Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koreańskie małżeństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koreańskie małżeństwo. Pokaż wszystkie posty

[Zakorkowani] Narodziny dziecka w Korei


Kobieta naprzeciw mnie robi duże oczy, zapowietrza się i ucieka wzrokiem w sufit. Siedzący obok niej mąż oraz nasz kolega z pracy na chwilę milkną, chowając spojrzenia we wnętrzu kufli z Heinekenem. Jesteśmy w Hadze, gdzie do swojego tymczasowego domu zaprosił nas wysłany za granicę współpracownik. 

Kobieta wraca na ziemię i odpowiada, że nigdy się nad tym tak naprawdę nie zastanawiała; że to była normalna kolej rzeczy po zamążpójściu, a na dodatek jej mąż jest najstarszym synem w rodzinie, więc nie za wiele miała do powiedzenia. Jest jej ciężko, czasem czuje się samotna, uwiązana, ale nie wyobraża sobie już życia bez swoich pociech.

To dosyć typowa odpowiedź Koreanek około czterdziestki na pytanie, dlaczego zdecydowały się na posiadanie dziecka.



Ślub z Koreańczykiem


W Korei rzadko spotyka się pary żyjące ze sobą „na kocią łapę”. Ja mieszkałam z PWY kilka miesięcy bez ślubu i ani on, ani ja nie mieliśmy spokoju. Na niego patrzyli krzywym okiem podejrzewając, że za niesformalizowanym trybem życia skrywa niecne pobudki, a co za tym idzie ma zdegenerowany charakter. Ja musiałam stawiać czoła rzeczowym poradom, że muszę się przecież zabezpieczyć na przyszłość, bo w przeciwnym razie zostanę – ja biedna – wykorzystana i pozostawiona sobie samej. Ogólnie było z nami coś nie tak i tyle w temacie. W końcu zdecydowaliśmy się na tradycyjny koreański obrządek i jak ręką odjął – wszyscy wokół nas odetchnęli z ulgą, mimo że w świetle prawa małżeństwem ciągle przecież nie byliśmy. Do tej pory nie nosimy obrączek (ja nie noszę nawet pierścionka zaręczynowego) i to również wydaje się nie mieć znaczenia - tego rodzaju ozdoby to w Korei względnie nowy zwyczaj i nie wszyscy się do niego stosują (a jeżeli już to obrączkę zakłada się na palec serdeczny lewej ręki tak jak w Stanach Zjednoczonych).


PWY i ja razem z naszymi
bratankami Sue i Geon.

[Zakorkowani] Miłość po koreańsku cz.1


W kolejnej audycji "Zakorkowanych" poruszamy temat seksulaności Koreańczyków. Koreańczycy do miłości cielesnej, podobnie jak do większości aspektów swojego życia, podchodzą bardzo pragmatycznie. Wizyty w “love motelach” to nieodzowna część randkowania i sposób na sprawdzenie upodobań i limitów obu stron w sprawach łóżkowych. Miłość fizyczna pomiędzy małżonkami prowadzić ma do poczęcia dziecka, bo po to w końcu ludzie pobierają się. Korzystanie z usług tych samych pań do towarzystwa ma na celu zapewnienie bardziej osobistych relacji z członkami firmowej grupy lub partnerami biznesowymi.

Podejście Koreańczyków do miłości fizycznej, szczególnie tej płatnej, to bardzo kontrowersyjne zagadnienie. W naszej audycji rozmawiamy o „zachodnich księżniczkach”, czyli prostytutkach oddelegowanych przez koreański rząd do obsługiwania stacjonujących w Korei żołnierzy amerykańskich, które musiały nosić plakietki z odpowiednim zaświadczeniem lekarskim; opowiadamy o tym, jak wyglądają współczesne, „oficjalne” dzielnice domów publicznych, ale też o tym, co dzieje się za ladą niektórych tradycyjnych zakładów fryzjerskich i kawiarni. W końcu rozprawiamy się z postrzeganiem korzystania z usług erotycznych jako nierozerwalnej części życia zawodowego Koreańczyka: regularne uczęszczanie do licznych barów karaoke, gdzie mężczyźni obsługiwani są w najróżniejszy sposób przez skąpo odziane dziewoje; erotyczne masaże czasem dla głębszych doznań wykonywane przez niewidome pracownice; grupowy seks oralny w kółeczku i wiele innych. A wszystko to za firmowe pieniądze...

Korzystanie z płatnej miłości to w Korei coś, co uznaje się za normę. To prawo mężczyzny do odreagowania sztywnych nakazów społeczeństwa, ale też i integralna część męskiego DNA, z którym na próżno walczyć. To coś, co się nagminnie robi, ale o czym się raczej nie mówi - mówimy więc my.






Miłość bez róż



Pan Lech Rościszewski nie zawiódł. W grudniu roku 2008 ujął mnie swoimi opowieściami o życiu na Antarktydzie, a teraz – przed spotkaniem autorskim na Targach Książki w Pałacu Kultury i Nauki – pięknymi, bordowymi, oszałamiająco pachnącymi różami. Długie, nie przyozdobione trzy kwiaty, a poczułam się jak królowa. Pan Lech to prawdziwy gentelman, jakich na świecie już niewielu.


Róże od Pana Leszka


Po powrocie do Korei inny już Lech zapytał mnie, czy PWY przywitał żonę czerwonym chodnikiem i kwiatami. Wiadomo – ponad dwa tygodnie rozłąki, debiut literacki, te sprawy...

Było tak. Wylądowałam w poniedziałek po południu. Stęskniona jeszcze w samolocie włączyłam telefon i zadzwoniłam. PWY odebrał i nie dając mi dojść do słowa zakomunikował, że jest na spotkaniu i że oddzwoni. Wpakowałam się więc do autobusu i ruszyłam do domu. Potem przesiadłam się do taksówki, do której bagażnika własnoręcznie musiałam załadować okrutnie ciężką walizę z polskimi skarbami. (Koreańscy taksówkarze nie kwapią się do pomocy, bębniąc ze zniecierpliwienia palcami w kierownicę podczas gdy pasażer samotnie szamoce się z tyłu samochodu.) W domu powitała mnie Nabi, którą przez pół godziny musiałam nosić przewieszoną przez ramię w rewanżu za swoją niczym nieusprawiedliwioną nieobecność. Mruczała tak głośno, że aż kości wibrowały mi w rytm tego mruku. Ogarnęłam siebie i dom tylko przez chwilę zatrzymując wzrok na zeszycie z kotem na okładce. Kot miał zaróżowione policzki i gwiazdki w oczach. Pewnie zostawiła go mieszkająca tutaj podczas mojego wyjazdu koleżanka... Niewiele zastanawiając się wrzuciłam go do szuflady.




PWY wrócił do domu po dziesiątej. Tego dnia przyleciała delegacja z Japonii i nie mógł wyrwać się wcześniej. Leżałam już w łóżku próbując pokonać różnicę czasu. Uściskaliśmy się mocno, w ciszy, bez żadnych zbędnych pisków i łez. Jak bracia, którzy spotykają się po latach rozłąki. Podczas pogaduszek wyszło na jaw, że na firmowej kolacji nie pił tylko po to, żeby wrócić samochodem i żeby rano móc zawieźć mnie na stację metra. (W Korei to oznacza wiele, bo zazwyczaj szklaneczki odmówić nie można, szczególnie jeżeli oferuje ją starsza rangą osoba.) Następnego dnia zapytał, czy widziałam zeszyt, który mi kupił. A kupił, bo kotek był i nawet widniał pod nim napis „Nabi”...

