Pansori


Obserwując charakterystyczne ruchy tułowia, rąk i głowy potrafiłam intuicyjnie wyobrazić sobie sposób, w jaki wydaje się te wszystkie wspaniałe dźwięki. Nie miałam nigdy jednak sposobności (odwagi?), żeby samej spróbować. To tak, jak z ludźmi, którzy na szczycie góry nie potrafią lub nie widzą potrzeby krzyczeć z całych sił. Jest taka przypowiastka o mistrzu i uczniu. Na niebie pojawia się pierwszy na świecie samolot. Podekscytowany uczeń próbuje zwrócić uwagę mędrca na obiekt w górze, ale ten niewzruszony odpowiada „potrafię sobie to wyobrazić” i idzie dalej.


Występ pansori (판소리)
<Źródło>

Kilka tygodni temu przemogłam się. Jechałam z PWY samochodem, kiedy w radio natknęliśmy się na audycję poświęconą temu rodzajowi śpiewu. Po krótkiej części teoretycznej nastąpiła kilkunastominutowa nauka wydawania podstawowych dźwięków. Razem z PWY powtarzaliśmy melodyczne instrukcje wypełniając wnętrze samochodu gardłowymi okrzykami. To była nie tylko przednia zabawa, ale też i prawdziwie wyzwalające doświadczenie. Wydobywanie niskiego głosu z głębi trzewi dodaje jakiejś niesamowitej siły, pozwalając jednocześnie na pozbycie się kotłujących się tam (a nie w głowie!) upiorów. Po odśpiewaniu kilku fragmentów czułam się jak po medytacji.


Śpiewaczki pansori (판소리)
<Źródło>

Nauka pansori (판소리) u Mistrzyni Park Nok-ju.
<Źródło>

Żeby opanować technikę śpiewu pansori (판소리) potrzeba podobno co najmniej dziesięciu lat. Wielu adeptów tej sztuki traci przy tym głos lub pluje krwią z powodu nadwyrężenia strun głosowych. Nie jest to więc zajęcie dla każdego. Prawdopodobnie z tego powodu jest to tradycja coraz rzadziej praktykowana i dlatego też w latach sześćdziesiątych pansori uznane zostało przez koreański rząd za „National Cultural Intangible Property” (w wolnym tłumaczeniu: „Kulturowe Niematerialne Dziedzictwo Narodowe”), a UNESCO wpisało pansori na listę „Arcydzieł Ustnego i Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości”. Otworzyło to drogę do finansowego wspomagania popularyzacji tej tradycji. Dzięki takiemu podejściu wystąpienia pansori ciągle oglądać można na dedykowanych festiwalach, w teatrach, czy tradycyjnych restauracjach. Ja sama pięć lat temu miałam okazję odsłuchać mojego ulubionego utworu „Sarangga” („사랑가”), czyli „Pieśni o miłości” podczas tradycyjnego ślubu z PWY.


"Sarangga" ("사랑가") - "Pieśń o miłości"


"Sarangga" ("사랑가") - "Pieśń o miłości"


Pansori to oprócz skomplikowanych dźwięków wspaniały rytm wybijany na bębenku buk (), który wywołuje u mnie obrazy półnagich tancerzy zapamiętanych w plemiennym, dzikim tańcu. Czuję w nim jakąś pierwotną magię, ogromny ładunek zmysłowości. Jest jak kojący powrót do pradawnych źródeł. Może to skojarzenie zbyt daleko posunięte, ale rytm pansori przywodzi mi też na myśl wolniejszą, gorącą muzykę R&B. Nieodzowną częścią pansori są też elementy tańca wywodzącego się z szamańskiej tradycji odstraszania złych duchów tzw. salpuri (살풀이) oraz tradycyjnego tańca z wachlarzem buchaechum (부채춤). 


Salpuri (살풀이) - szamanistyczny taniec


Buchaechum (부채춤) - tradycyjny taniec z wachlarzem


Pansori to sztuka interaktywna. “Pan” oznacza “miejsce, gdzie spotyka się wiele osób”, “sori” to “dźwięk”. Tradycyjnie „zespół” składał się ze śpiewaka - kwangdae (광대), bębniarza - gosu (고수) oraz publiczności - kugyeongkkun (구경꾼). Wykonanie utworu, będącego najczęściej którąś z opowieści ludowych, zajmowało czasami nawet kilka godzin. Tak więc publiczność oraz bębniarz aktywnie wspierali śpiewaka wtrącając do jego opowieści okrzyki zachęty chuimsae (추임새). Chuimsae to nie przypadkowe odgłosy, ale słowa i dźwięki wydawane w odpowiednich momentach, co również implikowało konieczność rozumienia przekazu wokalisty oraz posiadanie artystycznego wyczucia. Śpiewak od czasu do czasu kontynuował też swoją opowieść przemawiając do publiczności. Dzięki takiemu trójstronnemu zaangażowaniu całe przedstawienie miało bardzo szczególny charakter – każdy po części mógł stać się artystą.

Współczesne przedstwienie pansori (판소리) 
<Źródło>

Pansori narodziło się  w XVII wieku w południowo-zachodniej części Korei. Czas jej świetności przypada na wiek XIX, a od lat sześdziesiątych XX wieku sukcesywnie sztuka ta wymiera. 

A ja mogłabym słuchać, słuchać i słuchać...


"Simcheongga" ("심청가") - "Pieśń o Sim Cheong" (Sim Cheong to imię dziewczynki opiekującej się swoim niewidomym ojcem. Opowieść tutaj.)





