Obok pracy, która pochłania lwią
część mojego dnia robię mnóstwo innych pozaprogramowych rzeczy. W sumie
mogłabym odpocząć, w końcu porządnie wyspać się, może nawet najzwyczajniej w
świecie poleniuchować, ale jakiś czas temu obudziła się we mnie bestia, której
głodu nie potrafię zaspokoić. To bestia koreańska. Pcha mnie do co rusz to nowych przedsięwzięć,
stawia oryginalne wyzwania. Nie popuszcza ani na chwilę, ale jest mi z tym
dobrze, bo przecież tak mało zostało mi czasu.
Ostatni miesiąc rozkwitnął pozazawodowymi
wydarzeniami. Rozpoczęło się od 3 października, kiedy to wzięłam udział na
Międzynarodowym Festiwalu Sori w Jeonju. Mimo półpaśca i rozpoczynającego się
przeziębienia bez większych potyczek udało mi się zaśpiewać „Pieśń o miłości” dla
PWY. Dokonałam czegoś, czego rok temu nie byłam sobie w stanie wyobrazić w
najśmielszych snach. Zaskakiwanie samej siebie i udowadnianie sobie, że można
jeszcze więcej to uczucie warte każdego wysiłku.
Rihua Lee i ja jako laureatki konkursu pansori.
Nazajutrz po występie wyleciałam do
Polski, żeby po kilku dniach wystąpić w jednym z cyklu reportaży o Korei,
przygotowanym przez Anetę Cyrnek, Marcina Sawickiego oraz Pawła Siwka dla
programu „Dzień Dobry TVN”. Przed wejściem na wizję miałam okazję poprzyglądać
się, jak wygląda kręcenie takiego programu i jak prezentują się takie osoby jak
Katarzyna Skrzynecka, Piotr Gąsowski, Tomasz Jacyków, czy Zbigniew Lew-Starowicz.
Bardzo ciekawe doświadczenie, które uzmysłowiło mi jak bardzo odległa jest już
dla mnie polska rzeczywistość. Tuż po rozmowie z p. Jolantą Pieńkowską udałam
się na przemiłe spotkanie z pracownikami polskiego oddziału Samsunga, żeby
poopowiadać o Korei. A potem już był czas tylko dla rodziców.
Studio "Dzień Dobry TVN" od strony kamer.
Polska jesień, rodzice i szesnastoletni Pirat.
W kilka dni po powrocie do Seulu, wspięłam się na moją ulubioną górę Dobongsan, po czym udałam się na kolejne niebanalne spotkanie – tym razem w rezydencji ambasadora Polski
witaliśmy Prezydenta Komorowskiego, który gościł w Korei z trzydniową wizytą. W
pamięci utkwiła mi pogawędka z Ministrem Januszem Piechocińskim, który okazał
się nieprzeciętnym, przezabawnym charakterem. Bezpośrednie spotkania tego
rodzaju w jakiś sposób uczłowieczają wcześniej odległe postacie ze świata
telewizji; powodują, że człowiek czuje się bardziej znaczącą częścią układanki.
Wspinaczka na górę Dobong na północy Seulu.
Wizyta Prezydenta Bronisława Komorowskiego w Seulu.
Sam początek listopada to bardzo
męczacy wywiad w radio Gugak.fm.
Męczący, bo produkować musiałam się w języku koreańskim, który nie należy
jeszcze do moich mocniejszych stron.
Rozmawialiśmy o pansori, o festiwalu w Jeonju, o zajęciach śpiewu w
Narodowym Teatrze Korei. Prowadząca wywiad kobieta oczarowała mnie swoim
głosem, którego niskie brzemie naoliwiało konwersację niczym masło ciepły
jeszcze chlebek. W studio radiowym gościłam po raz pierwszy i ponownie było to
niesamowite przeżycie.
Wywiad w Gugak Radio.
Dzisiaj w nocy również nie
próżnowałam. O godzinie 1:30 na ranem koreańskiego czasu miałam przyjemność
połączyć się z Warszawą, żeby odpowiedzieć na kilka pytań dotyczących Korei. W
klubie „Znajomi Znajomych” zebrali się zainteresowni tematyką koreańską i mam
wrażenie, że razem spędziliśmy całkiem ciekawe półtora godziny – relacja poniżej.