Taki to mój czerwony chodnik i kwiaty Leszku, koreańska miłość bez róż.
Ale może to i dobrze, bo przecież nie ma róży bez kolców...



Adam i Ewa


Piątek. Moja podopieczna prosi mnie o wspólne ćwiczenia w czasie obiadu. Boli ją kręgosłup. Koncentruję się na jej prawidłowej postawie, zapominając o ostrożności przy wykonywaniu własnych ćwiczeń. Strzyka mi w kręgosłupie. Przez chwilę nie jestem w stanie podnieść się z podłogi. Koreanka masuje mi plecy – ćwiczenia wyraźnie jej posłużyły. Cieszy się, że w niedzielę będzie w stanie pójść w góry razem z rodzicami. Dobry znak – pozwala sobie ze mną na czarny humor. Robię dobrą minę do złej gry – tak naprawdę mam powyżej uszu swoich fizycznych ograniczeń. A już w szczególności przed pierwszym wolnym weekendem od dwóch tygodni. Popołudnie nieznośnie mi się dłuży, prawdopodobnie z powodu bólu. Staram się w ogóle nie poruszać. W pracy biurowej nie jest to aż tak trudne.

Wreszcie koniec pracy. Niespiesznie drobiąc wracam do domu. Telefon od PWY – będzie za godzinę. Ostrożnie zmieniam ubranie i kładę się na dwuosobowym materacu, który zainstalowaliśmy w pokoju gościnnym. Służy nam za kanapę – jest o wiele wygodniejszy do oglądania filmów, do wspólnego czytania i niedzielnej drzemki. Na lędźwia przykładam poduszkę elektryczną. Nabi grzeje już mój kark liżąc mnie w przypływie afektacji swoim szorstkim językiem. Czuję się potwornie zmęczona – i powtórką obezwładniającej sytuacji, i jet lagiem po ostatniej podróży służbowej dookoła świata.

Dzwonek telefonu nie dociera do mnie przez kilkanaście sekund mimo że telefon leży tuż obok mojego ucha. W końcu budzę się. Gdzie ja jestem? PWY czeka na dole, możemy od razu pojechać do supermarketu. Wstaję z łóżka w sposób rekomendowany dla ludzi z wypadniętym dyskiem – najpierw przewrócenie się na bok, podparcie obiema rękami i przysiad w pionie, dopiero wtedy pozycja stojąca. Zebranie się w sobie idzie mi jakoś mozolnie. PWY zjawia się w drzwiach i już mi o niebo lepiej.

W supermarkecie PWY opowiada mi o książce, którą właśnie przeczytał. Jak sam podkreśla nie jest to jakaś „wysoka literatura”, którą zazwyczaj się zaczytuje, ale i tak zrobiła na nim wrażenie. Uśmiecham się pod nosem. Spacerujemy oboje zatopieni w historii, przekąszając oferowane na stoiskach kawałeczki tofu, samgyeopsal, mandu; popijając próbkami jogurtów, soków, a nawet winem. Po kilkunastu minutach nasz koszyk jest ciągle pusty. Musimy zawrócić. Chodzenie dobrze mi robi.

Tak, jak każdego piątkowego wieczoru oglądamy kolejne epizody „Breaking Bad”. Ja chrupię ulubione orzechy włoskie popijając promocyjnym weissbier („jedyne” 4,000KRW [ok. 4USD] za pół litra...), PWY zadowala się migdałami i koreańskim piwem OB. Po nasyceniu żołądków rozkładamy sie na materacu, ja z poduszką elektryczną na plecach. Po jakimś czasie słyszę pochrapywanie. Odwracam głowę i napotykam przytomny wzrok PWY. Próbuję przyłapać go jeszcze kilka razy, ale za każdym razem uśmiecha się do mnie szelmowsko. Koreańczycy mają do perfekcji opanowaną czujność podczas spania. Bardzo pomaga im to w pracy. W końcu Hank dostaje trzy kulki na parkingu. Podrywam się zszokowana. PWY chrapie w najlepsze. Nie mam serca go budzić – uzbrojona w poduszkę elektryczną i mruczącą kocicę kieruję się ku sypialni.

Domowe Cappuccino

Sobota. Budzi mnie dźwięk otwieranych drzwi. PWY wrócił z biblioteki. Słyszę jak nastawia czajnik na kawę. Ubijane przez niego mleko na nasze ulubione cappuccino ostatecznie motywuje mnie do wygrzebania się z ciepłych pieleszy. Kregosłup? So so. Uwielbiam się do niego przytulać. Zawsze jest gorący jak piec. Myję zęby, opłukuję twarz, nakładam kremy obiecujące młodość po grób. Nie wydają mi się wiele pomagać. W lustrze oglądam obecną już od dawna siatkę czerwonych plam na skórze wokół krzyża – to od aplikowanego gorąca. Daję Nabi jeść, przygotowuję winogrona. Wracamy na materac, gdzie spędzę pewnie większość weekendu. Poduszka elektryczna jest już na swoim miejscu. Świeci oślepiające słońce, ale na zewnątrz ciągle jest mroźno.

Leżę płasko na brzuchu z przymkniętymi oczami, rozkoszując się – podobnie jak rozciągnięta na podłodze Nabi – coraz intensywniejszym ciepłem słońca. PWY zaczyna tłumaczyć mi z koreańskiego Marka Twain’a. Wybiera fragmenty z „Extrats of Adam’s Diary”, potem dla kontrastu przechodzi do „Eve’s Diary”. Idzie mu to koślawo, robi błąd za błędem, czasem na dłużej musi się zatrzymać. Wiem jednak, co chce powiedzieć. Potrafię wyobrazić sobie przekaz w oryginale. Razem zaśmiewamy się z tego, jak świat postrzega pierwszy mężczyzna i pierwsza kobieta. Twain jest genialny. W pewnym momencie chyba zasypiam, bo po ponownym otworzeniu oczu widzę PWY zatopionego w lekturze. Nadpijam zimnej już kawy i wracam do opowiadań Osieckiej. Słychać tykanie naściennego zegara.

W sobotnie popołudnie czeka nas jeszcze cotygodniowe sprzątanie. Potem udamy się na saunę, gdzie na kamykach soli wygrzeję moje ciało oraz, już w łaźni, poddam je zbawiennym masażom wodnym. To najzwyklejsza rozrywka koreańskich rodzin. Jutro w planie jest basen i akupunktura. PWY natomiast czuje wiosenny zew gór – uda się prawdopodobnie na wspinaczkę. To będzie pierwsze jego solo od czasu naszego ślubu... Ja chyba jednak tym razem nie dam rady mu towarzyszyć.



Palau


Długo odkładane wakacje marzeń. Biały piasek, turkusowy ocean, słońce, dżungla; totalne zapomnienie gdzieś pomiędzy odmętami Pacyfiku. PWY staje w drzwiach i oświadcza, że jest gotowy do drogi. W ręce siatkówka z dwoma plastikowymi butelkami soju (koreańska wódka), dwoma papierowymi kubkami ramyeonu (koreańska zupka instant) oraz dwoma puszkami tuńczyka. Pełen romantyzm.

Drapię się po głowie w zadumie nad tym, jak inne mamy czasem wyobrażenie zarówno o niezbędnikach jak i przyjemnościach w tym życiu. Na szczęście rozpoznaję figlarny błysk w oczach PWY i już wiem, że jakoś pośrodku odnajdziemy się. Tak, jak robimy to każdego dnia.


