrzymać się od ogromnych uśmiechów. Z moich pierwszych obserwacji wynika, że w ogóle Kameruńczycy to niezwykle ciepły, otwarty, prostoduszny (w dobrym tego słowa znaczeniu) naród. Swoją francuszczyzną na północy i angielskim na południu opowiadają o najbardziej osobistych sprawach już po kilku minutach od zapoznania. Są pełni energii, dużo się uśmiechają, mimo nie za spektakularnych warunków życia wyglądają jakby w ogóle nie mieli zmartwień. Idzie to w parze z moimi wrażeniami z krajów takich jak Laos czy Wietnam. Bardzo zdziwiła mnie liczba albinosów w Kamerunie. Już w samolocie zauważyłam małe dzieciątko ze śnieżną skórą i białymi, krótkimi warkoczykami w stylu afrykańskim, pociesznie odstającymi od główki. Potem od czasu do czasu w tłumie wyławiałam charakterystyczną sylwetkę Afrykanina ale o białej skórze, rzęsach, brwiach i włosach. Albinizm najczęściej występuje w Tanzanii (1:200 wobec standardowej proporcji 1:10000) i jest tam przeważnie uważany za klątwę. Dochodzi nawet do częstych morderstw zlecanych przez czarowników w celu pobrania poszczególnych części ciała i organów albinosa – mają one mieć cudowne własności. Z tego, co się dowiedziałam kameruńskie podejście do tego zjawiska jest niestety do pewnego stopnia bardzo podobne.

Wioska rybacka gdzieś pośród dżungli w okolicach Kribi

Czas na wyprawę. Z dosyć jednobarwnej stolicy Yaounde wyruszam w kierunku zachodnim. I już na wyjeździe mój poziom ekscytacji sięga szczytu. Wyprzedzanie w gęsiego lub na trzeciego, czasem też i na zakręcie, pobudza mnie do głębszych oddechów, wznosi w bezdechu brwi w sytuacjach bardziej kryzysowych, zaciska usta lub powoduje nerwowy śmieszek. Na poboczach w niemym ostrzeżeniu leżą wraki zdezolowanych pojazdów, na niemiłosiernie powyginanych barierkach kładą się jedną stroną kół tiry transportujące monstrualne kłody drzew z Afryki Środkowej, do złudzenia przypominając tym samym sikające pod drzewem psy. W jednej z mniejszych miejscowości na wspak ulicy ostaje się jedynie ołańcuchowany, przewrócony na bok kontener. Naturalnej wielkości, metalowe sylwetki ludzi zieją czernią z wypisanym numerem ofiar wypadków w danym miejscu. Ministerstwo Transportu proponuje zamknięcie drogi Yaounde – Douala dla ruchu nocnego z powodu ogromnej śmiertelności jej użytkowników. Od czasu do czasu mijamy policję. Gdy przedstawiciele władzy zachęcają do postoju w sposób dosyć jowialny nie zatrzymujemy się – prawdopodobnie chcą tylko łapówkę. Inna sprawa kiedy na drodze leży łańcuch najeżony szpikulcami, a umundurowani panowie podkreślają swoje uprawnienia dyndającymi u boku karabinami. Kilka razy płacimy też myto przy zaimprowizowanych po prędce posterunkach kupując przy okazji cudownie pachnące banany od ulicznych handlarzy. Oferują oni mnóstwo innych bliżej niezidentyfikowanych produktów, ale jakoś nie ulegam pokusie. 

Chatka rybacka wokół Kribi

W drodze do Douala odbijamy w kierunku nadmorskiego Kribi. Niekiedy w przedsionku mijanych miast gromadzą się ludzie, żeby pograć w piłkę nożną. Widać, że uwielbiają ten sport. W Edéa zatrzymujemy się na obiad. Za plecami mam potężną, błotnistą część rzeki Sanaga, z której to wyłowiono dla nas krewetki ze szczypcami jak u kraba, oraz ogołocone z liści drzewo, na którym siedzą ogromne wrony z białymi kołnierzami. Prawdopodobnie obserwują krzątające się wokół naszego stołu jaszczurki – ich potencjalny posiłek. Podczas gdy w Azji Południowo-Wschodniej przy stołach żebrzą koty, to w Kamerunie pożywienia dopraszają się słodko wyglądające jaszczurki. I tak jak koty w Azji są one bardzo wybredne – frytkę jedynie nadgryzą, za to na kawałek ryby zareagują przezabawnym, pełnym radości, hiphopowym ruchem głowy. Podobnie też jak koty fukają na siebie przepędzając na swoich palczastych odnogach co bardziej kompetentną konkurencję. 

