TBS radio



Koreańskie media pozostawiają wiele do życzenia. Prasa ciągle pozostaje w stalowo zaciśniętej garści upolitycznienia, ale też i mocno związana jest z interesem wielkich koncernów (tzw. chaebole). To zaszłość historyczna – silne sprzężenie między koreańską polityką i wielkim biznesem był i jest naturalną dźwignią gospodarczą tego kraju (udział samego Samsunga w koreańskim eksporcie to ok. 20%!). Stąd interpretacja zdarzeń rzadko kiedy pozostaje obiektywna, a często aż ziejąca manipulacja obraża wręcz intelekt czytelnika.

Telewizji nie mogłam znieść do tego stopnia, że zdecydowałam się wyrzucić odbiornik za okno (to jednak muszę przyznać nie kwestia jej koreańskiej odmiany, a raczej ogólna postawa życiowa). Dominująca ramówka to opery mydlane (swoją drogą świetne źródło do nauki języka) oraz programy rozrywkowe z grupą tych samych, niezmiernie irytujących komików lub celebrytów prześcigających się w udowadnianiu swojej wyjątkowości podczas specjalnie aranżowanych dla nich zadań. Oczopląs, słowotok, drażniący szum, papka dla mózgu.

Charakterystyką radia jest jego minimalizm muzyczny i ciągła gadanina z niezwykle kojącym głosem wytrenowanych Koreanek w tle. A jak już w końcu jakaś melodia się przewinie to będzie to w większości przypadków koreańska ballada. Utworu zagranicznego uraczyć się raczej nie da. Do niedawna jedyną angielskojęzyczną rozgłośnią był „American Eagle”, stacja powstała dla stacjonujących tutaj żołnierzy amerykańskich i ich rodzin. Z powodu zacięcia antropologicznego słucham tego radia od czasu do czasu – naprawdę wprowadza mnie w osłupienie poziomem udzielanych porad (bardzo poważne pouczenia o tym, że alkohol negatywnie wpływa na ocenę sytuacji i że jest zima więc nie można zapominać o odpowiednim ubiorze) i konkursów (żeby dostać pączki trzeba zadzwonić i jak nagłośniej wykrzyczeć słowa: „hero office worker”). W radiu tym nie ma absolutnie żadnych wiadomości lub interpretacji tego, co się dzieje w Korei – nastawione jest wyłącznie na „przetrwanie” Amerykanów z dala od domu, w tej „koreańskiej dziczy”.

Iskierką w ciemności, prawdziwą perełką, smacznym rodzynkiem (tak, tak jestem bardzo podekscytowana) jest stacja radiowa TBS – Traffic Broadcasting System, którą odnalazłam całkiem niedawno. Kanał angielskojęzyczny nawyraźniej funkcjonuje od 2009 roku (mogę się zarzec, że nie można go było jednak znaleźć w eterze przez te dwa ostatnie lata!; no chyba, że moje domowe radio jest jakieś lipne...). Nazwa oczywiście jest mylna – kolejna zaszłość, tym razem z roku 1988, kiedy stacja ta powstała wyłącznie na potrzeby monitoringu ruchu ulicznego. Otóż radio to jest po prostu świetne. Z tego, co wywnioskowałam audycje prowadzą przeważnie Australijczycy (ach ten akcent!), wspomagani przez Amerykanów koreańskiego pochodzenia (tzw. Kyopo). Programy informacyjne są na bardzo wysokim poziomie – autorzy zapraszają do rozmowy zagranicznych profesorów, regionalnych korespondentów opiniotwórczych gazet (jak na przykład NY Times), jak i mówiących po angielsku dziennikarzy koreańskich gazet. Podoba mi się też to, że opis każdego wydarzenia opatrzony jest dawką historycznego tła dle lepszego zrozumienia tematu, ale też i to, że jest to robione w bardzo przystępny sposób. Nie ma w tym niepotrzebnie jednoznacznej interpretacji – stawia się wiele znaków zapytania. W specjalnych blokach tematycznych wypowiadają się też słuchacze – i Koreańczycy, i cudzoziemcy. Całe spektrum opinii na temat tego, co akurat dzieje się w Korei, ale też i dyskusji na tematy praktyczne oraz te podnoszące temperaturę krwi (opodatkowanie obcokrajowców, podwójne obywatelstwo, kultura łapówek, wynajem mieszkań [o czym pisałam kilka notek niżej] i wiele wiele innych). Znajdzie się też wiele tematów „lekkich”, dla czystej rozrywki ducha. Również segmenty muzyczne są niezwykle zróżnicowane – od jazzu, przez klasykę, czy rock, aż do muzyki popularnej. Nie można się nudzić – radio naprawdę na piątkę.


