Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przestępczość w Korei. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przestępczość w Korei. Pokaż wszystkie posty

[Zakorkowani] Przestępstwa na tle seksualnym


Spokojnie płynę kraulem. Wyrzucam prawą rękę jak najdalej mogę, a następnie lewą mocno zagarniam wodę ciągnąc tym samym do przodu całe ciało. Przypatrując się mijanym pod sobą kafelkom wypuszczam powietrze, żeby przed kolejnym wynurzeniem ręki obrócić głowę lekko w bok i równomiernie wciągnąć powietrze. To wspaniała medytacja.

Nagle ktoś łapie mnie za tyłek. W jednej sekundzie całe moje ciało tężeje, ale mózg od razu wysyła uspokajające sygnały. To PWY, który za mną płynie. Czasem nachodzi go chęć na takie psikusy. Uchachana daje się pchać jego silnym dłoniom przez kilka metrów.

Dotykam ściany basenu i odwracam się, żeby popsioczyć na PWY. To kontynuacja miłosnego przekomarzania się. Pewnie sama go zaraz pod wodą uszczypnę w tyłek. Staję jak wryta, kiedy meżczyzna w białym czepku dopływa do końca basenu, odbija się od ściany i kontynuje swój trening. Czepek PWY jest czarny.

Próbuję zrozumieć, co się właściwie stało. PWY dopływa do mnie i widząc mój wyraz twarzy od razu pyta, co jest nie tak. Stoję w milczeniu zastanawiając się, czy może coś mi się przywidziało. Opowiadam o zdarzeniu PWY. „Jesteś pewna, że to nie był przypadek?”

Przez chwilę waham się. Czuję na sobie namacalną warstwę szoku, który odrealnia całą sytuację. Z pomocą przychodzi mi jednak mózg przypominając o tej jednej sekundzie, kiedy ogarnęło mnie przekonanie, że to PWY. Bo na takiego rodzaju dotyk pozwolić mógł sobie tylko i wyłącznie on. Już wiem, że przed chwilą stało się coś bardzo niedobrego.

Mężczyzna w białym czepku ponownie dopływa do ściany basenu. Mocno łapię go za ramię i z gulem w gardle mówię, że nie może w ten sposób dotykać innych osób. Mężczyzna wyrywa się i silnym wyskokiem wychodzi z basenu. W mgnieniu oka rozpoznaję w nim młodego chłopca trenującego po okiem ojca, z którym dosyć często rozmawiam w chwilach odpoczynku. Ojciec pracuje dla jednej z największych koreańskich korporacji. Zajmuje się reaktorami jądrowymi.

„Patrz to jego syn!” Ja również stoję jak sparaliżowana. Widząc jak odchodzą do szatni ponownie analizuję całą sytuację. Czy aby na pewno sobie czegoś nie dopowiedziałam? Mózg ponownie przychodzi mi z odsieczą. Oprócz życiowego partnera, żaden inny mężczyzna nie powinien dotykać kobiety w ten sposób.

Na jakiekolwiek działanie jest już za późno. Basen pustoszeje, a ja ciągle stoję przy ścianie nie mogąc zrozumieć ani sytuacji, ani własnego samozwątpienia. Czuję w środku jakiś ogromny ciężar. PWY przytula mnie mocno i mówi, że następnym razem przed wszystkim mnie ochroni.  

Przekonanie o osobistym bezpieczeństwie to bardzo pozytywna strona mieszkania w Korei. Na co dzień nie trzeba się raczej obawiać ataku ze strony szaleńca, nie trzeba głęboko chować telefonu, czy kurczowo trzymać torebki w środkach komunikacji miejskiej. Wychodząc na ulicę człowiek nie zaprząta sobie głowy ewentualnym zagrożeniem ze strony osób trzecich, który to przywilej chyba słusznie może zostać uznany za jeden z przejawów wolności.

Statystyki pokazują jednak, że przestępczość w Korei nabiera rozpędu, z włamaniami i wykroczeniami na tle seksulanym jako jej głównymi motorami napędowymi. Szczególnie martwi gwałtowny wzrost przestępstw seksualnych: od roku 2001 zanotowano 50% więcej przypadków tego rodzaju. Przyczyn takiego stanu rzeczy upatruje się przede wszystkim w szerokim dostępie do scen przemocy seksualnej (Internet) oraz w braku edukacji seksualnej (ostry sprzeciw rodziców wobec propozycji wprowadzenia takowej do szkół).