Co dalej? W kolejce do połowy 2014
roku poustawiane mam już kilka projektów do realizacji; w planie jest
ukończenie drugiej książki o Korei i praca nad dwoma kolejnymi oraz montaż kilku
video o tematyce koreańskiej. Do marca
razem ze Yellowinside
skupiam się na nagrywaniu audycji dla naszego wspólnego przedsięwzięcia „Zakorkowani”– to tak na zapas, w razie wyjazdu (tfu, tfu!) Leszka z Korei.
I chyba tyle jeżeli chodzi o to, co
dzieje się u mnie ostatnimi czasy. Zainteresowanych tym, co piszczy w
koreańskiej trawie zapraszam na fanpejdż
„W Korei i nie tylko” – tam dzielę się urywkiem każdego koreańskiego dnia.
Razem z Yellowinside, w ramach naszego kolejnego przedzsięwzięcia "Zakorkowani", rozdajemy upominki prosto z Korei:
Etap Pierwszy (24 -31 lipca): 1. W komentarzu zaproponuj temat kolejnej audycji „Zakorkowanych" 2. Propozycje tematów można pozostawiać do 31 lipca (środa). 3. Spośród uczestników konkursu wyłowimy 5 osób, które otrzymają od nas upominki prosto z Korei. 4. Losowanie i ogłoszenie zwycięzców odbędzie się 1 sierpnia (czwartek). 5. Szczęśliwcy zostaną poproszeni o zostawienie wiadomości na fanpejdżu „Zakorkowanych" ze swoim adresem pocztowym
Rozwiązanie Etapu Pierwszego:
Etap Drugi (1 - 14 sierpnia):
1. Z najczęściej powtarzających się propozycji tematów lub takich, które w jakiś sposób ujęły serca Anny i Leszka stworzona zostanie krótka lista. 2. Przez dwa tygodnie, do 14 sierpnia, będzie można głosować na wybrane propozycje tematów - prosimy odwiedzić naszą stronę fanpejdżu „Zakorkowanych" 3. „Zakorkowani" podejmą się realizacji nagrań wybranych przez Słuchaczy tematów w kolejności zależnej od przyznanej liczby głosów. 4. Spośród uczestników głosowania wyłowimy 2 osoby, które otrzymają od nas upominki prosto z Korei. 5. Szczęśliwcy zostaną poproszeni o zostawienie wiadomości na fanpejdżu „Zakorkowanych" ze swoim adresem pocztowym.
Przedstawiamy się. Trochę nieporęcznie, bo to nasza pierwsza audycja. Trochę niegramatycznie, bo nie rozmawiamy na co dzień po polsku. Z determinacją przemy jednak do przodu, bo mamy jasny cel: rozmawiać o Korei bez upiększania, zawsze z lekko przymrużonym okiem. Przymrużonym na Koreańczyków, ale też i na siebie.
Podczas audycji popijamy wyśmienite capuccino. Kafejka „HoHo” to przedsięwzięcie koreańskiego zapaleńca. Przybytek odkrywa Anna, która podczas pierwszej wizyty otrzymuje szczegółową instrukcję zaparzania kawy. Wiesza ją sobie na lodówce. Po kilku wizytach właściciel „HoHo” pyta ją, czy aby na pewno się do wskazówek stosuje. Odpowiedzią jest widocznie zadowolony.Na dolewkę zamawiamy darmowe americano. Wokół nas młodzi Koreańczycy odrabiają zadania domowe lub w najlepsze randkują. Starsze Koreanki wymieniają ploteczki lub rozwiązują palące problemy. Nie zdają sobie sprawy, że mówimy o nich i dla nich. Z głośników wolno sączy się jazz rozmasowując nasze początkowe zdenerwowanie. Za oknem pejzaż co kilka minut przecinają wagony koreańskiego metra.
Zaczynamy rozmowę o naszym domu. __________________________
Zapraszamy na audio-bloga "Zakorkowani"oraz fanpejdż "Zakorkowanych" . Audycję można zasubskrybować jako podcast na aplikacji smartfonowej „Feedly”, "BeyondPod" i innych - wystarczy wpisać adres naszego audio-bloga. Innym sposobem na telefoniczne odsłuchanie audycji jest ściągnięcie pliku i odegranie go jako pliku muzycznego (mp3). Następny odcinek już za tydzień, w poniedziałek. Logo audycji „Zakorkowani” stworzył Yeongkeun Jeong (www.yeongkeun.com), a jingle skompilowała Kaja Kraska (www.facebook.com/FloePl). Dziękujemy! 감사합니다!