Dla tych rezydujących w Korei:

- Seul: 101.3 Mhz
- Busan: 90.5 Mhz
- Kwangju: 98.7 Mhz

Dla internautów, którzy chcą sprawdzić, jak się tutaj rzeczy mają:

- Link (kliknijcie „On air” po lewej stronie)


Zabieg



Nie byłam w stanie zaparkować. Z niezrozumiałych przyczyn wykonywałam dziwaczne manewry, aż w końcu po prostu rozpłakałam się. Przycupnęłam samochodem na moment, żeby odetchnąć i skoncentrować się. Zamiast wzięcia się w garść łzy popłynęły jeszcze bardziej rwącą rzeką. Po raz czwarty spróbowałam wjechać na wolne miejsce parkingowe, ale i tym razem bez powodzenia – obdarłam o słup cały bok, na zasadzie „niech się dzieje, co chce”. Byłam zdumiona. Nie wiedziałam, co się dzieje. Zazwczaj z parkowniem nie mam zbytnich problemów. Dopiero kiedy spróbowałam wyjść z samochodu doszło do mnie, że koszmar powrócił. Ogromny ból, którego bezwiednie nie chciałam przyjąć do wiadomości, a który zupełnie odebrał mi możliwość normalnego myślenia. Kręgosłup.

Kilka miesięcy temu wypadł mi dysk. Nie byłam w stanie nałożyć skarpetki, podnieść filiżanki herbaty, czy umyć głowy. Przez kilkanaście dni byłam jak wmurowana w łóżko (jest taka scena w „Gwiezdnych Wojnach”, gdzie Han Solo zamrożony zostaje przez Darth Vader’a w karbonitowej płycie – jego zatopiona twarz dokładnie oddawała moje samopoczucie). Wszyscy lekarze, do których się zwróciłam jednomyślnie zalecali operację. Odmówiłam. Przez prawie rok ćwiczyłam, pływałam, chodziłam na fizjoterapię, jednocześnie pracując i latając po kilkanaście (czasem kilkadziesiąt) godzin niemalże co miesiąc to tu, to tam. Pamiętam tylko jeden tydzień bez absolutnie żadnego bólu – podczas wakacyjnej podróży po Słowacji. 

Tym razem poszłam do szpitala z głębokim pragnieniem odcięcia wypadniętego dysku. Znowu na zasadzie „niech się dzieje, co chce”, „zrobiłam wszystko, co było w mojej mocy”. Operacja endoskopowa jest dosyć standardowa i mało inwazyjna. W uproszczeniu: na boku robi się niewielkie nacięcie (dzięki temu nie narusza się mięśni wokół kręgosłupa), wprowadza endoskop i odcina część dysku uciskającego na nerwy. Zazwyczaj pacjent wraca na drugi dzień do domu z natychmiastową poprawą, która przy odrobinie ćwiczeń trwać może do końca życia. 

Niepomiernie zdziwiłam się liczbą osób w naszej firmie, które taką operację przeszły. Każda osoba, z którą rozmawiałam miała jakiś problem z kręgosłupem. Bez wyjątku każdy miewał od czasu do czasu ostre bóle w krzyżu, z którymi walczył za pomocą ćwiczeń, pływania lub akupunktury. Doszłam do wniosku, że to kolejna choroba cywilizacyjna. Nasze ciała przez dziesiątki tysięcy lat prawie w ogóle nie ewoluowały jeżeli chodzi o układ kostny. Strukturalnie jesteśmy zbudowani do ciągłego poruszania się (zdobywanie pożywienia), a nie do siedzenia przez kilkanaście godzin przed komputerem lub w samolocie. Kolejne piekiełko „cywilizacji”, które sami sobie zgotowaliśmy.

W ciągu kilku lat poziom usług medycznych adresowanych do obcokrajowców uległ niesamowitej poprawie. W Seoul National University Hospital skierowano mnie do specjalnie utworzonego International Health Center, gdzie niemal natychmiast mogłam spotkać się z lekarzem ogólnym, mowiącym świetnie po angielsku. Koreańczycy muszą czekać w długiej kolejce, żeby dostać się do jakiegokolwiek doktora w dużym szpitalu (a właśnie te uniwersyteckie cieszą się najlepszą reputacją). Recepcjonistka sprawnie zarezerwowała mi wszelkie badania, zdjęcia MRI, rentgen, pobieranie krwi. Po szpitalu oprowadzała mnie wolontariuszka, dzięki której mogłam złożyć moje umęczone ciało na leżankach zamiast martwić się, do których drzwi zajrzeć, gdzie wziąć numerek, gdzie zapłacić, i gdzie w końcu stanąć w kolejce. W sytuacji, gdzie ból praktycznie odbiera zmysły, to prawdziwa ulga. Zbawieniem też jest teściowa, która wozi pacjentkę w pozycji horyzontalnej na tylnym siedzeniu swojego samochodu.