Jaszczurka w restauracji w Edea

Rynek w Douala

Douala okazuje się chaosem nie do opisania. Wjeżdżamy od strony marketu Le Village de Douala, który kotłuje się większych rozmiarów motocyklami, ciężarówkami, samochodami i ludźmi sprzedającymi w ścisku i błocie (to pora deszczowa) dosłownie wszystko. Yaounde, miasto o wiele mniejsze, jest stolicą polityczną kraju – stąd jazda motocyklami jest tam niedozwolona. Douala natomiast to centrum ekonomiczne, gdzie wszystko aż burzy się w erupcji handlu miejscowego ale i tego zamorskiego usprawnianego usługami tutejszego portu. To właśnie w Douala mam okazję zakosztować naparstka kameruńskiego życia nocnego. W pierwszym lepszym pubie jazz jam na żywo. Jestem w niebie. Po kolei wkraczają lokalni artyści rozjątrzając moje rozstęsknione wnętrze pełnymi swobody aranżacjami. Moje zmysły rozbraja na części pierwotne kobieta wyrzucająca uczucia ognistym głosem, akcentując je szarżą jeszcze bardziej ognistymi piersiami. Dobija ona resztki racjonalnego myślenia dziką ekspresją ruchów, rozgrzewając do czerwoności nie tylko mnie, ale i całą publikę. Koncert kończy się szalonym tańcem, do którego zapraszana jest widownia. Kobieta za kobietą tańczy z piosenkarką w bardzo charakterystyczny sposób, przywodzący na myśl plemienne, ekstatyczne harce rdzennej Afryki. Pełno w nich jakiejś pierwotnej siły, magii, zapomnienia, seksapilu i prostego uniesienia życiem. Wszystko jest tak, jak być powinno... W tym momencie od Korei jestem bardzo, bardzo daleko.


Zapach domu


W Roissy en France na krótki moment. Zakładam koszulkę, którą jeszcze w Polsce wyprała mi mama. Ciągle jest w niej zapach domu. Zamykam oczy i przez chwilę daję ponieść się wspomnieniom. 

Poranny spacer wprowadza mnie w stan błogiego spokoju. Do bólu tęsknię za tą wonią, który wwierca się rozkosznie w najodleglejsze cząstki mojego ciała. Świeżo skoszona, pokryta kropelkami rosy trawa. Dzikie róże. Polany dzikich zielsk. Szumiące, dorodne kasztanowce. Ptactwo kłócące się piskliwie o swoje zdobycze. Wąskie uliczki, stare kościółki, mury zarośnięte zachłanną winoroślą. Ta specyficzna, pełna lekkiej nadziei świeżość, której w Korei na próżno szukać. 

Za kilka godzin odlot do Kamerunu. A tam nowy zapach i nowy smak.


Wykopana z gniazda


W Korei koperty z pieniędzmi wręcza się na każdym kroku. Nie chodzi mi tutaj o nagminne w tym kraju łapówki, a o formę pomocy udzielanej człowiekowi znajdującemu się akurat w potrzebie. Rodzina, współpracownicy, przyjaciele, znajomi składają się dla danej osoby w przypadku śmierci w rodzinie (rodziców, dzieci, rodzeństwa, dziadków), pierwszych urodzin dziecka (często wyprawia się wtedy charakterystyczne przyjęcie), ślubu, poważniejszej operacji itd. Na każdą tego rodzaju okazję pieniądze (standardowo ok. 50USD) wkłada się do koperty z odpowiednim do zajścia drukiem w języku chińskim (uznawany jest on za język bardziej oficjalny), opatrując ją własnym imieniem i nazwiskiem i innymi umożliwającymi identyfikację informacjami jak firma, czy dział, w którym się pracuje. Jest to o tyle ważne, że dane te wraz z wielkością załączonej sumy wpisywane są skrupulatnie do notatnika, którym podczas uroczystości zarządza specjalnie ku temu wyznaczona osoba urzędująca przy wejściu. Wpłacając więc pieniądze do kieszeni innych ma się mniejszą lub większą pewność, że odwdzięczą się one w podobny sposób w przyszłości.