Niekiedy żeby przeskoczyć samego siebie potrzebna jest pomoc mentora. W
dzieciństwie rolę tę naturalnie odgrywają rodzice. Najpierw uczą nas jak
chodzić, a potem jak zawiązywać sobie sznurówki. Z czasem dochodzą bardziej
wyrafinowane lekcje jak wspólne rysowanie komiksów o ruchu robaczkowym jelita,
czy nauka gry w szachy. Rodzice, posługując się swoim własnym doświadczeniem,
formują fundament naszej osobowości, na podstawie której budujemy całe swoje
życie cegła po cegle.
Szachy. Wycinek z gazety z roku 1990.
W miarę dorastania coraz większy wpływ mają na nas osoby trzecie. Może to
być pani od polskiego, która zaraża miłością do języka ojczystego. Moja,
Elżbieta Łukiewicz, miała kasztanowe, kręcone pukle (piękne!) i po lekturze
„Sachem” kazała mi napisać opowiadanie na temat tego, jak musiał się czuć
indiański wódz tańczący w cyrku dla utrzymania się przy życiu. Nigdy nie
zapomnę jej komentarza: „napisałaś lepiej niż zrobiłby to Sienkiewicz”. Albo
tego, jak zaczęła obściskiwać mnie po zdobyciu trzeciego miejsca w regionalnym
konkursie języka polskiego. Siedziałam zdewastowana „porażką”, a ona
uświadomiła mi, że wygrywanie wcale nie musi być najważniejsze. Do liceum
dostałam się przecież bez egzaminów. W podzięce przytaszczyłam jej kaktusa w
ogromnej donicy, którego wypatrzyłam na tyłach jedynej w mieście kwiaciarni. Sukulent
był tak ciężki, że musiałam przesuwać go metr po metrze po ulicy powodując przy
tym okropny hałas, wzniecając tabuny kurzu i wzbudzając żywe zainteresowanie
ciekawskich sąsiadów. Moja pani od polskiego na zachwyconą nie wyglądała.
Fragment mojego opowiadania SF pt. "Pojedynek mentalny", dzięki któremu zdobyłam 3 miejsce na wojewódzkim konkursie literackim dla młodzieży. Druk popełniony został drukarką igłową.
Są też zupełne inne panie od polskiego. Na przykład taka, której
nieprzewidywalna surowość powoduje, że podczas przepytki z roli przyrody w
dobie romantyzmu jedyną rzeczą jaką można odpowiedzieć to, że „przyroda w
okresie romantyzmu odgrywała bardzo ważną rolę”. I tak pięć razy pod rząd. A pierwsza
i ostatnia pała w życiu wywołuje na tyle poważną traumę, że człowiek decyduje
się na profil matematyczno-fizyczny byle tylko uniknąć z taką panią od
polskiego dalszych kontaktów. Marzenie o dziennikarstwie pęka wtedy jak mydlana
bańka. Mentorowaniem tego nazwać nie można, ale to równie ważna cegłówka w
konstrukcji mojego życia. Swoją drogą ta akurat pani od polskiego ląduje dużo
później na żółtych papierach.
Jeden z dwóch moich "artykułów" opublikowanych w "Świecie Młodych". Miałam lat 13.
„Matfiz” niczego sobie, dużo chłopców, ale czegoś jednak brakuje. Jakiś
wewnętrzny ogień każe szukać nowych bodźców. Być może chodzi o powrót na
wcześniej wyznaczony kurs. Konkurs o Stypendium Szkół Zjednoczonego Świata
wygrywa córka senatora, która z powodu wypadku narciarskiego w Alpach i
złamanej nogi nie uczestniczy nawet we wszystkich jego etapach. Nie mam
zielonego pojęcia, co to jest stok narciarski, ale za to daję swój pierwszy
wywiad radiowy. Jestem wniebowzięta. Po jakimś czasie w domu dzwoni telefon.
Ogromny, czerwony, którego nie idzie utrzymać w ręce – to jeden z
dwóch modeli, jakie można dostać w mieście. Pani ma bardzo ciepły głos. Mówi,
że przykro jej, że wyszło jak wyszło, ale za to ma dla mnie propozycję.
