Zapach domu


W Roissy en France na krótki moment. Zakładam koszulkę, którą jeszcze w Polsce wyprała mi mama. Ciągle jest w niej zapach domu. Zamykam oczy i przez chwilę daję ponieść się wspomnieniom. 

Poranny spacer wprowadza mnie w stan błogiego spokoju. Do bólu tęsknię za tą wonią, który wwierca się rozkosznie w najodleglejsze cząstki mojego ciała. Świeżo skoszona, pokryta kropelkami rosy trawa. Dzikie róże. Polany dzikich zielsk. Szumiące, dorodne kasztanowce. Ptactwo kłócące się piskliwie o swoje zdobycze. Wąskie uliczki, stare kościółki, mury zarośnięte zachłanną winoroślą. Ta specyficzna, pełna lekkiej nadziei świeżość, której w Korei na próżno szukać. 

Za kilka godzin odlot do Kamerunu. A tam nowy zapach i nowy smak.


Wykopana z gniazda


W Korei koperty z pieniędzmi wręcza się na każdym kroku. Nie chodzi mi tutaj o nagminne w tym kraju łapówki, a o formę pomocy udzielanej człowiekowi znajdującemu się akurat w potrzebie. Rodzina, współpracownicy, przyjaciele, znajomi składają się dla danej osoby w przypadku śmierci w rodzinie (rodziców, dzieci, rodzeństwa, dziadków), pierwszych urodzin dziecka (często wyprawia się wtedy charakterystyczne przyjęcie), ślubu, poważniejszej operacji itd. Na każdą tego rodzaju okazję pieniądze (standardowo ok. 50USD) wkłada się do koperty z odpowiednim do zajścia drukiem w języku chińskim (uznawany jest on za język bardziej oficjalny), opatrując ją własnym imieniem i nazwiskiem i innymi umożliwającymi identyfikację informacjami jak firma, czy dział, w którym się pracuje. Jest to o tyle ważne, że dane te wraz z wielkością załączonej sumy wpisywane są skrupulatnie do notatnika, którym podczas uroczystości zarządza specjalnie ku temu wyznaczona osoba urzędująca przy wejściu. Wpłacając więc pieniądze do kieszeni innych ma się mniejszą lub większą pewność, że odwdzięczą się one w podobny sposób w przyszłości.

Kiedyś taki system działał mi na nerwy. Co chwila ktoś kolekcjonował koperty dla ludzi, których nawet dobrze nie znałam. Miałam wrażenie, że przynajmiej w moim przypadku jest to inwestycja bez pokrycia. Do czasu operacji kolana i własnego ślubu. Wtedy dopiero zrozumiałam, że system ten bardzo pomaga w sytuacjach nagłych, kiedy to ni stąd ni zowąd wyłożyć trzeba większe sumy. A i na pewno kosz kopert wspomaga budżet w większym stopniu niżby samemu odkładało się pieniądze w stopniu, w którym wydaje się je na innych. Jest tak przynajmniej do pewnego momentu w życiu, kiedy to już większą porcją uczestnictwa w systemie jest wręczanie kopert raczej niż ich otrzymywanie. Nawet jednak w bardziej zaawansowanym wieku inwestycje tego rodzaju mają sens dzięki swojemu dziedzicznemu charakterowi. Tak więc jeżeli rodzic wręcza kopertę na ślub córki swojego przyjaciela, to ten również wspomoże dziecko pierwszego jeżeli nadarzy się ku temu okazja. I nie będzie to pomoc jednorazowa.

Trochę ponad tydzień temu musiałam nagle polecieć do Polski z powodu śmierci mojej babci. Licząc się z własnym brakiem komfortu podczas otrzymywania kopert po powrocie zakupiłam kilka „Żubrówek”, co by uczucie to podarunkami choć trochę zminimalizować. Kopert nigdy jednak nie ujrzałam. Na początku czułam jedynie lekkie zaskoczenie. Dzień po dniu jednak z jakiegoś powodu ogarniało mnie coraz większe przygnębienie – niesamowita chandra wręcz – i nie za bardzo byłam w stanie zidentyfikować podłoża tak złego samopoczucia. Nie chodziło tutaj bynajmniej o same pieniądze - noża na gardle na pewno nie mam, a i przywiązana do nich aż tak bardzo nie jestem. 

