Sznurek i pętelka



Korea żyje dramatem. Jest nim przesączona niczym babka olejkiem zapachowym. Tapla się w nim z uciechą godną radości wieprza puszczonego samopas w deszczowe błocko. Spotkanie Koreańczyka, który potrafi oszczędzić rozmówcy opisów krwi, znoju, łez i potu, a zamiast tego zajmująco porozmawiać na inne tematy, jest prawdziwym ewenementem. Cierpienie mianowicie jest wartością stanowiącą o statusie Koreańczyka. Im gorzej, tym lepiej. Zadowolenie jest mocno podejrzane, jest czymś wstydliwym, czymś, co należy zakopać pozorami obojętności i pozwalać kiełkować jedynie w czterech ścianach swojego domu. Ba! Zadowolenie trąci arogancją, o którą łatwo szczególnie u obcokrajowców. Oni bowiem ośmielają się cieszyć się życiem, a nawet radością tą od czasu do czasu się dzielić. A życie przecież jest ciężkie! Musi być!

Na ekranach dramatyczne monologi przerywane rozdzierającym szlochem, rwanie szat od Prady i włosów prosto od fryzjera na Kangnam, pięciominutowe ujęcia płaczących krokodylimi łzami niewiast, czy unoszących się słusznym gniewem i dodających sobie animuszu gromkim krzykiem mężczyzn. Od czasu do czasu spoliczkowanie, a już przynajmniej energiczne wstrząśnięcie bezwładnej w niemej rozpaczy niewiasty. Bezbronne kobiety bowiem albo nie są w stanie pojąć wewnętrznego rozedrgania mężczyzny, nie potrafią zrozumieć jego ukrytych, ale w większości przypadków szlachetnych, motywów postępowania, albo są najzwyczajniej w świecie przez wszystkich wokoło bezlitośnie i niesprawiedliwie szykanowane. Nawet komedie przytłaczają swoim poziomem i tematyką. Oferma przez przypadek zjada kanapkę z całkiem świeżą porcją spermy swojego kolegi, dziewczyna poddaje się skrobance podczas szkolnej przerwy, grubaska, dzięki operacji plastycznej przechodzi całkowitą metamorfozę, co pozwala jej w końcu zaistnieć na scenie w roli piosenkarki. I niech mnie szlag, jeżeli życie tutaj nie jest ciężkie.

Praca, wartość numer jeden w życiu każdego szanującego się Koreańczyka, jest chyba najbardziej okazałym źródłem argumentów uzasadniających wyjątkową nieznośność tego psiego życia. Szef jest bezduszną maszyną, który wymaga rzeczy niemożliwych („Impossible is nothing”), wylewa swoje frustracje na poddanych, traktując ich jak osobistych pucybutów. Sytuacja w pracy jest na tyle skomplikowana, że nikt oprócz zainteresowaengo nie jest w stanie tego zagmatwania ogarnąć. Zresztą sam zainteresowany nie za bardzo skłonny jest pokusić się o próbę wyjaśnienia, zasłaniając się ścisłą tajemnicą lub wyjątkową delikatnością sprawy. Nadomiar złego żona żąda jakiegoś idiotycznego spaceru, pobawienia się z bachorem, albo odwalenia dawki małżeńskiego obowiązku kopulacyjnego. Dramat za dramatem.

Sposobów na wszystkie te życiowe dramaty jest kilka. Już w poniedziałek (przecież musieliśmy spędzić stresujący weekend z rodziną) upijamy się w trzy dupy tak, że o poranku w drodze do pracy, przechodząc obok miejsca swojego własnego pawia, nie możemy wyjść z oburzenia nad chamstwem i brakiem ogłady co poniektórych. We wtorek robimy sobie małą przerwę po to, żeby w środę i czwartek, najlepiej za firmowe pieniądze, być w stanie żłopać zmieszane piwo i whiskey wychylane kufel za kuflem. Potem, jak już chlanie się znudzi, udajemy się do karaoke, gdzie przy płaczliwym zawodzeniu, możemy utulić swoje troski w roznegliżowanych ciałach pań do towarzystwa (coraz częściej gustujemy w Rosjankach). Czasem też w kółeczku, z innymi panami na współ, możemy rozładować się bardziej dosłownie, z głowami panienek między nogami. Trzeba przy tym dodać, że tego rodzaju niewinne igraszki również mogą być przyczyną wielu zmartwień. Często jesteśmy bowiem siłą wręcz zaciągani w miejsca, w których absolutnie nie mamy ochoty bywać. Szefowi odmówić się przecież nie da. Iście psie to życie.