Neurochirurg również mówił po angielsku. Ogromnie zdziwił się porównując zdjęcia z rezonansu magnetycznego z zeszłego roku i wykonane obecnie. Dysk praktycznie wrócił na swoje miejsce – nastąpiła ogromna poprawa! A to wszystko dzięki ćwiczeniom. Niestety okazało się, że przyczyna bólu jest tym razem o wiele poważniejsza, ale że jestem jeszcze młoda (!), to mam szansę na poprawę. Tymczasem zalecił zastrzyki ze steroidami aplikowanymi na żywca w kręgosłup (epidural cortisone injection, tzw. znieczulenie zewnątrzoponowe), które natychmiast miały złagodzić ból. I znowu okazało się, że ludzie wokół mnie mają duże z takowymi doświadczenia. Ba, niektórzy poddają się zabiegowi co kilka miesięcy! W jakim ja świecie żyję?

Kroplówka, weflon, testy na alergię i w końcu zabieg. Trzeba mieć dosyć mocne nerwy, żeby poddać swój kręgosłup koreańskim lekarzom. Są oni znani z brawury (która czasem daje olśniewające wyniki) – ale też i niesamowitej precyzji – oraz kulturowego zaprogramowania „ppali, ppali” („szybko, szybko”). Zakapturzeni asystenci wtaszczyli mnie na stół ze specyficznymi gąbczastymi wypukłościami celem przyjęcia odpowiedniej pozycji, ponakrywali płachtami eksponującymi jedynie odcinek lędźwiowy, wyjodynowali i zaczęło się. Tak, jak podejrzewałam – wszystko w trybie zagrożenia pożarowego, które znacznie wpływało na szybkość bicia mojego serca (puls zdradzał mój stan dźwiękiem rozbrzmiewającym po całej sali). Lekarz powiedział: „nie ruszaj się”, „teraz zaboli” i bez żadnej przerwy na przygotowawczy oddech zatopił pierwszą z igieł (chyba?) w kręgosłupie. Potem drugą i trzecią. Coś tam nie bardzo pasowało (prawidłowe ułożenie monitorowane jest na rentgenie) więc powiercił trochę przyprawiając mnie o siódme poty, poobjaśniał procedurę internistom, po czym dał rozkaz wciśnięcia cieczy. „O, nie!, Stop!” – znowu coś poruszał i dał ponowny znak – jedynie ostatnim odruchem woli nie zerwałam się z łoża i z wrzaskiem nie wybiegłam ze szpitala. Sam zabieg trwał może z piętnaście minut. Po czym powstałam, niczym sfinks z popiołów, bez żadnego bólu. Do końca dnia spędzonego w szpitalu zupełnie straciłam czucie w obu półdupkach (bardzo zabawne uczucie) i musiałam radzić sobie z ciągłymi „mrówkami” przechodzącymi z lewej na prawą nogę. Dnia kolejnego wszystko ustało.

Cała historia miałaby pozytywne zakończenie, gdybym tylko znowu nie musiała siedzieć godzinami w pracy przed komputerem...


Esej



Centrum Kultury Korei, Han A Rym (한아름), w swoim styczniowym newsletter, opublikowało esej mojego byłego studenta Jun Hyunga. Pisałam o Nim już tutaj, a że się wzruszyłam (przede wszystkim Jego stopniem znajomości języka polskiego!), to przytaczam treść. 



< MOJA POLSKA "Ucze sie polskiego"

W 2007 roku, w listopadzie, podrozowalem po Europie z kolegami. Bylismy wtedy w Krakowie. Wczesniej myslalem, ze polska jest jeszcze komunistycznym krajem, wiec jest to kraj bardzo biedny. Ale to byla szalona mysl! W Polsce bylo zupelnie inaczej niz sie spodziewalem. Wszystko  mi sie podobalo i bylem  bardzo zadowolony, nawet piwo było pyszne i wszyscy ludzie wygladali na szczesliwych. Najwieksza atrakcja była dla mnie wizyta w kopalni w Wieliczce. Bylem naprawde bardzo szczesliwy.

Wrociłem do Korei i od razu zaczalem szukac nauczyciela jezyka polskiego. Ale to bylo bardzo trudne, bo nie ma wielu nauczycieli waszego jezyka w moim kraju. W miedzyczasie probowalem dowiadywac sie wiecej o Polsce. W 2008 roku, w marcu, znalazłem w koncu nauczycielke i  zaczelismy od  alfabetu. Nauka jezyka była dla mnie fantastyczna i interesujaca, ale wymowa polskich dzwiekow była bardzo trudna i do dzisiaj jeszcze tego dobrze nie umiem. W 2008 roku, wlipcu uczylem sie polskiego we Wrocławiu na kursie. Czułem sie tam wolny i swietnie spedzalem czas. Kiedy wrocilem do Korei, bardzo tesknilem za Polska, wiec caly 2009 rok znow uczylem sie polskiego, rowniez w Polsce - ale to nie bylo we  Wrocławiu. Bylem wtedy w Warszawie i  spedzilem naprawde dobry czas. W 2010 roku tez uczylem sie w Warszawie, a teraz jestem w Lodzi na kursie jezyka polskiego i kontynuuje nauke, bo chce studiowac tutaj historie polski.