Kiedyś taki system działał mi na nerwy. Co chwila ktoś kolekcjonował koperty dla ludzi, których nawet dobrze nie znałam. Miałam wrażenie, że przynajmiej w moim przypadku jest to inwestycja bez pokrycia. Do czasu operacji kolana i własnego ślubu. Wtedy dopiero zrozumiałam, że system ten bardzo pomaga w sytuacjach nagłych, kiedy to ni stąd ni zowąd wyłożyć trzeba większe sumy. A i na pewno kosz kopert wspomaga budżet w większym stopniu niżby samemu odkładało się pieniądze w stopniu, w którym wydaje się je na innych. Jest tak przynajmniej do pewnego momentu w życiu, kiedy to już większą porcją uczestnictwa w systemie jest wręczanie kopert raczej niż ich otrzymywanie. Nawet jednak w bardziej zaawansowanym wieku inwestycje tego rodzaju mają sens dzięki swojemu dziedzicznemu charakterowi. Tak więc jeżeli rodzic wręcza kopertę na ślub córki swojego przyjaciela, to ten również wspomoże dziecko pierwszego jeżeli nadarzy się ku temu okazja. I nie będzie to pomoc jednorazowa.

Trochę ponad tydzień temu musiałam nagle polecieć do Polski z powodu śmierci mojej babci. Licząc się z własnym brakiem komfortu podczas otrzymywania kopert po powrocie zakupiłam kilka „Żubrówek”, co by uczucie to podarunkami choć trochę zminimalizować. Kopert nigdy jednak nie ujrzałam. Na początku czułam jedynie lekkie zaskoczenie. Dzień po dniu jednak z jakiegoś powodu ogarniało mnie coraz większe przygnębienie – niesamowita chandra wręcz – i nie za bardzo byłam w stanie zidentyfikować podłoża tak złego samopoczucia. Nie chodziło tutaj bynajmniej o same pieniądze - noża na gardle na pewno nie mam, a i przywiązana do nich aż tak bardzo nie jestem. 

Sprawę przemyślałam pewnego wieczoru przy winie. Zatrudnienie na zasadzie stałego pracownika w firmie, gdzie aktualnie pracuję, otrzymałam dopiero w zeszłym roku. Byłam pierwszym obcokrajowcem (nie wspominając już o słabości swej płci), któremu to się udało (a jest ich w naszej firmie kilkaset). Walka o stanowisko, przyznanie koreańskiego tytułu (co jest bardzo ważne w tym hierarchicznym społeczeństwie) i wynikających z niego praw zajęło mi ponad trzy lata. W czasie tym koło nosa przeszła mi możliwość pracy na placówkach w USA i Kanadzie – właśnie z powodu zatrudnienia tymczasowego. Co ważniejsze jednak wydawało mi się, że dzięki swojej pracy uzyskałam szacunek przełożonych i współpracowników, a nawet ich zaufanie (rzecz w Korei rangi niezwykle ważkiej). Dostawałam w końcu niebagatelne projekty, ciągle gdzieś mnie wysyłano, miałam świetne, czasem nawet bardziej osobiste, relacje z niemalże wszystkimi dookoła. Postępowałam według zasad koreańskich wyłączając z tego jedynie sytuacje zupełnie dla mnie nie do zaakceptownia – w takich przypadkach usuwałam się po prostu w cień. Po otrzymaniu w tym roku własnego zespołu uległam wierze, że osiągnęłam namiastkę czegoś wyjątkowego – w końcu, po tylu bataliach, zostałam przez Koreańczyków zaakceptowana jako jedna z nich. Na chwilę opuściłam gardę wystawiając  się na cios samozadowolenia.

