Pokazywanie postów oznaczonych etykietą emigracja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą emigracja. Pokaż wszystkie posty

Chcę do Korei


Zawsze odrabiałam swoje zadania domowe. Powiem więcej – lubiłam to. Jeszcze podczas lekcji układałam sobie w głowie plan, co mam po powrocie do domu zrobić i kiedy. Jeżeli już zdarzyło mi się, że musiałam na którejś z przerw przepisywać wszystko na kolanie, to na pewno nie czułam się z tym za dobrze. Sama nie miałam zbyt wielkich oporów, żeby swoje rozwiązania pożyczać innym, ale gdzieś w środku pałętało się we mnie uczucie, że tego rodzaju pomoc z mojej strony to tak naprawdę niedźwiedzia przysługa. Tak czy owak moje zeszyty nierzadko biegały z rąk do rąk.

Mój blog, dwie książki, audycja, podcast, fanpage, wywiady, zdjęcia – to wszystko to też taki gotowiec z życia w Korei; wszystko na niniejszej stronie logicznie posegregowane, dobrze widoczne i oprócz książek darmowe. Dla kogoś, kto chce dowiedzieć się czegoś o tym kraju cały mój 14-letni wysiłek, który włożyłam w podzielenie się własnymi doświadczeniami, wydaje mi się – dosyć nieskromnie – świetnym źródłem informacji. Czasem bardziej, czasem mniej subiektywnej, ale zawsze. Dlatego raczej frustrują / irytują mnie pytania (a otrzymuję ich kilka każdego dnia!) w stylu:



  • Co mam zrobić, żeby tam zamieszkać?
  • Ile kosztuje bilet do Korei?
  • Jak mogę otrzymać wizę?
  • Jak udało ci się przeprowadzić do Korei?
  • Czy dostanę pracę?
  • Czy muszę znać koreański?
  • Czy wystarczy język angielski?
  • Jak Koreańczycy traktują cudzoziemców?
  • Czy da się tam żyć?
  • itp.


Pytania same w sobie są oczywiście ważne, powiedziałabym, że nawet podstawowe. Ale w tej właśnie ich „podstawowości” upatruję poważny problem. Po pierwsze odpowiedzi na nie można znaleźć bez trudu, jeżeli nie w przygotowanych przeze mnie źródłach, to gdziekolwiek indziej w Internecie. Wystarczy tylko trochę poklikać i przestudiować temat. Jeżeli ktoś zadaje mi tak oczywiste pytania dowodzi, że nie odrobił swojego zadania domowego. A jeżeli go nie odrobił, to jakim cudem chce wyjechać do Korei? Niestety życia nie da się skopiować na kolanie, w ciągu pięciu minut, gdzieś w toalecie... Co więcej, domagając się zindywidualizowanego pakietu odpowiedzi, czy recepty na swoje własne szczęście w Korei, delikwent taki lekceważy całą moją dotychczasową pracę. Disclaimer: wróżką też nie jestem i nawet gdybym znała kogoś dokładny życiorys, nie jestem w stanie przewidzieć, czy mu/jej się tutaj powiedzie. Korea to zbyt kulturowo skomplikowany kraj, żeby móc cokolwiek pod tym wzlgędem wyrokować.

Będę jeszcze bardziej bezlitosna – z ust osób, które zrealizowały swoje marzenie o wyemigrowaniu do Korei, tak trywialne pytania nigdy nie padły. Oznacza to, że zadawanie tego rodzaju pytań i udzielanie przeze mnie na nie odpowiedzi to tylko zbędne zawracanie sobie głowy – a właściwie dwóch głów: osoby piszącej (co może ważniejsze!) i mojej (co też ważne). Wybaczam jedynie czytelnikom poniżej piętnastego roku życia, ale to i tak nie podstawówka i „ja bardzo chcę”, „to moje największe marzenie”, „kocham Koreę” nie wystarczą, żeby przejść do następnej klasy. I to bez względu na to, jak bardzo wyjątkowe i niepowtarzalne to „chcenie” nie wydawałoby się. 