Pazurek


Boję się pisać o Koreankach. Po dziesięciu latach spędzonych w Korei ciągle są to dla mnie istoty z jakiejś odległej planety, której próżno szukać na mapie wszechświata. I nie chodzi tutaj o kobiet tych wschodnią egzotykę, która miałaby za sobą nieść obietnicę mentalnych i fizycznych odsłon (znam obcokrajowców, którzy po ożenku z Koreankami musieli się po jakimś czasie z kraju ewakuować), a o pragmatyczną dwulicowość, którą się charakteryzują. Podkreślam – „pragmatyczną”. Jest taka scena w „Sex and the City”, która świetnie to obrazuje. Samantha poznaje nowego kochanka, w którego domu służącą jest potulna Tajka. Jak tylko właściciel domu opuszcza swoje posiadłości Tajka z miejsca zamienia się w krwiożerczego wampira. Do tego tak potrafi manipulować żyjącym w błogiej nieświadomości mężczyzną, że aż przybiera to postać niezłej farsy. Nic dodać nic ująć.



Tych niesamowitych transformacji Koreanek doświadczyłam nie raz. Dzieje się to niemal automatycznie, jakiś intuicyjna zapadka przeskakuje w ich umysłach w zależności od sytuacyjnego ząbka. W obecności mężczyzn przybierają postać rozkosznych dziewczynek: usta w dzióbek, maślane oczka, głosiki sugerujące możliwość nagłego zasłabnięcia, trzepotanie rzęs, zakrywanie dłonią uśmiechu, przebieranie nóżkami, przesłodzone, pozbawione treści odpowiedzi. Po wejściu do damskiej toalety ich spojrzenia hardzieją, sylwetka mężnieje, uśmiech spływa z twarzy, głos tnie powietrze, jak najostrzejszy sztylet. Nagle stają się silnymi, niepodległymi jednostkami, którym lepiej w drogę nie wchodzić. Zjawisko to, bez żartów, przeraża mnie.

<Źródło 1>, <Źrodło 2>


Ten niezwykły dar przeobrażania się koreańskich kameleonek zawsze zbijał mnie z pantałyku. Instynkt samozachowawczy nakazywał mi do kwestii koleżeństwa z Koreankami podchodzić z dużą ostrożnością. Dlatego trzymałam się raczej na uboczu, obserwując, dając sobie czas na wyciągnięcie wniosków, a jednocześnie zachowując z koreańskimi kobietami relacje poprawne, acz powierzchowne. Nie było to dużym wyzwaniem, ponieważ pracując najpierw w systemach telekomunikacyjnych, a następnie w przemyśle ciężkim z wieloma przedstawicielkami płci pięknej do czynienia nie miałam. Nie było to dużym wyzwaniem również z tego powodu, że tematyka połowu najlepiej rokującego kandydata na męża, nowości torebkowych, najlepszych lekarzy chirurgii plastycznej, czy najbardziej efektywnych kosmetyków, obchodziły mnie jak zeszłoroczny śnieg. W taki to sposób żar mojego antropologicznego zacięcia w tej materii stopniowo, co przyznaje z niejakim wstydem, wypalił się.


<Źródło>

W zeszłym roku moje życie zawodowe nabrało kolorów. Otrzymałam swoją własną grupę składającą się z... dwóch Koreanek. Po szybkiej orientacji oceniłam, że sytuacja nie przedstawia się najgorzej. Pierwsza z dziewczyn, nazwijmy ją na potrzeby tego wpisu „Zuzką”, najpierw dała mi do zrozumienia, że nie wyobraża sobie mnie w roli jej szefa, ale po jakimś czasie fochy jej wyraźnie przeszły. Bardzo pozytywnie wpłynęła na mnie świadomość, że świetnie mówi po angielsku, że wychowywała się przez jakiś czas za granicą i że dokładnie wie, jak poruszać się w zawiłej strukturze firmy. Kogoś takiego potrzebowałam. Druga dziewczyna, świeży narybek, również okazała się niczego sobie – silna, ale jednocześnie dobrotliwa osobowość, typ proaktywnego, sprawiedliwego przywódcy, a do tego jeszcze słoneczny żartowniś. Po kilku miesiącach stwierdziłam, że całe moje skostniałe postrzeganie Koreanek musi podlec gruntownej rewizji. Byłam swoim odkryciem zachwycona. Dziewczyny słuchały, co się do nich mówiło, były pracowite, niezależne, zmotywowane efektami swoich wysiłków. Razem dyskutowałyśmy o projektach, dzieliłyśmy się informacjami i planami na tydzień – wszystko przy porannej kawce. Po ośmiu latach mojego życia zawodowego w pracy zawiało w końcu odżywczą świeżością. Rozentuzjazmowana  zaprosiłam dziewczyny kilka razy na prywatki do domu, a nawet dałam pogłaskać im Nabi. Z Zuzką sprawy zaszły jeszcze dalej – raczyłam ją szczegółami życia osobistego, dzieliłam ciężko wypracowanymi przez lata arkanami sztuki zawodowej (czyli „jak odnieść sukces pośród koreańskich mężczyzn”), udzielałam najszczerszych porad co do romantycznych relacji damsko-męskich. Mimo wielu przepastnych różnic w naszym pojmowaniu świata uznałam Zuzkę za coś na kształt lokalnej przyjaciółki. 



<Źródło>

Sielanka przerywana minimalnymi tylko zgrzytami trwała do niedawna. Do czasu, kiedy to szef zdecydował się zabrać w podróż służbową mnie, a nie moją podopieczną. Zuzkę z lekka trafił szlag, bo ja projekt jedynie nadzorowałam, a ona wykonała większość czarnej roboty. 