Upraszczając, w koreańskiej, bardzo zmaskulinizowanej mentalności, rola kobiety sprowadza się do dwóch funkcji: żony i matki oraz obiektu seksualnego. Przyjęta jest tutaj tradycja pewnych zachowań, które ciągle uznawane są za normalne, za wrodzone prawo mężczyzny: zinstytucjonalizowane i nagminne korzystanie z usług seksualnych, powszechność i akceptacja mało wybrednych żartów skierowanych do przedstawicielek płci pięknej, a nawet „nieprzynoszące przecież nikomu szkody” obłapywanie, czy ocieranie się. W koreańskim społeczeństwie istnieje również ciche przyzwolenie na przemoc w rodzinie – jeszcze do niedawna w ustawodawstwie tego kraju pojęcie gwałtu nie miało zastosowania do napaści w ramach związku małżeńskiego. Dosyć wspaniałomyślnie bierze się też pod uwagę najróżniejsze okoliczności przestępstwa. Dla przykładu jeszcze kilka lat temu upojenie alkoholowe było uznawane (i ciągle jest w umysłach wielu Koreańczyków!) za czynnik łągodzący w przypadkach nawet najbrutalniejszych gwałtów.

Przestępstwa na tle seksualnym w Korei nigdy nie były zjawiskiem marginalnym. Statystyki idą w górę nie tylko ze względu na realnie zwyżkującą liczbę wykroczeń, ale również ze względu na to, że najzwyczajniej coraz więcej przypadków zgłaszanych jest na policję. Społeczna stygma wobec ofiar przemocy seksualnej jest coraz mniejsza, kobiety stają się coraz bardziej niezależne i pewne siebie, ale także zwiększa się świadomość i wiedza na temat tego, czym jest napaść na tle seksualnym. Po fali niezwykle brutalnych przestępstw na nieletnich (Nayoung Case), w tym dzieci niepełnosprawnych (Inhwa Case) zaostrzeniu ulega również koreańskie prawo. Co ważniejsze jednak bardziej efektywna staje się też jego egzekucja.

W kolejnej audycji „Zakorkowanych” (do odsłuchania poniżej) mówimy z Leszkiem o skali zjawiska, o aktualnej sytuacji ofiar przemocy seksualnej, o postrzeganiu tego rodzaju przestępstw przez przeciętnego Koreańczyka oraz o koreańskim ustawodawstwie w tym zakresie.

Uwaga – audycja jedynie dla słuchaczy o mocnych nerwach!






Koreański socjopata


Noże. Pierwszy do otwierania listów, drugi rzeźniczy. Jeden z nich łamie się, kiedy próbuje rozczłonkować ciało dziewczyny. Postępy dokumentuje zdjęciami rozsyłanymi do znajomych. Od dawna ciekawiło go, jak zareagują na wiadomość o tym, że kogoś zamordował. Sam też zastanawiał się, jak to jest odebrać komuś życie. Siedemnastolatkę spotkał miesiąc temu na randce w ciemno. Dzisiaj zaprosił ją do motelu, zgwałcił, a następnie udusił. Nie oczekiwał, że poćwiartowanie ciała ludzkiego zajmie mu aż 16 godzin. Wieczorami, po pracy w coffee shopie dużo czytał w internecie o anatomii człowieka i nie wydała mu się ona jakoś szczególnie skomplikowana. Musi wyjść, żeby zaopatrzyć się w lepszy nóż. Przy okazji kupuje plastikowy worek. Nowe ostrza okazują się do bani. Może nimi jedynie pokroić miękkie kawałki ciała. Spuszcza je jeden po drugim do toalety. Pozostałość umieszcza w worku i jedzie taksówką do domu. Przed wejściem do klatki wyrzuca worek do śmietnika.



<Źródło>


Pytam znajomej Koreanki, skąd ten wysyp socjopatów wśród koreańskiej młodzieży. Odpowiada, że młode pokolenie Koreańczyków pozbawione jest tożsamości. To ludzie, w których wnętrzu zieje ogromna pustka. To sprawnie działające maszyny ograbione z wiary w cokolwiek, również w siebie samego. Niektórzy, żeby ją czymś wypełnić uciekają się do makabrycznych czynów. Poprzez przemoc wyrabiają sobie miejsce w społeczeństwie; dzięku odrzuceniu stają się na zasadzie kontrastu jego częścią. W końcu przynależą.