Wyżej wymienione sposoby rozwiązywania problemów są chlebem powszednim dla większości „normalnych” Koreańczyków. Dla tych odbiegających od surowego standardu wyznaczonego przez konfucjański kodeks, pozostaje często sznurek i pętelka. Bo wielu nie może wytrzymać tego kotła podłości, które Koreańczycy sami sobie beztrosko warzą. Ci, którzy próbują szukać pomocy u specjalistów, muszą liczyć się z piętnem „chorego psychicznie” i kategoryczną alienacją. A i wizyta u specjalisty to 70USD za pół godziny rozmowy, z czego część przypada na wypytanie pacjenta o jego status finansowy, wysokość wynagrodzenia i dotychczasowe inwestycje.

I tak ikona kina koreańskiego, uwielbiana przez tłumy, ciągle popularna, przepiękna kobieta, Choi Jin Shil, ni stąd ni zowąd wiesza się. Wszyscy, podnosząc w nagłym osłupieniu głowy znad buchającego parą kotła, pytają w niedowierzaniu „dlaczego?”. Ach, no tak! Przecież kobieta samotnie wychowująca dwójkę dzieci musi być niezrównoważona psychicznie. Musi z nią być coś nie tak. I nieważne, że kilka razy sfotografowano Panią Choi całą w siniakach zabieraną do szpitala po tym, jak szerokokątnie popieścił ją małżonek. Widocznie sobie na to w jakiś sposób zasłużyła. Pani Choi zdecydowała się po jakimś czasie na rozwód, w konsekwencji czego przyjaciele się od niej odwrócili, reżyserzy przestali proponować ciekawe role, a internauci końcem końców obarczyli ją za śmierć innego aktora, Ahn Jae Hwan’a, który popełnił samobójstwo z powodu długów nie do spłacenia. Pani Choi znalazła się poza nawiasem społecznym i nic nie wskazywalo, że może do niego być ponownie dodana. Pozostał więc sznurek i pętelka. Po kilku dniach, co dało się przewidzieć, przyszedł czas na transwestytę, Jang Chae Won’a, a potem geja, Kim Ji Hoo. Wszyscy oni nie pasowali do przeklętego konfucjańskiego kotła.

Samobójstwo jest jednym z trudniejszych problemów moralnych. Pomijając kwestie religijne, wielu ludzi twierdzi, że nie może ono stanowić sposobu rozwiązywania problemów. Niemniej jednak warto chyba zdać sobie sprawę, że dla nielicznej grupy ludzi, którzy popełnili samobójstwo, czyn ten był świadomym aktem woli, a nie formą ucieczki od zastanej rzeczywistości. Inaczej ma się jednak rzecz w Korei. Samobójstwo nie jest i nigdy nie będzie aktem woli. W konfucjonizmie propagującym bardzo szczelny kolektywizm nie ma miejsca bowiem na niezależne podejmowanie decyzji. Wszystkie zasady, relacje między ludźmi, formy zachowania, cały sposób na życie, są bardzo szczegółowo nakreślone i wzajemnie ze sobą powiązanie. I tak samobójstwo przybiera tutaj formę eskapizmu wyznaczonego przez wolę skolektywizowanej, bezbarwnie identycznej, bezpiecznie żyjącej w swym kociołku, tłuszczy. W rezultacie dochodzi do samobójstw lesbijek, które zmusza się do zamążpojścia i rodzenia dzieci, dziewczyn, którym zabrania się wyjścia za mąż za „nieodpowiednich” kandydatów, samotnych matek, starych panien, rozwódek, gejów, transwestytów, młodzieży, która nie radzi sobie ze sztywnym gorsetem zasad koreańskiego społeczeństwa. Niestety w Korei występują też inne, bardziej kretyńskie formy samobójstwa, jak chociażby te fanów Pani Choi, których fala nastąpiła w kilka dni po śmierci aktorki. Tego rodzaju decyzje można chyba przypisać jedynie przywiązaniu do mody, która w Korei jest również jednym z wyznaczników statusu społecznego. Jeżeli więc Pani Choi, "celebrity", popełniła samobójstwo, to ja też to zrobię. Z drugiej strony może jest to druga twarz kolektywizmu na zasadzie „wszyscy się teraz razem powieśmy”. Ale tutaj jestem już chyba za bardzo cyniczna.