Po powrocie z Polski potraktowano mnie jak „zwykłego” obcokrajowca. To był kubeł zimnej wody, którego absolutnie nie spodziewałam się. Arbitralnie założono, że wystarczą mi wyrazy współczucia, bo tak przecież robi się „na Zachodzie”. Ma to zdecydowanie swoją logikę, ale nie w moim przypadku, kiedy sama od dziewięciu lat próbuję żyć według zasad lokalnych. A nie jest to aż tak proste, z czego moi współpracownicy doskonale zdają sobie sprawę. Być może to tylko faux pas, brak pomyślunku z ich strony, ale posunięcie to ubodło mnie do samych trzewi. Odebrałam to jako policzek, osobistą porażkę i w jakiś sposób przejrzałam w końcu na oczy. Koreańczycy nigdy nie zaakceptują mnie jako „swojej”. 

Jestem teraz zawieszona w bolesnym niedowierzaniu, że te dziewięć lat przeżyłam bazując jedynie na ułudzie przynależności. Bardzo, ale to bardzo trudno mi tę prawdę przęłknąć. PWY mówi, że mogę znaleźć inną przystań, umościć sobie bezpieczniejszy matecznik. Na tę chwilę jednak wypadłam z gniazda, a raczej bezwzględnie mnie z niego wykopano (choć przyjmuję do wiadomości, że prawdopodobnie nie było to celowe), a wicher zwątpienia miota mną chaotycznie z lewa na prawo. I nie wiem, gdzie pozwoli mi wylądować.


Powrót



Spałam już dosyć twardo, gdy PWY wrócił do domu. Jak zwykle usiadł przy łóżku i dał mi buziaka czochrając włosy jak dziecku. Z zadowoleniem bąknął, że udało mu się przyjść wcześniej. Ja również ucieszyłam się, że chłopak będzie mógł dłużej pospać, a i ja wyśpię się pozbawiona nocnych, złych podszeptów nawiedzających mnie od czasu do czasu podczas jego nieobecności. 

Rano idąc do pracy zdałam sobie sprawę z niedorzeczności sytuacji. PWY wrócił do domu po północy...



Kurs


Wzięłam kilka dni wolnego. Wahałam się między wizją samotniczo podbijanych stepów przepastnej Mongolii, a czasem spędzonym w domu, w ciszy i spokoju, z kotem w pomrukach moszczącym sobie przytulną wnękę w którymś z zaułków mojego ciała. Z kilku względów, też zdrowotnych, zdecydowałam się tym razem na niecharakterystyczne dla mnie pozostanie w Korei. Spotkałam się z dawno niewidzianymi znajomymi, za niebotyczną sumę zafarbowałam włosy (po tym, jak zrobiono mnie jakiś czas temu na Wiedźmina kasę wykładam z mniejszym żalem), pozałatwiałam kilka zaległych spraw.

Usiedzieć długo jednak nie usiedziałam – zdecydowałam się na już od dawna odkładany kurs ratownictwa podwodnego PADI Rescue Diver. Przeszłam kurs pierwszej pomocy, przebrnęłam teorię i testy, po czym nadszedł czas praktyki, której pierwszym etapem są ćwiczenia i test na pływalni (drugi i ostatni etap to praktyka i egzamin na otwartym morzu). To był pierwszy raz, kiedy miałam okazję na żywo zobaczyć charakterystycznie niewielki, ale dosyć głęboki basen z kilkoma poziomami wieży skoków. To na takim właśnie basenie mężczyźni o pięknej muskulaturze w zawrotnym tempie wykonują skomplikowane piruety kończąc idealnie prostą strzałą w taflę wody. Tak też się składa, że basen taki idealny jest do podwyższania kwalifikacji nurka.