Jezyk polski jest dla mnie latwiejszy i bardziej interesujacy niz angielski. Jestem zawsze bardzo szczesliwy, kiedy ucze sie polskiego! Ale czasem nie rozumiem i niektore slowa albo zwroty sa bardzo trudne. Mimo to, chce uczyc sie polskiego cale zycie i bardzo dobrze mowic po polsku. Teraz moj angielski jest coraz gorszy, ale za to moj polski jest coraz lepszy, wiec jestem szczesliwy. Obecnie mieszkam juz 5 miesiecy w Polsce i wszystko jest w porzadku, ale czasem tesknie za koreanskim internetem - jest bardzo szybki.

Chciałbym w eseju podziekowac mojej nauczycielce,  Annie Sawinskiej. Jej nauczanie zmienilo moje zycie i jest ona najlepsza nauczycielka w calym moim zyciu. Zawsze bede jej bardzo wdzieczny za wszystko!

***autor sam napisal esej po polsku, publikujemy go w newsletterze po nieduzej korekcie >


Przeprowadzka


O koreańskim rynku nieruchomości można byłoby napisać fascynującą książkę. Miałaby ona charakter sensacyjny z domieszką kryminału i horroru, ale też i szczyptą groteski. Głównymi bohaterami byłyby oczywiście ajumy, starsze koreańskie matrony, które odpowiedzialne są za rodzinne finanse, a co za tym idzie właściwe lokowanie pieniędzy zarobionych przez męża.

Większość Seulu to las jednakowych, dosyć smętnie wyglądających wieżowców wzniesionych bez żadnego polotu architektonicznego. Nawet kolory są takie same, co najlepiej widać po osiągnięciu jednego ze szczytów gór okalających Seul. Dość powiedzieć, że jedna z Polek, które odwiedziły Koreę po raz pierwszy, przekonana była, że to akademiki. Nie mogła nadziwić się, dlaczego jest ich tutaj tak wiele… W takiej sytuacji mieszkania ocenia się jedynie na podstawie ich wielkości w pyeongach (1 pyeong [평] = ok. 3,3m2) oraz lokalizacji. Istnieje kilka standardowych metraży, po których z dużym prawdopodobieństwem można odgadnąć układ pokoi (w metraż ten wlicza się części wspólne, jak i ogromne, zabudowane balkony – i tak mieszkanie 100-metrowe tak naprawdę ma ok. 84 metrów powierzchni mieszkalnej). Są one do tego stopnia szablonowe, że jeden z moich kolegów kupił mieszkanie nawet bez jego oglądania… Wszystkie nowo oddawane mieszkania mają identyczną wykładzinę, identyczną kuchnię, identyczne regały pod telewizor, identyczną tapetę. Dokupuje się jedynie szafy na ubrania, łóżko, kanapę, lodówkę, pralkę. Przy zakupach wystarczy poinformować sprzedawcę o wielkości mieszkania, żeby rozmiarowo bezbłędnie dopasować meble. Wszystko na zasadzie „plug & play”. Jest to system bardzo wygodny, oszczędzający czas i nerwy, ale też i tchnący niesamowitą przyziemnością, jednolitością. Wystrój wnętrz doprawiony inspirującym pieprzykiem jest wielką rzadkością. Jedynym elementem odróżniającym jedno identyczne mieszkanie od drugiego to oczywiście cena, zależna praktycznie jedynie od lokalizacji. Dla przykładu ok. 50-metrowe mieszkanie w najbardziej prestiżowej dzielnicy Seulu, Kangnam (to tam jest największe skupisko dobrych szkół, a bez zameldowania w tej okolicy nie można posłać do nich swojego dziecka), potrafi kosztować 1M USD. Dokładnie to samo mieszkanie na północy Seulu to wydatek rzędu 300-350K USD. 