Za taką sytuację w dużej mierze odpowiada sposób funkcjonowania koreańskiego społeczeństwa. Od przeciętnego Koreańczyka wymaga się, żeby w określonym wieku wszedł on w związek małżeński i spłodził potomka. Na samotną osobę po trzydziestce patrzy się z podejrzliwością. Skoro nie znalazła jeszcze partnera, to na pewno musi być z nią coś nie tak. Kobiety bezdzietne uważane są za niepełnowartościowych członków wspólnoty. Ich funkcja w społeczeństwie to przecież albo żona i matka, albo obiekt seksualny. Na nic pomiędzy nie ma miejsca. Presja społeczna powoduje, że po szczegółowej analizie atrybutów osoby spotkanej na kolejnej z kilkudziesięciu randek w ciemno, człowiek decyduje się na praktyczny związek i posiadanie dzieci. Miłość jest sprawą drugorzędną.

Poczęte w takich związkach dzieci stają się instrumentami w rękach rodziców. Dziecko nie jest owocem miłości dwóch osób, tylko zabezpieczeniem na stare lata; swoistą inwestycją w ich przyszłość. Dla dzieci poświęca się całe swoje życie: matki zrobią wszystko, żeby ich pociechy dostały się za kilkanaście lat na najlepsze uniwersytety; ojcowie muszą na to wszystko zapracować. Dzieci przymusza się do całodziennej nauki okradając je w ten sposób z beztroskiego dzieciństwa i możliwości niezobowiązującej interakcji z rówieśnikami. Z tego względu nie wykształcają one podstawowych umiejętności społecznych – każdy traktowany jest jak potencjalny wróg, rywal w konkursie na wyższy szczebelek drabiny społecznej. Zamiast empatii i wrażliwości dzieci uczy się dążenia do celu za wszelką cenę, po trupach. Konkurencja jest na tyle ostra, że litość, czy pomoc innym rozumie się jako słabość, niepotrzebną stratę czasu.

A potem przychodzi pustka, której niczym nie można wypełnić; którą nie można rozwiązać problemów narastających z wiekiem. Bo w pustce – jak to w pustce – brak jest jakiejkolwiek treści, na której można by oprzeć swoje działania. Bez korzeni, samodzielnie przetestowanych wartości moralnych, osoby takie nie mogą mieć szacunku dla samych siebie; nie mogą mieć wiary, że ich życie ma znaczenie. Jednostki mentalnie silniejsze do końca życia walczą o przynależność zadowalając się jej pozorami: pracą, alkoholem, miłością za pieniądze. Zgadzają się z duchowym spustoszeniem próbując wpasować się w koreańską rzeczywistość, jak najlepiej potrafią.

Niektórzy, jako panaceum na tkwiącą w nich czarną dziurę, wybierają proste wyjście: samobójstwo. To czyste rozwiązanie wszelkich kłopotów dla tych, którzy nie mają już żadnej nadziei. Inni zaznaczają swoją obecność w bardziej dosadny sposób – odwołując się do przemocy, a czasem do czynów przestępczych, które porażają swoją przypadkowością, znieczulicą i brakiem jakichkolwiek wyrzutów sumienia.


Pytam mojej znajomej, jak Koreańczycy reagują na czyny socjopatów, opisywane na pierwszych stronach gazet. Odpowiada, że ludzie nie mają już „miejsca” w swoim życiu na analizę źródeł takich zachowań. Cieszą się tylko, że zdarzyło się to komuś innemu i... grubo po północy sami odbierają swoje dzieci-inwestycje ze szkolnej biblioteki.




Broń palna w Korei


Koreańczycy to nie aniołki. Owszem, mężczyźni są przeważnie delikatniejszej konstrukcji fizycznej z zaledwie wybiórczymi przypadkami groźniejszej facjaty, a Koreankom dziecięcej filigranowości można jedynie pozazdrościć. Z wyglądu do rany przyłóż. Trudno jednak o bardziej mylące pozory. Pod wiszącymi na szczupłych ciałach garniturami nierzadko chowa się bynajmniej nie piwny sześciopak i jako takie umiejętności taekwondo, a za słodkim uśmiechem naburmuszonych usteczek kryć się może impulsywny charakterek i całkiem silna piąstka. Koreańczycy mimo osławionego jeong” („”), czyli wrodzonej życzliwości, potrafią wybuchać jak wulkany. Ognista lawa bucha wtedy z ich trzewi z nieokiełznaną furią siejąc spustoszenie wokoło ku uciesze diabła w suchej wierzbie. Amoku tego można doświadczyć czasem w metrze lub na pogrążonych już w oparach alkoholowych ulicach, słychać go też od czasu do czasu w nocy u sąsiadów. W takich przypadkach wystarczy się jak najszybciej ewakuować, bardziej dla zdrowia psychicznego niż w obawie przed uszczerbkiem na zdrowiu fizycznym.  