Sprawę przemyślałam pewnego wieczoru przy winie. Zatrudnienie na zasadzie stałego pracownika w firmie, gdzie aktualnie pracuję, otrzymałam dopiero w zeszłym roku. Byłam pierwszym obcokrajowcem (nie wspominając już o słabości swej płci), któremu to się udało (a jest ich w naszej firmie kilkaset). Walka o stanowisko, przyznanie koreańskiego tytułu (co jest bardzo ważne w tym hierarchicznym społeczeństwie) i wynikających z niego praw zajęło mi ponad trzy lata. W czasie tym koło nosa przeszła mi możliwość pracy na placówkach w USA i Kanadzie – właśnie z powodu zatrudnienia tymczasowego. Co ważniejsze jednak wydawało mi się, że dzięki swojej pracy uzyskałam szacunek przełożonych i współpracowników, a nawet ich zaufanie (rzecz w Korei rangi niezwykle ważkiej). Dostawałam w końcu niebagatelne projekty, ciągle gdzieś mnie wysyłano, miałam świetne, czasem nawet bardziej osobiste, relacje z niemalże wszystkimi dookoła. Postępowałam według zasad koreańskich wyłączając z tego jedynie sytuacje zupełnie dla mnie nie do zaakceptownia – w takich przypadkach usuwałam się po prostu w cień. Po otrzymaniu w tym roku własnego zespołu uległam wierze, że osiągnęłam namiastkę czegoś wyjątkowego – w końcu, po tylu bataliach, zostałam przez Koreańczyków zaakceptowana jako jedna z nich. Na chwilę opuściłam gardę wystawiając  się na cios samozadowolenia.

Po powrocie z Polski potraktowano mnie jak „zwykłego” obcokrajowca. To był kubeł zimnej wody, którego absolutnie nie spodziewałam się. Arbitralnie założono, że wystarczą mi wyrazy współczucia, bo tak przecież robi się „na Zachodzie”. Ma to zdecydowanie swoją logikę, ale nie w moim przypadku, kiedy sama od dziewięciu lat próbuję żyć według zasad lokalnych. A nie jest to aż tak proste, z czego moi współpracownicy doskonale zdają sobie sprawę. Być może to tylko faux pas, brak pomyślunku z ich strony, ale posunięcie to ubodło mnie do samych trzewi. Odebrałam to jako policzek, osobistą porażkę i w jakiś sposób przejrzałam w końcu na oczy. Koreańczycy nigdy nie zaakceptują mnie jako „swojej”. 

Jestem teraz zawieszona w bolesnym niedowierzaniu, że te dziewięć lat przeżyłam bazując jedynie na ułudzie przynależności. Bardzo, ale to bardzo trudno mi tę prawdę przęłknąć. PWY mówi, że mogę znaleźć inną przystań, umościć sobie bezpieczniejszy matecznik. Na tę chwilę jednak wypadłam z gniazda, a raczej bezwzględnie mnie z niego wykopano (choć przyjmuję do wiadomości, że prawdopodobnie nie było to celowe), a wicher zwątpienia miota mną chaotycznie z lewa na prawo. I nie wiem, gdzie pozwoli mi wylądować.


Powrót



Spałam już dosyć twardo, gdy PWY wrócił do domu. Jak zwykle usiadł przy łóżku i dał mi buziaka czochrając włosy jak dziecku. Z zadowoleniem bąknął, że udało mu się przyjść wcześniej. Ja również ucieszyłam się, że chłopak będzie mógł dłużej pospać, a i ja wyśpię się pozbawiona nocnych, złych podszeptów nawiedzających mnie od czasu do czasu podczas jego nieobecności. 

Rano idąc do pracy zdałam sobie sprawę z niedorzeczności sytuacji. PWY wrócił do domu po północy...



Kurs


Wzięłam kilka dni wolnego. Wahałam się między wizją samotniczo podbijanych stepów przepastnej Mongolii, a czasem spędzonym w domu, w ciszy i spokoju, z kotem w pomrukach moszczącym sobie przytulną wnękę w którymś z zaułków mojego ciała. Z kilku względów, też zdrowotnych, zdecydowałam się tym razem na niecharakterystyczne dla mnie pozostanie w Korei. Spotkałam się z dawno niewidzianymi znajomymi, za niebotyczną sumę zafarbowałam włosy (po tym, jak zrobiono mnie jakiś czas temu na Wiedźmina kasę wykładam z mniejszym żalem), pozałatwiałam kilka zaległych spraw.