<Źródło>


Niesprawiedliwość w miejscu pracy, a już szczególnie w koreańskim miejscu pracy, nie jest niczym wyjątkowym („shit happens”) więc wydawało mi się, że prędzej czy później Zuzka wygładzi nastroszone piórka i przejdzie nad sprawą do porządku dziennego. Srogo myliłam się. W mailach otrzymywanych już za granicą zaczęłam wyczuwać jakieś niedobre wibracje. Na tę chwilę jednak głowę zajętą miałam innymi sprawami, a w wolnym czasie odczuwałam wewnętrzny przymus, żeby kibicować polskiej drużynie w rozgrywających się właśnie meczach Euro 2012. Stąd kwitowałam te pierwsze symptomy – jak się później okazało – nadchodzącego sztormu jako przelotne i niegroźne Zuzki „fiubździu”.


<Źródło>


Zuzka tymczasem zza biurka metodycznie dopieszczała detale swojej vendetty. Korzystając z mojej nieobecności odpowiednio wymościła grunt pod przyszłe pułapki, w skupieniu godnym Rambo ostrzyła białą broń (jej górna warga drgała przy tym nieznacznie).    


<Źródło>

Pierwszym pazurkiem przedzieliła mnie przez twarz zaraz po moim powrocie do Korei. Było to tylko niewielkie zadrapanie więc wspaniałomyślnie zrzuciłam jej wyskok na karby przeciążenia sytuacyjnego. Nastały ciche dni. Transmutacja Zuzki była doskonała, nie poznawałam jej. Wpadłam w jakieś osłupienie nie potrafiąc zdiagnozować trawiącej nasze stosunki choroby. Choroby, która spadła na nas jak jasny grom z nieba. Potem naszło mnie odrętwienie – coś jak sarna wpatrująca się nieruchomo w nadjeżdżający z zawrotną prędkością samochód. Trwałam w oczekiwaniu na najgorsze. 

<Źródło>


Atak nastąpił niespodziewanie.


<Źródło>


Walczyłam mężnie, odpierając cios za ciosem. Zuzka nadciągnęła jednak z całym swoim wypolerowanym arsenałem zamaszyście strzelając ukrytymi w rękawie atutami. W niepozornej torebce Louis Vuitton upchnęła też nieczyste zagrania, o których możliwość użycia nigdy bym jej wcześniej nie podejrzewała. Korzystała między innymi z tak plugawych narzędzi jak bezecne kłamstwo i komunikatorowe obrobienie dupy (klawiatura rozgrzała się do czerwoności). Moje szanse malały z godziny na godzinę, zaczęłam dostawać zadyszki.

<Źródło>

Nie mogłam uwierzyć w to, co rozgrywało się przed moimi oczami. Miałam wrażenie, że to jakaś nocna mara, z której już za chwilę powinnam się wybudzić. Tak, żeby pójść sobie z Zuzką na kawkę i opowiedzieć jej z rozbawieniem o całym tym śmierdzącym koszmarze. Ogarnął mnie szał tak skondensowany, że musiałam w trybie natychmiastowym ewakuować się z pola bitwy celem przewietrzenia się nad pobliską rzeczką. W przeciwnym razie mogłoby dojść do fizycznego knock-out’u „z główki”.  


<Źródło>

Do pewnego momentu miałam pewność, że Prawda skruszy wątłe mury Podstępu. Tlił się we mnie naiwny płomyk Wiary w fundamentalną Słuszność, opatrznościową Interwencję ze strony przełożonych. Nikt mi z ratunkiem jednak nie pospieszył („shit happens”). Na polu walki pozostałam sama jak palec. Niestety na wszelkie kontrataki było już za późno, co zrozumiałam grubo poniewczasie.

<Źródło>

Obezwładniona niedorzecznością sytuacji padłam na kolana. Zuzka nie zastanawiając się zbyt długo podcięła mi krtań jednym pewnym pociągnięciem. Dzieła dokończyła wpychając mi ostrze szoguńskiego miecza prosto między łopatki, dla pewności przekręciła go jeszcze zdecydowanym ruchem w prawo. Wszystko to z szczerzącymi kłami na wierzchu. Na sali dało się słyszeć zwycięskie „Whaaaaaaaaaaa a a a a   a   a   a!” niczym na filmach z Bruce Lee. Jak zza mgły obserwowałam własną krew powoli kapiącą z ślniącego ostrza.



Przegrałam z kretesem. Blitzkrieg’u w wykonaniu Zuzki nie powstydziłby się sam Schlieffen. Byłam pod wrażeniem jej taktyki, szybkości i precyzji bezwzględnego ataku. W wielu miejscach dostrzegłam elementy strategii, które sama jej wykładałam. Cóż za bolesna ironia! Podkuliłam ogon i ze skowytem zawlokłam swe pogruchotane kości do domu. 


<Źródło>


Było mi niewyobrażalnie smutno, serce krwawiło. Mało co chyba tak boli, jak sprzeniewierzenie się kogoś bliskiego.

<Źródło>

Od ran duszy rozchorowało się moje ciało. Bolał każdy mięsień, przywlekło się przeziębienie. Ciągle nie mogłam uwierzyć, że coś takiego ze strony Zuzki w ogóle mogło mi się przytrafić. Obijałam się po kątach domu blada jak papier, w transie, niczego nie widząc dookoła, niczego już nie pojmując.



<Źródło>


Do pracy, gdzie Zuzka triumfowała bez najmniejszej żenady, PWY musiał wypychać mnie siłą. Moja podopieczna z dnia na dzień stała się niezmiernie wylewna, dla wszystkich uprzejma, tryskała wspaniałomyślnością. Radosna jak rzadko podśpiewywała sobie pod nosem, na lewo i prawo rozdawała uśmiechy niczym autografy. Dwa bezlitosne metry za moimi plecami. 