Po tym zimnym prysznicu czas na kilka konstruktywnych podpowiedzi (przede wszystkim zalecam jednak szczerość wobec siebie, determinację oraz ciężką pracę!). I tak, jeżeli ktoś ma zamiar wyjechać do Korei (celowo nie używam słowa „chce”) radzę, co następuje:


1. Czytaj, czytaj, czytaj.

- Czytaj od deski do deski blogi osób, które w Korei mieszkają i dzielą się swoimi doświadczeniami (przykładowa lista po prawej stronie w zakładce „Blogi o Korei”). Proponowane minimum mojego autorstwa:

b) „Obcokrajowiec w Korei” – wpis na blogu
c) „Obcokrajowiec w Korei, cz.1” – podcast „Zakorkowani”
d) „Obcokrajowiec w Korei, cz.2” – podcast „Zakorkowani”
e) „Ślub z Koreańczykiem” – wpis na blogu
f) „W Korei i nie tylko” – zbiór esejów o Korei
g) „Za rękę z Koreańczykiem” – zbiór wywiadów z Polakami, którzy są lub byli w związku z Koreanką / Koreańczykiem.
h) cały niniejszy blog „W Korei i nie tylko”

Tutaj mały spoiler:
  • Nie, koreański nie wystarczy.
  • Nie, angielski nie wystarczy.

- Śledź strony lub grupy tematyczne (np. Living in Seoul, Korea4expats, Western Girls Married to Korean Husbands, Only In Korea itp.). Przyjrzyj się potencjalnym sytuacjom i problemom, jakim będziesz musiał/a stawić czoła.

Kolejny spoiler:
  • dla płci męskiej – nie liczcie na filigranowe, seksowne Koreanki, które w miednicowy rytm „위 아래”, będą wam przygotowywały pyszną kimchi jjigae. Nie ma bata!
  • dla płci żeńskiej – nie liczcie na wypomadowanych chłopców z idealnym licem, którzy w fartuszku z serduszkiem, łypiąc na was cielęcymi oczętami będą przyrządzali pyszną kimchi jjigae. Nie ma bata i już!

- Przeglądaj koreańską prasę (np. Hankyoreh, The Korea Herald, The Korea Times, Korea Bang), żeby zrozumieć koreańskie społeczeństwo jako całość.

- Zapoznaj się ze stroną Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP, koreańskiego Urzędu Imigracyjnego, Seoul Global Center itp. żeby lepiej zrozumieć prawne i inne wymogi życia w Korei.



2. Zadaj mi pytanie (po raz pierwszy)!

Tak, dopiero na tym etapie! Jeżeli po przestudiowaniu sugerowanych źródeł nasuną ci się jakieś pytania, jestem do dyspozycji – odpowiem tak solidnie, jak to będzie w mojej mocy.


3. Zacznij uczyć się języka koreańskiego.

Język koreański do najłatwiejszych nie należy, ale bez niego życie w Korei nawet nie może być, ale będzie uciążliwe. Dlatego warto nauczyć się przynajmniej podstaw – przynajmniej uprzyjemni to obcowanie z Koreańczykami. Ponadto wierzę, że nauka danego języka pozwala na „poczucie” charakteru innej kultury. Ucząc się nowego języka wzbogacasz się o nową tożsamość, więc nauka ta też raczej na marne nie pójdzie.


4. Odwiedź Koreę.

Nie ma nic bardziej wiarygodnego niż doświadczenie koreańskości na własnej skórze i wyrobienie sobie na jej temat własnego zdania. Postaraj się o wymianę studencką, rządowy grant lub po prostu spędzenie kilkunastu dni u koreańskiej rodziny. Będąc w Korei obcuj z ludźmi w różnym wieku, różnego charakteru i różnych życiorysów.


5. Zadaj mi pytanie po raz drugi!

Najlepiej przy filiżance dobrego cappuccino.