Korea jest na pierwszym miejscu wśród krajów OECD jeżeli chodzi o liczbę samobójstw. Ostatnie wydarzenia nie są niczym nowym. Nastąpiła po prostu kumulacja samobójczych śmierci koreańskich „celebrities” i stąd o tej niechlubnej statystyce dowiedział się cały świat. Przez ostatnich sześć lat nasłuchałam się wystarczająco wiele tego rodzaju wiadomości, żeby (niestety) nie robiło na mnie to już większego wrażenia. Na Koreańczykach zresztą też nie. Jeżeli jakiś podlotek popełni samobójstwo, szkoły nie są zamykane, nikt nie odprawia minuty ciszy, ani nie pozwala na uczczenie pamięci ofiary w jakikolwiek inny sposób. Nikt też za bardzo nie dochodzi prawdziwych przyczyn tragedii, nie wspominając już o organizacji publicznej debaty.

W 1997 roku, z powodu kryzysu finansowego, Koreańczycy masowo skakali pod koła metra. W czarnych foliówkach na głowie, żeby poprzez publiczne rozpoznanie nie przynieść hańby swojej rodzinie. W tym roku mamy kryzys, który podobno jest najpoważniejszym od czasów Wielkiej Depresji. Koreańskie władze w pośpiechu montują szklane osłony na peronach stacji metra. Zawsze jest jednak ten sznurek i pętelka w zaciszu czterech ścian domu. 

W Korei życie toczy się dalej. Prawami selekcji naturalnej.


Pierdząca krowa



Jednym z projektów, nad którym obecnie pracuję, jest elektrownia węglowa z systemem wyłapywania dwutlenku węgla. Wszystkie inne związane są z energią odnawialną. Z tego też powodu wiele naczytałam się o aktualnym stanie naszej Ziemi. I dokąd ten stan zmierza. 

Przełożyło się to naturalnie i bez bólu na mój bardziej świadomy styl życia. Nie mam telewizora, ani innych urządzeń, które wymagałyby ciągłego podłączenia do prądu. Na zakupy chodzę ze szmacianymi torbami, bardzo szczegółowo sortuję odpadki, zakręcam wodę podczas mycia zębów, samochodu używam przeważnie w weekendy jeżeli w ogóle, mieszkanie oświetlam jedynie punktowo i tylko w pokoju, gdzie akurat przebywam. 

Wszystko przyszło jakoś tak samoistnie, bez zbytniego zmuszania się, czy gwałtownych zawirowań w moim dotychczasowym życiu. Na pewno jest o wiele więcej rzeczy, które mogę jeszcze zrobić. Ciaglę się uczę. 

Też o tym, jak pierdząca krowa może wpłynąć na nasz klimat...


Zemsta



Liczyłam na ten wyjazd. Chciałam zobaczyć spieczone słońcem, białe murowane domy. Chciałam przejechać terenówką drogę z Muskatu do Duqm, chciałam przekonać się jak bardzo słone jest Morze Arabskie, chciałam napić się specyficznej kawy wsłuchując się w miauczącą muzykę Bliskiego Wschodu. A przy okazji wdrożyć energię odnawialną w Omanie.

Liczyłam na ten wyjazd więc pracowałam. Odwaliłam, bez zbędnego przechwalania się, całą robotę.

Wczoraj przez przypadek i to całkiem podły przypadek dowiedziałam się, że mogę zapomnieć o okularach słonecznych, odparzonej pupie i turbanie na głowie. Mój współpracownik, Koreańczyk, z wyraźną satysfakcją wręczył mi bilety na BEZPŁATNY „Energy Show” w KOREI mówiąc, że on to nie może pójść, bo pojutrze leci do Omanu. Z powodu mojego projektu. Po czym dodał, że mogę sobie pójść na targ... z mężem.... w czasie weekendu... Na koniec jeszcze tylko głupawo się rozchichotał rad ze swojego żartu.

Obmyślam zemstę. Na zimno.
I niech mnie trafi jeżeli jeszcze w tym roku nie polecę do Omanu.


Dieta muffin'owa



Ostatnio z życiowej zgryzoty przybyło mi kilka dobrych kilogramów. A że zaczęło pobolewać mnie kolano, a portki wszelakie uniemożliwiły oddychanie, zdecydowałam się na odbudowanie swojej poprzedniej kondycji.