Usiedzieć długo jednak nie usiedziałam – zdecydowałam się na już od dawna odkładany kurs ratownictwa podwodnego PADI Rescue Diver. Przeszłam kurs pierwszej pomocy, przebrnęłam teorię i testy, po czym nadszedł czas praktyki, której pierwszym etapem są ćwiczenia i test na pływalni (drugi i ostatni etap to praktyka i egzamin na otwartym morzu). To był pierwszy raz, kiedy miałam okazję na żywo zobaczyć charakterystycznie niewielki, ale dosyć głęboki basen z kilkoma poziomami wieży skoków. To na takim właśnie basenie mężczyźni o pięknej muskulaturze w zawrotnym tempie wykonują skomplikowane piruety kończąc idealnie prostą strzałą w taflę wody. Tak też się składa, że basen taki idealny jest do podwyższania kwalifikacji nurka.

W ciągu dwudniowych wysiłków w wodzie kilka razy podtopiłam PWY, kilka razy się poboczyłam, nabawiłam się kilku rozległych siniaków, nałykałam wody sama będąc ratowana. Do dzisiaj boli mnie nos od spazmatycznych zacisków PWY wykonywanych w toku holowania mnie do brzegu i stosowania metody usta-usta. Nie wiem jakim cudem, ale i mój nadwyrężony kręgosłup, i wątłe kolano wytrzymały treningi wynoszenia bezwładnego, ponad osiemdzięsięciokilogramowego ciała PWY na „brzeg”. Jakby nie patrzyć sama frajda.

I przyszła pora na intymne zwierzenie. Są tacy ludzie (przeważnie chyba mężczyźni), którzy na widok małego, zaciekle, głośno i bez powodu szczekającego pieska najchętniej posłaliby go na księżyc siermiężnym kopem. Niestety (niestety, bo bezowocnie próbuję to zmienić!) ja mam identyczne uczucia wobec koreańskich kobiet – tych, które zachowują się w pewien specyficzny sposób (a jest to spory odsetek tutejszych białogłów). Otóż w pewnym momencie instruktor kazał jednej ze swoich podopiecznych poprowadzić za niego część kursu. Uszło ze mnie powietrze, jak tylko wzrok mój padł na niewiastę w kusych szortach, piankowej kamizelce w gwiazdki, długaśnych kolczykach i futrzanym nakryciu głowy zamiast czepka kąpielowego, do którego sznurkiem dowiązane były równie misiaste... rękawiczki (rozdawali kiedyś takowe zimową porą w Baskin Robins). Rozejrzałam się na boki naiwnie myśląc, że to koszmarna projekcja moich stereotypów i dopiero wtedy mój mózg odnotował obecność innych Koreanek w słodko różowiutkich kombinezonach piankowych, równie różowych płetwach, czepkach z różkami lub płetwą rekina na czubie – wszystkie chichoczące, dziecinnie borykające się z butlami tlenowymi, estradowo zagubione i niewinne, oczywiście non-stop pstrykające sobie słitaśne fotki. No i niestety, mimo że szata nie zdobi człowieka, ja, mimo naprawdę szczerych chęci, nie jestem w stanie uznać autorytetu osób, które tak wyglądają lub się zachowują. Jedyne co mi przychodzi do głowy to ten siermiężny kop, a właściwie bardziej odpowiadający mojej wyobraźni szybki cios z główki. Wake up! Podobnie rzecz ma się w firmie i nic na to poradzić nie mogę. W takich sytacjach nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zacisnąć kurczowo zęby, koncentrować wzrok gdzieś poza daną osobą i chwytać się swojej bogatej wyobraźni niczym łodzi ratunkowej...



Napromieniowanie


Za oknem deszcz. I jakoś tak żółtawo. Wszyscy przyciskają się do parasoli bardziej kurczowo niż zazwyczaj – to w obawie przed kroplami nasiąkniętymi napromieniowanym opadem z Japonii. Większość Koreańczyków podejrzewa, że ich rząd prawdy o skali skażenia nie ujawnia, bo i tak nie jest przygotowany do wdrożenia jakichkolwiek środków zaradczych. I tak wszyscy w pracy zgodnie popijamy chryzantemową herbatkę, która podobno ma chronić nasze wystawione na próbę tarczyce. I trwamy w oczekiwaniu spod oka obserwując świat za zwilżonym oknem.