6. Odpowiedz sobie na pytanie: „dlaczego Korea?”

To jest właściwie najważniejszy krok. Trzeba przysiąść i porządnie zastanowić się, co oferuje ci Korea, a czego nie może zaoferować Polska, Wenezuela, Japonia, czy jakikolwiek inny kraj. W jaki sposób Korea pozwoli ci na realizację życiowych celów (jakie są to w ogóle cele?)? Wybór tego kraju tylko dlatego, że to ostatnimi czasy modne miejsce, czy też ze względu na zauroczenie światem przedstawionym w koreańskich dramach lub K-popie nie są powodami wystarczającymi. Prawdę mówiąc to powody najgorsze z możliwych. Na Koreę trzeba mieć konkretny pomysł, bo Korea na ciebie pomysłu raczej mieć nie będzie.


7. Podejmij decyzję i przygotuj plan.

Po analizie wszystkich za i przeciw zdecyduj, czy wyjazd do Korei to właściwe posunięcie. Jeżeli tak – zrób rozpiskę kroków, które musisz podjąć, aby osiągnąć swoje życiowe cele i przygotuj plan finansowy. 


8. Działaj.

Bądź konsekwentny/a w realizacji swojego planu, przygotuj się na walkę ze sprzecznościami losu i nigdy, ale to nigdy nie poddawaj się.


Voilà!


TBS radio



Koreańskie media pozostawiają wiele do życzenia. Prasa ciągle pozostaje w stalowo zaciśniętej garści upolitycznienia, ale też i mocno związana jest z interesem wielkich koncernów (tzw. chaebole). To zaszłość historyczna – silne sprzężenie między koreańską polityką i wielkim biznesem był i jest naturalną dźwignią gospodarczą tego kraju (udział samego Samsunga w koreańskim eksporcie to ok. 20%!). Stąd interpretacja zdarzeń rzadko kiedy pozostaje obiektywna, a często aż ziejąca manipulacja obraża wręcz intelekt czytelnika.

Telewizji nie mogłam znieść do tego stopnia, że zdecydowałam się wyrzucić odbiornik za okno (to jednak muszę przyznać nie kwestia jej koreańskiej odmiany, a raczej ogólna postawa życiowa). Dominująca ramówka to opery mydlane (swoją drogą świetne źródło do nauki języka) oraz programy rozrywkowe z grupą tych samych, niezmiernie irytujących komików lub celebrytów prześcigających się w udowadnianiu swojej wyjątkowości podczas specjalnie aranżowanych dla nich zadań. Oczopląs, słowotok, drażniący szum, papka dla mózgu.

Charakterystyką radia jest jego minimalizm muzyczny i ciągła gadanina z niezwykle kojącym głosem wytrenowanych Koreanek w tle. A jak już w końcu jakaś melodia się przewinie to będzie to w większości przypadków koreańska ballada. Utworu zagranicznego uraczyć się raczej nie da. Do niedawna jedyną angielskojęzyczną rozgłośnią był „American Eagle”, stacja powstała dla stacjonujących tutaj żołnierzy amerykańskich i ich rodzin. Z powodu zacięcia antropologicznego słucham tego radia od czasu do czasu – naprawdę wprowadza mnie w osłupienie poziomem udzielanych porad (bardzo poważne pouczenia o tym, że alkohol negatywnie wpływa na ocenę sytuacji i że jest zima więc nie można zapominać o odpowiednim ubiorze) i konkursów (żeby dostać pączki trzeba zadzwonić i jak nagłośniej wykrzyczeć słowa: „hero office worker”). W radiu tym nie ma absolutnie żadnych wiadomości lub interpretacji tego, co się dzieje w Korei – nastawione jest wyłącznie na „przetrwanie” Amerykanów z dala od domu, w tej „koreańskiej dziczy”.