I im bardziej zawzięcie jestem na diecie, tym z większą rezygnacją na koniec dnia potrzebuję wtrząchnąć mufina. Czekoladowego. 

Bo dieta to cholernie przygnębiająca i frustrująca rzecz.


Goleń mojego VP



Na Zachodzie, gdy robi się gorąco, normalnym jest ściągnięcie marynarki, ewentualnie podciągnięcie rękawów, przy prawdziwym upale (bądź wyczerpujących dyskusjach) otarcie twarzy chustką lub nawet skropienie twarzy zimną wodą.

W Korei mężczyźni podciągają nogawki. Ponad kolano. Po czym prezentują swoją okazałą goliznę szarmancko, ale koniecznie od niechcenia, opierając stopę o kolano drugiej nogi. Prawdopodobnie chodzi również o przewiew innych części ciała, których już ot tak sobie wywalić  na wierzch bezkarnie się nie da.

Dlatego właśnie podczas ważnych rozmów mój wzrok błądzić musi po nierówno owłosionej goleni naszego VP, jego niedopasowanych skarpetach mocno naciągniętych po połowę łydki i tandetnie wyglądających (ale kosztujących pewnie z 400USD) butów z metalowymi sprzączkami. 

Sam miód.


Ludzie i delfiny


U wschodnich wybrzeży Korei, na Morzu Japońskim (uparcie nazywanym przez Koreańczyków Wschodnim), po raz pierwszy na świecie udokumentowano dość szczególne zachowanie delfinów, które w koreańskich gazetach określono mianem „pogrzebu”.

Jeden z deflinów był najwyraźniej bardzo chory i w pewnym momencie nie mógł już sam dotrzeć do powierzchni wody celem zaczerpnięcia oddechu. Inne defliny z jego grupy podjęły o niego walkę, swoim własnym ciałem wypychając go ku górze.

Nie wiem dlaczego  Koreańczycy uznali akurat za pogrzeb próby uratowania jednego delfina przez około dwudziestu swoich pobratymców, ale może dlatego że delfin końcem końców opadł na dno i zakończył tam swój żywot.

Z empatią i współczuciem stwierdziłam, że musiała się tam rozegrać mała tragedia. PWY, próbując chyba mnie pocieszyć, odpowiedział, że to i tak lepiej niż ludzie. Ludzie mają w zwyczaju zostawiać potrzebujących samych sobie (a dokładnie: „don’t give shit about them”)...


Brązowo mi



Koreanki połykają środki przeczyszczające jak cukierki. Efektem jest ich godna pozazdroszczenia filigranowa figura. Niestety efektem ubocznym, z którym to ja muszę się borykać, są dantejskie sceny w firmowych ubikacjach. 


Środa
Otwieram drzwi toalety a tam (za przeproszeniem tych o słabszych nerwach) rzadka sraczka, nawet nie w muszli tylko na sedesie. Rzuca mną o ścianę, ale dzielnie decyduję, że takie małe „gówno” nie zepsuje mi dnia. Małymi acz szybkimi kroczkami drepczę na inne piętro. Wyobrażam sobie biedną Koreankę, która przedobrzyła ze środkami przeczyszczającymi. No bo w końcu jak ona..., okrakiem? Z pozycji stojącej? Odzywa się we mnie Sherlock Holmes.

Czwartek
Otwieram drzwi toalety a tam, niczym deja vu, ta sama scena. Tym razem na kartce papieru A4, sfotografowana przez kogoś bardziej niż ja wkurzonego nagłym spotkaniem twarzą... w twarz (?) z kupą. Pod zdjęciem odezwa do autora rzadkiej sraczki.

Piątek
Sfotografowana kupa ciągle straszy.


Pożegnanie



Przyjechali w sile czterech jednym z tych wąskich, maleńkich, koreańskich microvan’ów. W torbiastych spodniach po kolana, z widocznymi gumkami markowych gatek, w za dużych T-shirt’ach, ze złotymi łancuchami na szyi, diamentowymi kolczykami (lub jednym) w uszach i z dużymi, świecącymi błyskotkami, zegarkach. Czterech postawnych Nigeryjczyków w filigranowym, białym Damasie. 

