PWY mówi, że ostatnimi czasy ciągle jest widoczna. Już nie tylko w moim nad czymś zamyśleniu, zaczytaniu, skupieniu, czy podczas prób wyjaśnienia czegoś irytującego.
Wyryła się mimicznie między brwiami na stałe dodając mojej twarzy wyrazu zmartwienia.
Koreańskie wydanie "Idola", ochrzczone tutaj mianem "SuperStar K", ma trochę inną formułę niż popularny w Euorpie program oparty na amerykańskiej licencji. Konkurujący ze sobą zawodnicy muszą od czasu do czasu tworzyć drużynę, z której jedna osoba odpada w głosowaniu publiczności.
Kim Ji Soo (김지수) i Jang Jae In (장재인) pracowali nad interpretacją utworu "신데렐라" ("Cindrella"), oryginalnie wykonywanego przez Seo In Young (서인영) przez jeden dzień. Jedno z nich musi odpaść w następnym tygodniu...
Kim Ji Soo i Jang Jae In - interpretacja utworu "Cindrella" (Seo In Young)
Trzy lata temu do mojego domu wtoczyła się szesnastoletnia kuleczka z wielkim uśmiechem na twarzy. Chłopiec miał marzenie. Z przyjacielem odwiedził kraje wschodniej Europy i wpadł po uszy – zakochał się w Polsce. Postanowił, że ukończy tutaj studia i pewnego dnia zostanie po niej przewodnikiem. Pierwszym krokiem na tej drodze miała być nauka języka polskiego. Zaczynaliśmy od alfabetu. Chłopiec z czasem zaczął przeistaczać się w wysokiego, dobrze zbudowanego mężczyznę, a jego zapał do nauki zamiast maleć rósł w miarę jedzenia. Nie opuścił żadnej z sobotnich lekcji.
Jun Hyung zrezygnował ze szkoły średniej i sam uczył się do egzaminu maturalnego. Miał dość szkoły w wydaniu koreańskim, a w szczególności fizycznego znęcania się nauczycieli (nawet bicie pięściami). W wolnym czasie poświęcał się nauce języka polskiego i swoim wielkim sportowym pasjom: jiu jitsu i podnoszeniu ciężarów (zdobył wiele medali). Próbował też tańca, języka niemieckiego (jego pierwsza miłość to Niemka spotkana w Polsce), na głowie postawił sobie afro i ukręcił dready – tylko po to, „żeby zobaczyć, jak to jest” (PWY nie mógł już tego zrozumieć). Żeby dorobić na wyjazd do Polski roznosił gazety i rozpakowywał towary w magazynach.
Dzisiaj Jun Hyung jest już w Polsce. Właśnie ukończył kurs letni języka polskiego w Warszawie i od października rozpoczyna jednoroczny kurs przygotowawczy do studiów historycznych w Łodzi. Docelowo chce znaleźć się na Uniwersytecie Warszawskim lub Jagiellońskim.
Niewiele wiem o najmłodszym pokoleniu Koreańczyków. Z moich obserwacji wynika jednak, że są to ludzie ulepieni już z zupełnie innej gliny. Przepaść między generacją nastolatków i ludzi po trzydziestce jest w Korei ogromna. Dla młodych liczą się już inne wartości, sposób widzenia świata staje się bardziej wszechstronny, otwarty. Za tymi przemianami muszą podążać też rodzice, a dzięki temu i ich punkt widzenia staje się odrobinę mniej zmurszały. Napawa mnie to dużym optymizmem. Korea potrzebuje po prostu czasu, żeby za niesamowitym postępem gospodarczym nadążył rozwój społeczny. Dzięki ludziom takim jak Jun Hyung widzę, że ta reorientacja już dokonuje się.
Czuję się jak we śnie. Nie mogę się skoncentrować, wejść w swój zwykły tryb zdyscyplinowanej zaradności. Pozwalam czasowi przepływać przez palce, nie myślę o jutrze, obserwuję jakbym była niewidzialnym duchem odwiedzającym na chwilę świat. Przemierzam wolno ulice pełne rozłożystych zielonych drzew. Wdycham ich zapach, słucham wiatru dokazującego na ich gałęziach. Mrużę oczy od blasku słońca i niebieskiego nieba. Mijam pary nastolatków obściskujące się w bramach zmurszałych domów, nastolatków pijących w rewolcie swoje pierwsze piwa, młodzieńca z satysfakcją sikającego prężnym łukiem. A ma pani może złotóweczkę na wódeczkę? A może papierosa przynajmniej?
Korea jest daleko. To ona teraz jest jakaś nieznajoma, niepojęta, niemożliwa. Dopiero tutaj, w Polsce, czuję się prawdziwie zmęczona. Dopiero tutaj zdaję sobie sprawę, jak szybko tam żyję, jak bardzo na opak i bez wytchnienia.