Iskierką w ciemności, prawdziwą perełką, smacznym rodzynkiem (tak, tak jestem bardzo podekscytowana) jest stacja radiowa TBS – Traffic Broadcasting System, którą odnalazłam całkiem niedawno. Kanał angielskojęzyczny nawyraźniej funkcjonuje od 2009 roku (mogę się zarzec, że nie można go było jednak znaleźć w eterze przez te dwa ostatnie lata!; no chyba, że moje domowe radio jest jakieś lipne...). Nazwa oczywiście jest mylna – kolejna zaszłość, tym razem z roku 1988, kiedy stacja ta powstała wyłącznie na potrzeby monitoringu ruchu ulicznego. Otóż radio to jest po prostu świetne. Z tego, co wywnioskowałam audycje prowadzą przeważnie Australijczycy (ach ten akcent!), wspomagani przez Amerykanów koreańskiego pochodzenia (tzw. Kyopo). Programy informacyjne są na bardzo wysokim poziomie – autorzy zapraszają do rozmowy zagranicznych profesorów, regionalnych korespondentów opiniotwórczych gazet (jak na przykład NY Times), jak i mówiących po angielsku dziennikarzy koreańskich gazet. Podoba mi się też to, że opis każdego wydarzenia opatrzony jest dawką historycznego tła dle lepszego zrozumienia tematu, ale też i to, że jest to robione w bardzo przystępny sposób. Nie ma w tym niepotrzebnie jednoznacznej interpretacji – stawia się wiele znaków zapytania. W specjalnych blokach tematycznych wypowiadają się też słuchacze – i Koreańczycy, i cudzoziemcy. Całe spektrum opinii na temat tego, co akurat dzieje się w Korei, ale też i dyskusji na tematy praktyczne oraz te podnoszące temperaturę krwi (opodatkowanie obcokrajowców, podwójne obywatelstwo, kultura łapówek, wynajem mieszkań [o czym pisałam kilka notek niżej] i wiele wiele innych). Znajdzie się też wiele tematów „lekkich”, dla czystej rozrywki ducha. Również segmenty muzyczne są niezwykle zróżnicowane – od jazzu, przez klasykę, czy rock, aż do muzyki popularnej. Nie można się nudzić – radio naprawdę na piątkę.


Dla tych rezydujących w Korei:

- Seul: 101.3 Mhz
- Busan: 90.5 Mhz
- Kwangju: 98.7 Mhz

Dla internautów, którzy chcą sprawdzić, jak się tutaj rzeczy mają:

- Link (kliknijcie „On air” po lewej stronie)


Perspektywa



Czuję się jak we śnie. Nie mogę się skoncentrować, wejść w swój zwykły tryb zdyscyplinowanej zaradności. Pozwalam czasowi przepływać przez palce, nie myślę o jutrze, obserwuję jakbym była niewidzialnym duchem odwiedzającym na chwilę świat. Przemierzam wolno ulice pełne rozłożystych zielonych drzew. Wdycham ich zapach, słucham wiatru dokazującego na ich gałęziach. Mrużę oczy od blasku słońca i niebieskiego nieba. Mijam pary nastolatków obściskujące się w bramach zmurszałych domów, nastolatków pijących w rewolcie swoje pierwsze piwa, młodzieńca z satysfakcją sikającego prężnym łukiem. A ma pani może złotóweczkę na wódeczkę? A może papierosa przynajmniej?

Korea jest daleko. To ona teraz jest jakaś nieznajoma, niepojęta, niemożliwa. Dopiero tutaj, w Polsce, czuję się prawdziwie zmęczona. Dopiero tutaj zdaję sobie sprawę, jak szybko tam żyję, jak bardzo na opak i bez wytchnienia.


Ćma



Sobotni poranek. Za oknem ulewa dziurawiąca pierzchające opary gorąca minionych dni. Dawka „Lapidariów” popijana uśnierzająco pachnącą kawą. Zmieloną własnoręcznie bardzo starym, koreańskim młynkiem z przekładnią. Kota namiętnie mrucząc zlizuje krem z mojej szyi. PWY w bibliotece. Czas ciszy i rozmyślań.