W ciągu dwudniowych wysiłków w wodzie kilka razy podtopiłam PWY, kilka razy się poboczyłam, nabawiłam się kilku rozległych siniaków, nałykałam wody sama będąc ratowana. Do dzisiaj boli mnie nos od spazmatycznych zacisków PWY wykonywanych w toku holowania mnie do brzegu i stosowania metody usta-usta. Nie wiem jakim cudem, ale i mój nadwyrężony kręgosłup, i wątłe kolano wytrzymały treningi wynoszenia bezwładnego, ponad osiemdzięsięciokilogramowego ciała PWY na „brzeg”. Jakby nie patrzyć sama frajda.

I przyszła pora na intymne zwierzenie. Są tacy ludzie (przeważnie chyba mężczyźni), którzy na widok małego, zaciekle, głośno i bez powodu szczekającego pieska najchętniej posłaliby go na księżyc siermiężnym kopem. Niestety (niestety, bo bezowocnie próbuję to zmienić!) ja mam identyczne uczucia wobec koreańskich kobiet – tych, które zachowują się w pewien specyficzny sposób (a jest to spory odsetek tutejszych białogłów). Otóż w pewnym momencie instruktor kazał jednej ze swoich podopiecznych poprowadzić za niego część kursu. Uszło ze mnie powietrze, jak tylko wzrok mój padł na niewiastę w kusych szortach, piankowej kamizelce w gwiazdki, długaśnych kolczykach i futrzanym nakryciu głowy zamiast czepka kąpielowego, do którego sznurkiem dowiązane były równie misiaste... rękawiczki (rozdawali kiedyś takowe zimową porą w Baskin Robins). Rozejrzałam się na boki naiwnie myśląc, że to koszmarna projekcja moich stereotypów i dopiero wtedy mój mózg odnotował obecność innych Koreanek w słodko różowiutkich kombinezonach piankowych, równie różowych płetwach, czepkach z różkami lub płetwą rekina na czubie – wszystkie chichoczące, dziecinnie borykające się z butlami tlenowymi, estradowo zagubione i niewinne, oczywiście non-stop pstrykające sobie słitaśne fotki. No i niestety, mimo że szata nie zdobi człowieka, ja, mimo naprawdę szczerych chęci, nie jestem w stanie uznać autorytetu osób, które tak wyglądają lub się zachowują. Jedyne co mi przychodzi do głowy to ten siermiężny kop, a właściwie bardziej odpowiadający mojej wyobraźni szybki cios z główki. Wake up! Podobnie rzecz ma się w firmie i nic na to poradzić nie mogę. W takich sytacjach nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zacisnąć kurczowo zęby, koncentrować wzrok gdzieś poza daną osobą i chwytać się swojej bogatej wyobraźni niczym łodzi ratunkowej...



Napromieniowanie


Za oknem deszcz. I jakoś tak żółtawo. Wszyscy przyciskają się do parasoli bardziej kurczowo niż zazwyczaj – to w obawie przed kroplami nasiąkniętymi napromieniowanym opadem z Japonii. Większość Koreańczyków podejrzewa, że ich rząd prawdy o skali skażenia nie ujawnia, bo i tak nie jest przygotowany do wdrożenia jakichkolwiek środków zaradczych. I tak wszyscy w pracy zgodnie popijamy chryzantemową herbatkę, która podobno ma chronić nasze wystawione na próbę tarczyce. I trwamy w oczekiwaniu spod oka obserwując świat za zwilżonym oknem.

W Korei prawie 45% konsumowanej energii elektrycznej pochodzi z elektrowni nuklearnych, które stanowią ok. 30% całkowitej mocy energetycznej kraju (17.5GWe). Reaktory znajdują są głównie na południu w trzech lokalizacjach oraz w Uljin na wschodzie Korei. Uljin leży najbliżej Seulu (ok. 225 km w linii prostej), a najstarszy wybudowany tam reaktor ma już 23 lata (1988). Elektrownia Kori na obrzeżach Gijang (okolice drugiego największego miasta w Korei – Busan) posiada najstarszy reaktor oddany do eksploatacji – pochodzi on z roku 1978. Od roku 2007 wdrażany jest bardzo ambitny plan rozwoju energetyki jądrowej poprzez zwiększanie mocy w każdej z czterech elektrowni. 