<Źródło>


W rezultacie potyczki moja grupa została rozwiązana, a Zuzka otrzymała projekt na wyłączność. Mnie pozostało tylko topienie smutków w ramionach PWY, z pokaźnymi rezerwami słodkości wokół rozmemłanego łóżka. Nie wiedziałam, co mam dalej ze sobą począć. Mały prztyczek w nos, a rozłożył mnie na łopatki jak chyba nigdy dotąd. Tak to niestety bywa, gdy nieopatrznie wychodzi się do ludzi – wróć – do Koreanek, z sercem na dłoni. Serce może zostać skonsumowane na surowo.

<Źródło>

Ku mojemu wewnętrznemu przerażeniu, już po wszystkim, kiedy ciągle jeszcze lizałam niezasklepione rany, Zuzka jak gdyby nic zaprosiła mnie na kawkę celem „rozładowania napięcia”. Patrzyłam na nią z niedowierzaniem. Jakiż posępny tupet! 


<Źródło>

Czas leczy jednak rany, a to, co nie zabija, to podobno wzmacnia. Po jakimś czasie pewnie wykaraskam się, wybaczę, spojrzę na wszystko z lotu ptaka. I wyjdę z tego o jedną bitewkę bogatsza w doświadczenie. 


<Źródło>

Przez całą tę aferę trochę przejrzałam na oczy. Pozbyłam się na jakiś czas złudzeń nie tylko co do Koreanek, ale też i mojego miejsca w firmie jako kobiety – obcokrajowca. Zrozumiałam, że muszę obrać zupełnie inną taktykę, bo zbyt łatwo mnie wysiudać z prawowitego miejsca. A im wyżej, tym będzie ostrzej.



<Źródło>


Na dzisiaj mam trzy spostrzeżenia. Po pierwsze środowisko zawodowe to nie miejsce na nawiązywanie przyjaźni, a już w szczególności ze swoimi podopiecznymi. Nawet jeżeli jest to cholernie kusząca opcja. Druga nauczka to taka, że Koreańczycy zawsze murem będą stali za swoimi – gdzieś po drodze dałam się ponieść naiwnemu wyobrażeniu, że ludzie to po prostu ludzie. Trzeci wniosek to taki, że nie tylko trzeba „pamiętać o śmierci”, ale również o „pragmatycznej dwulicowości” Koreanek. Zawsze i wszędzie.


<Źródło 1><Źrodło 2>



Rzut na taśmę


Dzisiaj będzie po prośbie. Tym razem chodzi o głos w plebiscycie na najlepszą "Książkę na lato". Niektórzy z Was już czytali moją pozycję "W Korei", dla innych przytaczam fragment wraz z video obrazującym moje własne doświadczenia sprzed lat.


Głosować można tylko do dzisiaj (30 maja) na stronie: http://www.ksiazkanalato.pl/index.php?content=glosowanie

Na razie moja książka jest na drugim miejscu i potrzeba jej wiele głosów żeby dogonić faworyta. Mam nadzięję jednak, że damy radę :). Z góry dziękuję, za każdy oddany głos!



ROZDZIAŁ 3: Praca Zawodowa, czyli próby zachowania wewnętrznej spójności

(...) Tak, jak w wojsku, tak i w jaebeolu nie może zabraknąć zintensyfikowanej propagandy rozbudzającej ducha walki, czy podkreślającej wyjątkowość organizacji w skali światowej. W koreańskich korporacjach praktykowane są rutynowe czynności, które pozwalają na łatwe wprowadzenie dyscypliny, budowanie klimatu współpracy i przynależności do grupy. W skrajnych przypadkach przyjęci do pracy absolwenci uniwersytetów – a jest ich rokrocznie kilka tysięcy – przez pierwsze trzy miesiące swojej pracy przechodzą specjalny trening poza Seulem, w jednym z wielu kurortów należących do koncernu. W zupełnej izolacji dzień w dzień uczęszczają na specjalne wykłady o firmie, studiując jej usłaną laurami historię oraz pełną niepodważalnych zalet kulturę organizacyjną. Po zajęciach uczestnicy do późnych godzin nocnych przygotowują ogromny spektakl, na który zapraszana jest kadra zarządzająca, i na który wydawane są bardzo grube pieniądze. (...)





Ciąża


Podczas spotkania autorskiego na Targach Książki w Pałacu Kultury i Nauki padło pytanie o to, jak w miejscu zatrudnienia traktowane są ciężarne Koreanki. To świetne pytanie, bo odpowiedź na nie wspaniale obrazuje przemiany prawne i społeczne, jakie dokonują się obecnie w Korei. Zmiany te wymuszone są do pewnego stopnia bardzo niskim odsetkiem urodzeń - według oszacowań CIA -The World Factbook na rok 2012 na jedną kobietę przypada tutaj średnio 1,23 dzieci (w Polsce - 1,33).

Na początek kilka faktów. Jeszcze do niedawna koreańskie Prawo Pracy przewidywało 60 dni płatnego urlopu macierzyńskiego oraz 3 dni bezpłatnego urlopu ojcowskiego. Obecnie kobieta ma prawo do 90-dniowego płatnego urlopu macierzyńskiego, z czego przynajmniej 45 dni musi ona wykorzystać po porodzie. W czasie takiego urlopu otrzymuje ona swoją miesięczną płacę podstawową, której wysokość nie może jednak przekroczyć 1,350,000KRW (ok. 3950PLN). Po ostatniej nowelizacji mężczyzna może wykorzystać 3 dni urlopu płatnego oraz dodatkowe 2 dni urlopu bezpłatnego. Dodatkowo, zarówno kobieta jak i mężczyzna mają prawo do rocznego urlopu wychowawczego, w czasie którego otrzymują zapomogę od państwa w wysokości 500,000KRW/miesiąc (ok. 1460PLN) bez względu na wysokość swoich zarobków. Suma ta już w 2012 roku ma wzrosnąć do 1,000,000KRW (ok. 2930PLN). Dla porównania minimalna płaca w Korei w roku 2011 stała na poziomie 900,000KRW (ok. 2630PLN). Ustawodawstwo koreańskie przewiduje jeszcze kilka innych udogodnień dla pracujących rodziców, ale umówmy się - to już jest zupełna fikcja, która w praktyce nie ma absolutnie żadnego zastosowania.