Korea jest krajem względnie bezpiecznym. Mimo sporadycznie pojawiających się w mediach informacjach o makabrycznych wyjątkach, czuję się tutaj dość komfortowo nawet pomimo świadomości powalającej siły rażenia koreańskiego gniewu. Wiem po prostu, że jeżeli już ten pojawi się na horyzoncie, w znakomitej większości przypadków użytą bronią będzie jedynie podniesiony głos. Wracając późną nocą do domu krew nie ścina mi się w żyłach na widok chyboczącego się na wietrze cienia, nie obawiam się agresji, gdy podchodzi do mnie nieznajomy. A już na pewno nigdy nie przyjdzie mi na myśl, że ktoś może nagle zacząć wymachiwać mi przed nosem giwerą. W codziennych relacjach co najwyżej ktoś kogoś porządnie opluje słowem, względnie trzaśnie w pysk w toku rozwiązywania problemów przy kieliszku soju, gdy sprawy wymkną się niepostrzeżenie spod kontroli „jeong”. Ludzka rzecz w sumie, a co ludzkie nikomu nie powinno być - wedle Terencjusza przynajmniej - obce. 

Strzelanie z karabinu do dzieci jak do kuropatw ludzką rzeczą nie jest. Tak samo, jak (fry)wolny dostęp do zabawek, których wyłącznym przeznaczeniem jest sianie śmierci. Przypadki masakr Columbine, Virginia Tech, czy ostatnio Connecticut potwierdzają tę oczywistą przecież prawdę. Niestety dopiero po fakcie. W Korei dostęp do broni palnej jest mocno ograniczony. Oprócz skromnej liczby myśliwych, którzy poza sezonem i tak muszą składać swoje strzelby w depozyt na posterunku policji, pistolety posiada ok. 180 000 ludzi. To jedyne 0,36% na prawie 50 milionów mieszkańców (dla porównania na 100 Amerykanów przypada 88,8 sztuk broni palnej). Każdy, kto już chciałby nabyć tego rodzaju oręż jest dokładnie prześwietlany pod względem karalności, kondycji mentalnej i ważkości powodów, dla których wnioskuje o licencję. Cała procedura jest niesamowicie skomplikowana, a aplikant, którego sprawa została rozpatrzona pozytwynie, musi dodatkowo przejść szkolenie z zakresu bezpieczeństwa użytkowania broni. Pozwolenie na broń wydawane jest na okres pięciu lat, po których upływie cała procedura jest powtarzana. Z tego powodu nawet świat przestępczy ma duże problemy z dostępem do podstawowych narzędzi swojej profesji, ale nie tylko – filmowcy tworzący wojenne lub gangsterskie kawałki muszą stawiać czoła zagmatwanej biurokracji w przypadku scen z atrapami broni, a miłośnicy Paintball zmuszeni są do daleko posuniętych modyfikacji swoich zabawek, żeby sprostać obostrzeniom regulacyjnym. Takie podejście stawia Koreę na jednym z najniższych miejsc w rankingu przestępstw z wykorzystaniem broni palnej.

Kolektywistyczna kultura Korei Południowej też na pewno w dużym stopniu przyczynia się do znikomej liczby przestępstw z użyciem tego rodzaju broni. W Korei bezpieczeństwo gwarantować ma wspólnota oraz państwo. To powszechny pogląd respektowany przez obie strony: zwykłego śmiertelnika i sprawujących władzę. Ludzie poruszają się w mniejszej lub większej zbiorowości (ja nazywam to „kręgami” o różnym zasięgu), którą można porównać do ula, gdzie każda pszczółka ma określoną rolę do spełnienia, a dobro wspólnoty jest ważniejsze niż jej własne. W zamian jednak społeczność ta zapewnia owadowi wszystko, co potrzebne do całkiem znośnego życia w spokoju i harmonii. Indywidualistyczne podejście Amerykanów każe im natomiast czuć się odpowiedzialnym za swoje własne bezpieczeństwo, a przez to automatycznie stawia każdą inną jednostkę w opozycji do ich własnego interesu. Każdy staje się potencjalnym przeciwnikiem. W takim ujęciu każdy musi wziąć przeznaczenie w swoje własne ręce, a jeżeli spoczywa w nich spluwa to ma się przecież większe szanse na przeżycie lub ochronę swojego dobytku. W różnicach prawa regulującego dostęp do kupna i sprzedaży broni palnej i właśnie w tym odmiennym pojmowaniu świata upatruję głównych powodów, dla których USA i Korea stoją na przeciwstawnych biegunach wspomnianego rankingu.