Organizuje mi wyjazd na kurs językowy do Plymouth oraz przenosiny do nowego
liceum w Gdynii. Do Anglii jadę autokarem, bo nie stać nas na samolot. To mój
pierwszy wyjazd za granicę. Autobus rozkracza się w szczerym polu gdzieś w
Holandii. Do Plymouth dojeżdżam dzień później, zamartwiając moim niepewnym
losem rodziców – pamiętajmy, że to jeszcze rzeczywistość bez telefonów
komórkowych. Pod koniec sierpnia przeprowadzam się do internatu w Gdynii. Pani
o ciepłym głosie przesuwa przekładnię przekierowując algorytm mojego życia na
zupełnie nowy tor.
Czasem jest też tak, że trzeba stawić czoła okresom mentorskiej posuchy.
Ludzie, którzy inspirują nie zawsze mają czas, nie zawsze odwzajemniają uczucie
zauroczenia. Nie zawsze mamy też wystarczająco szczęścia, żeby kogoś właściwego
spotkać. Czasem jest też tak, że na naszej drodze stają z pozoru zwykli ludzie,
którzy - jak się okazuje w ostatecznym rozrachunku - inspirują do działania w sposób pośredni. Na
studiach marzy mi się mieszkanie we Francji. Uwielbiam język i moją panią od
francuskiego. Wyjeżdżam na stypendium Erasmusa i szybko orientuję się, że
zupełnie do tego środowiska nie pasuję. Spotykam za to Sue Young, pierwszą w
moim życiu Koreankę. Razem mieszkamy, chodzimy do szkoły, opowiadamy sobie o
swoich domach, śmiejemy się ze zdjęcia ślubnego koleżanki Sue – to romantyczny
portret pary: ona obejmuje ręką stojącego za nią wybrańca, a spod jej pachy „a kuku”
robi wielki krzak niezgolonych kłaczków. Płaczemy ze śmiechu. Razem oglądamy
też mniej wesołe obrazki, w szczególności stojące w ogniu Twin Towers. Na
pożegnanie Sue obiecuje mi rice cooker, jak tylko kiedyś przylecę do Seulu.
Oboje śmiejemy się z dobrego kawału. Wracam do Polski. Lata upływają i
nareszcie kończę pracę magisterską. W przerwach przeglądam oferty pracy. Przez
przypadek wchodzę na stronę Samsung Electronics i znajduję tam informację na
temat stypendium. Uśmiecham się pod nosem i aplikuję. Sue sprawdza, czy na
koniec prezentacji poprawnie r y s u j ę
koreańskie słowo „kamsahamnida” („dziękuję”). Przechodzę z jednego etapu do
drugiego, aż pewnego dnia dostaję telefon od kolejnej kobiety, która swoją
decyzją rewolucjonizuje moje życie. Gosia dzwoni do mnie i pyta, czy jestem
gotowa na przynajmniej czteroletni wyjazd do Korei. Pamiętam, że również ma
bardzo ciepły głos. Pakuję manatki, a już na miejscu w Seulu Sue kupuje mi
obiecany rice cooker.
W Korei rozpoczyna się epoka mentorów płci męskiej. Pierwszym z nich jest
PWY. Wchodzę do sali wykładowej, spoglądam na niego i wiem, że od teraz całe
moje życie będzie wyglądało już zupełnie inaczej. Od tego spojrzenia nie ma powrotu.
Spotykam swoją prawdziwą miłość. PWY tłumaczy mi Koreę, siebie. Przez lata
docieramy się i uczymy się od siebie. Nie zawsze jest to łatwa i przyjemna nauka.
Mimo że rdzeń naszej osobowości oparty jest na identycznym fundamencie,
poszczególne cegłówki naszego dotychczasowego życia nie mają wiele wspólnego. PWY
pomaga mi przebrnąć przez pierwsze lata pracy w surowym środowisku największego
koreańskiego jaebola. Studzi
zalewającą mnie od czasu do czasu krew czyniąc ze mnie tym samym lepszego
człowieka. Dzięki niemu zaczynam odzyskiwać wiarę w siebie, po raz pierwszy
doświadczam uczucia, że wiem, kim jestem. Odkrywam, że jest mi dobrze ze samą
sobą.
Przenoszę się do nowej firmy. Tym razem jest to jedna z największych stoczni
na świecie. Pociaga mnie technologia, wielkie projekty i praca typu B2B.