No właśnie, prawo prawem, a jak to wszystko wygląda w rzeczywistości? Na pewno sytuacja w sektorze publicznym przedstawia się dla kobiet o wiele korzystniej: rząd promuje zatrudnienie kobiet oraz przestrzeganie należnych im praw opisanych powyżej (ciekawostka: w koreańskim Prawie Pracy istnieje zapis o prawie kobiety do jednego dnia wolnego w ciągu miesiąca z powodu menstruacji). Stąd liczba kobiet pracujących jako urzędnicy państwowi jest imponująca, co skutkuje między innymi w ich aktywnym udzielaniu się w polityce kraju. Dla przykładu przywódcy dwóch największych partii w Korei to kobiety. Park Geun Hye (박근혜) to lider konserwatywnej Partii Saenuri (새누리당) [50,7% miejsc w ZN], córka zamordowanego prezydenta Park Jeong Hui (박정희), uważanego przez jednych za bezwględnego dyktatora, przez innych za człowieka, który doprowadził do bezprecedensowego rozwoju gospodarczego kraju. Park Geun Hye uważana jest również za poważną pretendentkę do fotelu prezydenta Korei w zbliżających się grudniowych wyborach. Nie ma ani męża, ani dzieci co najprawdopodobniej związane jest z tym, że - po zabójstwie matki na zlecenie północnokoreańskiego rządu - jako bardzo młoda osoba  musiała przejąć obowiązki Pierwszej Damy u boku własnego ojca. Co ciekawe, z ramienia Partii Saenuri do Zgromadzenia Narodowego dostała się również Jasmine Lee, pierwszy nieetniczny (pochodzi z Filipin) reprezentant płci pięknej. Han Myeong Suk (한명숙), urodzona w Pyeongyang, dowodzi bardziej postępową Zjednoczoną Partią Demokratyczną (민주통합당) [42.3% miejsc w ZN]. Jako pierwsza kobieta w Korei oficjalnie piastowała też stanowisko premiera w latach 2006-2007. Zamężna, posiada jednego syna.


Park Geun Hye (박근혜), liderka Partii Saenuri (새누리당).<Źródło>


Han Myeong Suk (한명숙), liderka Zjednoczonej
Partii Demokratycznej (민주통합당)
<Źródło>


Jasmine Lee, pierwsza cudzoziemka (Filipiny) w koreańskim
Zgromadzeniu Narodowym z ramienia Partii Saenuri (
새누리당). 
 <Źródło>



Jeżeli chodzi o sektor prywatny to jest on zdecydowanie zdominowany przez płeć brzydką. Nawet niezamężne i bezdzietne kobiety mają nikłe szanse, żeby wspiąć się na najwyższe szczeble korporacyjnej hierarchii. O tym pisałam już wcześniej na blogu. Jeżeli chodzi o panie, które decydują się na dziecko to ich sytuacja w dużej mierze zależy od kultury organizacyjnej firmy, w której pracują. Zdarza się, że kobietom w sposób zaowalowany uniemożliwia się wykorzystanie prawnie gwarantowanego urlopu macierzyńskiego. Na przykład, kiedy tylko pojawia się brzuszek, przyszłej matce uporczywie sugeruje się przejście "na urlop" (te "dobroduszne sugestie" najczęściej wychodzą od bezpośredniego przełożonego i współpracowników), żeby nie zakłócała ona swoim widokiem porządku w firmie - mężczyźni mają być rzekomo rozpraszani obecnością kobiety przy nadziei. W praktyce często oznacza to, że kobieta musi z pracy odejść, bo nie kwalifikuje się jeszcze do prawnie przysługującego jej urlopu macierzyńskiego... 


W obu konglomeratach, w których przyszło mi pracować, sytuacja miała się trochę lepiej. Kobiety nawet w bardzo zaawansowanej ciąży przychodziły do pracy całe dnie spędzając jednak na dosyć biernym uczestniczeniu w życiu swojej grupy - z powodu swojego błogosławionego stanu automatycznie stawały się osobami "nietykalnymi", którym poważniejszych obowiązków nie powierza się dla ich własnego dobra. Te bardziej ambitne wracały do pracy po 3-5 miesiącach nieobecności mimo że w wielu przypadkach zupełnie się to finansowo nie kalkulowało. (Jeżeli kobieta chce skorzystać z pełnego urlopu wychowawczego może nagle zostać poproszona przez firmę o przeniesienie się do placówki w innym mieście lub kraju, co właśnie z powodu nowonarodzonego dziecka równoznaczne jest z koniecznością złożenia rezygnacji. Korzystanie z urlopu wychowawczego przez mężczyzne jest jeszcze rzadsze - po rocznej nieobecności nie miałby on raczej szans na dalszą karierę w swoim koncernie). W Korei system żłobków praktycznie nie istnieje, a przedszkola i opiekunki do dzieci są horrendalnie drogie. Przy wynagrodzeniu kobiety szacowanym na średnim poziomie 62% tego, co otrzymuje mężczyzna, lepiej opłaca się jej zostać w domu i samej zajmować się dzieckiem. Ponadto kobieta, nawet jeżeli wróci do pracy, nigdy już nie będzie traktowana jak pełnowartościowy pracownik. W naznaczonej konfucjonizmem mentalności Koreańczyków podstawową rolą kobiety jest opieka nad dziećmi, mężem i gospodarstwem domowym. Ta dziedzina życia jest jej wrodzonym priorytetem, wynikającym z przypisanych jej przez naturę predyspozycji. Z tego powodu Koreańczycy zakładają unisono, że zawodowa kariera kobiety posiadającej dzieci w naturalny sposób schodzi na dalszy plan, a co za tym idzie nie można wymagać od niej poświęcenia, lojalności, efektywnej, ciężkiej pracy. Ma ona zupełnie inne troski na swojej głowie, zupełnią inną funkcję społeczną do spełnienia. W rezultacie pracującym matkom bardzo trudno jest odzyskać swoją zawodową wiarygodność oraz awansować w strukturze organizacyjnej koncernu nawet jeżeli jest to ich ambicją. Mimo często lepszego wykształcenia i kwalifikacji rola kobiet w korporacji jest w ten sposób całkowicie marginalizowana.