Po jakimś czasie odkładam książkę. Nabi mości sobie gniazdko w zagięciu mojego ramienia. Szturcha mnie zimnym nosem, od czasu do czasu traktuje szorstkim językiem. Razem patrzymy na świat za oknem. Strumienie deszczu punktowo masują liście zaglądającego do domu drzewa. Myślę o konsumeryzmie, wolontariacie i miłości. O czym rozmyśla Nabi, nie wiem. Na siatce ochronnej siedzi ćma. Przeczekuje światło dnia i jego wilgotną kondycję.

Znajomy ptak ląduje na poręczy balkonu. Jeden z pary zamieszkałej na drzewie. Srebrzyście niebieskawy z małym pióropuszem na czubku głowy. Nabi zrywa się w jednym momencie. Oczy pięciozłotówki, czarne jak węgliki; ogon zamaszyście podekscytowany.

Ptak podrywa się do lotu, niby przypadkowo obija o moskitierę. Wyraźnie widzę, jak z gracją na zawsze już porywa ćmę i znika.


Truskawki


Cóż za uroczy sen. W zgiełku niewolniczo okrutnej pracy daleko od domu. Lody truskawkowe. Pochłaniane z dziecięcą, pełną szczerości radością.


Powitanie



Zazwyczaj koreańskie dzieci reagują na mój widok wrzaskliwą i dosyć napastliwą angielszczyzną okraszoną chichotami, wzajemnym przepychaniem się i w końcu piskliwą ucieczką w ogólnej wesołości. Malutkie dzieci potrafią jedynie szeroko otwierać oczy zapominając na chwilę o konieczności przemiennego ruchu nóżkami, przez co często słodko potykają się ciągnięte do domu przez zmęczone mamy. Nie mogę powiedzieć, żeby mi to za bardzo przeszkadzało.

Wczoraj kilkuletni chłopiec z wielkim tornistrem na plecach przelotnie na mnie spojrzał, powiedział „안녕하세요” („Dzień dobry”), po czym najzwyczajniej w świecie wszedł do budynku, w którym oboje mieszkamy. Moją pierwszą reakcją była oczywiście odruchowo przyjazna odpowiedź na powitanie. Czując jednak jakieś wewnętrzne poruszenie odtworzyłam klatkę po klatce i dopiero po chwili dotarło do mnie znaczenie całego zajścia. Zamurowało mnie. Chyba po raz pierwszy zostałam potraktowana jako „tutejsza”. Nagle okazało się, że stałam się naturalnym elementem krajobrazu koreańskiego podwórka. Choć dla jednej osoby nie byłam już kimś obcym... Ciekawostką, na widok której milknie się, przygląda i snuje domysły, którą automatycznie wyklucza się z kręgu tego, co swojskie.

Zdziwiłam się, że sytuacja, która w każdych innych warunkach byłaby jak najbardziej normalna, potrafiła wywołać u mnie aż takie zaskoczenie.


Prezentacja



Stojąc przed widownią składającą się z około trzydziestu kobiet nagle zdałam sobie sprawę, że to mój pierwszy raz. W ciągu całych pięciu lat pracy ani razu nie miałam bowiem okazji wygłosić mowy przed kobietami! Zupełnie nie zdawałam sobie z tego sprawy...

Przed sobą miałam mniej lub bardziej groźnie wyglądające przedstawicielki płci pięknej w różnym wieku, o różnym guście (od kolorowych szat dwoiło mi się przed oczami), wykształceniu i doświadczeniu. Wszystkie w klubie Seoul International Business and Professional Women Networking. Dotarło do mnie, że moje dopięte już na ostatni guzik metody prezentacji wcale nie muszą się sprawdzić przed tego rodzaju publicznością. Czułam się bardzo onieśmielona.