Koreańczycy to też – tak jak pisałam wcześniej – nie aniołki. I to nie tylko ze względu na sporadyczne wybuchy niekontrolowanej złości, które teoretycznie mogłyby doprowadzić do strzelaniny na miarę tej w Connecticut. Większość mężczyzn w Korei jest całkiem nieźle obyta z arkanami posługiwania się bronią palną, a to ze względu na dwuletnią służbę wojskową, obowiązkową dla każdego posiadacza koreańskiego paszportu. Przeciętny Koreańczyk wie więc o wiele więcej na temat broni ostrej niż przeciętny Amerykanin, a wiedzę tę mógłby – znowu teoretycznie – z łatwością wykorzystać do niecnych zamiarów. Kolonizacja japońska, szereg wojen, jakie targały Półwyspem, autorytarne rządy Park Jeong Hee, namacalna obecność amerykańskich baz wojskowych, sąsiedztwo z jednym z najbardziej nieobliczalnych krajów starego reżimu (obie Koree znajdują się ciągle w stanie wojny; Korea Północna prowokuje od czasu do czasu wymianę ognia, podczas której giną przecież ludzie) – to wszystko powoduje również, że tematy wojskowe, bezpieczeństwa narodowego i osobistego pozostają tutaj w powszechnej świadomości obywateli. Nawet chodząc po górach wokół Seulu natknąć się można na zasieki, wieżyczki strzelnicze, czy bunkry. Dlatego też przeciętny Koreańczyk jest za pan brat z poczuciem zewnętrznego zagrożenia podobnie jak przeciętny Amerykanin. Mimo tego, jeżeli w Korei dochodzi już do tragedii z użyciem broni palnej, to najczęściej ma to miejsce albo w bazie wojskowej (w 2007 roku jeden z szeregowców, który nie wytrzymał presji i przy użyciu karabinu i granatu zabił 8 osób – skazano go na karę śmierci) albo wywołane jest przez osoby, które mają powiązania z instytucjami egzekwowania prawa (w 1982 roku policjant ukradł z bazy wojskowej dwa pistolety i siedem granatów, których użył do zamordowania 57 mieszkańców pobliskiej wioski, po czym sam wysadził się w powietrze). Nie ma tutaj natomiast mowy o mordzie z legalnie nabytej broni palnej, co diametralnie odróżnia sytuację Korei od tego, co dzieje się w Stanach Zjednoczonych.

W kontekście Stanów Zjednoczonych często mówi się o prawdziwej wolności. Kraj ten jawi się niczym El Dorado, niewyczerpywalne źródło możliwości rozwoju, sukcesu i dobrobytu. Tutaj każdy może się w pełni zrealizować, jeżeli tylko tego chce. O ile jednak człowiek czuje się wolniejszy w kraju, gdzie wolność drugiego człowieka nie ogranicza mojej własnej. W kraju takim, jak Korea, gdzie przechodnia nie trzeba taksować od góry do dołu w obawie przed niespodziewanym atakiem, gdzie nie trzeba kurczowo zaciskać torebki lub chować telefonu do głębokiej kieszeni w trwodze przez uzbrojonym złodziejem, gdzie nie trzeba zamykać od wewnątrz klasy w obawie przed psychicznie chorym terrorystą lub zamykać się w kuloodpornej klatce na stacji benzynowej przed gotowym na wszystko frustratem. W tym wypadku to właśnie silna ręka państwa z domieszką tradycyjnej, kolektywnej kultury stoi na straży wewnętrznego spokoju i harmonii w społeczeństwie. Oferuje konkretną wolność bez jakże niepotrzebnych ofiar.