Ceny mieszkań w Seulu są na tyle zawrotne, że mało kto może sobie na taki zakup pozwolić. Dlatego gros mieszkań w Korei jest wynajmowanych na bardzo ciekawych zasadach. Najbardziej popularnym systemem jest jeonse (전세) kiedy to do kieszeni właściciela wpłaca się zazwyczaj 50% wartości mieszkania, jako zwrotny po dwóch latach depozyt. W takim przypadku przez okres dwóch lat ponosi się jedynie koszt administracyjnego czynszu i opłaty ze zużyte media. Po dwóch latach umowę można przedłużyć – w przypadku gdy ceny mieszkań poszły w górę trzeba liczyć się z dopłatą różnicy, lub po prostu poszukać nowego lokum. Właściciel mieszkania, dzięki ogromnej gotówce, może zainwestować w inne mieszkanie (ogromna spekulacja!), lub w papiery wartościowe – na tym zarabia. Pieniędzy tych tak naprawdę nigdy nie zwraca, bo kolejni najemcy zwrócą wartość jeonse poprzednim lokatorom – i tak w kółko. Mniej popularny to system weolse (월세), gdzie wpłaca się zwrotny depozyt o wartości kilkudziesięciu tysięcy dolarów i płaci miesięczny czynsz do portfela właściciela. Im większy depozyt, tym mniejszy koszt najmu. 

Dwuletnie kontrakty oraz szalejące ceny domów powodują, że w Korei dokonuje się ogromny exodus wprowadzek i wyprowadzek. To, naturalnie, przyczyniło się do wykwitu kompleksowych usług, które umożliwiają takie przemieszczanie się bez większego bólu. Jakkolwiek niedowierzająco by to nie brzmiało wszystko dokonuje się najczęściej jednego dnia. O świcie specjalna firma pakuje rodzinę i wysyła do nowego mieszkania. Trwa to kilka godzin. Nowi lokatorzy wpuszczają do opuszczonego mieszkania ekipę tapetującą (jeśli mają takowy gest lub potrzebę) i sprzątającą, po czym zatrudniona przez nich firma przewozowa wnosi i urządza cały ich dobytek.

W moim przypadku pakowanie i rozpakowywanie w nowym mieszkaniu do jak najbardziej normalnego stanu używalności trwało od godziny 8.00 do 14.45 z godzinną przerwą na obiad! Mieszkanie mieliśmy już oddtapetowane, ponieważ właściciele wyprowadzili się tydzień wcześniej (w cenie zakupionych tapet są usługi tapetowania – znowu wszystko w ciągu kilku godzin!). Koreańskie firmy przewozowe są na tyle wyspecjalizowane, że przed ich przyjazdem nie trzeba robić właściwie nic. Pakują wszystko do wcześniej przygotowanych, plastikowych pudeł – od pierdółek porozstawianych na półkach, aż do najbardziej skomplikowanych mebli, które rozkręcają sprawnie na części pierwsze i przenoszą owinięte w coś na kształt dywanów w kierunku balkonu (okna już są wyciągnięte), skąd meble zjeżdżają na specjalnym podnośniku do czeluści ciężarówki. Wszystko to oczywiście w trybie ppali, ppali (szybko, szybko). Każda z osób ekipy odpowiedzialna jest za swoją część roboty. Nikt się nie obija. W nowym mieszkaniu wszystko układane jest tak, jak w poprzednim miejscu (pomaga przy tym ten standardowy rozkład mieszkań i w nich mebli!). Nawet bałagan jest mniej więcej ten sam… 

Popołudnie po przeprowadzce spędziłam na dopieszczaniu niektórych elementów, a przedpołudnie dnia następnego na wierceniu dziur w ścianach, co by przymocować obrazy i półki. I tak w ciągu zaledwie półtora dnia kompletnie zmieniłam prawie cztery lata swojego życia. Ciach trach i po krzyku.


Kobiety są zazwyczaj odpowiedzialne za pakowanie kuchni


 W Korei wieżowce mają zazwyczaj około
trzydziestu pięter. Wysięgnik taki „rozwijany” 
jest wtedy w pionie, a następnie opuszczany 
na poręcz balkonu. Tam idealnie 
wpasowywujące się koła przymocowywane są… 
na taśmę. Wszystkie meble zwożone są 
na dół bez jakiegokolwiek zabezpieczenia.


Widok z balkonu, na którym rozmotnowywuje się okna, żeby można było przemieścić co większe meble.


Z tego wszystkiego robienie dziur w ścianach okazało się największym wyzwaniem.



Badanie



Przyjechał do nas szpital na kółkach. W audytorium poustawiano parawany, przytachano aparaturę, zaaranżowano stanowiska pracy i opracowano efektywny przepływ aspirantów. Obok budynku firmy zaparkował autobus, w którym odpalono urządzenia rentgenowskie. Lekarze różnych dziedzin wdziali swoje budzące respekt fartuchy, pospiesznie zamieszali w kubkach rozpuszczalną kawę i zaczęło się. Ultrasonografia narządów wewnętrznych, badanie wzroku, słuchu, zębów, pomiar gęstości kości, drożności żył, pobór ogromnych ilości krwi (mało nie zemdlalam w minutę po zabiegu) i skromniejszej ilości cieczy mniej szlachetnej (dosyć pociesznie wszyscy biegaliśmy z odkrytymi papierowymi kubeczkami w dłoni – takimi samymi, jak te od kawy). Na koniec pogadanka z lekarzem, ogólny pomiar ciała (wzrost, waga, procentowy udział wody, tkanki tłuszczowej, mięśni) oraz prześwietlenie klatki piersiowej.