W Korei prawie 45% konsumowanej energii elektrycznej pochodzi z elektrowni nuklearnych, które stanowią ok. 30% całkowitej mocy energetycznej kraju (17.5GWe). Reaktory znajdują są głównie na południu w trzech lokalizacjach oraz w Uljin na wschodzie Korei. Uljin leży najbliżej Seulu (ok. 225 km w linii prostej), a najstarszy wybudowany tam reaktor ma już 23 lata (1988). Elektrownia Kori na obrzeżach Gijang (okolice drugiego największego miasta w Korei – Busan) posiada najstarszy reaktor oddany do eksploatacji – pochodzi on z roku 1978. Od roku 2007 wdrażany jest bardzo ambitny plan rozwoju energetyki jądrowej poprzez zwiększanie mocy w każdej z czterech elektrowni. 

Jednym z tematów small talk z naszymi zagranicznymi partnerami biznesowymi jest oczywiście kwestia Fukushimy i wpływu wydarzeń w Japonii na to, co dzieje się w Korei. I faktycznie – koreański rząd stanął na wysokości zadania i zaproponował swojemu sąsiadowi rekordową jak do tej pory pomoc finansową oraz wysłał morze wszelakiej pomocy humanitarnej. Nakazał również gruntowną inspekcję każdej z rodzimych elektrowni atomowych. Te, które nie spełniają norm będą musiały poddać się odpowiednim zabiegom odmładzającym; dopuszcza się nawet możliwość rozpoczęcia długoletniego procesu wygaszania tych najstarszych.  Prawdopodobnie sytuacja również wymusi na rządzących opracowanie planu na wypadek nuklearnej katastrofy (a nam się tymczasem chryzantemowa herbatka powoli kończy...). Jednym słowem dzieją się sprawy ważkie, w jakiś sposób mające wpływ na miliony ludzi.

Tymczasem moi przełożeni na pytanie o konsekwencje nieszczęśliwych wypadków w Japonii z rozbrajającą szczerością odpowiadają, że dostawy niektórych komponentów z Japonii niestety ulegną opóźnieniu, co bardzo negatywnie wpłynąć może na harmonogram prac w naszej stoczni. To ogromne zmartwienie! Zdarzyło się to już trzy razy i dodam, że akurat moje projekty aż tak wiele ze stocznią wspólnego nie mają więc o rozbieżną interpretację klauzuli force majeure na pewno nie chodziło...


Ta dzisiejsza młodzież


Istnieje ogromna przepaść mentalna między młodym pokoleniem Koreańczyków, a ludźmi starszymi tj. tymi przed czterdziestką. Po prawie dziewięciu latach spędzonych w Korei, metodą wytrwałych prób i licznych błędów, nauczyłam się dosyć przyzwoicie manewrować po tradycyjnych zaułkach tutejszego świata. Wiem doskonale jak radzić sobie z konserwatywnym, rygorystycznym i patriarchalnym podejściem reprezentowanym przez starsze pokolenie. Nagłe zetknięcie z młodym, dosyć prześmiewczym spojrzeniem na zastany układ wywołuje we mnie uczucie lekkiego zaskoczenia. Czuję jakąś taką niepewność. A przecież jeszcze kilka lat temu to ja właśnie burzyłam się przeciwko i kontestowałam tę zaszczutą rzeczywistość. Być może tak właśnie tworzy się mechanizm reguły zakładającej, że im wyżej w hierarchi tym większy nacisk na jej utrzymanie. Bo ona właśnie przynosi komfortowe poczucie niepodważalności autorytetu bez względu na poziom reprezentowanej przez siebie wiedzy, umiejętności, czy charakteru. W skrócie – punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Tak czy owak koreańska kultura nie zmieni się z dnia na dzień, czego dowód otrzymałam podczas przeprowadzki do nowego budynku. Otóż własnych szpargałów nawet nie tknęłam. Dwie dziewczyny, na szpileczkach, w spódniczkach i na glanc pomalowanych paznokciach przeniosły mi wszystko, łącznie z komputerem i dokumentami, nie zgadzając się nawet na inicjujące popchnięcie przeze mnie wózka. Bo nowicjuszki niby. Tak więc z jednego budynku do drugiego przeparadowałam jedynie z kwiatkiem w ręku, a połacie mojego płaszcza tańczyły na wietrze niczym ten w kropki własności Cruelli de Vil (filmu nie oglądałam, ale porównanie wydaje mi się zgrabne).