Na zakończenie tego dosyć przygnębiającego tematu mała nowalijka, którą zaproponowano w naszym przedsiębiorstwie - specjalne ubrania dla kobiet w ciąży, które... mają chronić przed promieniowaniem komputerowym...


Do wyboru trzy typuy sukni ciążowych do noszenia w pracy -
chodzi o ochronę przed promieniowaniem komputerowym...



Moja Korea w pigułce


W 2002 roku, kiedy po raz pierwszy otworzyły sie przede mną drzwi lotniska w Incheon a w twarz buchnął mi sierpniowy gorąc Korei, za aparat fotograficzny robił mi Mustek Mini bez ekranu, z matrycą 1,3 milionów pixeli (ekstrapolacja do 2 milionów) i 16MB pamięci wewnętrznej. Większość zdjęć wychodziła marnie albo w ogóle - na przykład tak jak wtedy, kiedy z wielkim poświęceniem, bo właśnie dla zdjęcia, jadłam larwy jedwabnika (번데기/beondegi), typowy przysmak koreańskich dzieci...


Beondegi - larwy jedwabnika, przysmak koreańskich dzieci
sprzedawany najczęściej na straganach lub w puszkach.
Źródło: 
http://www.streetbonersandtvcarnage.com 

Po jakimś czasie moja Współlokatorka wykosztowała się (ok. 700USD - pamiętam jak dziś, bo mało mnie zazdrość nie zżarła!)  na jednego z pierwszych Coolpixów Nikona. Miał ekran, robił śliczne zdjęcia, ba - nawet filmy! To był okres, kiedy cyfrowe aparaty fotograficzne dopiero pojawiały się na rynku stąd ich ceny były dla wielu zaporowe nawet w Korei.

W 2004, przed moją podróżą po Azji, to ja z kolei wykosztowałam się (ok. 300USD) na przepiękną Minoltę Dimage XT. Był to jeden z pierwszych aparatów z wewnętrznym zoomem optycznym (3x). Maleńka, czerwona, z ekranikiem 1,5", rozdzielczością 3,2 milionów pikseli i załączoną kartą SD o rozmiarze 16MB zachwycała mnie swoim designem i jakością zdjęć. Dodatkowo zakupiłam największy dostępny rozmiar karty SD (wtedy to chyba było 1GB) i wyruszyłam w swoją podróż życia. Co chwila przeglądając zdjęcia i wykasowywując te gorsze, udało mi się zmieścić na aparacie ok. 600 ujęć i chyba żadnego filmiku - to wszystko po trzech miesiącach przepraw po kilkunastu krajach regionu. (Obecnie na tygodniowym wypadzie popełniam  więcej niż tysiąc zdjęć...)

Kiedy przyszło do zmontowania filmu promującego moją książkę o Korei zasoby moich folderów ze wcześniejszych lat świeciły pustką. Po pierwsze na początku mojego pobytu w Korei nie było mnie stać na aparat z tak wyszukanymi funkcjami. Po drugie, jak już było mnie stać, to ograniczały mnie małych rozmiarów karty pamięci oraz brak medium, dzięki któremu można byłoby się tymi filmikami z kimkolwiek dzielić - nie było po prostu bodźca, żeby takowe robić. Do tego doszły problemy z jakością - filmiki kręcone we wcześniejszych latach "nie zgadzały się" z tymi robionymi ówcześnie w technologii HD... 

Z tego powodu jeszcze przed przyjazdem do Polski na Targi Książki musialam trochę nabiegać się po Seulu (ale też i innych miastach), żeby przygotować jako taki materiał źródłowy do dalszej obróbki. Do całego przedsięwzięcia musiałam też zaangażować PWY, który razem ze mną biegał po mieście narażając się na dziwne spojrzenia koreańskich przechodniów, kiedy kręciliśmy nieruchome, długie ujęcia mojej twarzy w różnych miejscach miasta. W tym czasie oboje niewiele spaliśmy (dużo roboty), a pogoda nie dopisywała - wiał zimny wiatr wywołując u mnie nieprzerwany łzotok i było pochmurno zimowymi ostatkami. To dlatego te ujęcia wyglądały moim zdaniem dosyć ubogo. Cudu dokonała Kaja Kraska, siostra mojej przyjaciółki, która z ponad dwustu filmików (można pokusić się chyba o "W Korei - part two"~~) skompilowała świetne video przedstawiające całą kwintesencję tego, czym jest Korea. Co więcej razem ze swoim zespołem loudAir w tempie ekspresowym nagrała do filmu podkład muzyczny oraz zaśpiewała cały utwór! 

I tak właśnie, dzięki książce i dzięki temu video, doczekałam się niepowtarzalnego podsumowania moich doświadczeń w Korei. To naprawdę wspaniała pamiątka, ale też i namacalny punkt odniesienia do dalszych posunięć w moim życiu....

Voilà owoc naszych wysiłków!


Video "W Korei"
Montaż: Kaja Kraska. 
Podkład muzyczny: Kaja Kraska i zespół loudAir.