Szklaneczka z teściową


PWY na jakiś czas opuścił mnie. Gnany dzikością serca wybrał się do Indii, żeby odnaleźć siebie przed rozpoczęciem pracy w nowej firmie. Do tej pory odnalazł jedynie ogromne karaluchy, krowie placki, zdechłe szczury, okrutne zanieczyszczenie i jeden wielki chaos. Poza tym nosi się z czerwoną kropą na czole i zapuszczonym zarostem. Wraca w poniedziałek.

Ja tymczasem zdecydowałam się nadrobić zaległości z teściową (Andrea, moja amerykańska współpracowniczka stwierdziła, że widocznie nie mogę zbyt długo wytrzymać bez DNA Woo Young’a). Zaprosiłam ją na babski wieczór z zupą warzywną pochodzenia polskiego oraz buteleczką soju (koreańska wódka). Było wesoło. O drugiej nad ranem nastąpiła kulminacja wieczoru w postaci masażu twarzy „ice rollerem”, wykonywanym dosyć brutalnie po moim licu, bo po wypiciu butelek nie jednej a trzech. Z każdym obalonym kielonkiem jakoś lepiej mówiło mi się po koreańsku, nie wspominając już o moim proporcjonalnie rosnącym przekonaniu o doskonałym rozumieniu teściowej.

Moja teściowa miała życie... nie za lekkie – „podaj, posprzątaj, ugotuj, wypierz, oporządź dzieci, nie pytaj, gdzie byłem przez ostatnie trzy miesiące i na co rozpuściłem wszystkie pieniądze”. W tym momencie swojego życia, już bez męża, z dwoma samodzielnie odchowanymi synami, jest jedną z najradośniejszych, najskromniejszych, najbardziej pomocnych, najmniej pretensjonalnych osób, jakie znam. Ani razu nie dała mi odczuć, że była ofiarą, czy że jej życie było ciężkie – taki był jej los, przyjęła go bez buntu, z otwartymi rękoma i starała się cieszyć każdą chwilą, żyć każdego dnia na nowo bez zbytniego przeżuwania zła, które ją spotykało. „Bo przecież dzięki temu właśnie losowi poznałam ciebie; gdybym bardziej starała się coś zmienić być może nigdy nie byłybyśmy rodziną...”. Dla swoich chłopaków całkowicie poświęciła się (w czasie rozmowy nigdy nie użyła tego określenia), ale ani razu nie wymówiła im tego nawet słowem. Teraz twierdzi, że bez nich jej życie nie miałoby żadnego sensu. Uważa się za osobę bardzo szczęśliwą.

Rozmawiałyśmy dalej o marzeniach, ambicjach, dzieciach, różnicach między Koreańczykami, a światem zachodnim. Opowiadała mi też historie zabawne. Na przykład ze swojego dzieciństwa, kiedy mieszkała jeszcze ze swoimi licznymi siostrami i bratem w tradycyjnym koreańskim domku hanok. Wtedy jeszcze mężczyźni urzędowali w osobnej części posesji, która znajdowała się najczęściej po zewnętrznej stronie domu, przylegającej do drogi. Stamtąd właśnie wytrwali amanci rzucali za mur listy miłosne skierowane do młodych dziewczyn – najwięcej otrzymywała ich naturalnie moja teściowa. Jej ojciec gorąco zachęcał rozochoconych młodzieńców do częstego piśmiennictwa – z dużą satysfakcją używał listów jako papieru toaletowego, który wtedy praktycznie nie istniał. Jedna z bardziej odważnych sióstr zakradała się nocą do męskiego wychodka, żeby nie zużyte jeszcze listy podbierać, a nad ranem, po ich chichotliwej analizie w części dla kobiet, na palcach z powrotem odnosiła je ku ich gównianemu przeznaczeniu.

Muszę przyznać, że dawno temu już nie spędziłam tak konstruktywnego i jednocześnie zabawnego wieczoru. Oczy na zapałkach w pracy następnego dnia były tego warte. 

Soju zabarwione przepysznym syropem z bokbunja (복분자 - Koreańska jeżyna), który moja teściowa własnoręcznie sporządziła (po nadmiernym spożyciu takiego miksu w ogóle nie boli głowa!~~). Uwielbiam mieszać ten lepki skondensowany sok z jogurtem, który własnoręcznie robię w domu. Pychotka.



Paszport


Koreańczycy są bardzo dumni ze swojej narodowości. W sumie nic w tym dziwnego – ja również jestem zadowolona z tego, że jestem Polką. Każdy ma swoje powody i na swój sposób każdy ma rację – to kwestia dobrze pojmowanego patriotyzmu i tolerancji.

Różnica chyba tkwi jednak w tym, że Koreańczycy – przeważnie ci starszej daty - uważają się za naród wybrany, wyjątkowy czystością krwi (Koreańczycy są przekonani o homogeniczności swojej rasy) oraz bogactwem ponad pięciotysiącletniej kultury, posiadający najzdrowszą kuchnię na całym świecie, język, który poziomem swojego wysublimowania jest nie do ogarnięcia dla cudzoziemców, oraz coś niespotykanego nigdzie indziej, co jest określane mianem „jeong” (정). Jeong można zdefiniować jako bezwarunkową lojalność, głębokie uczucie przywiązania, nierozerwalną więź oraz umiejętność zupełnego poświęcenia się bez oczekiwania na nagrodę lub uznanie. Koreańczycy przekonani są, że w świecie zachodnim tego rodzaju oddanie nie istnieje, bo stoi w kontraście do wyznawanego przez nas kultu indywidualizmu (= egocentryzmu). Postawa taka razi bezwstydnym, bo zupełnie nieświadomym (!) etnocentryzmem, a czasem niestety trąci nawet o rasizm – szczególnie w stosunku do przedstawicieli innych krajów azjatyckich.

Na co dzień ta megalomania narodowa przejawia się na przykład tak:

<Podczas podróży służbowej na przejściu granicznym; dialog przerabiany przeze mnie już dziesiątki razy…>
- (ze zdziwieniem) Nie masz koreańskiego paszportu?
- Nie.
- Przecież wyszłaś za Koreańczyka.
- Tak, ale posiadając paszport Unii Europejskiej mogę bez problemu się po niej poruszać i pracować na jej terenie bez specjalnego pozwolenia. (próbuję wyjaśnić sprawę pragmatycznie)
- Ile lat mieszkasz już w Korei?
- Ponad osiem.
- <po chwili namysłu> Acha, to znaczy JESZCZE nie masz koreańskiego paszportu?
- …


Powrót do przeszłości


Jakiś czas temu, podczas porządkowania półek, odnalazłam część przeszłości PWY. Jego zeszyty z rysunkami, dzienniczek ucznia, klasery ze znaczkami – wszystko z czasów, kiedy miał zaledwie kilka lub kilkanaście lat. Pożółkłe kartki, zwietrzałe, szorstkie i twarde w dotyku, pachnące dziecięcą niewinnością i starocią lat, który bezpowrotnie upłynęły. Wtedy uczono go, że Koreańczycy z Północy mają rogi i że Korea, jako jedyny kraj na świecie, ma wyraźnie odseparowane cztery pory roku. Mnie też wtedy uczono wielu ciekawych rzeczy, które dosyć szybko zostały zrewidowane. Z czasów trochę tylko późniejszych, natknęłam się na jego liczne pamiętniki. Zwięzłe zdania, urywki myśli, niesamowite nasycenie treścią niewielkiej przestrzeni papieru. Bez większego ładu, czy proporcji.


Żyliśmy wtedy tysiące kilometrów od siebie zupełnie nie zdając sobie sprawy z własnego istnienia, lub nawet z istnienia krajów, w których dorastaliśmy. Patrząc na porozrzucane na podłodze pamiątki zastanawiałam się, kim wtedy PWY był, w jaki sposób myślał, jak kształtowało się to coś, co dzisiaj mam w domu na codzień. Dlaczego jesteśmy sobie tak bardzo bliscy, mimo że wychowywaliśmy się na zupełnie obcych planetach? 