Jednym z tematów small talk z naszymi zagranicznymi partnerami biznesowymi jest oczywiście kwestia Fukushimy i wpływu wydarzeń w Japonii na to, co dzieje się w Korei. I faktycznie – koreański rząd stanął na wysokości zadania i zaproponował swojemu sąsiadowi rekordową jak do tej pory pomoc finansową oraz wysłał morze wszelakiej pomocy humanitarnej. Nakazał również gruntowną inspekcję każdej z rodzimych elektrowni atomowych. Te, które nie spełniają norm będą musiały poddać się odpowiednim zabiegom odmładzającym; dopuszcza się nawet możliwość rozpoczęcia długoletniego procesu wygaszania tych najstarszych.  Prawdopodobnie sytuacja również wymusi na rządzących opracowanie planu na wypadek nuklearnej katastrofy (a nam się tymczasem chryzantemowa herbatka powoli kończy...). Jednym słowem dzieją się sprawy ważkie, w jakiś sposób mające wpływ na miliony ludzi.

Tymczasem moi przełożeni na pytanie o konsekwencje nieszczęśliwych wypadków w Japonii z rozbrajającą szczerością odpowiadają, że dostawy niektórych komponentów z Japonii niestety ulegną opóźnieniu, co bardzo negatywnie wpłynąć może na harmonogram prac w naszej stoczni. To ogromne zmartwienie! Zdarzyło się to już trzy razy i dodam, że akurat moje projekty aż tak wiele ze stocznią wspólnego nie mają więc o rozbieżną interpretację klauzuli force majeure na pewno nie chodziło...


Ta dzisiejsza młodzież


Istnieje ogromna przepaść mentalna między młodym pokoleniem Koreańczyków, a ludźmi starszymi tj. tymi przed czterdziestką. Po prawie dziewięciu latach spędzonych w Korei, metodą wytrwałych prób i licznych błędów, nauczyłam się dosyć przyzwoicie manewrować po tradycyjnych zaułkach tutejszego świata. Wiem doskonale jak radzić sobie z konserwatywnym, rygorystycznym i patriarchalnym podejściem reprezentowanym przez starsze pokolenie. Nagłe zetknięcie z młodym, dosyć prześmiewczym spojrzeniem na zastany układ wywołuje we mnie uczucie lekkiego zaskoczenia. Czuję jakąś taką niepewność. A przecież jeszcze kilka lat temu to ja właśnie burzyłam się przeciwko i kontestowałam tę zaszczutą rzeczywistość. Być może tak właśnie tworzy się mechanizm reguły zakładającej, że im wyżej w hierarchi tym większy nacisk na jej utrzymanie. Bo ona właśnie przynosi komfortowe poczucie niepodważalności autorytetu bez względu na poziom reprezentowanej przez siebie wiedzy, umiejętności, czy charakteru. W skrócie – punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Tak czy owak koreańska kultura nie zmieni się z dnia na dzień, czego dowód otrzymałam podczas przeprowadzki do nowego budynku. Otóż własnych szpargałów nawet nie tknęłam. Dwie dziewczyny, na szpileczkach, w spódniczkach i na glanc pomalowanych paznokciach przeniosły mi wszystko, łącznie z komputerem i dokumentami, nie zgadzając się nawet na inicjujące popchnięcie przeze mnie wózka. Bo nowicjuszki niby. Tak więc z jednego budynku do drugiego przeparadowałam jedynie z kwiatkiem w ręku, a połacie mojego płaszcza tańczyły na wietrze niczym ten w kropki własności Cruelli de Vil (filmu nie oglądałam, ale porównanie wydaje mi się zgrabne).