Miłość bez róż



Pan Lech Rościszewski nie zawiódł. W grudniu roku 2008 ujął mnie swoimi opowieściami o życiu na Antarktydzie, a teraz – przed spotkaniem autorskim na Targach Książki w Pałacu Kultury i Nauki – pięknymi, bordowymi, oszałamiająco pachnącymi różami. Długie, nie przyozdobione trzy kwiaty, a poczułam się jak królowa. Pan Lech to prawdziwy gentelman, jakich na świecie już niewielu.


Róże od Pana Leszka


Po powrocie do Korei inny już Lech zapytał mnie, czy PWY przywitał żonę czerwonym chodnikiem i kwiatami. Wiadomo – ponad dwa tygodnie rozłąki, debiut literacki, te sprawy...

Było tak. Wylądowałam w poniedziałek po południu. Stęskniona jeszcze w samolocie włączyłam telefon i zadzwoniłam. PWY odebrał i nie dając mi dojść do słowa zakomunikował, że jest na spotkaniu i że oddzwoni. Wpakowałam się więc do autobusu i ruszyłam do domu. Potem przesiadłam się do taksówki, do której bagażnika własnoręcznie musiałam załadować okrutnie ciężką walizę z polskimi skarbami. (Koreańscy taksówkarze nie kwapią się do pomocy, bębniąc ze zniecierpliwienia palcami w kierownicę podczas gdy pasażer samotnie szamoce się z tyłu samochodu.) W domu powitała mnie Nabi, którą przez pół godziny musiałam nosić przewieszoną przez ramię w rewanżu za swoją niczym nieusprawiedliwioną nieobecność. Mruczała tak głośno, że aż kości wibrowały mi w rytm tego mruku. Ogarnęłam siebie i dom tylko przez chwilę zatrzymując wzrok na zeszycie z kotem na okładce. Kot miał zaróżowione policzki i gwiazdki w oczach. Pewnie zostawiła go mieszkająca tutaj podczas mojego wyjazdu koleżanka... Niewiele zastanawiając się wrzuciłam go do szuflady.




PWY wrócił do domu po dziesiątej. Tego dnia przyleciała delegacja z Japonii i nie mógł wyrwać się wcześniej. Leżałam już w łóżku próbując pokonać różnicę czasu. Uściskaliśmy się mocno, w ciszy, bez żadnych zbędnych pisków i łez. Jak bracia, którzy spotykają się po latach rozłąki. Podczas pogaduszek wyszło na jaw, że na firmowej kolacji nie pił tylko po to, żeby wrócić samochodem i żeby rano móc zawieźć mnie na stację metra. (W Korei to oznacza wiele, bo zazwyczaj szklaneczki odmówić nie można, szczególnie jeżeli oferuje ją starsza rangą osoba.) Następnego dnia zapytał, czy widziałam zeszyt, który mi kupił. A kupił, bo kotek był i nawet widniał pod nim napis „Nabi”...

Taki to mój czerwony chodnik i kwiaty Leszku, koreańska miłość bez róż.
Ale może to i dobrze, bo przecież nie ma róży bez kolców...



Pierwsza Książka


Pani Elżbieta Łukiewicz miała świetny pomysł. Przerabialiśmy właśnie "Sachem" Henryka Sienkiewicza i w ramach zadania domowego kazała nam Ona napisać nowe opowiadanie. Mieliśmy wczuć się w rolę dziesięcioletniego chłopca, ostatniego przedstawiciela plemienia Czarnych Węży, który w opowiadaniu Sienkiewicza "wystawiany" jest w cyrku jako największa atrakcja programu. Chłopiec, w swych tradycyjnych, plemiennych szatach, wykonuje wyuczone sztuczki, po czym zbiera datki od zgromadzonej publiczności prosząc o nie w obcym sobie języku. Języku najeźdźców, którzy wymordowali jego bliskich. Potworność sytuacji podkreśla fakt, że rzecz dzieje się na zgliszczach Chiavatty, rodzinnej wioski chłopca.

Opowiadanie Sienkiewicza wstrząsnęło mną do głębi. To były moje pierwsze zmagania z niesprawiedliwością świata, pierwsza styczność z ciemną stroną człowieka. Długo wyobrażałam sobie, że stoję na arenie, w świecie, którego nie znam i nie rozumiem, z dziwnie wyglądającymi ludźmi, którzy pokazują mnie sobe palcem głośno przy tym komentując. Czułam ogromną samotność, mentalne odrętwienie, niedowierzanie w realność rozgrywających się przede mną obrazów. Byłam przecież jedynie dzieckiem.

Moja "pani od polskiego" powiedziała, że opowiadanie napisałam lepiej do Sienkiewicza. Opinia ta, jakkolwiek przesadzona, wywarła na mnie ogromne wrażenie. Zdanie to gwałtownie szarpnęło jakąś uśpioną we mnie strunę i od tej pory muzyka miała już rozbrzmieć na dobre.

O wydarzeniu z dzieciństwa, które w jakiś sposób zdeterminowało moje życiowe wybory, na jakiś czas zapomniałam. Nawet wtedy, kiedy przyleciałam do Korei i zaczęłam prowadzić bloga po to, żeby poradzić sobie ze światem, którego nie znałam i nie rozumiałam, światem z dziwnie wyglądającymi ludźmi, którzy pokazywali mnie sobie palcem głośno przy tym komentując... To wtedy właśnie raz jeszcze poczułam ogromną samotność, mentalne odrętwienie, niedowierzanie w realność rozgrywających się przede mną obrazów... Pisanie było dla mnie samoterapią, próbą określenia siebie w tej nowej, jakże odmiennej rzeczywistości.