Dwie nowicjuszki to też ewenement. Przez ostatnie kilka dobrych lat pracowałam wyłącznie z mężczyznami, co – muszę się przyznać – przyjmowałam z dużą ulgą – Koreanki pozostają dla mnie wielką zagadką, której o dziwo ciągle nie mam ochoty jakoś bliżej zgłębiać. A jak już dostałam swój własny team to – no i masz babo placek – akurat w 100% płci subtelniejszej. I tutaj wielka niespodzianka. Obie dziewczyny są odważne, dowcipne, inteligentne, pracowite, przedsiębiorcze i aktywne. To już nie to pokolenie nowicjuszy (obu płci) typu „japońska gejsza”, które nie odezwie się słowem gdy nie pytane, wykona każde zadanie bez najmniejszego znaku zapytania lub kontestacji, które będzie służalczo i bez mrugnięcia okiem wspomagało swojego przełożonego nawet w sprawach z biznesem niewiele mających wspólnego jak choćby zataszczenie spitych zwłok do domu po firmowej kolacji lub napisanie sporego kawałka jego pracy doktorskiej. Co to to nie. Kobiety te wiedzą, co sobą reprezentują i wiedzą, dokąd zdążają. Mają swoje własne zdanie, którym nie boją się dzielić na lewo i prawo. Oczywiście ciągle wiedzą, „gdzie jest ich miejsce”, ale na ich prawdziwy szacunek trzeba już sobie zasłużyć. Ich męski rówieśnik również utwierdził mnie w społecznych zmianach stwierdzeniem, że będzie uczył się języka polskiego, ponieważ przez język można „obczuć” kulturę i mentalność danego narodu. I że jest to sprawa fascynująca (!). Postawa naprawdę nieprzeciętna jak na środowisko koreańskie. Następnego dnia wręczyłam mu zestaw uczonych ksiąg, a ten od czasu do czasu rzuca teraz rozanielające „cześć”, „jak się masz?”, „miłego dnia” i „do zobaczenia”. Dodam, że to więcej niż PWY...

W związku ze zmianami organizacyjnymi mam też wyzwania innej, bardziej złożonej natury. Pierwszy to znalezienie złotego środka między młodym, a tym starszym pokoleniem w naszej Firmie. Bo sama jestem zawieszona gdzieś po środku (mam nadzieję że nie pomiędzy młotem, a kowadłem) i muszę na nowo wymanewrować właściwe podejście tak, by współpraca przebiegała owocnie. Druga sprawa to intymne zwierzenia o depresji klinicznej, sztuk dwie. Pierwsza skończyła się moją asystą u psychologa. Druga poharatanym nadgarstkiem, którego widokiem uraczono mnie w wielkim sekrecie i z totalnego zaskoczenia podczas jednej z firmowych popijaw... 


Weryfikacja


O szalonej kampanii antynikotynowej w naszej firmie pisałam już wcześniej w notce „Zasłona Dymna”. Przyszedł czas na sprawdzenie rezultatów. Jak się okazało jednak nie na podstawie testu krwi, a moczu. Dzisiaj na jednym z pięter firmy zagnieździła się pani z tajemniczymi instrumentami przypominającymi paskowe testy ciążowe. Każdy miał za zadanie nasiusiać do papierowego kubeczka, którego zwykle używa się do kawy instant, po czym pani pobierała odrobinę cieczy pipetką i skraplała plastikowe cudo. Po uzyskaniu wyniku, każdy musiał złożyć podpis w specjalnej tabelce rezultatów.

Na piętrze przeznaczonym do testów żeńskiej populacji naszej firmy wężyk z podekscytowanych młodych pracowniczek, dla których badanie jest świetną okazją do wymiany plotek i radosnych pogaduszek. Co chwila ktoś na siebie wpada z kubeczkiem niebezpiecznie wzburzając przy tym fale najróżniejszych odcieni żółci. W powietrzu unosi się charakterystyczna woń. Co bardziej efektywne grupy dziewcząt obstawiają jedną koleżankę, która napełnia kubeczek po brzeg, a następnie na korytarzu hojnie dzieli się siuśkami ze swoimi koleżankami. No bo po co się męczyć ryzykując skrzywioną strugę i nieprzyjemne jej konsekwencje?! 