Zeszyty PWY z czasów dzieciństwa. Jego talent malarski niestety nie uległ poprawie. Ja również w tej dziedzinie niczym nie grzeszę.


Dzienniczek PWY. Miał wtedy 122cm wzrostu i ważył 25kg. Ja prawdopodobnie miałam w dorobku połowę tego. Najwyraźniej nudził się na lekcjach. Mimo to stopnie miał bardzo wysokie.



Znaczki PWY. Jedna seria z bardzo swojskim akcentem. Ja też miałam swoje cenne klasery uzupełniane we Wrocławiu, niedaleko Dworca Głównego, przy każdej pociągowej przesiadce w drodze do babci. Najbardziej w pamięci utkwiła mi niezwykle kolorowa seria Mickey Mouse.



PWY pisał mnóstwo wierszy. Prowadził pamiętniki. Nawet teraz ma kilka zeszytów, w których od czasu do czasu coś sobie zapisuje. Zupełnie tak, jak ja.


Przyjaciel



Kilka lat temu, kiedy jeszcze co każdy piwny wieczór przepychaliśmy się bardzo różnymi wizjami świata, mówił, że kobieta, a tym bardziej dziewczyna/żona, nie może być przyjacielem mężczyzny. 

Przed wyjazdem był wieczór w mocno podejrzanej knajpie, gdzie pysznego placka z ośmiorniczką i zieleniną „pajeon” (파전) zapijaliśmy sfermentowanym winem ryżowym „makkoli”(막걸리). Nie mogliśmy się sobą nasycić. Błahostkami w pracy, własnym punktem odniesienia do tych czy innych spraw i przyszłością, jaka powoli zaczyna się przed nami formować. Pakować zaczęłam się dnia następnego na dwie godziny przed wyjazdem. Wyjazdem na cały okrutny miesiąc. Miesiąc bez jego ramion wokół mojej talii…

Tamtego wieczoru powiedział, że jestem jego najlepszym przyjacielem.


Rocznica



W drugą rocznicę naszego ślubu PWY przysłał mi do pracy małe różyczki, ułożone jedna obok drugiej w ogromnym kartonie w kształcie serca. Kolorowe i pięknie pachnące.

A ja osłupiałam.

I zastanawiam się, czy to aby nie jakieś ukryte przesłanie. Sugestia oczyszczenia naszej relacji? 
A może po prostu uznanie dla mojego dosyć chorobliwego pragmatyzmu? 

Bo sęk w tym, że te róże są... z mydła...

Róże z mydła od PWY (jak się później okazało wrzuca się taką różyczkę do kąpieli, a ta pod wpływem gorąca "rozkwita" uwalniając zapach i rozpuszczając się w wodzie)


Róże od CEO firmy PWY (PWY wiedział, że "zwykłe" kwiaty przysłane zostaną do domu więc postanowił kupić mydlaną wersję~~).


Lek na całe zło


W ostatnim miesiącu dane mi było odwiedzić USA dwa razy. Na zachodnim wybrzeżu nikt nie zaprząta sobie głowy epidemią grypy. Lotniska są pełne ludzi, nikt nie nosi masek (ja swoją schowałam głęboko na dno walizki, kiedy jakaś kobieta smagnęła mnie głośnym wyrzutem „It’s scary!”), nikt nie panikuje. Dla porównania lotnisko w Korei świeci pustkami. Po przylocie z zagranicy, tuż po wyjściu z samolotu, natknąć się można na kordon doktorów w długich jednorazowych uniformach, rękawiczkach i maskach. Uzbrojeni w termometr, mierzą temperaturę każdego (!) z pasażerów, kolekcjonując przy tym specjalne druczki, które wcześniej należało wypełnić w samolocie, oraz zadają kilka standardowych pytań. Po tygodniu lub dwóch każdy z pasażerów raczony jest rozmową telefoniczną specjalnych służb, które wypytują się o aktualną kondycję delikwenta. Mimo tych wysiłków świńska grypa jednak systematycznie poszerza zasięg swoich macek.

Według dzisiejszej porannej gazety, powodem szybkiego rozprzestrzeniania się świńskiej grypy w Korei są… obcokrajowcy, a w szczególności… nauczyciele języka angielskiego. Oni to bowiem mają i czas, i pieniądze, żeby non stop podróżować do swoich krajów, skąd za którymś razem przywożą ze sobą w końcu zabójczego wirusa. Następnie zarażają nim koreańskie dzieci w szkołach­­, a co gorsza nawet, współpasażerów koreańskiej kolei, z której korzystają w weekendy wojażując po kraju!

Artykuł podparty był kazusem jednego nauczyciela, u którego kilka dni temu zdiagnozowano świńską grypę... Autor zastanawia się nad Koreańczykami, u których wyżej wymieniony nieszczęśliwiec nocował, a u których nie stwierdzono żadnych objawów choroby. W tym momencie artykułu głośno roześmiałam się żartując, że to na pewno z powodu konsumpcji dużej ilości kimchi. PWY, który wcześniej skończył czytać artykuł, głęboko się na mnie obraził. Okazało się, że artykuł był niedorzeczny bardziej niż mogłam przypuszczać… Tak niedorzeczny, ze nawet mój dowcip nie sprostał wyzwaniu… 


Ludzie i delfiny


U wschodnich wybrzeży Korei, na Morzu Japońskim (uparcie nazywanym przez Koreańczyków Wschodnim), po raz pierwszy na świecie udokumentowano dość szczególne zachowanie delfinów, które w koreańskich gazetach określono mianem „pogrzebu”.

Jeden z deflinów był najwyraźniej bardzo chory i w pewnym momencie nie mógł już sam dotrzeć do powierzchni wody celem zaczerpnięcia oddechu. Inne defliny z jego grupy podjęły o niego walkę, swoim własnym ciałem wypychając go ku górze.

Nie wiem dlaczego  Koreańczycy uznali akurat za pogrzeb próby uratowania jednego delfina przez około dwudziestu swoich pobratymców, ale może dlatego że delfin końcem końców opadł na dno i zakończył tam swój żywot.

Z empatią i współczuciem stwierdziłam, że musiała się tam rozegrać mała tragedia. PWY, próbując chyba mnie pocieszyć, odpowiedział, że to i tak lepiej niż ludzie. Ludzie mają w zwyczaju zostawiać potrzebujących samych sobie (a dokładnie: „don’t give shit about them”)...


Post scriptum do ostatniej notki



Po opublikowaniu ostatniej notki pokazałam kilka zdjęć ze ślubu dziewczynom z pracy (tak, ostatnimi dniami w pracy nie przemęczam się~~). Marina, wiecznie optymistycznie nastawiona Rosjanka, napisała coś bardzo mądrego. Oto jej tekst: 

 “I've already told Anna that these are the most beautiful pictures I've ever seen: everything and everyone - from a cement car* on the street to the single lady there.

Now I know why - that's what I miss the most - LIFE! You see every person to be living, not just existing in the moment...

Everything is REAL, not fake-emotions, congratulations, dance, trees and grass.

I need someone to remind me about all that sometimes, because I'm afraid I forget after several more years here.

LIFE is beautiful!

One more thing. Don't be depressed, assume that you are here for now, but you can change it in the future – no matter when - tomorrow or 10 years later. Since we are here for our husbands (which is equal to our breath or fresh air and happiness), God will appreciate this and will send us to the right directions.