Patrząc jak wymieniają akumulator Matiza, żeby go w ogóle zastartować, rozmyślałam jak bogate życie miał (i będzie miał) ten samochodzik. To nie był jakiś tam zwykły pojazd, męczący się w jednym kraju, z jedną rodziną prze wiele lat. Został on sprowadzony przez Amerykanina do Korei, gdzie jego wyjątkowość na tle innych nudnych koreańskich wozów podkreślała ręczna skrzynia biegów. Potem był Polak, który obwoził jego koła po calutkim Seulu albo i dalej (tak, tak, pamiętam nasze zgubienie się w drodze na lotnisko, jakieś zaklęte mgłą ulice i prawie spóźnienie się na samolot do Manilii). A jeszcze potem byłam ja i PWY, mój Koreańczyk. No a teraz Nigeryjczycy i wkrótce już Nigeria, gdzie będzie woził kolejną rodzinę gdzieś po piaskowych wertepach. Iście światowy wóz. 

W końcu zastartował i zabrali go.
A mnie w oku zakręciła się łza.


Dream Land


Podczas mojej drugiej wizyty w Australii utwierdziłam się w przekonaniu, że jest to najwspanialsze miejsce na świecie. Kraj ten ma po po prostu wszystko to, co potrzebne mi jest do Szczęścia. 


Przepiękne, błękitne niebo z bajecznymi zachodami słońca, które, za dnia i niezależnie od pory roku, kładzie wszystko i wszystkich magicznym, wydłużonym cieniem. Ocean, który rozbija się wściekłymi falami o zapierające dech w piersiach widokiem klify. Wyludnione plaże z turkusową wodą. Parki i ogrody botaniczne w środku miasta, gdzie nie niepokojone urzędują najróżniejsze zwierzaki. Rozłożyste drzewa o niesamowicie grubych pniach, z gałęziami wijącymi się w niespodziewanych kierunkach. Możliwość żeglowania po przecudownych zatokach i nurkowania w głębinach oceanu. Pachnące czystością i oceanem powietrze. Dla lubiących wspinaczka po okolicznych górach. Z drugiej strony nowoczesna i ciekawa architektura miasta. Wysoki standard życia. Różnorodność kultur, a co za tym idzie restauracji i dobrego jedzenia. Wina o aksamitnym, głębokim smaku z jednych z najstraszych (jeżeli nie najstarszych) winnic na świecie. I to wszystko jedynie w okolicach Sydney

A jeżeli to się znudzi (nie wyobrażam sobie jednak takiej sytuacji) to zawsze można odwiedzić las deszczowy w okolicach Cairns, wdrapać się na pobliski szczyt, czy też ponurkować na Wielkiej Rafie Koralowej (prawie dwumetrowe żółwie, rekiny, wieloryby etc.). Po drodze warto wpaść na kilka wysepek o białym piasku i bolącej przezroczystością wodzie, zatoki gdzie figlarzą delfiny i z trudem reprodukują się wieloryby. Dalej można udać się na kilka dni do jednego z najbardziej nieskażonych ludzką ręką parku – Kakadu National Park, gdzie nie sposób nie natknąć się na złowrogie krokodyle, potężne orły, jadowite węże, rażące zielenią łąki i bardzo stare drzewa. Dalej to już tylko kaniony w okolicach Alice Springs z charakterystycznymi, wysuszonymi drzewami eukaliputsowymi, busz o krwawo czerwonej ziemi i sztuka Aborygenów, porażający intensywnością magii Ayers Rock lub Katja/Olgas, kopalnie opali do poszukiwaczy szczęścia i pustynia dla odważnych.

Nigdzie chyba nie ma takiej różnorodoności, takiej magii i piękna jak w Australii. I nieważne są cholernie wysokie podatki, drożyzna, beznadziejne lotnisko, i lokalizacja w tym zakątku świata, gdzie faktycznie chyba tylko diabeł mówi dobranoc. Ważne jest to, że zobaczyłam tam mojego pierwszego humbaka (długopłetwowiec; po ang. humpback whale), który ni stąd ni zowąd podpłynął do naszej samotnej łodzi gdzieś na środku oceanu. Który, widocznie ciekawy, okrążył ją w kilkukrotnych, masywnych, popisowych wynurzeniach. Który opadając plecami na powierzchnię wody, tworzył z rozpryskiwanych, drobniutkich kropelek ulotne tęcze. Który był tak blisko, że przy jednych z wyskoków mało co nie uderzył naszej łodzi (a był od niej większy~~). Który spowodował, że w zachwycie nie byłam w stanie powstrzymać napływających do oczu łez, nie wspominając już o zrobieniu jakiegokolwiek zdjęcia.