Początki były trudne, twarze niezbyt przyjazne. Atmosfera spotkania zupełnie inna od tej, do której już zdążyłam się przyzwyczaić - każda uczestniczka starała się zaprezentować swoją obecność, silny charakter i czasem zbyt uszczypliwy dowcip. Często kosztem samej prezentacji. Nie dawałam jednak za wygraną. Wystarczyło trochę mniej się uśmiechać, dzielić się osobistymi przeżyciami, bardziej szczegółowo podpierać teorie faktami wyjętymi z własnego życia, przyjemnym uśmiechem ignorować krytyczne i mało konstruktywne uwagi. Ku mojej wielkiej uldze wszystko skończyło się na rytmicznym przytakiwaniu i bardzo miłych słowach po zakończeniu przemowy. 

Nigdy nie pomyślałabym, że to właśnie widownia składająca się z kobiet może wywołać u mnie tego rodzaju emocje: uczucie zahukania, niepewności, wyobcowania. Ale tak to już chyba niestety jest między nami kobietami...


Polska klasowa



Pociąg relacji Berlin – Warszawa, klasa 1

Osoba Pierwsza: kobieta po trzydziestce; bardzo szczupła z obfitymi biodrami; zielony sweterek w plecione warkocze, taki sam odcień paska zegarka; spodnie czarne w białe paseczki; płasko zakończone czubki czarnych, wypolerowanych kozaczków; króciutkie, mysie włosy; na złoto oprawkowane okulary silnie pomniejszające oczy; czyta książkę obłożoną prezentowym papierem; podkreśla co chwila całe akapity ostro zatemperowanym ołówkiem; kiwa głową w natchnionym niedowierzaniu, uśmiecha sie przy tym szeroko z uduchowionym wyrazem twarzy; szkoda, że innym nie jest dane odczuwać tego, co ona; „ja nie wiem, czy jest pan tego świadomy, ale to strasznie przeszkadza” – to bardzo wyraźnie wyartykułowanym językiem polskim do zbyt głośno rozmawiającego przez telefon starszego profesora; i uśmiech, ciągle ten uśmiech słodki katalogiem zasad, które nie tylko ona ale również inni winni przecież przestrzegać.

Osoba Druga: starszy pan, prawdopodobnie profesor; świetne, skórzane buty w trochę staroświeckim stylu; oryginalne skórzane etui na okulary; elokwentny i zawzięcie tytułujący przez telefon nie tylko swoich rozmówców ale i też osoby trzecie; projekt ma miejsce w Bruskeli oraz w Nowej Zelandii; „przekaż mu koniecznie, że to moje polecenie” (tutaj płochliwe spojrzenie w moją stronę); przeprasza i wychodzi na zewnątrz, gdzie równie donośnie tytułuje.

Osoba Trzecia: młodzieniec około trzydziestki; kiepsko kamuflowany brzuszek; delikatnie nałożony żel na przerzedzone włosy; widocznie u progu wielkiej kariery; blackberry, słuchawki bluetooth Nokii, walizka Hugo Boss, połyskujący garnitur, w ręce Puls Biznesu; siedzi, jakby z pogardą na prawym półdupku; znudzony wszystkim dookoła, nie obdarza innych osób ani jednym spojrzeniem; tak, jakby ich nie było.

Osoba Czwarta: kobieta po trzydziestce; business woman z laptopem w ręku; krótke podkręcone w bułeczkę włosy; mocny makijaż, usta wciśnięte w pomniejszający kontur bordowej kredki, wyschnięte na wiór, bez cienia seksownej wilgotności; w uszach, na kilku palcach i nadgarstkach ciężkawe złoto; buty z ostrymi czubkami; zgrabny garnitur; zawzięcie pracuje nad raportem ze spotkania; po komentarzu Osoby Pierwszej również wychodzi na korytarz, by dokończyć swoje rozmowy telefoniczne.