Każda większa korporacja w Korei ma w swoim budynku stołówkę i salę gimnastyczną. Często posiłki (śniadanie, obiad, kolacja) i dostęp do klubu jest dla pracowników darmowy lub oferowany za niewielką opłatą.
Od czasu, kiedy wypadł mi dysk musiałam zmienić swój tryb życia. Codziennie w czasie obiadu schodzę do klubu fitness na czterdziestominutową gimnastykę z elementami jogi i siłownię. Po czym w dziesięć minut pochłaniam obiad na szesnastym piętrze naszego budynku. Po pracy albo ponownie idę na salę gimanstyczną – tym razem, żeby przez godzinę szybko pochodzić – albo wybieram się na basen.
W czasie przerwy obiadowej wiele Koreanek schodzi do szatni razem ze mną. Nie po to jednak, żeby się przebrać i pogimnastykować. Z szafek wyciągają one koce, peleryny, poduszki, podnóżki, opaski na oczy (lub po prostu ręczniki), a nawet ogromne koce elektryczne (w lecie w Korei w budynkach jest okrutnie zimno z powodu klimatyzacji). Przez całą godzinę śpią na podłodze, jedna obok drugiej, telefon obok telefonu; często gaszą w całej szatni światło. Po ćwiczeniach przeskakuję leżące ciała, telefonem oświetlam sobie wnętrze własnej szafki, biorę szybki prysznic i wychodzę. Pozostawiam Koreanki w błogim śnie –a mają one jeszcze dziesięć minut.
Podstawą sukcesu (cokolwiek pod tym terminem by się nie kryło) jest samozaparcie, dyscyplina i niezachwiana wiara w to, co się robi. Niełatwo jednak osiągnąć jest zwycięstwo bez motywacji, wsparcia z zewnątrz. Nieliczni tylko są w stanie dokonać rzeczy wielkich w oderwaniu od wszystkiego, co ziemskie. Zazwyczaj są to niekwestionowani geniusze, o silnym, często egocentrycznym charakterze, którzy przez swoją wyjątkowość nie podlegają regułom obowiązującym zwyczajnego człowieka. Ergo nie potrzebują jego pomocy. Niestety większość z nas, nawet tych wybitnych, musi na sukces ciężko pracować, a w chwilach słabości czerpać energię z miłości i wiary innych. Bez tego nawet najzdolniejsi pogrążają się w rozgoryczeniu.
Wczoraj do Korei wróciła reprezentacja Korei w Mundialu 2010. Mimo że drużyna odpadła o wiele szybciej, niż każdy tego oczekiwał; mimo że zawodnicy popełnili wiele rażących błędów, a ich gra nie porywała – fani zgotowali im wspaniałe powitanie. Na lotnisku w Incheon zebrały się setki ludzi ze zdjęciami zawodników, flagami, banerami. Dziewczyny w histerii płakały, młodzieńcy skandowali nazwiska, reszta robiła filmiki trzęsącymi się dłońmi i trzaskała zdjęcia wszystkiego, co się tylko ruszało.
Właśnie w chwilach porażki przecież najbardziej potrzebuje się wsparcia. Taka właśnie pomoc stymuluje do jeszcze większego wysiłku; to ona wzmacnia wiarę w siebie. No bo co tak naprawdę wnosi wsparcie, kiedy wszystko idzie jak po maśle? W Korei po golu w nie tej bramce, wszyscy krzyczą „kwenchana” [괜찮아] („Jest OK”, „Nic się nie stało”) i dopingują jeszcze goręcej, do ostatniej sekundy. Nikt nie odwraca się od graczy, nikt nie złorzeczy, nikt nie opluwa. U nas w Polsce jest tak bardzo na odwrót... i myślę, że może właśnie dlatego tych sukcesów tak niewiele.
Powrót reprezentacji Korei w MŚ w Piłce Nożnej 2010
Cóż za niepomyślny rok. Wypadnięty dysk, dwie wielokrotne hospitalizajce, śmierć kotki, podejrzenie o cukrzyce, zakażenie w stopie, bolące mięśnie pleców.
W przeddzień własnej rozgrywki o przetrwanie Koreańczycy z Południa zastanawiają się nad losem tych z Północy. Tak całkiem na serio. Siedem bramek, uśmieszki i ostentacyjna nonszalancja Portugalczyków nie są łatwą pigułką do przełknięcia. Sparaliżowana w drugiej połówce gra Koreańczyków z Północy uwiarygadnia obawy.
Tymczasem w Seulu zapowiedziano całonocne czuwanie metra, nocne seanse na ulicy, w pubach oraz w Megaboxach. Moi współpracownicy mają plan. Po pracy zakrapiana kolacja, zakrapianie, zakrapianie, zakrapianie, mecz o 3:30 nad ranem, sauna z odrobiną snu i powrót do pracy.