Australia jest po prostu miejscem, które swoją magią wyrywa się głęboko w najbardziej pierwotne poziomy duszy. A dla takiego uczucia warto i żyć i umrzeć.

Długopłetwowiec (Humpback whale) - zdjęcie zrobione przez jednego z współpodróżników.



Żółw zielony - zdjęcie zrobione przez jednego z współnurków.




Anemonki i ich domek - zdjęcie zrobione przez jednego z współnurków.


Gdzieś po drodze od Bondi do Coogie Beach.

Więcej zdjęć tutaj.


Snowy & Mimi


Myślałam, że będzie uroczo. Dwa małe, śliczne kotki przez dwa tygodnie. W moim domu. Z moją, dorosłą już kocicą. Na moją depresję i wakacyjny wyjazd ich właścicielki do Europy. Nie mogłam się doczekać.

Zaczęło się od szarmanckiego ostrzenia i tak już ostrych pazurków gdziekolwiek popadnie. Nasza kanapa i krzesła, wszystkie skóropodobne, bardzo przypadły kociaczkom do gustu. M. ostrzegła mnie, żebym nawet nie myślała o obcinaniu im pazurków ale ja zdeterminowana i doświadczona anielskim zachowaniem Nabi przy tego rodzaju pielęgnacjach, zabrałam się do dzieła. Pisk, jak przy obdzieraniu ze skóry, szamotanie się, gryzienie, syczenie. Końcem końców na całe dwadzieścia udało mi się obciąć jeden, a cały dom okryć musiałam kapami, kocami, ręcznikami...

Kuwetę, wedle zaleceń właścicielki umiejscowiłam w naszej toalecie. Niestety szybko okazało się, że kuweta jest za mała dla dwóch dorastających kotek, a brak osłony powoduje szerokołuczny wyrzut piasku na całą podłogę łazienki. Ten połączony z pryskającą po całym pomieszczeniu wodą kąpielową tworzy mało przyjemnie bagienko (w Korei w podłodze łazienkowej jest ściek więc Koreańczycy są przyzwyczajeni do dużego rozmachu podczas oblucji, rezultatem czego jest totalnie zmoknięte pomieszczenie). Zdecydowaliśmy się więc na wyniesienie kuwety na balkon, obok podobnego wychodku Nabi (ale z nakładką na wszystkie boginie!). Niestety nie dało to oczekiwanych efektów. Budząc się kolejnego dnia doświadczyłam niemałego szoku znajdując w naszej wannie zamaszyste kupy w słonecznie żółciutkich kałurzach... Przenieśliśmy kuwetę pod łazienkę. Za każdym razem, kiedy otwieraliśmy drzwi do toalety ukochane kotki próbowały wemknąć się niepostrzeżenie i z niewinną miną, „że niby co?”, do środka. Jeżeli nie zdążyliśmy zareagować z odpowiednim refleksem, te znowu z nonszalancją i niebywałą szybkością robiły to, co widocznie uznały za swój święty obowiązek...

Kiedy Mimi i Snowy oswoiły się już z otoczeniem i Nabi na tyle, żeby uznać terytorium za podległe jedynie sobie, rozpoczęły się dzikie szarże przez dom. Spadały doniczki, książki, szklanki, kubki z gorącą kawą, zawieszały się komputery, rozlewała się ich woda w pómisku, a sucha karma rozsypywała się we wszystkich możliwych kierunkach. Kilka razy dziennie. Kiedy wracając z pracy otwieralam drzwi domu, wyglądał on jakby przeszło przez nie lekkie tornado.

Do tego doszła moja alergia. Bo ja, hmm, mam alergię na sierść kotów. Napuchnięte, załzawione oczy, cieknący nos, a w nim zaimplementowane na stałe kawałki chusteczek higienicznych, świszczące płuca. A co za tym idzie praktycznie brak snu...

No i Nabi. Nie odzywa się do mnie, jest w widocznej depresji, przytyła...
PWY też musi od czasu do czasu wyjść z domu, żeby przez przypadek nie wyrzucić słodyczy za okno.

Zachciało mi się kociaczków... Ale czy nie są... przesłodkie?

Snowy



Mimi

Więcej zdjęć tutaj.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...