Powyższe badania to przyjęty standard w większych koreańskich firmach. Niektóre korporacje oferują swoim pracownikom o wiele większy pakiet usług, które oceniane są na około 500 USD na osobę. Udać się już wtedy trzeba do szpitala na bardzo kompleksowe badania, włączając w to tomografię całego ciała, gastroskopię (zmorą Koreańczyków jest rak żołądka więc jest to dosyć standardowe badanie wykonywane z roku na rok) wykonywaną na żywca (zazwyczaj kobiety) lub po uśpieniu pigułkami (zazwyczaj mężczyźni), a nawet - jak ktoś ma już bardzo ochotę - kolonoskopię...


I don't care


Przemysł rozrywkowy w Korei to niewyobrażalnie wielka i efektywna machina wypluwająca nowy produkt z częstotliwością karabinu maszynowego, bez chwili wytchnienia bądź namysłu nad czymś innym niż banknoty. Najczęściej są to ciężko ustylizowane, ziejące seksem nastolatki uwielbiane przez starszych koreańskich mężczyzn (zwanych ajeossi), ale tez i upudrowane i uszminkowane grupy cudnie umięśnionych młodzieńców (ach, jak oni pięknie rwą te swoje podkoszulki!), za którymi w spazmach szlochają nastolatki. Bardzo poważny, ale i bezlitosny biznes. 

Oprócz grup takich jak 2NE1 (투에니원), Wonder Girls (원더걸스), Girls’ Generation (소녀시대), Kara (카라), 2PM, 2AM są też artyści, którzy faktycznie zachwycają czymś innym niż słodkimi oczętami, padaczkowym wstrząsem tułowia i półdupków, czy nagminnie obnażaną klatą piersiową. Kilka kawałków dla przykładu:


Leessang (리쌍 ft. 정인): Rush
Leessang (리쌍 & 장기하와 얼굴들): 우리지금만나
Leessang (리쌍 ft. 정인): 리쌍부르스
Leessang (리쌍 ft. 정인): 사랑은
T(윤미래): 잊었니...
윤미래: 떠나지마
타샤니: 하루하루

Ale do rzeczy. Napisała do mnie młoda kobieta z prośbą o wsparcie. MuppettKa, bo taki przyjęła pseudonim, zdecydowała się powalczyć w konkursie koreańskiego MBC Star Audition 2010. Żeby przejść do kolejnego etapu potrzebuje wielu, wielu głosów. Głosów oddanych za wykonanie bardzo popularnej w Korei piosenki 2NE1 „ I don’t care”. Oto wspieram, bo podoba mi siędeterminacja, odwaga no i głos też niczego sobie.W celu oddania głosu na naszą rodaczkę trzeba wejść na stronę http://www.youtube.com/user/mbcaudition, następnie wybrać przycisk Gallery, a potem Kraj i Poland. Przedostatni filmik to ten prezentowany poniżej. Żeby zagłosować wystarczy nacisnąć kciuk, oczywiście ten w kierunku nieba (Like). Powodzenia!


MuppettKa: I don’t care

  



2NE1: I don’t care (wersja koreańska)




Emancypacja



Jeszcze kilka lat temu zajście w ciążę oznaczało dla Koreanki pożegnanie się z karierą zawodową. Po pojawieniu się większego brzuszka, co by nie rozpraszać wrażliwszych kolegów, kobiety odchodziły na urlop macierzyński i po jego zakończeniu do pracy już nie wracały. Związane to było przede wszystkim z horrendalnymi wynagrodzeniami niań, które częstokroć przewyższały zarobki świeżej mamy. Drugi powód, który aktualny zresztą jest i dzisiaj, to fakt, że kobieta w firmie koreańskiej kariery zrobić po prostu nie może więc i tak nie ma czego żałować. A rodzić dzieci trzeba. To społeczny obowiązek do odfajkowania, o którym namiętnie przypominają rodzice, ich przyjaciele, a nawet szefowie w pracy.