Po latach pisania bloga odważyłam się w końcu spojrzeć wstecz i ze zdumieniem odkryłam, że moje rozumienie Korei ewoluowało w sposób bardzo dynamiczny. Czasem we własnych wpisach zupełnie nie rozpoznawałam siebie. Dlaczego ujęłam to w taki, a nie inny sposób? Kim jest ta osoba? Na przestrzeni ostatnich 10 lat spędzonych w Korei zmieniłam się, w jakiś sposób dojrzałam, odnalazłam swoje korzenie. I tym razem zdecydowałam się ubrać to wszystko w książkę:




------------------------------------------------------------------------------------------------------
Zainteresowanych zapraszam na spotkanie 12 maja (sobota) w Sali Mickiewicza w Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie, godz. 15.00-16.00, które odbędzie się w ramach organizowanych tam Targów Książki. Na spotkaniu postaram się opowiedzieć (w dużym skrócie!) o niektórych swoich doświadczeniach z Korei.

Podczas spotkania będzie można również nabyć książkę (jest ona również dostępna w ważniejszych księgarniach, również internetowych) oraz uzyskać dedykację. Dla pierwszych dwudziestu osób przewiduję małe upominki prosto z Korei :). 

Dla tych, którzy w Warszawie nie mieszkają lub nie mogą pojawić się na spotkaniu, proponuję napisanie wiadomości na email: pytanie@kwiatyorientu.com z prośbą o książkę z dedykacją. 

Do zobaczenia!



Morderstwo


W Korei czuję się bezpiecznie. Nie martwię się o portfel włożony w zewnętrzną kieszeń plecaka, o telefon wystający z kieszeni płaszcza, czy torebkę pozostawioną przy stoliku podczas zamawiania kawy. Późnym wieczorem jestem w stanie spacerować po Seulu bez większych obaw, ze słuchawkami na uszach. Jeszcze kilka dni temu żyłam w błogim przekonaniu, że absolutnie nic mi się tutaj stać nie może. Niestety pogląd ten musiałam zrewidować po usłyszeniu historii, która niedawno wstrząsnęła całą Koreą.

Jest pierwszy kwietnia. Dyżurny posterunku policji w Suwonie odbiera telefon alarmowy od młodej kobiety. Przerażona dziewczyna twierdzi, że została uprowadzona, napastnik próbuje dokonać na niej gwałtu, podaje dosyć dokładne położenie miejsca porwania i prosi o pomoc. Na gorącym uczynku przyłapuje ją agresor, ta szlochając przeprasza, ale sprtynie nie przerywa połączenia licząc na możliwość dokładniejszego ustalenia jej lokalizacji przez policję. Przez prawie osiem minut dwudziestu policjantów przysłuchuje się, jak oprawca knebluje dziewczynę i się nad nią znęca. Po czym wszyscy zgodnie dochodzą do wniosku, że to "zwykła sprzeczka między małżonkami". Sąsiedzi napastnika również słyszą krzyki ofiary, ale z takich samych powodów jak policjanci, zachowują dystans. Trzynaście godzin po telefonie policja odnajduje zwłoki 28-letniej kobiety. Jej ciało poćwiartowane zostało na kawałki i poupychane w czternastu plastikowych foliówkach. Szef policji podaje się do dymisji, policjanci przepraszają rodzinę, w mediach wrze od dyskusji nad wadliwością systemu zgłoszeń alarmowych, ograniczonymi uprawnieniami policjantów itp., itd. ... A mnie w głowie ciągle kołata się skwitowanie całego zajścia przez jednego z policjantów: "zwykła sprzeczka między małżonkami"...

W tym właśnie stwierdzeniu tkwi cały problem - nie w mało sprawnie działającym systemie udzielania pomocy, a w społecznym przyzwoleniu na przemoc w rodzinie. Bicie żony, szczególnie jeżeli mowa o zwyczajach panujących pośród przedstawicieli starszego pokolenia, było w Korei na porządku dziennym. Maltretowana kobieta musiała pokornie znosić swój los - rozwód był nie do pomyślenia nie tylko z powodu społecznego piętna nadawanemu rozwódce, ale również z powodów finansowych (kobieta zazwyczaj zajmowała się domem więc nie mogła zapewnić sobie sama środków do życia). Dochodzenie swoich praw na drodze sądowej spotykało się (i często nadal spotyka) z lekceważącym uśmiechem sędziego. Kłótnie domowe, to, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami, nikogo w Korei nie obchodzi. To wewnętrzna sprawa rodziny i interwencja jest nie na miejscu cokolwiek by się nie działo. A czasem dzieje się naprawdę zbyt wiele. Nie jest to ten typ kłótni, który polega na wymianie zdań podwyższonym tonem, trochę bardziej gorącej dyskusji. Sama byłam kilkakrotnie świadkiem wybuchu mężczyzn, którzy nierzadko pod wpływem alkoholu potrafią zdemolować całe mieszkanie. Opętany, gardłowy krzyk, rzucanie meblami, nawet wybijanie szyb w oknach... To istne szaleństwo, które dosłownie ścina mi krew w żyłach. W takich momentach cały blok jakby truchleje, wszyscy w zawieszeniu przeczekują nagłą eksplozję, po czym powracają do własnych spraw, jak gdyby nic się nie stało. 

Spóźniona reakcja i lekceważąca postawa policjantów z feralnego posterunku były bezpośrednim skutkiem takiego właśnie przyzwolenia, społecznego uznawania prawa mężczyzny do fizycznego wyładowywania swoich emocji na partnerce. I właśnie z tego a nie innego powodu młoda pani Kwak straciła swoje życie w sześć godzin (sześć!!) od momentu wezwania pomocy... 

I właśnie z tego powodu każda kobieta w Korei, w tym i ja, tak naprawdę pozbawiona jest najbardziej fundamentalnej ochrony...



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...