Pociąg relacji Warszawa - Berlin, klasa 2

Rozmowę rozpoczął przemiły, starszy pan, który przedstawił się jako Lech Rościszewski. Pan Leszek był w latach siedemdziesiątych jednym z budowniczych Stacji Antarktycznej Polskiej Akademii Nauk im. Henryka Arctowskiego, o czym poinformował nas bardzo pobieżnie. Następnie wyraził swój zachwyt nad międzynarodowym towarzystwem, w jakim przyszło mu podróżować. On sam właśnie jechał w odwiedziny do swojej córki, która mieszka w Berlinie. Prześliczna, uśmiechnięta, piegowata Niemka o marchewkowych włosach spędziła w Polsce już trzy lata. Wyjechała tylko na wymianę, ale zakochała się w tym kraju i zdecydowała się właśnie tutaj zdać maturę i rozpocząć studia. Wytłumaczyła to wszystko pięknie po polsku. Również po polsku, w trochę bardziej trudnej do zrozumienia formie~~, opowiedział o sobie młody Wietnamczyk, mieszkający w Polsce od roku. Właśnie jechał z mamą w celach turystycznych do Niemiec. Gorące dyskusje skupiły się wokół relacji Polska-Niemcy, trudnościach bycia cudzoziemcem w Polsce, międzykulturowości, trudach budowania stacji polarnej i życiu w Korei.


Post scriptum do ostatniej notki



Po opublikowaniu ostatniej notki pokazałam kilka zdjęć ze ślubu dziewczynom z pracy (tak, ostatnimi dniami w pracy nie przemęczam się~~). Marina, wiecznie optymistycznie nastawiona Rosjanka, napisała coś bardzo mądrego. Oto jej tekst: 

 “I've already told Anna that these are the most beautiful pictures I've ever seen: everything and everyone - from a cement car* on the street to the single lady there.

Now I know why - that's what I miss the most - LIFE! You see every person to be living, not just existing in the moment...

Everything is REAL, not fake-emotions, congratulations, dance, trees and grass.

I need someone to remind me about all that sometimes, because I'm afraid I forget after several more years here.

LIFE is beautiful!

One more thing. Don't be depressed, assume that you are here for now, but you can change it in the future – no matter when - tomorrow or 10 years later. Since we are here for our husbands (which is equal to our breath or fresh air and happiness), God will appreciate this and will send us to the right directions.

By the way, if you decide to go swimming (and picnic) with us tomorrow - welcome! 

Luv you!!!!!!
Ma


_______________________________
*Tuż przed przyjazdem PWY i gości na plac przed mój dom wjechały dwie ogromne, ryczące cieżarówki z obracającymi się baniakami cementu. Na ich tle grali muzykanci w krwisto czerwonych koszulach i czarnych spodniach (przeatmosferyczne trąbki i te sprawy). Do całego surrealistycznego dosyć obrazu dodać należy autobus dla gości, który okazał się zwykłym podmiejskim trampkiem z napisem „nauka jazdy”. Było naprawdę niezapomnianie – zdjęcia wkrótce.


Poeuropejski jetlag



Powroty po dłuższym pobycie w Europie, a już w szczególności w okresie letnim, przychodzą mi coraz trudniej.

Minął już prawie tydzień a ja wciąż mam jet-lag’a na ciągle szturchających mnie ludzi, na odgłosy wypluwanej flegmy, zaczepiających mnie bezpardonowo ludzi w metrze (ona: „cześć, łał masz okulary CK, chcę być twoją przyjaciółką!”; ja wyrwana z czytania: „że co?”) jednostajnie papryczne posiłki, beznamiętne szarzyzną niebo i nie mogące się przez nie przebić słońce, cukierkową zieleń przerzedzonych zanieczyszczeniem miłorzębów, tłumy ciągle się gdzieś spieszących ludzi...

A już w ogólę nie trawię ponownie dziesięciominutowych dni z PWY. I tego, że w ramach integracji z agencjami musi upijać się w trzy dupy, a potem schodzić do domu o drugiej w nocy śmierdzący soju na dwa kilometry. I że następujące po tym poranki są coraz bardziej trudne. Fizycznie dla niego i psychicznie dla mnie.

Szamoczę się, przestępuję z lewa na prawo niczym dziki tygrys w klatce, zastanawiąjąc się kiedy i czy w ogóle wypuszczą mnie na wolność. 

I co to dla mnie będzie oznaczać...


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...