By the way, if you decide to go swimming (and picnic) with us tomorrow - welcome! 

Luv you!!!!!!
Ma


_______________________________
*Tuż przed przyjazdem PWY i gości na plac przed mój dom wjechały dwie ogromne, ryczące cieżarówki z obracającymi się baniakami cementu. Na ich tle grali muzykanci w krwisto czerwonych koszulach i czarnych spodniach (przeatmosferyczne trąbki i te sprawy). Do całego surrealistycznego dosyć obrazu dodać należy autobus dla gości, który okazał się zwykłym podmiejskim trampkiem z napisem „nauka jazdy”. Było naprawdę niezapomnianie – zdjęcia wkrótce.


14 czerwca 2008



Występując w roli panny młodej nie ma się chyba czasu ani mentalnej możliwości, żeby bawić się tak naprawdę, bez opamiętania...


Dopiero później w czterech kątach domu można szczerzyć zęby do ekranu oglądając, jak PWY przyjeżdża pod dom Garbuskiem, jak z roztrzęsienia mylę obrączki, jak to właśnie ja, podczas jego obietnicy, zakładam mu na palec obrączkę a nie na odwrót, jak już na samym końcu plączą mi się słowa, jak każdy składa nam życzenia tak bardzo szeroko się uśmiechając no i całą resztę głośnych klaksonów, szalonych tańców z czerwonym boa, gorzkiej wódki, soczystej szynki, słodkich tortów i ściągniętych po kolana portków. 

Pewnie i standard ale bawię się na całego szczerząc bezwiednie te swoje zęby przez pełne 4 godziny... Było naprawdę pięknie!

No i drugi dzień i już bardziej zrelaksowane chwile w gronie dawno nie widzianych przyjaciół. Przy drewnianym wigwamie, w pełnym słoneczku, w zaciszu soczystej zieleni tuż za plecami, polską dobrą muzyką w tle, trzaskającym wesołymi iskrami ogniskiem i lodówką pełną najrozmaitszych trunków. I to uczucie błogości, które ogarnia mnie pierwszy raz od bardzo bardzo dawna już tylko patrząc na drogie mi twarze. I te wspominki z różnych etapów mojego życia, każdego najważniejszego, każdego innego bo naznaczonego wewenętrznymi poszukiwaniami. I te rozmowy o wszystkim i o niczym. Salwy śmiechu i w końcu dzikie tańce. W takich chwilach wydaje mi się, że jestem najszczęśliwszą osobą na całym świecie. Czuję się uprzywilejowana bo znam ludzi, których znam, bo mam taką rodzinę, jaką mam, bo przydarzyły mi się takie, a nie inne rzeczy...

I że w ogóle jestem na tym pięknym świecie właśnie teraz. 
W tym momencie...







Więcej zdjęć tutaj.

_____________________________________
Ps. KTO mi dał płytę HEY????





Moi bratankowie


W obecności dzieciaków rozpływam się w dwie lewe ręce i okaz stanowczej bezradności. Nie to że za nimi przepadam czy czuję przypływ macierzyńskich emocji. Absolutnie nie. Bardziej chodzi o to, że dzieci są dla mnie jak małe istotki z kosmosu, z którymi normalnie nie sposób się komunikować. A ja niestety (?) nie potrafię na zawołanie wydawać jakichś pisków, robić min albo pleść głupot i to w obecności osób trzecich (solo zdecydowanie lepiej mi wychodzi). Udaje mi się w ten sposób rozmawiać jedynie z moją kotką, a ta w rewanżu przynajmniej odpowiada i rozumnie na mnie patrzy. Dzieciaki wręcz przeciwnie – ni w ząb nie potrafią pojąć o co mi chodzi i te okresy ciszy, kiedy żując misia patrzą na mnie okrągłymi oczkami, a ich mózgi ciężko pracują nad rozszyfrowaniem moich słów, są bardzo krępujące... Bo najczęściej w takich sytuacjach obracają się po chwili na pięcie i uciekają w popłochu... Wtedy to ja czuję się jak kosmita...


Od kilku tygodni w weekendy opiekujemy się z PWY dziećmi jego starszego brata, mieszkającego na Cebu. Muszę przyznać, że za każdym razem jest to dla mnie duży stres. Ogarniające mnie wtedy uczucie fajtłapowatości jest dla mnie bowiem mocno niekomfortowe. Zawiedzione spojrzenia PWY też nie dodają mi otuchy. Tak czy owak bycie „małą mamą” (작은 엄마) – dla dzieci żona młodszego brata ojca – do czegoś zobowiązuje... Robię więc te miny, plotę głupoty i opowiadam niestworzone historie tak dobrze, jak tylko potrafię. A potem w niedzielę wieczorem wypijam zasłużoną butelkę czerwonego wina co by dojść do siebie...




Sue Hyeon


Geon podrywający koleżankę. :]



Wieczór




Dobrze jest czasem się zatrzymać. 
Nieplanowanie i w środku wszystkiego.


Położyć się na puszystym dywanie z nogami na kanapie.
Włączyć muzykę i od czasu do czasu dotknąć dłonią o dłoń.


Uzupełniać się każdym kolejnym ruchem.
W niewymuszonej ciszy.


Leżeć koło siebie.
Bezszelestnie wśpiewując się w kobiecy głos.


Spoglądać na siebie od czasu do czasu.
Z półuśmiechem i powoli zamykanymi powiekami.
Bezpretensjonalnie.


Być ze sobą w tym jednym i jedynym momencie.
Jakby nie istniał cały świat.
Albo czas.




Przepis na szczęśliwe małżeństwo



Kłótnie nie muszą być złem koniecznym. Jeżeli niosą w sobie ślad konstruktywnej wymiany myśli i nie mają nic wspólnego z chęcią wygrania za wszelką cenę spełniają rolę ważnego stymulanta w związku.

Po każdej wymianie zdań z PWY zastanawiam się nad powodem naszych nieporozumień. Najłatwiej przychodząca odpowiedź to oczywiście ta związana z kwestią różnic kulturowych. Ale czy to aby nie pójście na łatwiznę?

Siłą rzeczy ostatnimi czasy spotykam wiele kobiet z najróżniejszych krajów, które wyszły za Koreańczyka. Z jedną z nich, Brytyjką (nazwijmy ją „M”), mam okazję pracować i popijać kawę od czasu do czasu. Jak to przy kawie i jak to między kobietami zaczęłyśmy wymieniać się spostrzeżeniami na temat naszych związków. Nasze „problemy” są niemalże identyczne. Czy jednak aby na pewno są one związane ze środowiskiem, w jakim wychowali się nasi mężowie?