Zatrudnia mnie tam Shin. Kilka lat wcześniej, w 2001 roku Shin ledwo co uchodzi
z życiem w katastrofie firmowego helikoptera. Ginie
wtedy 8 osób. Shin to mentor z prawdziwego zdarzenia. Zabiera mnie wszędzie
ze sobą, każe pracować nad niebanalnymi projektami, cierpliwie tłumaczy i
przekonuje, dzieli się swoimi zawikłanymi filozofiami życiowymi, wypycha na
negocjacje z kanadyjskim rządem, sam zatrzaskując się w hotelowym pokoju z
powodu nagłej choroby (czyt. biegunki), ale też i słodko pochrapuje, gdy zdaję
mu relację ze spotkania. Shin ma wizję, myśli niestandardowo, posuwa do przodu
rzeczy pozornie nieruszalne. Swoją osobowością obraca w popiół najsolidniejsze mury.
Momentalnie dostrzega to, co istotne i wszystko pamięta. Shin wierzy, że każdy,
kogo spotyka, odgrywa w jego życiu jakąś rolę. Dzielę z nim tę wiarę. W firmie
zostaję praktycznie tylko z jego powodu.
Helikopter naszej firmy spadł do morza w 2001 roku. Zginęło wtedy 8 osób.
Shin kupuje mi tego rodzaju książki i każe czytać.
W Korei mieszkam już od prawie jedenastu lat. Piszę bloga, wydaję książkę,
a nawet z powodu potyczek na linii Północ – Południe udaje mi się zasmakować
pracy reportera. Spotykam dziennikarzy prasowych, telewizyjnych i radiowych, udzielam
kilku wywiadów, występuję nawet (raz) w telewizji. Dzięki łańcuszkowi ludzi,
których spotykam na swojej drodze powracam na chwilę do marzeń z dzieciństwa.
Realizuję je bardzo pokrętną drogą, ale chyba najlepszą z możliwych. Korea ratuje
mnie na wielu frontach.
Mentor nie musi być mistrzem, czy nauczycielem, jak nakazuje definicja. To
taka osoba, którą się pamięta do końca swoich dni. To osoba, która w jakiś
sposób zmienia bieg naszego życia. Może to być działanie świadome, a może to
być po prostu zwykła obecność, której wspomnienie daje o sobie znać w
późniejszym etapie życia, podczas podejmowania jakiejś ważnej decyzji. Na
spotykane osoby trzeba się otworzyć, trzeba nauczyć się odczytywać i
wykorzystywać subtelne znaki. Też po to, żeby później wiedzieć, jak samemu
takim mentorem zostać.
Minęło już prawie 10 lat od kiedy rozpoczęłam swój romans z blogiem "W Korei i nie tylko". Początki były nieporadne pod względem zawartości, wyważenia emocjonalnego, ale też i graficznie - wszyscy mieli dość wszechobecnej zieleni na mojej stronie. Z czasem wyszłam chyba jednak na ludzi; udało mi się nawet zrealizować wielkie marzenie - na podstawie blogowych wpisów z lat 2003-2007 "Kwiaty Orientu" wydały moją książkę pt. "W Korei".
Nie wiem, czy mój blog zasługuje na tytuł Bloga Roku. Wiem jednak, że w jego prowadzenie wkładam wiele wysiłku i że jest ważną częścią składową mojego życia tutaj w Korei.
Bez niego byłabym o wiele mniej.
Zapraszam do głosowania. :]
SMS na numer: 7122 TREŚĆ: A00825
KOSZT: 1,23 (z VAT) DOCHÓD Z SMS ZOSTANIE PRZEKAZANY NA INTEGRACYJNO - REHABILITACYJNE OBOZY DLA DZIECI Z UBOGICH RODZIN I DZIECI NIEPEŁNOSPRAWNYCH. ZAMKNIĘCIE GŁOSOWANIA: 31 stycznia 2013
Ja i moje życie w Korei
Do 30 stycznia głosować można również na moją książkę w konkursie "Książka Roku 2012". Oddanie głosu nic nie kosztuje - wystarczy wejść na tę stronę portalu granice.pl i wybrać pozycję "W Korei" w kategorii "Podróże literackie". Na razie jestem na drugim miejscu i żeby dogonić prowadzącego potrzeba mi dużo wsparcia.