Podobnie postępują mężczyźni, tyle że z zupełnie innych powodów. Oni są po prostu chytrzy. A ja, co jest chyba zupełnie zrozumiałe, nie mam im tego absolutnie za złe... W końcu każdy się chyba zgodzi, że tysiąc dolarów drogą nie chodzi. No proszę jak się nawet ładnie zrymowało!


Burząca się krew - What is it good for?


W języku koreańskim istnieje taki związek frazeologiczny “dostałem gorączki” (열 받았어), któremu to wyrażeniu odpowiada nasze “zalała mnie krew”. Na przekór mojej wybitnej wyrozumiałości oraz wrodzonej cierpliwości, krew zalała mnie dzisiaj po raz wtóry. I to tak, że cała zrobiłam się buraczkowa.

Dekretem sławetnych już w tym blogu Zasobów Ludzkich (HR) naszej firmy kilkadziesiąt osób musi przenieść się do innego budynku. To wynik rokrocznej reorganizacji i utworzenia nowej, „elitarnej” grupy, mającej na celu skoncentrować się na rozwoju zupełnie nowych gałęzi interesu.

Tak cholernie jesteśmy elitarni, że dzisiaj powiadomiono nas, że przeprowadzić musimy się... sami. Tłumacząc bardziej obrazowo – sami musimy się spakować oraz przenieść swoje dokumenty, kwiatki, telefony, komputery i wszelkie inne pierdoły do nowego budynku. Żeby tego było mało zacząć możemy dopiero w piątek... po godzinie szóstej wieczorem...

Gorączkę dostali wszyscy. Po koreańsku jednak każdy zaciska zęby i woli o tym nie myśleć, nie przeżuwać tego poniżającego traktowania. Bo co z tego przyjdzie? I tak nie można tej decyzji zmienić. A co ja mogę zrobić? Absolutnie nic. Nie jestem przecież księżniczką; jak inni mogą, to dlaczego nie ja; skoro pracuję w Korei, to powinnam podlegać rządzącym nią prawom, jak każdy inny Koreańczyk; a jak nie mogę tego znieść, to przecież nikt nie zmusza mnie do pracy tutaj. 

Jedynym wyjściem, jakie mamy, to zrobić z tego wszystkiego jedno wielkie, żartobliwe przedsięwzięcie. I wycisnąć z niego tyle radości, ile się tylko da. Bummer.



Szklaneczka z teściową


PWY na jakiś czas opuścił mnie. Gnany dzikością serca wybrał się do Indii, żeby odnaleźć siebie przed rozpoczęciem pracy w nowej firmie. Do tej pory odnalazł jedynie ogromne karaluchy, krowie placki, zdechłe szczury, okrutne zanieczyszczenie i jeden wielki chaos. Poza tym nosi się z czerwoną kropą na czole i zapuszczonym zarostem. Wraca w poniedziałek.

Ja tymczasem zdecydowałam się nadrobić zaległości z teściową (Andrea, moja amerykańska współpracowniczka stwierdziła, że widocznie nie mogę zbyt długo wytrzymać bez DNA Woo Young’a). Zaprosiłam ją na babski wieczór z zupą warzywną pochodzenia polskiego oraz buteleczką soju (koreańska wódka). Było wesoło. O drugiej nad ranem nastąpiła kulminacja wieczoru w postaci masażu twarzy „ice rollerem”, wykonywanym dosyć brutalnie po moim licu, bo po wypiciu butelek nie jednej a trzech. Z każdym obalonym kielonkiem jakoś lepiej mówiło mi się po koreańsku, nie wspominając już o moim proporcjonalnie rosnącym przekonaniu o doskonałym rozumieniu teściowej.

Moja teściowa miała życie... nie za lekkie – „podaj, posprzątaj, ugotuj, wypierz, oporządź dzieci, nie pytaj, gdzie byłem przez ostatnie trzy miesiące i na co rozpuściłem wszystkie pieniądze”. W tym momencie swojego życia, już bez męża, z dwoma samodzielnie odchowanymi synami, jest jedną z najradośniejszych, najskromniejszych, najbardziej pomocnych, najmniej pretensjonalnych osób, jakie znam. Ani razu nie dała mi odczuć, że była ofiarą, czy że jej życie było ciężkie – taki był jej los, przyjęła go bez buntu, z otwartymi rękoma i starała się cieszyć każdą chwilą, żyć każdego dnia na nowo bez zbytniego przeżuwania zła, które ją spotykało. „Bo przecież dzięki temu właśnie losowi poznałam ciebie; gdybym bardziej starała się coś zmienić być może nigdy nie byłybyśmy rodziną...”. Dla swoich chłopaków całkowicie poświęciła się (w czasie rozmowy nigdy nie użyła tego określenia), ale ani razu nie wymówiła im tego nawet słowem. Teraz twierdzi, że bez nich jej życie nie miałoby żadnego sensu. Uważa się za osobę bardzo szczęśliwą.