W tym roku nasza firma obficie obrodziła nowymi pociechami. Wiadomo – konsekwencja kryzysu ale też i kwestia wyjątkowości roku 2010 – jest to bowiem Rok Białego Tygrysa, który zdarza się raz na wiele lat (o Roku Białego Tygrysa pisałam tutaj). O dziwo tym razem kobiety odważnie paradowały z ogromnymi brzuszkami po firmie, absolutnie nic nie robiąc sobie z ciekawskich spojrzeń mężczyzn. To chyba jednak bardziej problem kultury korporacyjnej niż kobiecej emancypacji. W mojej poprzedniej firmie bowiem ciężarne kobiety na każdym kroku szykanowane były mało wybrednymi żartami i dlatego decydowały się na wsześniejsze odejście. Pod tym względem firma, dla której pracuję obecnie jest trochę bardziej ucywilizowana. Zdumiała mnie jednak inna różnica. Prawie wszystkie kobiety wróciły do pracy i to już po trzech miesiącach od urodzenia dziecka. Wczoraj spotkałam się z jedną z nich. Powiedziała mi bardzo otwarcie, że z dzieckiem to sobie w ogóle nie radzi i tak naprawdę jest ogromnie szczęśliwa, że większość czasu może spędzić w pracy. Tutaj może spokojnie posiedzieć na tyłku, napić się kawy z koleżanką i „normalnie” żyć. To tak, jakbym słyszała koreańskiego mężczyznę, który z tych samych powodów woli pójść z kolegą na szkaleczkę soju niż wrócić po pracy do domu. Zapytałam, kto w takim razie opiekuje się dzieckiem. Dziewczyna odpowiedziała, że jej matka i teściowa. W końcu chciały wnuczka, to mają...


O konflikcie SK - NK raz jeszcze



O potyczkach między Koreą Północną i Południową pisałam już tutaj. I w sumie nie mam wiele więcej do dodania. 

Region w okolicach wyspy Yeonpyeong jest i będzie punktem zapalnym między dwoma krajami, a to z powodu zasięgu granicy morskiej, którą podważa Północ. Stąd każde wojskowe ruchy w tym regionie, wliczając w to standardowe ćwiczenia żołnierzy z Południa, uznawane są przez Koreę Północną za naruszenie integralności jej państwa. A to wymaga określonej reakcji. Tak było w roku 2002, 2005 i 2009 i tak samo jest teraz.

Nie chcę trywializować sytuacji, bo przecież w każdej z tych potyczek giną ludzie, ale Korea Północna zachowuje się jak typowa celebrytka, która żeby utrzymać się na wysokim miejscu w randze popularności, musi od czasu do czasu narobić trochę hałasu. Fakt, że tym razem artyleryjski atak lądowy, pierwszy tego rodzaju od wielu wielu lat, wywołał wśród Południowych Koreańczyków trochę więcej poruszenia niż zazwyczaj, ale już na drugi dzień wszystko wróciło do normy i nikt o temacie nawet nie wspomina. Tym bardziej, że realnego zagrożenia ataku na oddalony od wyspy o jedynie 32km Seul praktycznie nie ma.

A celebrytka, zgodnie z planem, ciągle jest na pierwszych stronach gazet. Przede wszystkim tych zagranicznych. Na temat wypowiadają się specjaliści, stratedzy, dyplomaci, najtęższe rozumy świata. Analiza goni analizę. Wszyscy ci, którzy pożywki potrzebowali otrzymali ją aż w nadmiarze. To dobra inwestycja na przyszłość, kiedy przyjdzie czas na kapitalizację odsetek. W odpowiednim czasie umożliwi to bowiem zręcznie zmanipulowana strachem opinia publiczna. I tak oto wszyscy pozostają w stanie skrytego ukontentowania.

Wyspa Yeonpyeong (miejsce konfliktu), granica morska między Koreą Północną i Południową (niebieska linia) oraz ta sama granica według Północy (czerwona linia).



Kiss Bang



W Korei ciało kobiety wykorzystywane jest na wiele kreatywnych sposobów. To niesamowite jak na co dzień dosyć przyziemni Koreańczycy w zakresie usług seksualnych wręcz szczytują (ups!) polotem. Być może dlatego że kobieta jest tutaj bardzo chodliwym produktem. Towarem tym dzielą się grupowo businessmani, a tète-â-tète wyposzczeni żołnierze lub mężczyźni, którzy akurat nabrali ochoty, żeby rozerwać się po wieczornej buteleczce soju. Taka wisienka dla dopełnienia dnia. 

Burdelowe ulice są na wyciągnięcie ręki - na przykład tuż obok jednej z głównych stacji kolejowych w Seulu i nowoczesnego kompleksu zakupowego z ogromnym kinem, do którego następnego dnia ci sami tatusiowie chadzają za rączki ze swoimi malutkimi pociechami. Kobiety wyeksponowane są tam na wystawach okiennych, podświetlonych różowymi jarzeniówkami jak mięso w sklepie rzeźniczym. Mimo że prostytucja w Korei jest nielegalna, burdelowa ulica rozpoczyna się wielkim banerem zakazującym wstępu nieletnim, a całe miasteczka tego rodzaju służby publiczne ogradzają metalowymi płachtami jak jakąś zabudowę. Takie mydlenie oczu.