W telewizji, w radio, z głośników: „Powstań Koreo”, „Nic się nie stało”, „Fighting”, „Dae-han-minguk”, „Shouting Korea”.
Relacja w trybie High Definition uwyraźnia ducha tegorocznych rozgrywek. Nie chodzi już aż tak bardzo o emocje płynące z jakości gry zawodników, z wyniku meczów, z durnych decyzji sędzi kalosza. Czasy r e p r e z e n t a c j i usuwają się w cień zręcznie wypychane łokciem czasu p r e z e n t a c j i.
P-r-ę-ż-n-i młodzieńcy w kipiących intensywnością kolorach: perfekcyjnie dopasowanych koszulek opijających jakby od niechcenia umięśnione torsy, czy żarząco rzucających się w oczy butów Nike. Rewia fryzur: irokezy, dready długie i krótkie, dready pofarbowane we flagowy trójkolor, afro, opaski, przepaski, głowy łyse i półłyse, precyzyjnie wydepilowane bródki i przystrzyżone bokobrody. Kobiety dostępne szerokim wyborem piersi - różnych rozmiarów, kształtów; plastikowych bądź naturalnych; czarnych, białych lub mieszanych - odzianych bezmiseczkowo w narodowe koszulki z body painting. Czas igrzysk. Czas k-o-n-s-u-m-p-c-j-i. Fantastic Elastic. Sprzedaż kondomów s-z-c-z-y-t-u-j-e.
Mecz pierwszy. Zaskakuje mnie zagorzały, rytmiczny b-z-y-k na arenach. Napięte w skupieniu twarze, zaciśnięte zęby... Pot spływa ciurkiem ze zroszonych czół na buraczkowe z wysiłku policzki – to od wytężonego d-y-m-a-n-i-a. Ktoś mówi z n-i-e-s-m-a-k-i-e-m w u-s-t-a-ch, że to wuwuzela. Szybko dostaję oczopląsu. Wpatruję się w murawę, gdzie długie cienie kładące się południowoafrykańskim słońcem ciągle trzymają klasę. Niczym greckie posągi. Minuta siódma pierwszej połówki - Korea o-d-c-h-o-d-z-i o-d z-m-y-s-ł-ó-w. Minuta siódma drugiej połówki – nikt nie jest w stanie powstrzymać się od w-y-c-i-a z r-o-z-k-o-s-z-y. Siedzące w zacisku pary zaciskają się jeszcze bardziej; z widocznym już na g-o-ł-e oko o-d-p-r-ę-ż-e-n-i-e m popijają piwo.
Dzisiaj powtórka z r-o-z-r-y-w-k-i. Tym razem będziemy m-o-c-o-w-a-ć s-i-ę z Argentyną. W zadziornym f-l-i-r-c-i-e, rano w mojej firmie z głośników sączy się „Don’t cry for me Argentina”.
Oj, będzie się działo.
Diego Maradona i Jung-Moo Huh, obecni trenerzy reprezentacji odpowiednio - Argentyny i Korei Południowej - mieli okazję już o-b-c-o-w-a-ć z-e s-o-b-ą podczas World Cup 1986 w Meksyku. Widać, że było c-z-u-p-u-r-n-i-e.
Sobotni poranek. Za oknem ulewa dziurawiąca pierzchające opary gorąca minionych dni. Dawka „Lapidariów” popijana uśnierzająco pachnącą kawą. Zmieloną własnoręcznie bardzo starym, koreańskim młynkiem z przekładnią. Kota namiętnie mrucząc zlizuje krem z mojej szyi. PWY w bibliotece. Czas ciszy i rozmyślań.
Po jakimś czasie odkładam książkę. Nabi mości sobie gniazdko w zagięciu mojego ramienia. Szturcha mnie zimnym nosem, od czasu do czasu traktuje szorstkim językiem. Razem patrzymy na świat za oknem. Strumienie deszczu punktowo masują liście zaglądającego do domu drzewa. Myślę o konsumeryzmie, wolontariacie i miłości. O czym rozmyśla Nabi, nie wiem. Na siatce ochronnej siedzi ćma. Przeczekuje światło dnia i jego wilgotną kondycję.
Znajomy ptak ląduje na poręczy balkonu. Jeden z pary zamieszkałej na drzewie. Srebrzyście niebieskawy z małym pióropuszem na czubku głowy. Nabi zrywa się w jednym momencie. Oczy pięciozłotówki, czarne jak węgliki; ogon zamaszyście podekscytowany.
Ptak podrywa się do lotu, niby przypadkowo obija o moskitierę. Wyraźnie widzę, jak z gracją na zawsze już porywa ćmę i znika.