Trzeba przyznać, że różnice kulturowe są i to duże. Z drugiej strony chyba żadna z kobiet, które znam, nie wyszła za mąż za „stuprocentowego” Koreańczyka. „Nasi” Koreańczycy mieszkali, bądź przynajmniej bywali w różnych krajach, mają mniej lub bardziej liberalne poglądy, nie charkają na ulicy, chcą żeby ich towarzyszki realizowały się zawodowo, spacerują trzymając się za rękę itp. – czyli zachowanie zupełnie niestandardowe jak na Koreę. Jasne, że czasem zupełnie trywialne (dla nas) rzeczy trzeba wyjaśniać po trzy razy ale działa to też w obie strony. Myślę, że akurat w kwestii różnic kulturowych szacunek, cierpliwość i wypracowanie jakiegoś kompromisu załatwia większość spraw. A tyle przy tym też można się nauczyć…

M. po jednej z kawowych sesji przybiegła do mojego biurka z książką, którą kazała mi przeczytać do końca „no matter what”. Już przy jej kartkowaniu zrozumiałam, że będę potrzebowała wiele ale to wiele cierpliwości żeby nie wyrzucić jej za okno w oczekiwanie częstych przypływach nagłego oburzenia. Książka nosi tytuł „The rules for marriage" i zawiera 43 przepisów na szczęśliwe małżeństwo. Sęk w tym, że reguły te odnoszą się tylko i wyłącznie do kobiet. W wyniku wieloletnich badań przeprowadzonych przez autorów książki okazało się bowiem, że mężczyzna zupełnie nie potrafi zrozumieć kobiecego punktu widzenia, a co za tym idzie jest zupełnie bezradny jeżeli chodzi o dostosowanie się do czegokolwiek. Wszystko więc zależy tylko i wyłącznie od kobiety oraz jej umiejętności manipulacji i powściągania swojej własnej natury. Próby zreformowania natury mężczyzny sa według książki walką z wiatrakami. Im prędzej kobieta zda sobie z tego sprawę tym lepiej dla małżeństwa.

Po przeczytaniu książki musiałam przyznać, że nie tylko wszyscy mężczyźni są z Marsa ale również ich odmienność jest zjawiskiem ponadkulturowym. Przykładowe sytuacje opisane w książce pokrywały się z tym, co dzieje się w moim związku mimo że dotyczyły wyłącznie związków pomiędzy Amerykanami. A jeszcze smutniejsze wydało mi się to, że po zastosowaniu niektórych z reguł nasze małżeństwo stało się jakby szczęśliwsze…

Tak czy owak doszłam do wniosku, że to właśnie piętno (?) płci zdecydowanie determinuje relacje w związkach heteroseksualnych. I że proces ten jest w dosyć wąskim zakresie uwarunkowany kulturowo.


PWY jest przede wszystkim Mężczyzną.

Ja jestem przede wszystkim Kobietą.

I na tym właśnie polega problem.



Oto reguły opisane we wspomnianej książce (ciekawa jestem co o tym sądzicie…):


Relax during the engagement and wedding.
Oba wydarzenia, zaręczyny oraz ślub, mają o wiele większe znaczenie emocjonalne dla kobiety niż dla mężczyzny. Dlatego najważniejszym jest żeby przyszłemu mężowi nie zawracać głowy przygotowaniami i każdą najmniejszą duperelą z nimi związanymi. Najlepiej jest się zrelaksować i nawet jak coś nie idzie według planu zachować kamienną twarz i nie marudzić.

Continue to be a creature like any other.
Kobiety zamężne powinny zachowywać się dokładnie tak jak przed ślubem tzn. tak jakby jeszcze nie usidliły swojego mężczyzny. Chodzi o pewność siebie, pozytywne nastawienie, flirt...

Keep up your looks – but don’t go crazy.
Dla mężczyzny wygląd jest jednym z ważniejszych kryteriów wyboru. Dlatego kobieta nie powinna chodzić po domu w za dużej koszuli nocnej, w brudnych włosach, przytyć 5kg czy ścinać włosów tuż po ślubie. Przed przyjściem męża warto spryskać się perfumami. Umiar jednak jest też zalecany (bez sztucznych rzęs, liposukcji, czy implantów).

Keep up your own interests (have a life!).
Wiele kobiet po zamążpójściu rezygnuje ze swoich zainteresowań, które tak naprawdę w momencie poznania czyniły je dla mężczyzny ciekawymi osobami. Mężczyzna będzie o wiele bardziej skłonny do inicjacji rozmowy właśnie wtedy, kiedy kobieta zajęta będzie własnymi sprawami. Kobiecie radzi się naginać swój własny grafik do próśb męża, a co więcej nie robić awantury, kiedy nagle okazuje się, że było to zupełnie niepotrzebne. Mężczyźni bowiem w swojej naturze stawiają samych siebie na pierwszym miejscu.

Lower your expectations in the first year.
Po zamążpójsciu nie należy spodziewać się, że mężczyzna będzie zachowywał się tak samo jak w okresie randkowania. Dlatego dobrze jest się zrelaksować, często przymrużać oko i hamować potok słów w celu wyjaśniania czegokolwiek.

Be a team.
Kobieta nie może przesadzać z posiadaniem „własnego życia”. Warto konsultować swoje wypady czy plany z mężem choćby nawet miały one błahy charakter (np. zakup firan). Na imprezy należy chodzić razem albo wcale (podobnie rzecz ma się z wakacjami), mieć wspólne konto, w ciągu dnia znaleźć choćby 20 minut wyłącznie dla siebie.

Give him 15 minutes alone when he comes home.
Kiedy mąż przychodzi do domu warto dać mu buziaka i pozwolić pozbierać myśli przed podejmowaniem jakiegokolwiek tematu. Raz jeszcze – hamujemy słowotok!

Be supportive.
Mężczyznę należy traktować jak wojownika, który każdego dnia wyrusza na pole bitwy. Dlatego też przed wyjściem do pracy należy dodać mu otuchy kilkoma zagrzewającymi do walki słowami. Nawet jeżeli mężczyzna ma niestworzony lub nierealistyczny pomysł należy go wspierać bez słowa krytyki. Jeżeli się przeziębił nie należy ważkości tego przeziębienia umniejszać ale zająć się mężem jakby był małym dzieckiem. Za każdą najmniejszą rzecz warto mężowi podziękować (umycie naczyń, skoszenie trawnika etc.).

Let him win.
Jakkolwiek wydawałoby się to niesprawiedliwe zaleca się kobietom dać mężczyźnie wygrywać w większości sporów. Jedynie sprawy naprawdę najważniejsze są warte walki. Przede wszystkim kobieta musi sobie zdać sprawę, co jest dla niej sprawą nie do odpuszczenia.

Accept that some of the things are none of your business.
Każdy mężczyzna ma sekrety i jeżeli tylko nie mają one szkodliwego wpływu na życie rodziny, kobieta nie powinna domagać się ich wyjaśnienia. Nie warto kwestionować relacji rodzinnych męża, dociekać ile w rzeczywistości mężczyźnie powinna zabrać droga z pracy do domu, nagabywać o konieczności wizyty u lekarza, kontrolować godzin snu lub siedzenia w fotelu i oglądania telewizora, komentować sposobu ubioru.

Try not to call him too much at work.
Telefonować do pracy męża należy wyłącznie jeżeli ma się określony powód. Telefony mają być krótkie i do rzeczy.

Rarely return his gifts.
Otrzymanych prezentów nie należy wymieniać, oddawać lub komentować w negatywny sposób. Najlepiej jest udać zachwyt (jeżeli w rzeczywistości nie podobają się), a co więcej używać podarków od czasu do czasu. Jeżeli mężczyzna kupi coś drogiego (a właśnie zbieraliście na pralkę itp.) nie wolno kwestionować logiki kupna takiego prezentu. Podważa to rolę mężczyzny jako głowy rodziny.

Don’t expect a lot of sympathy from your husband.
Mężczyźni zazwyczaj myślą o sobie w racjonalnych, a o kobietach w irracjonalnych kategoriach. Podchodząc do danego problemu racjonalnie mężczyzna myśli, ze w ten sposób pomaga zawsze mocno przesadzającej kobiecie. Kiedy więc kobieta potrzebuje odrobiny współczucia i ciepła najlepiej jest się po nie zwrócić do przyjaciółki.