Usługi seksualne w Korei świadczone są w najdziwniejszych miejscach poczynając od bikini bars, business rooms i karaoke ze skąpo odzianymi panienkami do towarzystwa, przez salony „masażu”, aż do specjalnych café, czy nawet zakładów fryzjerskich. Szeroki typ i format usług dostosowany jest do wachlarza gotówkowych i fizycznych zdolności chętnych panów. Fizycznych, bo też istnieją knajpki dla starszych mężczyzn (obok mojego domu jest to lokal o wdzięcznej nazwie „Ognisty Motylek”), gdzie razem z podstarzałymi damami zszarganego pokroju można „powspominać” dobre czasy przy szklaneczce wódeczki. Taki klub dla emerytów. 

W czasach ekonomicznego kryzysu nową formą zagospodarowania kobiecego ciała stał się kiss bang („bang” to po koreańsku „pokój”), gdzie można powymieniać soki ślinowe z wybraną z rzędu dziewczyną. Wizytę trzeba zarezerwować telefonicznie (na usługi okazał się prężny popyt), a przed kontaktem z wybranką koniecznie umyć zęby. Za około czterdziestu dolarów należy się pół godziny namiętnych pocałunków, a co ważniejsze – bezkarnego obmacywania. Za siedemdziesiąt jest to już cała godzinka. Następnie sprawę załatwia się do kubeczka w trybie rękoczynu lub dzięki usłużnej dłonii kiss partnerki (trzeba dorzucić wtedy odpowiedni napiwek). Takie nastolatkowe randkowanie.


__________________________
Dzisiaj zupełnie bez puenty, bo gdzieś mi uciekła razem z opadniętymi rękami. Może w obawie przed poważną intensyfikacją rosnącej we mnie od jakiegoś czasu mizantropii...


Zasłona dymna


W Korei palenie jest nawykiem praktykowanym nagminnie i bezkarnie nawet w miejscach publicznych. Papieros jest nieodzownym elementem szklaneczki soju (koreańska wódka 19%), wieczornego barbecue i nocnych wojaży zestresowanych mężczyzn (kobiety palą bardzo rzadko). Nic nie da się z tym zrobić - można tylko biernie wdychać. Jeszcze nie tak dawno mężczyźni palili w pracy (mój szef nawet teraz pozwala sobie na ten wybryk tyle że po godzinie szóstej), a nawet w samolotach koreańskich linii lotniczych. Mimo że koreańskie papierosy są względnie słabe to rak płuc, obok raka żołądka, jest jednym z największych zabójców Koreańczyków. (Być może również z powodu dużego zanieczyszczenia powietrza.)  

Moda na niepalenie wchodzi do tego kraju dosyć opornie. Dwa lata temu w jednym z większych chaeboli prezydent wydał zarządzenie według którego ci, którzy rzucą palenie otrzymają specjalne bonusy. Pracownicy musieli podpisać deklarację – wyboru nie mieli z powodu niepisanej groźby zaniżonej oceny rocznej. Teraz podobno wychodzą po dwie, trzy osoby na parking i palą w zaciszu własnego samochodu tak, żeby nikt ich nie przyuważył. 

W niektórych koreańskich korporacjach jednym z elementów oceny pracowników wyższego szczebla jest liczba palących osób w grupie, którą zarządzają. A to z bardzo prostej przyczyny. Palący pracownik musi wyjść na papierosa średnio 4-5 razy dziennie. Każda taka przerwa to co najmniej 15 minut, co oznacza, że dziennie pracownik nie wypracowuje około godziny. W tygodniu to już pół dnia, a w miesiącu to dwa dni spędzone na paleniu zamiast na pracy! Zasoby ludzkie również wspierają próby zerwania z nałogiem poprzez udział w wywołujących wiele emocji programach. Dla przykładu w mojej firmie każdemu kto podpisze deklarację (a każdy musi podpisać włączając w to niepalących) wypłaca się tysiąc dolarów. Po kilku miesiącach przeprowadza się badania krwi, żeby sprawdzić, czy pracownik dotrzymał słowa. Jeżeli nie udało mu się wytrwać w postanowieniu to on i wszyscy zadeklarowani z tego samego departamentu muszą zapłacić firmie po tysiąc sto dolarów (10% kary). Jeżeli wszyscy pracownicy w danej grupie udowodnią swoją wstrzemięźliwość, to na konto każdej osoby wpłynie od firmy kolejne tysiąc dolarów nagrody. Wyborny przykład odpowiedzialności zbiorowej z delikatnym odchyleniem dyskryminującym tak naprawdę niepalących (paradoks!).

W naszej grupie jest ponad 30 osób, z tego 80% to wieloletni i zadeklarowani palacze... 

And I can’t help but wonder... Czyżby moja firma była w tarapatach finansowych?


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...