Dwie nowicjuszki to też ewenement. Przez ostatnie kilka dobrych lat pracowałam wyłącznie z mężczyznami, co – muszę się przyznać – przyjmowałam z dużą ulgą – Koreanki pozostają dla mnie wielką zagadką, której o dziwo ciągle nie mam ochoty jakoś bliżej zgłębiać. A jak już dostałam swój własny team to – no i masz babo placek – akurat w 100% płci subtelniejszej. I tutaj wielka niespodzianka. Obie dziewczyny są odważne, dowcipne, inteligentne, pracowite, przedsiębiorcze i aktywne. To już nie to pokolenie nowicjuszy (obu płci) typu „japońska gejsza”, które nie odezwie się słowem gdy nie pytane, wykona każde zadanie bez najmniejszego znaku zapytania lub kontestacji, które będzie służalczo i bez mrugnięcia okiem wspomagało swojego przełożonego nawet w sprawach z biznesem niewiele mających wspólnego jak choćby zataszczenie spitych zwłok do domu po firmowej kolacji lub napisanie sporego kawałka jego pracy doktorskiej. Co to to nie. Kobiety te wiedzą, co sobą reprezentują i wiedzą, dokąd zdążają. Mają swoje własne zdanie, którym nie boją się dzielić na lewo i prawo. Oczywiście ciągle wiedzą, „gdzie jest ich miejsce”, ale na ich prawdziwy szacunek trzeba już sobie zasłużyć. Ich męski rówieśnik również utwierdził mnie w społecznych zmianach stwierdzeniem, że będzie uczył się języka polskiego, ponieważ przez język można „obczuć” kulturę i mentalność danego narodu. I że jest to sprawa fascynująca (!). Postawa naprawdę nieprzeciętna jak na środowisko koreańskie. Następnego dnia wręczyłam mu zestaw uczonych ksiąg, a ten od czasu do czasu rzuca teraz rozanielające „cześć”, „jak się masz?”, „miłego dnia” i „do zobaczenia”. Dodam, że to więcej niż PWY...

W związku ze zmianami organizacyjnymi mam też wyzwania innej, bardziej złożonej natury. Pierwszy to znalezienie złotego środka między młodym, a tym starszym pokoleniem w naszej Firmie. Bo sama jestem zawieszona gdzieś po środku (mam nadzieję że nie pomiędzy młotem, a kowadłem) i muszę na nowo wymanewrować właściwe podejście tak, by współpraca przebiegała owocnie. Druga sprawa to intymne zwierzenia o depresji klinicznej, sztuk dwie. Pierwsza skończyła się moją asystą u psychologa. Druga poharatanym nadgarstkiem, którego widokiem uraczono mnie w wielkim sekrecie i z totalnego zaskoczenia podczas jednej z firmowych popijaw... 


Weryfikacja


O szalonej kampanii antynikotynowej w naszej firmie pisałam już wcześniej w notce „Zasłona Dymna”. Przyszedł czas na sprawdzenie rezultatów. Jak się okazało jednak nie na podstawie testu krwi, a moczu. Dzisiaj na jednym z pięter firmy zagnieździła się pani z tajemniczymi instrumentami przypominającymi paskowe testy ciążowe. Każdy miał za zadanie nasiusiać do papierowego kubeczka, którego zwykle używa się do kawy instant, po czym pani pobierała odrobinę cieczy pipetką i skraplała plastikowe cudo. Po uzyskaniu wyniku, każdy musiał złożyć podpis w specjalnej tabelce rezultatów.

Na piętrze przeznaczonym do testów żeńskiej populacji naszej firmy wężyk z podekscytowanych młodych pracowniczek, dla których badanie jest świetną okazją do wymiany plotek i radosnych pogaduszek. Co chwila ktoś na siebie wpada z kubeczkiem niebezpiecznie wzburzając przy tym fale najróżniejszych odcieni żółci. W powietrzu unosi się charakterystyczna woń. Co bardziej efektywne grupy dziewcząt obstawiają jedną koleżankę, która napełnia kubeczek po brzeg, a następnie na korytarzu hojnie dzieli się siuśkami ze swoimi koleżankami. No bo po co się męczyć ryzykując skrzywioną strugę i nieprzyjemne jej konsekwencje?! 

Podobnie postępują mężczyźni, tyle że z zupełnie innych powodów. Oni są po prostu chytrzy. A ja, co jest chyba zupełnie zrozumiałe, nie mam im tego absolutnie za złe... W końcu każdy się chyba zgodzi, że tysiąc dolarów drogą nie chodzi. No proszę jak się nawet ładnie zrymowało!


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...