Rules for fighting.
Jeżeli już dojdzie do kłótni to należy rozmawiać tylko i wyłącznie o sednie rzeczy, przerwać jeżeli odbiega się od tematu, nie atakować charakteru mężczyzny a jedynie podmiot kłótni, zgodzić się na niegodzenie się w danej kwestii, unikać gróźb, nie dać się prowokować (jeżeli mężczyzna powie coś obraźliwego należy po prostu wyjść z pokoju), wyjść na spacer albo zatelefonować do przyjaciółki, robić dokładnie to co robiłoby się przed kłótnią, myśleć w kategoriach miłości do męża i w końcu należy zadać sobie pytanie „czy przedmiot sporu jest naprawdę warty tej całej afery?”.

Say what you mean but don’t say it meanly.
Chodzi o to, żeby zawsze patrzeć na rzeczy w sposób pozytywny. Niestety kobiety mają wrodzoną tendencję do wiercenia dziury w całym. I tego należy unikać. Najprostszą regułą jest odnoszenie sprawy do siebie a nie do drugiej osoby (przykład: zamiast „Kiedy to właściwie ostatnio zrobiłeś mi masaż pleców? Ja robię Ci masaż co drugi dzień!”; trzeba odezwać się w następujący sposób: „Hmm… tak strasznie potrzebuję masażu…”).


Don’t use the „D” (Divorce) Word.
Kobiety często grożą rozwodem, żeby wywołać określony efekt. Tylko i wyłącznie. Tak naprawę jednak słowo to jest poważną bo nie wietrzejącą trucizną w związku. A trucizna zazwyczaj zbiera swoje żniwo – w końcu może dojść do rozwodu, którego tak naprawę żadna ze stron nie planowała. Jeżeli ciągle mówi się, że małżeństwo nie jest nic warte to takim się ono stanie, a co więcej mąż też w to uwierzy. Jesteś tym, co mówisz.

Don’t scream, speak softly.
Ważniejszy jest sposób mówienia niż przekazywana treść. Mówić należy delikatnie i niskim głosem. Tylko wtedy kobieta może uzyskać maksimum koncentracji mężczyzny. Jasne, że mężczyźni lubią kiedy kobieta krzyczy – ale tylko podczas seksu! W przeciwnym razie krzyki będą przypominać im matkę. Mężczyzna skupi się wyłącznie na „złym zachowaniu” żony, a nie na tym, że może faktycznie czymś zawinił. Dlatego kobietom radzi się wziąć duży oddech, przejść się na spacer lub zatelefonować do przyjaciółki. Dopiero kiedy mówi się przyciszonym, spokojnym głosem, można zostać usłyszanym, a nawet zrozumianym przez mężczyznę.

To compare is to despair – Don’t compare him with other husbands.
W każdym przypadku porównywanie swojego męża do mężów koleżanek wychodzi na złe. Sytuacja każdej rodziny jest inna i porównywania te często są bezzasadne i niesprawiedliwe. Dawanie ujścia emocjom w ten właśnie sposób jest bardzo przykre dla mężczyzny i może obrócić się przeciwko kobiecie. Mężczyzna, który jest przekonany, że uszczęśliwia kobietę stara się to robić jeszcze bardziej! I na odwrót. Kobieta musi zrozumieć, że każdy mężczyzna ma plusy i minusy. I że trzeba z nimi żyć.

Don’t ask your single friends for marital advice.
Niezamężne przyjaciółki dzielą się na dwie grupy: te, które małżeństwo idealizują i te, które uważają je za zło konieczne. Nie należy szukać u nich zrozumienia jeżeli chodzi o problemy małżeńskie. W małżeństwie bowiem nic nie jest białe lub czarne. A rozumieją to tylko mężatki.

Have a family dinner at least once a week.
Dobrze jest przygotować mężczyźnie kolację przynajmniej raz na tydzień. Przy czym ma to być czas tylko i wyłącznie dla niego. Ma on się czuć jak król. Kobiecie radzi się wszystko podać na tacy, uważnie słuchać, co ma do powiedzenia, a potem umyć naczynia.

Don’t force him to talk.
Mężczyźni zazwyczaj nie rozmawiają i nie należy ich zmuszać do rozwiązywania problemów poprzez dyskusję. Powstrzymywanie siebie jest kluczem do wszystkiego. Jak już mężczyzna poczuje się gotowy do rozmowy to sam ją zacznie.

Don’t hang on his every word.
Milczenie jest dla mężczyzny tajemnicze i interesujące. Tak więc jeżeli właśnie kupiło się nową sukienkę, albo zmieniło fryzurę nie należy pytać mężczyzny jak się wygląda, a tym bardziej zmuszać go do wypowiedzenia tego właściwego przymiotnika. Lepiej wypracować zwyczaj komplementowania samej sobie i czerpania z tego dużej satysfakcji. W ten sposób buduję się też własną niezależność.

Do things you don’t want to do.
Małżeństwo jest pasmem kompromisów. Dlatego zaleca się kobietom uczestniczenie we wszystkich niezbyt ciekawych dla niej czynnościach (mecze koszykówki, wystawy samochodowe etc.). Nieważne jak bardzo nie ma się ochoty makijaż, krótką spódniczkę czy szpilki. Jeżeli mężowi to sprawia przyjemność, to zdecydowanie należy tak się właśnie ubrać gdzieś wychodząc.

He can say anything about his family but you can’t.
Jakkolwiek nieprawidłowe byłyby stosunki (np. finansowe) między mężem a jego rodziną, lub między samą kobietą a rodziną męża, kobieta nie powinna ich komentować. Dotyczy to również jakichkolwiek waśni między członkami rodziny. Mąż ma natomiast prawo do przedstawiania swojej opinii w każdej dziedzinie życia rodzinnego swojej żony.

Make him feel like he’s the most important person in your life.
Kobieta powinna karmić ego swojego mężczyzny. Mężczyźni lubią rozwiązywać problemy i czują się dobrze, kiedy mogą kobietę uratować, a przynajmniej naprowadzić na właściwy kierunek. Dlatego zawsze należy pytać się mężczyzny o zdanie w każdej najmniejszej sprawie, okazywać mu właściwe zainteresowanie kiedy się zwraca do kobiety i pokazywać, jak bardzo docenia się jego rady.

Listen to his advice and try to appreciate it.
Kiedy mąż (nawet jeżeli nie pytany) zacznie dawać swojej żonie rady, należy ich wysłuchać, podziękować i postarać się do nich stosować. I nieważne, że kobieta sama wie, jak do pewnych rzeczy podejść.

Don’t try to do it all.
Kobieta nie powinna się czuć winna jeżeli korzysta z pomocy sprzątaczki lub opiekunki. Zakupy powinny być dostarczane pod drzwi domu a nie dźwigane przez kobietę. I nieważne, co mówi teściowa lub mąż. Kobieta powinna nauczyć się szanować swoją osobę i mówić „nie”.

Have a date night.
Od czasu do czasu kobieta powinna organizować romantyczne wieczory we dwoje. Rekomenduje się pyszne jedzenie (bez plastikowych naczyń!), jedzenie w bieliźnie, zapalenie świec, włączenie romantycznej muzyki, wyłączenie telefonów, wypożyczenie seks video, masaż pleców, udawanie niewolnicy lub zabawki seksualnej mężczyzny, nie wspominanie o niczym poważnym lub negatywnym, ciągłe uśmiechanie się.

Rules for sex.
Mężczyzna determinuje życie seksualne kobiety. Należy się dostosować do jego temperamentu, jakikolwiek by on nie był. I nie zmuszać do częstszego bądź rzadszego pożycia. Trzeba godzić się na seks, kiedykolwiek mężczyzna ma na to ochotę.