Rozmawiałyśmy dalej o marzeniach, ambicjach, dzieciach, różnicach między Koreańczykami, a światem zachodnim. Opowiadała mi też historie zabawne. Na przykład ze swojego dzieciństwa, kiedy mieszkała jeszcze ze swoimi licznymi siostrami i bratem w tradycyjnym koreańskim domku hanok. Wtedy jeszcze mężczyźni urzędowali w osobnej części posesji, która znajdowała się najczęściej po zewnętrznej stronie domu, przylegającej do drogi. Stamtąd właśnie wytrwali amanci rzucali za mur listy miłosne skierowane do młodych dziewczyn – najwięcej otrzymywała ich naturalnie moja teściowa. Jej ojciec gorąco zachęcał rozochoconych młodzieńców do częstego piśmiennictwa – z dużą satysfakcją używał listów jako papieru toaletowego, który wtedy praktycznie nie istniał. Jedna z bardziej odważnych sióstr zakradała się nocą do męskiego wychodka, żeby nie zużyte jeszcze listy podbierać, a nad ranem, po ich chichotliwej analizie w części dla kobiet, na palcach z powrotem odnosiła je ku ich gównianemu przeznaczeniu.

Muszę przyznać, że dawno temu już nie spędziłam tak konstruktywnego i jednocześnie zabawnego wieczoru. Oczy na zapałkach w pracy następnego dnia były tego warte. 

Soju zabarwione przepysznym syropem z bokbunja (복분자 - Koreańska jeżyna), który moja teściowa własnoręcznie sporządziła (po nadmiernym spożyciu takiego miksu w ogóle nie boli głowa!~~). Uwielbiam mieszać ten lepki skondensowany sok z jogurtem, który własnoręcznie robię w domu. Pychotka.



Paszport


Koreańczycy są bardzo dumni ze swojej narodowości. W sumie nic w tym dziwnego – ja również jestem zadowolona z tego, że jestem Polką. Każdy ma swoje powody i na swój sposób każdy ma rację – to kwestia dobrze pojmowanego patriotyzmu i tolerancji.

Różnica chyba tkwi jednak w tym, że Koreańczycy – przeważnie ci starszej daty - uważają się za naród wybrany, wyjątkowy czystością krwi (Koreańczycy są przekonani o homogeniczności swojej rasy) oraz bogactwem ponad pięciotysiącletniej kultury, posiadający najzdrowszą kuchnię na całym świecie, język, który poziomem swojego wysublimowania jest nie do ogarnięcia dla cudzoziemców, oraz coś niespotykanego nigdzie indziej, co jest określane mianem „jeong” (정). Jeong można zdefiniować jako bezwarunkową lojalność, głębokie uczucie przywiązania, nierozerwalną więź oraz umiejętność zupełnego poświęcenia się bez oczekiwania na nagrodę lub uznanie. Koreańczycy przekonani są, że w świecie zachodnim tego rodzaju oddanie nie istnieje, bo stoi w kontraście do wyznawanego przez nas kultu indywidualizmu (= egocentryzmu). Postawa taka razi bezwstydnym, bo zupełnie nieświadomym (!) etnocentryzmem, a czasem niestety trąci nawet o rasizm – szczególnie w stosunku do przedstawicieli innych krajów azjatyckich.

Na co dzień ta megalomania narodowa przejawia się na przykład tak:

<Podczas podróży służbowej na przejściu granicznym; dialog przerabiany przeze mnie już dziesiątki razy…>
- (ze zdziwieniem) Nie masz koreańskiego paszportu?
- Nie.
- Przecież wyszłaś za Koreańczyka.
- Tak, ale posiadając paszport Unii Europejskiej mogę bez problemu się po niej poruszać i pracować na jej terenie bez specjalnego pozwolenia. (próbuję wyjaśnić sprawę pragmatycznie)
- Ile lat mieszkasz już w Korei?
- Ponad osiem.
- <po chwili namysłu> Acha, to znaczy JESZCZE nie masz koreańskiego paszportu?
- …


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...