Post został zainspirowany artykułem z bloga Askakorean.
Polecam podcast BBC na temat broni palnej w Korei Południowej do odsłuchania tutaj



Morderstwo


W Korei czuję się bezpiecznie. Nie martwię się o portfel włożony w zewnętrzną kieszeń plecaka, o telefon wystający z kieszeni płaszcza, czy torebkę pozostawioną przy stoliku podczas zamawiania kawy. Późnym wieczorem jestem w stanie spacerować po Seulu bez większych obaw, ze słuchawkami na uszach. Jeszcze kilka dni temu żyłam w błogim przekonaniu, że absolutnie nic mi się tutaj stać nie może. Niestety pogląd ten musiałam zrewidować po usłyszeniu historii, która niedawno wstrząsnęła całą Koreą.

Jest pierwszy kwietnia. Dyżurny posterunku policji w Suwonie odbiera telefon alarmowy od młodej kobiety. Przerażona dziewczyna twierdzi, że została uprowadzona, napastnik próbuje dokonać na niej gwałtu, podaje dosyć dokładne położenie miejsca porwania i prosi o pomoc. Na gorącym uczynku przyłapuje ją agresor, ta szlochając przeprasza, ale sprtynie nie przerywa połączenia licząc na możliwość dokładniejszego ustalenia jej lokalizacji przez policję. Przez prawie osiem minut dwudziestu policjantów przysłuchuje się, jak oprawca knebluje dziewczynę i się nad nią znęca. Po czym wszyscy zgodnie dochodzą do wniosku, że to "zwykła sprzeczka między małżonkami". Sąsiedzi napastnika również słyszą krzyki ofiary, ale z takich samych powodów jak policjanci, zachowują dystans. Trzynaście godzin po telefonie policja odnajduje zwłoki 28-letniej kobiety. Jej ciało poćwiartowane zostało na kawałki i poupychane w czternastu plastikowych foliówkach. Szef policji podaje się do dymisji, policjanci przepraszają rodzinę, w mediach wrze od dyskusji nad wadliwością systemu zgłoszeń alarmowych, ograniczonymi uprawnieniami policjantów itp., itd. ... A mnie w głowie ciągle kołata się skwitowanie całego zajścia przez jednego z policjantów: "zwykła sprzeczka między małżonkami"...

W tym właśnie stwierdzeniu tkwi cały problem - nie w mało sprawnie działającym systemie udzielania pomocy, a w społecznym przyzwoleniu na przemoc w rodzinie. Bicie żony, szczególnie jeżeli mowa o zwyczajach panujących pośród przedstawicieli starszego pokolenia, było w Korei na porządku dziennym. Maltretowana kobieta musiała pokornie znosić swój los - rozwód był nie do pomyślenia nie tylko z powodu społecznego piętna nadawanemu rozwódce, ale również z powodów finansowych (kobieta zazwyczaj zajmowała się domem więc nie mogła zapewnić sobie sama środków do życia). Dochodzenie swoich praw na drodze sądowej spotykało się (i często nadal spotyka) z lekceważącym uśmiechem sędziego. Kłótnie domowe, to, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami, nikogo w Korei nie obchodzi. To wewnętrzna sprawa rodziny i interwencja jest nie na miejscu cokolwiek by się nie działo. A czasem dzieje się naprawdę zbyt wiele. Nie jest to ten typ kłótni, który polega na wymianie zdań podwyższonym tonem, trochę bardziej gorącej dyskusji. Sama byłam kilkakrotnie świadkiem wybuchu mężczyzn, którzy nierzadko pod wpływem alkoholu potrafią zdemolować całe mieszkanie. Opętany, gardłowy krzyk, rzucanie meblami, nawet wybijanie szyb w oknach... To istne szaleństwo, które dosłownie ścina mi krew w żyłach. W takich momentach cały blok jakby truchleje, wszyscy w zawieszeniu przeczekują nagłą eksplozję, po czym powracają do własnych spraw, jak gdyby nic się nie stało. 

Spóźniona reakcja i lekceważąca postawa policjantów z feralnego posterunku były bezpośrednim skutkiem takiego właśnie przyzwolenia, społecznego uznawania prawa mężczyzny do fizycznego wyładowywania swoich emocji na partnerce. I właśnie z tego a nie innego powodu młoda pani Kwak straciła swoje życie w sześć godzin (sześć!!) od momentu wezwania pomocy... 

I właśnie z tego powodu każda kobieta w Korei, w tym i ja, tak naprawdę pozbawiona jest najbardziej fundamentalnej ochrony...



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...