Rules for pregnancy.
Dziecko nie jest panaceum na problemy małżeńskie. Dlatego decyzja o dziecku powinna być poprzedzona wypracowaniem prawdziwej bliskości między partnerami. W ciąży nie należy narzekać (jeżeli już to tylko przyjaciółkom), trzeba dbać o siebie i nie użalać się nad sobą. Mężczyznę należy włączać jedynie w pozytywne aspekty ciąży.

Don’t complain about the kids.
Jeżeli kobieta narzeka zbyt często na dzieci, mężczyzna zacznie myśleć, że jest ona niekompetentna. Mężczyzna będzie szanował pracę żony, jeśli wszystko będzie ona miała pod kontrolą. Najlepiej zadzwonić do przyjaciółki.

Keep it to yourself.
Rzeczy, o których z mężem nie należy rozmawiać: jak bardzo przystojny jest nowy szef; o fantazjach seksualnych, które nie mają z mężem nic wspólnego; jak cholernie podoba ci się jakiś aktor (a już w szczególności, kiedy jest zupełnym przeciwstawieństwem męża); o pozamałżeńskim związku przyjaciółki, o telefonach do Ciebie, których nie zanotował; o tym, jak bardzo nie masz ochoty na seks; jak mąż nie potrafi nawet włożyć naczyń do zlewu; jak nie potrafi poskładać ubrania; co naprawdę myśli się o jego przyjaciołach i rodzinie.

Don’t expect applause for doing chores.
Żądanie szacunku dla swojej pracy w domu nie jest sposobem na jego otrzymanie. Mężczyzna rzadko kiedy dostrzega lub wyraża swoje uznanie. Kobieta robi swoje, mężczyzna robi swoje. Kiedy mąż mówi, że zabrakło ketchupu to nie po to, żeby zakwestionować jakość pracy kobiety, tylko żeby znaleźć rozwiązanie do zaistniałej sytuacji.

Don’t nag.
Żaden mężczyzna nie lubi, żeby mu mówiono, co ma zrobić. Dlategoteż prośbę należy wyartykułować tylko raz i to miło. Błędem jest wypominanie mężczyźnie nie dotrzymanych obietnic w obecności osób trzecich. Kobieta powinna skoncentrować się na swoich uczuciach – czasem ponaglanie męża jest wynikiem frustracji w zupełnie innej dziedzinie życia. Można też spróbować „odwrotnej psychologii” – powiedzieć mężowi, że tak naprawdę nie ma czym się przejmować i że ci na czymś zupełnie nie zależy. Im mniej kobieta czegoś oczekuje, tym bardziej mężczyzna będzie chciał to zrobić. Jeżeli już nic nie działa, należy udawać, że jest się samotną matką i wszystko zrobić własnoręcznie.

Don’t find fault with things you know about when you married him.
Nie wolno nagle krytykować mężczyzny za zachowania, o których wiedziało się przed ślubem. Zacząć należy od próby nienarzekania przez jeden dzień, potem przez tydzień, a potem przez miesiąc.

It’s easier to stay married than get married.
Mężczyźni są do siebie bardzo podobni. Przed rozwodem należy sobie zdać sprawę z tego, że z kolejnym partnerem prawdopodobnie trzeba będzie pracować nad tymi samymi problemami. A to zajmuje bardzo dużo czasu. Czy warto?

Go on the boot camp nice plan for a week.
Od czasu do czasu przez calutki tydzień należy stosować następujące zasady w stosunku do męża: w momencie, kiedy chce się wykrzyczeć coś negatywnego, trzeba policzyć do pięciu i powiedzieć coś zupełnie zaskakującego np.: „bardzo podoba mi się twój krawat”; ani razu nie odmówić seksu; w obliczu krytyki ze strony męża należy się z nią zgodzić i spróbować to zmienić cokolwiek by to nie było; milczeć, jeżeli mąż popełnił błąd; ładnie i seksownie się ubierać; codziennie ćwiczyć; pomasować mężowi plecy; ugotować jego ulubione danie bez żadnego powodu; pytać się o jego każdy dzień i wyglądać na zainteresowaną odpowiedzią (patrzymy prosto w oczy); zadzwonić do pracy, żeby tylko powiedzieć, jak bardzo się za nim tęskni; dziękować za każdą najmniejszą rzecz; zapomnieć o sarkazmie lub krzyku; pozwolić mu na wychodzenie gdziekolwiek tylko chce; zrobić coś, o co mąż prosił dawno temu. Najważniejsza w tego rodzaju tygodniu jest konsekwencja zachowania.

Don’t go changing or try to hard.
Jeżeli żadna z reguł nie działa to widocznie poślubiło się niewłaściwą osobę. Trzeba umieć dać sobie spokój w odpowiednim momencie i z klasą zakończyć takową relację.

Don’t think marriage counseling is the answer.
Poradnie małżeńskie nigdy nie będą rozwiązaniem, chyba że inicjatywa wyjdzie od mężczyzny – i to też nie zawsze.

Realize that your marriage is over if he cheats even once.
Nawet jeżeli mężczyzna obieca, że już nigdy więcej kobiety nie zdradzi (chodzi tutaj o sam akt fizyczny a nie o flirtowanie) należy się liczyć z tym, że to już koniec związku. Już nigdy nie będzie on taki sam. Podczas procesu rozchodzenia się najlepiej zwrócić się o pomoc do przyjaciół i rodziny.

Divorce with dignity.
Im bardziej się jest zawistnym podczas rozwodu tym trudniej jest zakończyć ten etap w życiu kobiety. Przy rozwodzie należy pokazać swoją klasę. Za nic nie należy się obwiniać, niczego zbytnio nie analizować. Kiedyś się kochało, ale widocznie zamążpójście nie było dobrym rozwiązaniem. Rozwód oznacza tylko tyle. I nic więcej.

Date ASAP after your divorce.
Po rozwodzie należy jak najszybciej umówić się na randkę. Nie chodzi tutaj o wskakiwanie do łóżka pierwszego spotkanego mężczyzny. Wręcz przeciwnie. Chodzi o dobrze spędzony czas i poznawanie nowych ludzi. Ma to zapobiec depresji. Jednocześnie nie należy interesować się życiem osobistym byłego męża. To tylko niepotrzebnie psuje krew.

Rules for second marriages.
Zasady w drugim małżeństwie: trzeba zachowywać się tak samo, jak w okresie randkowania; nie należy być leniwym jeżeli chodzi o seks (zaleca się powitanie męża w samych pończochach i wysokich obcasach à mężczyźni tak naprawdę nie zwracają uwagę na to ile kobieta waży i jak wygląda jej ciało; bardziej interesują się samym aktem); trzeba uważać na to, co się mówi; być konsekwentnym w swoim zachowaniu; nosić długie włosy; nie umniejszać mężczyźnie a wspomagać jego ego; natychmiast przepraszać; bardzo doceniać gdy zadzwoni do pracy; nawet jeżeli się pokłóciło ugotować kolację i uprawiać seks; jeżeli potrzeba kobiecie ciepła i uwagi to najlepiej pójść po nie gdzieś indziej (terapeuta, przyjaciele etc.).


Przepis na szczęśliwe małżeństwo?



Oczy



- Jaki kolor mają moje oczy? – Odchylam głowę do tyłu i czuję ciepły oddech PWY na swojej twarzy. Uśmiecham się filuternie.
- No przecież zamknęłaś to skąd mam wiedzieć? – Oboje wybuchamy śmiechem. Ja ciągle z zamkniętymi oczami.
- No powiedz!
- Brązowe.
- Wcale nie. Zielone. – Czuję jego dłonie na mojej twarzy. 
-  Brązowe. Zielone robią się tylko w słońcu…


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...