W 2002 roku, kiedy po raz pierwszy otworzyły sie przede mną drzwi lotniska w Incheon a w twarz buchnął mi sierpniowy gorąc Korei, za aparat fotograficzny robił mi Mustek Mini bez ekranu, z matrycą 1,3 milionów pixeli (ekstrapolacja do 2 milionów) i 16MB pamięci wewnętrznej. Większość zdjęć wychodziła marnie albo w ogóle - na przykład tak jak wtedy, kiedy z wielkim poświęceniem, bo właśnie dla zdjęcia, jadłam larwy jedwabnika (번데기/beondegi), typowy przysmak koreańskich dzieci...
Beondegi - larwy jedwabnika, przysmak koreańskich dzieci sprzedawany najczęściej na straganach lub w puszkach. Źródło: http://www.streetbonersandtvcarnage.com
Po jakimś czasie moja Współlokatorka wykosztowała się (ok. 700USD - pamiętam jak dziś, bo mało mnie zazdrość nie zżarła!) na jednego z pierwszych Coolpixów Nikona. Miał ekran, robił śliczne zdjęcia, ba - nawet filmy! To był okres, kiedy cyfrowe aparaty fotograficzne dopiero pojawiały się na rynku stąd ich ceny były dla wielu zaporowe nawet w Korei.
W 2004, przed moją podróżą po Azji, to ja z kolei wykosztowałam się (ok. 300USD) na przepiękną Minoltę Dimage XT. Był to jeden z pierwszych aparatów z wewnętrznym zoomem optycznym (3x). Maleńka, czerwona, z ekranikiem 1,5", rozdzielczością 3,2 milionów pikseli i załączoną kartą SD o rozmiarze 16MB zachwycała mnie swoim designem i jakością zdjęć. Dodatkowo zakupiłam największy dostępny rozmiar karty SD (wtedy to chyba było 1GB) i wyruszyłam w swoją podróż życia. Co chwila przeglądając zdjęcia i wykasowywując te gorsze, udało mi się zmieścić na aparacie ok. 600 ujęć i chyba żadnego filmiku - to wszystko po trzech miesiącach przepraw po kilkunastu krajach regionu. (Obecnie na tygodniowym wypadzie popełniam więcej niż tysiąc zdjęć...)
Kiedy przyszło do zmontowania filmu promującego moją książkę o Korei zasoby moich folderów ze wcześniejszych lat świeciły pustką. Po pierwsze na początku mojego pobytu w Korei nie było mnie stać na aparat z tak wyszukanymi funkcjami. Po drugie, jak już było mnie stać, to ograniczały mnie małych rozmiarów karty pamięci oraz brak medium, dzięki któremu można byłoby się tymi filmikami z kimkolwiek dzielić - nie było po prostu bodźca, żeby takowe robić. Do tego doszły problemy z jakością - filmiki kręcone we wcześniejszych latach "nie zgadzały się" z tymi robionymi ówcześnie w technologii HD...
Z tego powodu jeszcze przed przyjazdem do Polski na Targi Książki musialam trochę nabiegać się po Seulu (ale też i innych miastach), żeby przygotować jako taki materiał źródłowy do dalszej obróbki. Do całego przedsięwzięcia musiałam też zaangażować PWY, który razem ze mną biegał po mieście narażając się na dziwne spojrzenia koreańskich przechodniów, kiedy kręciliśmy nieruchome, długie ujęcia mojej twarzy w różnych miejscach miasta. W tym czasie oboje niewiele spaliśmy (dużo roboty), a pogoda nie dopisywała - wiał zimny wiatr wywołując u mnie nieprzerwany łzotok i było pochmurno zimowymi ostatkami. To dlatego te ujęcia wyglądały moim zdaniem dosyć ubogo. Cudu dokonała Kaja Kraska, siostra mojej przyjaciółki, która z ponad dwustu filmików (można pokusić się chyba o "W Korei - part two"~~) skompilowała świetne video przedstawiające całą kwintesencję tego, czym jest Korea. Co więcej razem ze swoim zespołem loudAir w tempie ekspresowym nagrała do filmu podkład muzyczny oraz zaśpiewała cały utwór!
I tak właśnie, dzięki książce i dzięki temu video, doczekałam się niepowtarzalnego podsumowania moich doświadczeń w Korei. To naprawdę wspaniała pamiątka, ale też i namacalny punkt odniesienia do dalszych posunięć w moim życiu....